Strona 1 z 13 1 2 3 11 ... OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 254
  1. #1

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie Incydenty i zdarzenia lotnicze czasów "zimnej wojny"


    Polecamy

    Zostałem poproszony, aby opowiedzieć o incydencie z bezpilotowym przelotem radzieckiego MiG-23 z Polski do Belgii w 1989 r. Później opiszę przypadek M. Rusta, a także tłumaczenie artykułu „Polowanie w stratosferze” o radzieckich próbach przerwania amerykańskich lotów szpiegowskich nad ZSRR w latach 1950. i na początku 1960. Może dorzucę też inne wypadki. Ale to później.

    Wydarzenie miało miejsce 4 lipca 1989 r. podczas lotów dziennych na pierwszą zmianę na lotnisku KOŁOBRZEG. Pilot wojskowy 1 klasy, pułkownik Nikołaj Jegoriewicz SKURIDIN był szefem Wydziału Politycznego 239 Baranowickiej DLM z Kluczewa [u Radzieckich wszyscy zastępcy d/s politycznych, w przeciwieństwie do naszych, byli pilotami, albo nawigatorami — latali]. W Polsce służył od lata 1988 roku. Był to dla niego pierwszy dzień lotny po urlopie. Zgodnie z zasadami, w celu wznowienia nawyków techniki pilotowania najpierw wykonał lot kontrolny do strefy na szkolno-bojowej „sparce” MiG-23UB.

    Jedna ze wzmianek o tym wydarzeniu w radzieckiej prasie:

    „Zbłąkany myśliwiec”, „Krasnaja Zwiezda”, 5 lipca 1989 roku.

    4 lipca w jednej z jednostek lotniczych Północnej Grupy Wojsk podczas wykonywania lotu szkoleniowego nad terenem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, z powodu niesprawności sprzętu lotniczego na małej wysokości, z samolotu myśliwskiego MiG-23 zmuszony był katapultować się radziecki pilot wojskowy. Pilot przeżył. Samolot kontynuował lot bez pilota w kierunku zachodnim i upadł na terenie Belgii. Strona radziecka kontaktuje się z rządami państw, w których przestrzeni powietrznej znalazł się ten aparat latający.

    Loty tego dnia odbywały się z kursem zasadniczym — 255 stopni. Na osi pasa znajdował się Kołobrzeg, który był wykorzystywany w charakterze WPT. O 9.18 (czasu środkowoeuropejskiego) Skuridin wystartował na samolocie bojowym MiG-23M w celu wykonania ćwiczenia w strefie pilotażu. Na pokładzie miał zapas pocisków do działka 23 mm. Innych środków bojowych na samolocie nie było. Po starcie podczas pracy silnika na dopalaniu, w 41 sekundzie lotu na wysokości 130 metrów, nastąpił gwałtowny spadek obrotów. Pilot usłyszał trzask w rejonie chwytu powietrza, odczuł spadek ciągu silnika i przejście samolotu na zniżanie. Na przyrządach zauważył spadek obrotów i prędkości. Skuridin zameldował kierownikowi lotów (KL) o uszkodzeniu silnika, z trudem zdołał odchylić maszynę w stronę morza i na wysokości około 100 metrów katapultował się. Opadając na spadochronie widział, jak jego samolot przeciął linię brzegową, kierując się nad morze. Po chwili samolot zniknął na tle powierzchni wody. KL podpułkownik BAŁYKIN po meldunku pilota, obserwował zgaśnięcie płomienia dopalacza, dym za silnikiem oraz przepadnięcie samolotu. Po katapultowaniu, samolot przestał się zniżać i na wysokości koszącej zniknął z jego pola widzenia w odległości 4-6 kilometrów.

    W tym czasie obsługi stacji radiolokacyjnych podały informację o utracie znacznika samolotu gdzieś w rejonie wód przybrzeżnych. W ślad za feralnym MiGiem wysłano parę myśliwców w celu ustalenia miejsca upadku samolotu, jednak bez rezultatu. Dowództwo uspokoiło się, oceniając, że całe wydarzenie zakończyło się dość szczęśliwie — bez ofiar w ludziach. Nikt nie wątpił w to, że samolot spadł do morza.

    Tymczasem, jak następnie ustalono na podstawie zapisu na taśmie SARPP, po wykatapultowaniu się pilota, po 15 sekundach obroty wzrosły do maksymalnych, by po 20 sekundach ponownie nastąpił ich spadek do PMG (obroty minimalne w locie). Następnie silnik znów osiągnął obroty maksymalne, które utrzymywał do chwili pełnego wyczerpania zapasu paliwa. Maszyna, z SAU pracującym na zakresie „Stabilizacja”, przeszła na wznoszenie i nabrała 12 000 metrów. Na takiej wysokości kontynuowała dalszy lot. O 9.44, po przekroczeniu granicy NRD z RFN, samolot został wykryty przez amerykańskie posterunki radiolokacyjne. O 10.05 przechwyciła go para F-15C. Piloci amerykańscy byli bardzo zdziwieni, że w kabinie nikt nie siedzi. Nie zestrzelili intruza, gdyż leciał nad gęsto zaludnionymi terenami. Gdy paliwo się skończyło, silnik zgasł i samolot zaczął szybować. Na zniżaniu maszyna rozpędziła się, i w wyniku swoich właściwości aerodynamicznych przy pracującym autopilocie, ciągle próbowała powrócić do lotu poziomego. Cały cykl powtarzał się kilka razy i przy zderzeniu z ziemią, kąt pochylenia był bliski zeru, w wyniku czego płatowiec praktycznie nie ucierpiał. Miało to miejsce o godzinie 10.37.

    W sumie cały lot trwał ponad godzinę, samolot pokonał około 900 kilometrów. W tym czasie Skuridin zdołał udać się do szpitala, zrobić prześwietlenie (potłukł się podczas przyziemienia) i wrócić do sztabu. Tu podano komunikat radiowy o tym, że radziecki MiG-23 z numerem taktycznym 29 „szczęśliwie” wylądował w okolicach Brukseli. Samolot zniszczył ogrodzenie jednego z domów, skrzydłem rozbił werandę, gdzie, niestety, znajdował się młody mężczyzna, który poniósł śmierć na miejscu. Wszyscy przeżyli szok.

    Po kilku dniach do Belgii przybyła grupa przedstawicieli Ministerstwa Obrony ZSRR. Nie dopatrzono się jakiejkolwiek winy pilota. Natomiast rozgorzał konflikt między Ministerstwem Przemysłu Lotniczego i służbą inżynieryjno-lotniczą. Okazało się, że silnik w ciągu roku 5 razy był remontowany. Komisja zdołała ustalić przyczynę wypadku. Było nią samoczynne nieplanowe włączenie się do pracy systemu zapobiegania pompażowi (SPP), który zmniejszył obroty po starcie. Powodem było nieprawidłowo wykonane uszczelnienie próżniowe złącza elektrycznego sterowania systemem, w wyniku czego do wewnątrz dostała się woda. Po rozebraniu złącza, wszystkie styki były opalone i pokryte rdzą. Następnie SPP wyłączył się najprawdopodobniej w skutek wstrząsu wywołanego katapultowaniem. Wina leżała po stronie Lotniczego Zakładu Remontowego w Czugujewie, gdzie samolot przechodził remont główny.

    Komentując incydent, ówczesny pierwszy zastępca dowodzącego WWS generał lejtnant lotnictwa Je. SZAPOSZNIKOW powiedział: „To unikalny w historii lotnictwa przypadek. Po raz pierwszy maszyna bojowa, wykonała tak daleki bezpilotowy przelot."

  2. #2
    Zbanowany
    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    ACES II

    Domyślnie

    I w sumie gdyby nie ta ofiara z werandy, to można by sie smiać...

    p.s. Był na ten temat artykuł w którymś numerze SP, chyba z 2002 roku.

  3. #3

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    Nie czytałem tego artykułu. Masz go może?

  4. #4
    Zbanowany
    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    ACES II

    Domyślnie

    Zdaje mi sie, ze był to nr 3/2002, ale nie mam tego numeru pod ręką i nie moge sprawdzić...

  5. #5

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    Dzięki.

  6. #6
    Awatar bielik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPPI

    Domyślnie

    Dzięki Zwieroboj, z chęcią poczytam tego typu historie

  7. #7
    ModTeam Senior Screener
    Awatar Drzemi

    Dołączył
    Jan 2007
    Mieszka w
    EPGD / EPMM

    Domyślnie

    Ja także. Bardzo ciekawe!

  8. #8

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzięki kolego!

  9. #9
    Awatar fly_jabko

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    Grodzisk Wlkp

    Domyślnie

    mnie tez bardzo Ciekawią taki historie w czerwcu jak byłem na urlopie nad morzem, to pojechaliśmy sobie na lotnisko "Kołobrzeg" szkoda obiektu bo jest niesamowity rozmiarami i cała infrastruktura imponujaca, ale będąc tam opowiedziałem tą historię zebranym razem ze mna... nie dowierzali, ale ja normalnie zabłysnąłem

  10. #10

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Warszawa

  11. #11

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    Jak obiecałem, przedstawiam tłumaczenie artykułu autorstwa Anatolija DOKUCZAJEWA zamieszczonego w czasopiśmie "Awiacyja i Kosmonawtika" nr 4/2000.


    POLOWANIE W STRATOSFERZE (cz. 1)

    Pomalowane na czarno amerykańskie samoloty U-2 regularnie przez szereg lat dziurawiły przestrzeń powietrzną Związku Radzieckiego, zapuszczając się w głęboko położone części kraju. Ich piloci, dzięki dobrym aparatom fotograficznym, zdołali wykonać zdjęcia najtajniejszych obiektów wojskowych i obronnych rozmieszczonych na Syberii, Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie, w Azji Środkowej, w rejonie nadbałtyckim oraz w centrum. Byli przeświadczeni o własnej bezkarności, ponieważ latali w stratosferze. Sam Allan Dallas uważał, że na świecie nie ma takiego myśliwca czy rakiety, które mogłyby dosięgnąć jego samolot-widmo. Pogląd ten podzielał również prezydent USA Dwight Eisenhower. Z zaistniałą sytuacją nie mógł się pogodzić sekretarz generalny KC KPZR Nikita Siergiejewicz CHRUSZCZOW.
    Dokładnie czterdzieści lat temu obsada bojowa przeciwlotniczego zestawu rakietowego S-75 z dywizjonu dowodzonego przez majora Michaiła WORONOWA zestrzeliła samolot szpiegowski Lockheed U-2.
    Jednak mało kto wie o roli, jaką odegrali w operacjach przechwytywania U-2 radzieccy piloci myśliwscy. Dziś odkrywamy tą tajemnicę.


    Pierwszy lot U-2 nad Związkiem Radzieckim odbył się 4 lipca 1956 roku. Po starcie z amerykańskiej bazy lotniczej w Wiesbaden (NRF), wykonał przelot nad Moskwą, Leningradem i rejonem nadbałtyckim. W sprawozdaniu na temat tego lotu zawarto stwierdzenie, iż samolot „(…) przeleciał nad dwoma najsilniej bronionymi rejonami świata. Lot był udany. Radziecki system OP nie otworzył ognia (…)”. Fotografie zrobione przez aparaty fotograficzne o ogniskowej 900 mm poraziły specjalistów swoją jakością. „Zdjęcia były na tyle szczegółowe — wspominali później analitycy — że można było odczytać numery taktyczne na ogonach bombowców”.
    W lipcu stacjonujący w Wiesbaden pododdział „10-10” wykonał 5 lotów rozpoznawczych nad ZSRR. Odbywały się one na wysokości ponad 20000 m. W ich wyniku rozpoznano liczne elementy składowe radzieckiego systemu OP, poznano zasady jego funkcjonowania, ustalono lotniska myśliwców przechwytujących, stanowiska artylerii przeciwlotniczej oraz stacji radiolokacyjnych. Poznano również inne ważne obiekty obronne, głównie należące do Marynarki Wojennej.

    Wspomina były pilot wojskowy Wasilij PIKALIN, który w styczniu 1991 roku napisał do autora niniejszego artykułu z Rygi:
    „W czasie opisywanych wydarzeń pełniłem służbę w 15 Orszańskim pułku lotnictwa myśliwskiego im. F.E. DZIERŻYŃSKIEGO (pierwszym pułku lotniczym w RKKA) na lotnisku Rumbuła pod Rygą. Rano, 5 lipca 1956 roku stawiliśmy się na zajęcia w ramach szkolenia dowódczego. Wiązało się to z rozpoczęciem pod koniec 1955 roku przeszkolenia na myśliwiec naddźwiękowy MiG-19. Jako pierwszy z nowym samolotem zapoznawał się personel kierowniczy dywizji i pułku. Byłem prowadzonym u zastępcy dowódcy dywizji pułkownika PIROGOWA, a co za tym idzie, wyprzedzałem swoich kolegów pułkowych w realizacji programu o 2-3 ćwiczenia.
    Ponieważ do dnia 5 lipca program przeszkolenia nie został ukończony, dlatego też pułk nie pełnił dyżuru bojowego. Samoloty znajdowały się na stałych płaszczyznach postojowych bez zbiorników podwieszanych. Jednym słowem przygotowywaliśmy się do planowych lotów szkoleniowych. Lecz tego właśnie dnia los sprawił, że czekała mnie cięższa próba. Jedząc śniadanie w stołówce pułkowej zostałem wywołany na zewnątrz. Na rozkaz dowódcy pułku pułkownika JESINA zostałem przewieziony jego samochodem na płaszczyznę postojową, gdzie znajdował się mój samolot. Zdumiało mnie, że MiG gotowy był już do lotu, a obok leżał wysokościowy ubiór kompensacyjny i spadochron.
    Otrzymałem rozkaz startu na przechwycenie samolotu-naruszyciela Granicy Państwowej ZSRR, który wracał już spod Moskwy (wcześniej poderwano pilota Aleksandra ODNOLUBOWA). Po starcie, otrzymawszy komendę z SD „Pachra” (30 Armia Lotnicza), stanąłem na kurs 180 stopni. Gdy łączność radiowa uległa pogorszeniu, dostałem komendę: „Podać „Dębowi” sygnał „1001”. Była to komenda na przyjęcie dowodzenia dalszym lotem samolotu („Dąb” to stanowisko dowodzenia dywizji lotnictwa myśliwskiego, znajdujące się na lotnisku Szauliaj). Jednak „Dąb” odpowiedział, że nie zna takiego sygnału. Łączność z „Pachrą” w tym czasie była jeszcze ciągła, lecz bardzo słaba. Zbliżając się do Szauliaj na tej samej częstotliwości słyszałem korespondencję radiową pomiędzy SD dywizji i trzema samolotami — dwoma MiG-17 i jednym Jak-25. Jak się później zorientowałem, one także naprowadzane były na wykryty w powietrzu cel.
    W związku z tym, że „Dąb” nie przyjął dowodzenia moim samolotem, a paliwo było na ukończeniu, poprosiłem „Pachrę” o zgodę na lądowanie w Szauliaj. „Pachra” początkowo wyraziła zgodę, jednak po zarządzeniu 01 („zero-pierwszego” — dowodzącego 30 Armią Lotniczą generała lejtnanta lotnictwa MIRONOWA) miałem kontynuować lot z przybliżonym kursem naruszyciela, którego SD widziało, ale widocznie z przerwami. Po dwóch minutach wreszcie zezwolono mi na lądowanie — silniki z powodu braku paliwa zgasły tuż po przyziemieniu. Na płaszczyźnie postojowej obecny był już szef sztabu dywizji, który zapytał mnie dlaczego przekazałem „Dębowi” komendę „1001”, a nie „10-01”. Odpowiedziałem, że taką komendę otrzymałem z SD armii. Później dowiedziałem się, że kilku nawigatorów naprowadzania dywizji zostało ukaranych z powodu nieznajomości dokładnego sygnału szefa sztabu.
    Po powrocie na „swoje” lotnisko Rumbuła poinformowano mnie, że decyzją dowódcy armii utworzono specjalną grupę do przechwytywania samolotów-naruszycieli. Starszym grupy został nawigator dywizji major GAŁUSZKIN. Wszedłem w jej skład jako główny wykonawca. Trzecim jej członkiem był kapitan SKRIPCZENKO. Dyżur mieliśmy pełnić na lotnisku litewskiego miasta Kiedeniaj. W celu bardziej efektywnego dowodzenia grupą, SD „Dąb” ustanowiło z nami, poza łącznością radiową, również łączność przewodową. Schemat działania grupy wyglądał następująco. Zamierzano naprowadzać jedynie mnie, a wszystkie inne samoloty miały znajdować się na ziemi. W takich warunkach łatwiej było dowodzić. Jeszcze jeden samolot przechwytujący powinny skierować WWS Podkarpackiego OW. Wiązało się to z faktem, iż 5 lipca samolot-naruszyciel wtargnął w przestrzeń powietrzną ZSRR na granicy rejonu odpowiedzialności Nadbałtyckiego i Podkarpackiego OW. Tym sposobem planowano użyć do działań dwa samoloty. 5 lipca ustalono, że naruszyciel leciał na wysokości około 20000 metrów, a pułap praktyczny MiG-19 wynosił 17800 metrów. Postawiono przede mną zadanie wyjścia na wysokość 20000 metrów dzięki tzw. dynamicznej górce, tj. wykonaniu po uprzednim rozpędzeniu samolotu czegoś w rodzaju podskoku.
    Wczesnym rankiem 6 lipca poinformowano nas, że nad NRF rozpoczął lot samolot wysokościowy. Było wielce prawdopodobne, że skieruje się w naszą stronę. Tak też się stało. Gdy zbliżył się do rejonu Brześcia, zostałem poderwany na jego przechwycenie. Niebo, jak dobrze pamiętam, było bezchmurne, a widzialność doskonała. Po nabraniu wysokości 12500 metrów, tzn. wysokości włączenia dopalania, zaczęto mnie naprowadzać z kursem 180 stopni na „naruszyciela”, który leciał na takiej samej wysokości, ale z przeciwnym kursem. Wkrótce ujrzałem owego „naruszyciela” — był nim taki sam jak mój MiG-19 z pomalowanym na czerwono nosem. Okazało się, że 6 lipca z Kubania do Podkarpackiego OW dostarczono MiG-19, i jednego z nich wysłano na przechwycenie. Tak więc naprowadzono nas omyłkowo na siebie. Tymczasem faktyczny naruszyciel nie niepokojony przez nikogo przeleciał nad nami kierując się w stronę Moskwy, a następnie — jak nam powiedziano — na Leningrad i do któregoś z krajów skandynawskich.
    Po dniu przerwy, 8 lipca, przyprowadzono dla mnie nowy samolot, gdyż w dotychczasowym silniki wypracowały praktycznie cały resurs. Przedpołudniem przyleciał do Kiedeniaj dowódca armii. Generał lejtnant MIRONOW zakomunikował: „Jest decyzja Sztabu Generalnego o naprowadzaniu na cel tylko jednego samolotu, a wykonanie głównego zadania polecono wam, Pikalin”. Wprawdzie 8 lipca było spokojnie, lecz już 9 lipca nastąpiła powtórka wydarzeń z 6 lipca. Z NRD, z Grupy Wojsk Radzieckich w Niemczech dotarła informacja, że „samolot wysokościowy kieruje się w stronę ZSRR”. Po otrzymaniu komendy z SD „Dąb” wystartowałem z kursem 180 stopni i nabrałem wysokość 12500 metrów, po czym nakazano mi skręcić na kurs 270 stopni. W tym czasie samolot-naruszyciel mijał Brześć. Po upływie pewnego czasu wydano nową komendę: „Zakręt w prawo z przechyleniem 30 stopni do komendy”. Poinformowano mnie również: „Naruszyciel w odległości 6 kilometrów, wysokość 16000-16500 metrów”. To gwarantowało przeprowadzenie skutecznego przechwycenia. Nakazano mi wykonać skręt na kurs 60-70 stopni i podano komendę: „Włączyć dopalanie”. Przygotowywałem się do ataku.
    Lecz po około 15-20 sekundach od włączenia dopalania nastąpił wybuch. Czerwona lampka na tablicy ostrzegała — „pożar lewego silnika”. Jednocześnie nastąpił gwałtowny spadek jego obrotów. Zameldowałem o zdarzeniu na SD i wykonałem skręt w lewo o 45-50 stopni, aby upewnić się wzrokowo, czy są jakiekolwiek oznaki pożaru. Kiedy przekonałem się, że za samolotem ciągnie się brunatny warkocz dymu, zamknąłem zawór pożarowy lewego silnika. Lampka sygnalizacyjna zgasła, znikł również dym. Samolot-naruszyciel znów bezkarnie odleciał w kierunku Moskwy. Poza moim, w powietrzu nie było żadnych myśliwców. Pogoda tego dnia panowała doskonała, ani jednej chmurki. Zapewne dzięki temu pilot U-2 sfotografował wszystko, co mu nakazano… Ze sztabu armii przyleciała komisja, która ustaliła, że pożar wybuchł po włączeniu dopalania z powodu wadliwego zespawania rurki odprowadzającej głównego przewodu wysokiego ciśnienia. Paliwo przedostawało się w postaci emulsji do przestrzeni pomiędzy silnikiem a kadłubem.
    Kiedy U-2 wracał, do jego przechwycenia z lotniska Rumbuła poderwano najlepiej wyszkolonych pilotów naszego pułku. Byli to dowódca eskadry major SOKOŁOW oraz dowódcy kluczy kapitanowie KORiENIEW i KAPUSTIN. Jednak bez rezultatu. Pierwszy z nich lądował na lotnisku Szauliaj, a drugi — w Polsce. Kapitan KAPUSTIN nie dociągnął do drogi startowej lotniska Kiedeniaj — zabrakło 500 metrów. Wykonał skręt w lewo w kierunku łąki, podczas przyziemienia staranował stado owiec i z dość dużą prędkością wbił się w zniszczony budynek mieszkalny. KAPUSTIN przeżył, jednak został inwalidą — uszkodził kręgosłup. Sam samolot utracono.
    Później przeprowadzono analizę naruszeń granic powietrznych kraju. Dowódca armii przekazał słowa Nikity Siergiejewicza CHRUSZCZOWA, że pilot, który strąci wysokościowy samolot-naruszyciel, automatycznie będzie przedstawiony do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, a w kwestii materialnej otrzyma wszystko, czego sobie zażyczy. Przekazano również decyzję ministra obrony, że taki pilot otrzyma awans w stopniu wojskowym. Słuchałem dowódcy i dręczyła mnie jedna myśl: jak zniszczyć naruszyciela?…”

    Oto spowiedź pilota wojskowego pułkownika w stanie spoczynku Wasilija Iwanowicza PIKALINA. Niezbicie dowodzi, że pierwsze próby ukrócenia lotów samolotów wysokościowych nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Nawiasem mówiąc, dziś już wiadomo, że piloci U-2 niejednokrotnie byli świadomi prób przechwytywania ich przez pilotów radzieckich na samolotach MiG-17 i MiG-19. Wiedzieli również to, że MiG-19 po wykonaniu dynamicznej górki, był w stanie w określonych warunkach ich dosięgnąć. Lecz w razie stwierdzenia ataku, wychodzili ze strefy przechwycenia MiGa wykonując zwykły zakręt.
    W żadnym jednak razie nie można nazwać lotów U-2 podniebnymi spacerkami. Ich piloci również ginęli, czy doznawali ciężkich obrażeń. Jednak o tym nieco później.
    Fakt wdzierania się samolotów w przestrzeń powietrzną ZSRR został udokumentowany przez radzieckie środki OP. W nocie dyplomatycznej z 10 lipca, rząd ZSRR określił naruszenia granic powietrznych jako „umyślne działanie określonych kręgów w USA, obliczone na zaostrzenie stosunków między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi Ameryki” i zażądał zaprzestania prowokacyjnych lotów.
    Na jakiś czas misje nad ZSRR zostały wstrzymane. Jednak pokusa pozyskania nowych danych wywiadowczych była tak silna, że już w 1957 roku loty zostały wznowione. W latach 1957-1959 nad ZSRR przeprowadzono ich około trzydziestu. Samoloty startowały nie tylko z bazy lotniczej w Wiesbaden, lecz również z baz lotniczych Indżirlik (Turcja), Atsu (Japonia) i innych, zwłaszcza zaś z Peszawaru (Pakistan). Sferę zainteresowań amerykańskich służb specjalnych stanowiły w tym wypadku głęboko położone rejony ZSRR — Syberia, Kazachstan i Nowa Ziemia, gdzie opracowywano i badano nowe rodzaje broni strategicznych.
    Udzielmy głosu generałowi pułkownikowi w stanie spoczynku Jurijowi WOTINCEWOWI — w kwietniu 1960 roku będącego dowódcą korpusu OP, którego sztab mieścił się w Taszkiencie:
    „Wydarzenia mające miejsce w Azji Środkowej 9 kwietnia 1960 roku poprzedzone były interesującymi faktami. Jakimi? Po kolei. W 1955 roku po ukończeniu Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego zostałem wyznaczony na stanowisko zastępcy dowódcy armii OP, rozwiniętej dla obrony Moskwy. Jej jednostki wyposażone były w przeciwlotnicze zestawy rakietowe S-25 „Bierkut”. Oprócz „Bierkutów” armia dysponowała doskonałymi jak na owe czasy radiolokacyjnymi środkami dalekiego wykrywania. Znajdowały się one wówczas w odległości 200 kilometrów od stolicy. Nagle, w sierpniu 1957 roku jeden z węzłów dalekiego wykrywania na wschód od Mińska, na wysokości około 20000 metrów wykrył cel. Przemieszczał się nad Mińskiem w kierunku Moskwy. Kilkadziesiąt kilometrów przed strefą rażenia przeciwlotniczych zestawów rakietowych skręcił i odszedł na zachód.
    Przed specjalistami stanęło trudne zadanie — zidentyfikować cel. Po pierwsze — poruszał się na dużej wysokości. Po drugie — budził zdziwienie fakt „zrywania” celu, tj. czasowego jego zanikania na ekranie wtedy, kiedy nie powinien zanikać. Zbijała z tropu również prędkość, która na poszczególnych odcinkach wyraźnie różniła się od prędkości przelotowej samolotu i dochodziła do prędkości lotu ptaka. Eksperci byli przekonani, że gdyby na ekranie był samolot, to powinien dawno spaść. Zarazem znacznik celu na ekranie radaru nie mógł pochodzić od stada ptaków, gdyż na takiej wysokości ptaki nie latają. Zjawisko przyrodnicze? Jeden z balonów sondujących, wypuszczanych wówczas licznie przez zachodnie służby specjalne? Lecz jak wówczas rozumieć sytuację w której cel doleciał do określonego punktu, a następnie zaczął poruszać się w kierunku przeciwnym — na zachód. Więcej było pytań, niż odpowiedzi. Słowem — cel „niewidka”. Zarówno w Siłach Powietrznych, jak i w Marynarce Wojennej nie dysponowano lotnictwem zdolnym działać na wysokości 20000 metrów, więc rozpoznania „walką” nie można było przeprowadzić.
    Dowódca związku generał pułkownik Konstantin KAZAKOW zameldował o obserwacjach radiotechników szefowi Sztabu Generalnego marszałkowi Wasilijowi SOKOŁOWSKIEMU i ministrowi obrony marszałkowi Rodionowi MALINOWSKIEMU. Tego wieczora w mojej obecności na stanowisku dowodzenia związku odbyła się narada — przewodniczył jej szef Sztabu Generalnego. Poddano w wątpliwość fakt dolotu samolotu prawie do Moskwy, podobnie jak samą wysokość lotu celu. Muszę tutaj zaznaczyć, że ludzie stojący wówczas na czele Sił Zbrojnych byli przezorni, stanowczy i potrafili podejmować trafne decyzje. Za zgodą Biura Politycznego partii wydano jednostkom rozkaz o pełnieniu dyżurów bojowych na zatankowanych rakietach i z założonymi głowicami bojowymi. Nie wiem, czy Pan Bóg albo służby specjalne Zachodu zorientowały się o podjętych przez nas krokach — transporcie rakiet, umieszczaniu ich na stanowiskach startowych itd., ale więcej „niewidki” nie próbowały zbliżać się do Moskwy.
    Jednakże z „niewidkami” przyszło mi się jeszcze spotkać. W maju 1959 roku dowodziłem samodzielnym Turkiestańskim korpusem OP, późniejszym korpusem OP Turkiestańskiego OW. Jednostki związku rozmieszczone były na terytorium pięciu republik. Nawiasem mówiąc, korpus nie był zbyt silny. W jego skład wchodziły łącznie dwa pułki lotnictwa myśliwskiego na samolotach MiG-17 i MiG-19 oraz osiem pułków i batalionów radiotechnicznych posiadających starzejący się park stacji radiolokacyjnych typu P-8 i P-10. Były to stacje dwuwspółrzędne, podające azymut i odległość do celu. Nie zawsze sobie natomiast radziły z określaniem wysokości…
    Kiedy zapoznawałem się z jednostkami korpusu, w pułku lotniczym (a był to pierwszy pułk radzieckich asów z okresu Wielkiej Wojny Narodowej), jego dowódca podpułkownik GORIUNOW opowiedział mi zagadkową historię. Na 3-4 miesiące przed moim wyznaczeniem na nowe stanowisko, gdzieś w lutym 1959 roku, nowoczesna jak na tamte czasy stacja P-30, nawiasem mówiąc jedyna w całej jednostce, wykryła na wysokości 20000 metrów cel, który nie odpowiadał na zapytania. Przypuszczano, że cel wtargnął w przestrzeń powietrzną ZSRR. Na jego przechwycenie poderwano doświadczonego pilota, dowódcę eskadry. Udało mu się rozpędzić MiGa i po wykonaniu dynamicznej górki znaleźć się na wysokości około 17,5 tysięcy metrów. Zameldował wówczas, że 3-4 tysiące nad sobą widzi samolot. Jednak MiG-19 utrzymywał się na wysokości 17,5 tysięcy metrów jedynie przez kilka sekund, po czym zaczynał się zwalać. Zrozumiałe, że w tej sytuacji pilot stracił cel z pola widzenia. Utraciły go również wkrótce stacje radiolokacyjne, a dokładniej — jedyna, która go widziała — P-30.
    Po przyziemieniu pilot zameldował o rezultatach swoich obserwacji. Narysował samolot, który zobaczył. Sylwetka przypominała krzyż, miał też duże skrzydła. Powiadomiono o tym Sztab Główny Wojsk OP w Moskwie, z którego szybko przybył wraz z grupą specjalistów sam dowódca lotnictwa myśliwskiego OP generał pułkownik lotnictwa Jewgienij SAWICKIJ. Moskwianie długo rozmawiali z pilotem, analizowali uzyskane dane. Efekty pracy komisji zdumiały cały pułk — obserwacje pilota poderwanego na przechwycenie „niewidki” wzbudziły w nich wątpliwości. SAWICKIJ oznajmił, że pilot wymyślił to, że cokolwiek widział, niby chcąc się wyróżnić i zasłużyć na nagrodę. Komisja sprawiała wrażenie absolutnie pewnej, iż na świecie nie istnieją samoloty, które mogłyby przez kilka godzin utrzymywać się na wysokości 20000 metrów…”

  12. #12

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    POLOWANIE W STRATOSFERZE (cz. 2)

    …Położona w pobliżu tureckiego miasta Adana amerykańska baza lotnicza Indżirlik była dość dobrze znana na świecie. Dlatego USA oficjalnie ogłosiły, że to tutaj będzie stacjonować eskadra NASA przeznaczona do badania zjawisk pogodowych. Wkrótce pojawiły się też samoloty „naukowo-badawcze”, a po nich piloci o dość wszechstronnym wykształceniu. Wysłannicy Centralnej Agencji Wywiadowczej odwiedzali bazy lotnicze USAF i werbowali najlepszych młodych pilotów do nowej służby „10-10”. Potencjalny kandydat wzywany był do sztabu, gdzie oferowano mu możliwość latania na supersamolotach. Jednocześnie obiecywano trzykrotnie wyższe niż normalnie uposażenie — do 2500 dolarów miesięcznie. Wielu pilotów na to przystawało. Jednak dopiero wówczas, kiedy podpisywali tajny kontrakt z CIA, tłumaczono im, że nowa praca wiąże się z działalnością szpiegowską. Na barki pilotów, którzy przybyli do Indżirlika, spadło najtrudniejsze zadanie — „odsłonić” południową granicę Związku Radzieckiego. Ale po kolei…
    Działalność eskadry prawdopodobnie do dziś okryta byłaby tajemnicą, gdyby jej sekretów nie zdradził Francis Powers, który 1 maja 1960 roku został strącony nad Swierdłowskiem i uratował się skacząc ze spadochronem. Pilot opisał, co się działo w latach 1956-1957. Piloci startowali z lotniska Indżirlik i lecieli na wschód Turcji do miasta Wan leżącego nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. Później obierali kurs na stolicę Iranu Teheran, przelatywali nad nią i kierując się na wschód, mijali Morze Kaspijskie. Następnie przelatywali na południe od miasta Meszcheda, przecinali granicę afgańsko-irańską, a dalej — wzdłuż granicy afgańsko-radzieckiej. Zawracali tuż przed Pakistanem i z powrotem po starej trasie na lotnisko Indżirlik…
    9 kwietnia 1960 roku, na krótko przed nastaniem świtu, na lotnisku w Peszawarze (Pakistan) z jednego z hangarów wytoczono samolot. Na tle wschodniej nocy, w świetle reflektorów samochodowych jego czarne malowanie powodowało tak niecodzienne odblaski, że nawet zasiedziali tu od dawna amerykańscy specjaliści lotniczy, byli zdumieni tym widokiem. U-2 został dostarczony tutaj wcześniej, a pilot, któremu dane było odbyć na nim skomplikowany lot, mógł się jedynie domyślać, że przelotu dokonał któryś z jego kolegów z bazy lotniczej Indżirlik. Uściślił kilka spraw z pułkownikiem Williamem Sheltonem, ubrał kombinezon, uścisnął dłoń i udał się do U-2.
    Shelton odprowadzał go zimnym, spokojnym spojrzeniem. Pilot miał dostarczyć pododdziałowi „10-10” nowych powodów do dumy. Pułkownik z pewnością nie przewidywał porażki. Zresztą, nawet jeśli coś nie poszłoby tak jak należy, to zarzuty nie padłyby ani pod adresem „10-10”, ani nawet USA. Zarówno na samolocie, jak i na kombinezonie pilota nie umieszczono żadnych znaków rozpoznawczych. Zakładano, że pilot „do niewoli” może trafić jedynie martwy. W tym celu pod miską fotela umieszczono trzyfuntowy ładunek cyklonitu, który mógł roznieść w drobny pył nie tylko samą maszynę, ale również pilota.
    Startujący U-2 po kilku minutach wzniósł się na wysokość ponad 18 tysięcy metrów. Po lewej miał Afganistan, z prawej, w promieniach słońca, rozpościerały się Chiny, a z przodu — główny obiekt rozpoznania, którego lękało się wielu pilotów „10-10” — Związek Radziecki. Zwerbowany przez CIA pilot amerykański spojrzał w dół, a następnie na przyrządy — U-2 właśnie przecinał granicę. Powiadomił o tym za pomocą umówionego sygnału łączności radiowej (dwukrotne naciśnięcie przycisku N-O) i kontynuował lot. Nieco później włączył aparaty fotograficzne i inną aparaturę rozpoznawczą. Stało przed nim arcytrudne zadanie, jeszcze trudniejsze, niż postawione później przed Francisem Powersem. W czym tkwiła owa trudność?
    Misja polegała na przelocie nad czterema supertajnymi obiektami obronnymi Związku Radzieckiego — nad Semipałatyńskim Poligonem Jądrowym, znajdującą się obok niego bazą bombowców strategicznych Tu-95, poligonem przeciwlotniczych wojsk rakietowych obrony powietrznej w pobliżu Sary-Szagana i poligonem rakietowym niedaleko Tiura-Tam, znanym obecnie jako kosmodrom Bajkonur. Wszystkie te obiekty należało utrwalić za pomocą wszystkowidzących aparatów fotograficznych i innej aparatury rozpoznawczej. Jako pierwszy na trasie znajdował się Semipałatyński Poligon Jądrowy.
    Z materiałów śledztwa przeprowadzonego w związku z faktem naruszenia Granicy Państwowej ZSRR:
    „9 kwietnia 1960 roku w rejonie Pamiru, 430 kilometrów na południe od miasta Andiżan, granicę państwową ZSRR od strony Pakistanu przeciął zagraniczny samolot. Z powodu karygodnej beztroski, posterunki radiolokacyjne samodzielnego korpusu OP Turkiestańskiego Okręgu Wojskowego wykryły naruszyciela dopiero o godzinie 4 minut 47, kiedy zagłębił się w nasze terytorium na ponad 250 kilometrów. Naruszyciel skierował się na Semipałatyńsk…”
    Wydawałoby się, że dokument przedstawia bezsporne fakty, lecz… Oto, co na ten temat ma do powiedzenia generał pułkownik w stanie spoczynku Jurij WOTINCEW:
    „9 kwietnia, około godziny siódmej rano czasu miejscowego dyżurny operacyjny SD korpusu zameldował, że stacja radiolokacyjna znajdująca się na Issyk-Kule, w niedużej odległości od granicy, na wysokości 4,5 tysiąca metrów nad poziomem morza wykryła cel, który następnie przeciął granicę i skierował się prosto na północ. Poderwaliśmy z lotniska 4 myśliwce MiG-19. Te jednak nie odnalazły celu…”
    I tu zgodzić się z tezami zawartymi w dokumentach, na które upływający czas nie wywiera wpływu? Być może Jurija Wsiewołodowicza WOTINCEWA zawodzi pamięć? A może pomylił on incydent z 9 kwietnia z pierwszomajowym, kiedy leciał Powers? „Nie — stanowczo odpowiada WOTINCEW — dobrze pamiętam, jak meldowano mi o wykryciu celu. Osobiście podrywałem samoloty na przechwycenie”.
    Analiza dokumentów oraz ankiety przeprowadzone wśród uczestników tych wydarzeń pozwalają na sformułowanie następujących wniosków. Cel mógł zostać wykryty, lecz jego prowadzenie było „zrywane”. Obsada bojowa nie miała pewności, czy rzeczywiście prowadzi naruszyciela granicy państwowej, dlatego informacja o samolocie szpiegowskim została przekazana do głównej sieci powiadamiania obrony powietrznej z opóźnieniem. A dokładnie o godzinie 4 minut 47 czasu moskiewskiego, kiedy to cel zdołał już pokonać nad terytorium radzieckim odległość ponad 200 kilometrów.
    Tutaj konieczne jest pewne wyjaśnienie. Winę za zwłokę w przekazaniu informacji o celu do sieci powiadamiania ponoszą również centralne zarządy Ministerstwa Obrony i Sztabu Głównego Wojsk Obrony Powietrznej kraju. Przypomnijmy sobie choćby przyjazd generała Jewgienija SAWICKIEGO do Taszkientu w lutym 1959 roku, kiedy to samolot „niewidka” krążył na niebie nad republikami środkowoazjatyckimi. Powiedział wtedy, że na tak dużej wysokości (20000 metrów) przez dłuższy czas nie był w stanie utrzymać się żaden samolot. Jasne jest, że tego typu instruktaż udzielony przez przełożonego z Moskwy, musiały odbić się na pracy obsad bojowych Turkiestańskiego OW dwa miesiące później. Autor tego artykułu zapytał uczestników omawianych wydarzeń, czy wiedzieli wówczas o istnieniu U-2. „Słyszałem o nim — powiedział w rozmowie generał lejtnant w stanie spoczynku Arkadij KOWACZEWICZ — jeszcze przed przeniesieniem na południe, kiedy służyłem w rejonie nadbałtyckim”. To samo mówili również inni piloci, którzy pełnili służbę w zachodnich rejonach ZSRR. Słyszeli… Słyszał również radziecki wywiad wojskowy. A przecież istniała paląca potrzeba posiadania szczegółowych informacji o tym samolocie i jego możliwościach.
    Oczywiście wszystkie loty Lockheed U-2 odbywały się w najgłębszej tajemnicy. Jednak CIA nie wszystko szło tak gładko, zdarzały się również wpadki. Były to sytuacje, które o mało co nie doprowadzały do ujawnienia wszystkich szczegółów samolotu. Na jednym U-2, który wtargnął na obszar ZSRR w rejonie nadbałtyckim, zawiódł silnik. Wtedy z pomocą przyszedł sam Pan Bóg. Pilotowi udało się go uruchomić na wysokości, na której artyleria przeciwlotnicza nie była jeszcze groźna. Kolejny wypadek miał miejsce w Chinach. Zawodna praca silnika samolotu szpiegowskiego o mały włos nie umożliwiła myśliwcom ChRL zbliżenia się do niego na małą odległość. Pilot USAF (okazał się nim Chińczyk z pochodzenia) zmuszony był do podjęcia dramatycznej decyzji, jaką zobowiązany był podjąć w podobnej sytuacji każdy pilot U-2 — wysadzenia samolotu w powietrze.
    Następny incydent miał miejsce 24 września 1959 roku. W odległości 65 kilometrów od Tokio na lotnisku szybowcowym jeden z samolotów „widm” wykonał przymusowe lądowanie, po tym, jak coś stało się z silnikiem w trakcie szybowania nad Syberią. Pilot nie dociągnął do Wysp Japońskich, lecz wylądował na lotnisku cywilnym. Następnie przez kwadrans przebywał tam razem ze swoją maszyną. Wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie jeden wścibski szybownik, który okazał się dziennikarzem i zdołał zrobić zdjęcie. Na drugi dzień opublikowane zostało w gazecie. Mało tego, dziennikarz zebrał relacje świadków. Wynikało z nich, że tajemniczy samolot wykorzystuje silnik turbinowy jedynie do naboru wysokości, by następnie po jego wyłączeniu móc bezszelestnie szybować. Bez wątpienia można wyciągnąć wniosek, że był to samolot do prowadzenia badań meteorologicznych, lecz jak widać mógł służyć również do celów rozpoznawczych.
    Co więcej, w dziobie samolotu znajdowało się małe okienko, jakie posiadają wyłącznie samoloty rozpoznawcze. Niepokoił wygląd samolotu. Czarny kolor, zauważył autor w komentarzu, nadawał się jedynie do pochłaniania fal radaru. Oczywistym jest, że wrzawa wywołana przez ten wypadek musiała przyciągnąć uwagę służb specjalnych ZSRR i widocznie przyciągnęła. Jednak pomimo tego, że od września pięćdziesiątego dziewiątego upłynęło pół roku, w kwietniu 1960 nie dysponowano w ZSRR pełnymi danymi U-2. Dlatego żołnierze obrony powietrznej na południu naszego kraju okazali się nie całkiem przygotowani na „powitanie gościa”.

    …Ranek 9 kwietnia 1960 roku był dla pilotów obrony powietrznej majora Borisa STAROWIEROWA i kapitana Władimira NAZAROWA nadzwyczaj stresujący. Zresztą oddajmy głos samym uczestnikom tych wydarzeń:
    „Tego ranka, gdy dyżurowaliśmy razem z Wołodią NAZAROWEM, ogłoszono podwyższoną gotowość — relacjonuje pułkownik w stanie spoczynku Boris STAROWIEROW. Powiadomiono nas, że jakiś zagraniczny samolot przeciął Granicę Państwową na południu. Zajęliśmy miejsca w kabinach. Dowódca pułku Iwan GARKAWIENKO wyznaczył Wołodię prowadzącym, a mnie — prowadzonym. To była słuszna decyzja. Chociaż obaj byliśmy dowódcami eskadr, Wołodia na Su-9 nalatał około 100 godzin, podczas gdy ja — tyle co nic. Tak się składało, że NAZAROW z pewnością należał do jednych z najlepiej wyszkolonych pilotów na Su-9 w naszych wojskach…”
    Przerwijmy opowieść STAROWIEROWA i dodajmy, że na wielkość nalotu wpływ miały określone przyczyny. Lotnictwo myśliwskie obrony powietrznej pojawiło się na położonych na Syberii lotniskach w roku 1957. Wtedy to z Moskiewskiego i Bakińskiego Okręgu OP, a także innych rejonów kraju zaczęli napływać piloci latający dotychczas na różnych wersjach samolotów MiG-17 i MiG-19.
    Pułk w którym służyli NAZAROW i STAROWIEROW również otrzymał samoloty dwóch typów — MiG-19SW (wysokościowy) i MiG-17P (przechwytujący). Właśnie na nich szkolili się początkowo piloci. Latem 1959 roku pojawiły się pierwsze seryjne Su-9 wyprodukowane w Nowosybirsku. Utworzono wówczas grupę pilotów (na jej czele stali generał Jewgienij SAWICKIJ i pułkownik Anatolij KARIECH, obaj z dowództwa Wojsk OP), która odbierała nowe samoloty w zakładzie i odprowadzała do pułków dyslokowanych w różnych zakątkach kraju. W jej skład wszedł również Władimir NAZAROW, zdobywając duże doświadczenie w pilotowaniu Su-9. Z dnia na dzień powiększał swój nalot. NAZAROW tak dobrze pilotował nowy myśliwiec, że w zakładzie zachęcano go, żeby dołączył się do grupy oblatywaczy. Jednak pilot nie został zwolniony przez dowództwo i zajmował się odprowadzaniem samolotów do lutego 1960 roku.
    W swoim pułku NAZAROW uchodził za instruktora. Bywało tak, że STAROWIEROWA „wypuszczał” do lotu właśnie on. Jednak do 9 kwietnia Boris zdołał odbyć jedynie kilka lotów. Przebywał w powietrzu około 4 godzin. Samoloty do pułku trafiały w stanie surowym. Często zdarzały się uszkodzenia. Pułk otrzymał 12 sztuk, lecz latały 2-4 myśliwce, pozostałe były remontowane, a ściślej — dopracowywane przez brygadę zakładową. I jeszcze jeden szczegół charakterystyczny dla szkolenia naszych pilotów — do 9 kwietnia nie wykonywali oni żadnych strzelań rakietami „powietrze-powietrze”, a innego uzbrojenia Su-9 nie posiadał. Mimo wszystko 9 kwietnia, według zapewnień pilotów, szansa na strącenie U-2 była duża. U-2 stanowił idealny cel. Należało tylko wejść na wysokość 20000 metrów i odpalić rakiety. Wszystko wskazywało, że tak właśnie się stanie.
    „Oczywiście brak doświadczenia w strzelaniu rakietami był poważnym niedostatkiem — powiedział w rozmowie z autorem niniejszego artykułu Boris STAROWIEROW. Jednak rakiety posiadały głowice samonaprowadzające. Poza tym my, piloci lat pięćdziesiątych, tworzyliśmy pokolenie frontowców, i bez wahania zdecydowalibyśmy się na taran. Tak nas wychowano. Później zresztą taki rozkaz otrzymaliśmy. Tymczasem minuty mijały, a komendy do startu jak nie było, tak nie ma. Oczywiście niepokoiliśmy się, gdyż samolot szpiegowski dotarł już do Semipałatyńska… Dręczyły nas dwa pytania. Pierwsze — dlaczego tak długo nas przetrzymują, przecież naruszyciel się wymknie! I drugie — jeśli pójdziemy na Semipałatyńsk, nie starczy nam paliwa na drogę powrotną. Potrzebne będzie zatem jakieś lotnisko do lądowania.
    Wiedzieliśmy, że w pobliżu Semipałatyńska znajduje się ściśle tajny obiekt, a obok niego lotnisko, które w naszym środowisku nosiło kryptonim „Moskwa-400”. Jednak w instrukcji wykonywania lotów, zawierającej m.in. dane lotnisk zapasowych, nie było ono wymienione. Odnaleźć drogę startową bez znajomości częstotliwości radiolatarni prowadzących byłoby ciężko, a lecieć w ciemno na szybkim myśliwcu…
    Jakąś godzinę po ogłoszeniu gotowości, do pułku przybył szef lotnictwa naszej armii OP generał Jakow PAZYCZKO. „Tchórze! Natychmiast startować — z miejsca wykrzyczał. Idźcie wzdłuż Irtysza, tam odnajdziecie lotnisko, a stamtąd naprowadzą was na cel”. Zaoponowaliśmy. A kto będzie nas naprowadzał? Przecież nie mamy z tym lotniskiem łączności. A nawet jeśli nas naprowadzą, to co mamy zrobić po wykonaniu ataku — katapultować się? Generał opanował emocje i uznał nasze obiekcje za zasadne.
    Czytelnikowi może wydać się dziwne, po co mielibyśmy katapultować się skoro obok znajdowało się lotnisko, nawet jeśli podlegało komu innemu? Ktoś inny słusznie zapyta — w czym tkwił problem? Wystarczyło zatelefonować, otrzymać dane i śmiało startować. W końcu niezbędne informacje można podać pilotom w powietrzu. Oczywiście tak mogło rzeczywiście być, lecz 9 kwietnia wytworzyła się tak niedorzeczna sytuacja, że dalszy bieg wydarzeń, o którym opowiem, urąga zdrowemu rozsądkowi. Z pułku na „górę” przekazano informację: „Para Su-9 gotowa do startu na przechwycenie naruszyciela granicy państwowej, przekażcie współrzędne lotniska zapasowego”. Odpowiedź: „Lotnisko, o które zapytujecie, jest tajne. Czy piloci posiadają stosowne zezwolenia?” Jasne, że ich nie mieliśmy. „Góra” skwitowała to stwierdzeniem: „To niech siedzą i czekają”. Przez jakieś dwie — dwie i pół godziny siedzieliśmy ściśnięci w wysokościowych ubiorach kompensacyjnych z hełmami szczelnymi na głowach. Ale oczywiście nie to jest najważniejsze. Amerykański samolot szpiegowski leci nad obiektem strategicznym, fotografuje go, a tu boją się nam wydać zezwolenie. A przecież może się dowiedzieć za dużo o tajnych bazach jądrowych. Wszystko to, powtarzam, przekraczało granice zdrowego rozsądku…”

    Przeprowadzona analiza wykazała, że „zezwolenia” na wykorzystanie przez pilotów OP drogi startowej w bazie lotniczej bombowców strategicznych Tu-95, która znajdowała się w pobliżu Semipałatyńskiego Poligonu Jądrowego zażądano aż na szczeblu rządu ZSRR. Wcześniej sprawą zajęły się sztaby główne Wojsk OP i Sił Powietrznych, a także Komitet Bezpieczeństwa Państwowego. Rozegrało się ciekawe widowisko. U-2 przemierza niebo nad poligonem jądrowym i bazą bombowców strategicznych, a dowódca Wojsk OP marszałek Siergiej BIRIUZOW siedzi i czeka. Dadzą jego samolotom zezwolenie na start, czy nie.

  13. #13

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    POLOWANIE W STRATOSFERZE (cz. 3)

    Zgodę na start otrzymano około godziny 7.00 czasu moskiewskiego. Gdy Władimir NAZAROW i Boris STAROWIEROW dotarli w rejon poligonu jądrowego, U-2 naturalnie już odleciał, kierując się w stronę następnego ważnego obiektu wojskowego — poligonu przeciwlotniczych wojsk rakietowych.
    „Kiedy wylądowaliśmy na tajnym lotnisku, kierownictwo bazy lotniczej udostępniło nam zapis sytuacji powietrznej z radaru — U-2 kręcił nad poligonem spirale — opowiada Boris STAROWIEROW. Wtedy też po raz kolejny przekonałem się, iż zezwolenie na lądowanie w tym miejscu wydano na najwyższym szczeblu. Pomimo, że posiadałem stosowne zezwolenia na dostęp do jądrowych głowic bojowych, mogłem poruszać się jedynie pomiędzy stołówką, internatem i płaszczyzną postojową swojego samolotu. A trzeba dodać, że mieliśmy rozkaz pełnienia tam dyżuru bojowego przez 15 dni. Piloci bombowców strategicznych zazdrościli nam naszego ekwipunku wysokościowego i dziwili że też nie boimy się latać na „rurze”.
    Po zlustrowaniu poligonu przeciwlotniczych wojsk rakietowych obrony powietrznej w pobliżu Sary-Szagana, amerykański samolot rozpoznawczy U-2 obrał kurs na poligon rakietowy Tiura-Tam (kosmodrom Bajkonur).
    Do tego czasu wielka cześć radzieckiej OP została postawiona w wyższy stopień gotowości bojowej. Do przechwycenia przygotowywali się również żołnierze z Uralu, którzy odegrali pierwszoplanową rolę 1 maja. 9 kwietnia również przystąpili do pracy bojowej.
    Opowiada pilot wojskowy Boris AJWAZIAN, służący na Uralu w jednej z jednostek lotniczych:
    „Kiedy wspominam te chwile, ciarki chodzą mi po plecach… Zarówno pod koniec lat pięćdziesiątych, jak i w latach sześćdziesiątych żyliśmy w ciągłym napięciu. Prawie codziennie ogłaszano alarm bojowy. Niepokoju dostarczały nam samoloty amerykańskie, naruszające naszą granicę na południu. Do tego balony z aparaturą rozpoznawczą, które zapuszczały się wgłąb kraju niesione przez prądy strumieniowe. Na przechwycenia zaczęliśmy być wysyłani w 1959, kiedy dostaliśmy MiG-19. Prawdę mówiąc, piloci nie dysponowali jeszcze dostatecznym doświadczeniem. Pamiętam nawet jedno zdarzenie.
    Ogłoszono alarm. W trakcie biegu do samolotów słyszę jak dowódca pułku — doświadczony pilot frontowy pułkownik BORIECKIJ doszkala mojego prowadzonego, starszego lejtnanta Igora SZYSZEŁOWA: „Nie strzelaj od razu. Podejdź bliżej na sto metrów. Wtedy dopiero palnij”. Po kilku chwilach do naszego nauczania przystąpił zastępca dowódcy pułku Bohater Związku Radzieckiego Aleksandr WILAMSON. Podbiegł do mnie, gdy siedziałem już w maszynie i wygłosił taką kwestię, która śmieszy do dziś: „Wiesz jak się włącza działka?” Oczywiście, wiem doskonale. A Wiliamson jak gdyby nic: „Nie panikuj. Jeśli nie dadzą z miejsca komendy do startu, to podszkolimy instrukcję. Wydałem polecenie, zaraz ją przyniosą…”
    Tak napięta była sytuacja… Nieprzerwanie przebywaliśmy na lotnisku, w wysokościowych ubiorach kompensacyjnych i ubiorach wentylacyjnych, w gotowości do natychmiastowego startu. Ja i kapitan Giennadij GUSIEW, z racji największego doświadczenia, dostawaliśmy najbardziej w kość. Jako jedyni w pułku opanowaliśmy MiG-19 w stopniu bardzo dobrym. Jednak 9 kwietnia, kiedy samolot szpiegowski szarżował nad najtajniejszymi obiektami, pozostałem na ziemi. Przyczyna była prozaiczna. W tym czasie prowadziłem informację polityczną. Jako pierwsi na lotnisku znaleźli się kapitan Giennadij GUSIEW i starszy lejtnant Władimir KARCZEWSKIJ. Dowódca pułku (został nim pułkownik Aleksandr WILAMSON) rozkazał lecieć KARCZEWSKIEMU w charakterze prowadzonego.
    Taktyka naszych działań była wówczas następująca. Start z własnego lotniska, lądowanie pod Swierdłowskiem dla uzupełnienia paliwa, po tym przelot do Orska i ponowne tankowanie, i dopiero stąd na przechwycenie celu. Gdy para była na podejściu do Swierdłowska, w samolocie Wołodii coś stało się z samolotem. GUSIEW relacjonował później, że samolot Karczewskiego gwałtownie tracił prędkość i zaczął zwalać się na skrzydło. Wydawało się, że obciął silnik… Wołodia katapultował się dopiero wówczas, gdy maszyna zaczęła już haczyć kołami o lód. Spadochron oczywiście nie zdążył się otworzyć i on zginął…”

    Przerwijmy opowiadanie Borisa AJWAZIANA i dodajmy, że pilot Władimir KARCZEWSKIJ był pierwszą po stronie radzieckiej ofiarą w walce przeciwko samolotowi-widmie U-2, niestety nie ostatnią.
    [i]„Gusiew lądował w porcie lotniczym Kolcowo — kontynuuje opowieść AJWAZIAN — i przygotowywał się do przelotu do Orska. Jednak komendy nie wydano. Widocznie naruszyciel zdołał już odejść… Następnie powołano komisję mającą przeprowadzić śledztwo dotyczące przyczyn katastrofy. O ile się orientuję, nie udało się ich dokładnie ustalić. Pod uwagę brano możliwość uszkodzenia silnika lub wypracowanie paliwa. Moskiewska „drużyna” próbowała wykazać, że pilot nie był przygotowany do lotu i dlatego zginął. Osobiście uważam, że winna śmierci Wołodii KARCZEWSKIEGO była zimna wojna.
    Chwilowo zostawmy opowieść pilota myśliwskiego Borisa AJWAZIANA i dodajmy, że o ile dla żołnierzy na Uralu lot U-2 był w jakiejś mierze zaskoczeniem, to na południu samolot szpiegowski śledzono już od 5 godzin.
    Wspomina generał lejtnant w stanie spoczynku Arkadij KOWACZEWICZ — w kwietniu 1960 roku szef sztabu armii lotniczej dyslokowanej w Azji Środkowej:
    „Pracą bojową jednostek mających za zadanie przerwać lot U-2 kierowały obsady dwóch stanowisk dowodzenia — samodzielnego korpusu OP i nasze — armii lotniczej. Kiedy „niewidka” zbliżyła się do Tiura-Tam zrozumiałem, że poligon rakietowy jest jej ostatnim punktem. Więcej takich ważnych obiektów w pobliżu nie było. Byłem przekonany, że po Tiura-Tamie samolot skieruje się prosto na południe. Tak też się stało. Zresztą o pomyłkę było trudno. Analiza wykazała bowiem, że pilot realizował zaplanowaną skrupulatnie operację rozpoznania naszych ściśle tajnych obiektów.
    Póki U-2 szarżował nad poligonem, postawiłem w stan podwyższonej gotowości pułk myśliwski, którego samoloty zdolne były osiągnąć trasę Tiura-Tam — Mary. Według nas po niej powinien odchodzić zagraniczny samolot rozpoznawczy. Była to najkrótsza droga do południowej granicy. Pułk latał na samolotach Su-9 — myśliwcach wysokościowych. Szkoda, że nie umieliśmy ich wówczas umiejętnie wykorzystać…”

    Z materiałów śledztwa przeprowadzonego w związku z faktem naruszenia Granicy Państwowej ZSRR:
    „Samoloty Su-9 dysponujące bardzo dobrymi właściwościami bojowymi umożliwiającymi przechwytywanie celów na dużych wysokościach i prędkościach, były użyte skrajnie nieudolnie. Z powodu złej organizacji współdziałania pomiędzy stanowiskami dowodzenia dywizji myśliwskiej, pilot starszy lejtnant KUDELA nie został naprowadzony na cel. Kapitan DOROSZENKO okazał się niedostatecznie przygotowany do lotów na dużych wysokościach i prędkościach na tym typie samolotu. Major POGORIEŁOW był poderwany i wyprowadzony do strefy na wypadek przelotu naruszyciela na południe od Karszy, lecz na cel również nie został naprowadzony. Dwie załogi na Su-9 ze składu Bakińskiego Okręgu OP dotarły w rejon Marów z dużym opóźnieniem, kiedy obcy samolot był już za granicą państwową.
    Dowódcy dywizji lotnictwa myśliwskiego oraz ich stanowiska dowodzenia z obsadami bojowymi okazały się nie przygotowane do naprowadzania nowych myśliwców wysokościowych. Współdziałanie pomiędzy SD dywizji wypadło źle. Pułkownik MIEŃSZYKOW mający około 5 godzin na przygotowania do przechwycenia celu, nie poinformował dowódcy sąsiedniej dywizji pułkownika SZYŁOWA o podjętej przez siebie decyzji odnośnie użycia myśliwców wysokościowych. Skomplikowało to później sytuację powietrzną na odcinku tej dywizji, a przekazanie dowodzenia myśliwcami wykonano z opóźnieniem”.

    Arkadij KOWACZEWICZ skomentował ten dokument tak:
    „Fakty są niepodważalne. Tylko że sytuacja była bardziej złożona i zagmatwana, niż przedstawiono na tych kartkach. Oczywiście i MIEŃSZYKOW, i SZYŁOW, a także obsada naszego stanowiska dowodzenia nie ustrzegli się błędów, lecz moim zdaniem, zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Dobrze pamiętam te wydarzenia. Zatelefonowałem do dowódcy dywizji MIEŃSZYKOWA: „Podrywaj Su-9”. On na to: „Praktycznie nie lataliśmy na Su-9, dopiero co rozpoczęliśmy przeszkalanie. W tej sytuacji nie trudno o jakieś nieszczęście”. To był ważki argument. Pomyślałem jednak, że gdy samolot się wymknie, nikt nie będzie wysłuchiwał tłumaczeń, że piloci się przeszkalali. Pułk uzbrojony był w myśliwce wysokościowe i to się liczyło, a ryzyko jest przecież wkalkulowane w każde żołnierskie życie. Wydałem komendę na poderwanie myśliwców. W odpowiedzi MIEŃSZYKOW podał kolejny argument, że zarówno na samolotach, jak i na składach nie ma rakiet. Jeszcze ich nie dostarczono. Co tu robić? Wtedy nasi inżynierowie sztabowi przebywający na SD podpowiedzieli, że na składach znajdują się rakiety przeznaczone co prawda dla MiG-19, ale mogą być równie dobrze użyte na Su-9. Powiedziałem MIEŃSZYKOWOWI: „Niech podwieszają te rakiety”.
    Dziś łatwo jest opowiadać o przebiegu tej pracy bojowej, jednak wyobraźcie sobie ówczesną sytuację, powiedzmy w dywizji MIEŃSZYKOWA. Piloci nie byli przygotowani — tylko patrzeć, jak wydarzy się jakaś awaria czy katastrofa. Brakowało rakiet, a ich dostarczenie ze składów i podwieszenie pod samoloty w przyspieszonym trybie również byłoby nerwówką. Czy dowódca dywizji wziął pod uwagę fakt, że myśliwce będą działać w „polu widzenia” sąsiedniego SD? Oczywiście powinien się o to zatroszczyć. Również SD armii powinno to przewidzieć. Jednak sytuacja podczas naprowadzania myśliwców na U-2 pogmatwała się nie dlatego, że dowódca dywizji SZYŁOW ze zwłoką poinformowany został o użyciu Su-9 — jak to ujęto w dokumencie. Zresztą szczegółowo niżej o tym opowiem.
    Dopiąłem swego. Samoloty wystartowały. Starszy lejtnant KUDELA i kapitan DOROSZENKO skierowali się w rejon lotu samolotu-naruszyciela. Początkowo „prowadziło” ich własne stanowisko dowodzenia, lecz możliwości środków radiotechnicznych były ograniczone. Nieco później na moją komendę myśliwce „przejęło” SD SZYŁOWA. Przejąć przejęło, ale jak się z nimi obchodzić nie wiedziało. W dywizji nie było szybkich myśliwców wysokościowych Su-9 i warunki lotów tych samolotów nie były z oczywistych względów znane obsadzie bojowej SD.
    Sądzę, że nawet jeśli U-2 przeleciałby w pobliżu jednostki uzbrojonej w Su-9, to z naprowadzeniem ich nie poradziłoby sobie nawet ich własne SD z powodu braku należytego doświadczenia.
    (Po ucieczce U-2 za granicę i przyjechała komisja z Moskwy, w Turkiestańskim Okręgu Wojskowym przeprowadzono eksperyment polegający na próbie przechwycenia celu analogicznego do samolotu szpiegowskiego. Z centrum przygotowania pilotów przybył do okręgu doświadczony pilot, który w tych warunkach nie zdołał wykonać zadania — przyp. autora). Doświadczenie u obsad bojowych było malusieńkie, były one, jak to się mówi — „zielone”. Opanowanie Su-9 przebiegało z trudem, „góra” nakładała różne ograniczenia odnośnie lotów z dużymi prędkościami, lotów z włączonym dopalaniem i innych parametrów. Do 9 kwietnia piloci nie przekraczali pułapu 12000 metrów, więc i nawyki u specjalistów SD były podobne. O ile SD u MIEŃSZYKOWA w pewnym stopniu wypracowało sposoby naprowadzania myśliwców wysokościowych, o tyle u SZYŁOWA nie miano o tym najmniejszego pojęcia. Dlatego też startujący jako pierwszy starszy lejtnant KUDELA nie został naprowadzony na cel.
    W tym czasie pomiędzy dywizjami rozrzuconymi na obszarze radzieckiej Azji Środkowej została przerwana łączność. Teraz prowadzono ją za pośrednictwem SD armii. Trzymałem dwie słuchawki telefoniczne, konsultowałem się z MIEŃSZYKOWEM i w istocie naprowadzałem myśliwiec — w powietrzu znajdował się jedynie kapitan DOROSZENKO. Powiedziałem do SZYŁOWA: „Na takiej to a takiej wysokości każ rozpędzić myśliwiec do M=1,7, następnie włączyć dopalanie i wykonać podskok w górę”. Nie wiem, przed jak trudną próbą stanął kapitan DOROSZENKO, wiem jednak, że pokazał się wówczas z jak najlepszej strony. Po pierwsze, jako jedyny zdołał na wysokości 17500 metrów wykryć, lecący trzy tysiące metrów nad nim, U-2. A po drugie, zdołał wejść na wysokość lotu naruszyciela granicy państwowej. Doroszenko zameldował, że widzi naruszyciela nieco wyżej, a zaraz potem: „Opadam”. Nie było możliwości utrzymania Su-9 na wysokości 20 tysięcy metrów bez stosownego wyszkolenia.
    U-2 coraz bardziej oddalał się w stronę granicy. Wkrótce dowódca dywizji SZYŁOW przekazał mi, że pilot DOROSZENKO znajduje się w rejonie granicy i kończy mu się paliwo. Ja do SZYŁOWA: „Poderwij MiGi-17 i wyprowadź DOROSZENKĘ na najbliższe lotnisko”. W tej chwili zadzwonił nasz głównodowodzący marszałek lotnictwa Konstantin WIERSZYNIN. Zameldowałem mu: „Doprowadziłem Su-9 do naruszyciela, lecz U-2 jest już w rejonie granicy”. WIERSZYNIN natychmiast wydał komendę: „Niech atakuje i katapultuje się”. Zaoponowałem: „Wtedy spadnie na obce terytorium, samolot jest w rejonie granicy”. Dowódca dywizji SZYŁOW w tym czasie poderwał parę MiGów, które wyprowadziły Su-9 na lotnisko. DOROSZENKO lądował praktycznie bez paliwa, lecz pomyślnie przyziemił myśliwiec (1 maja, kiedy leciał Powers, wszyscy żałowaliśmy, że kapitan DOROSZENKO został wysłany do Nowosybirska po samoloty i nie mógł wziąć udziału w ataku). A tymczasem na SD ponownie zadzwonił WIERSZYNINA: „Pilot się katapultował, czy nie?” Odniosłem wrażenie, że głównodowodzący chciałby, żeby pilot koniecznie się katapultował. Do dziś to jego oczekiwanie jest dla mnie zagadką…”

    Wspólnie z Arkadijem KOWACZEWICZEM założyliśmy następującą wersję. O fakcie wtargnięcia samolotu naruszyciela głęboko w obszar kraju wiedział przywódca państwa Nikita CHRUSZCZOW. Był zły, że Siły Zbrojne od 6 godzin nie mogą niczego zdziałać. Jasne jest, że duża część odpowiedzialności spadała na kierownictwo Sił Powietrznych. Być może katapultowanie pozwoliłoby dowieść, że pilot zrobił wszystko, co było w jego mocy. A może marszałek WIERSZYNIN obawiał się, że wypracowanie całości paliwa pilot przepłaci życiem. Wówczas cień katastrofy padłby również na naczelne dowództwo Sił Powietrznych — szpieg zdołał umknąć, a tu stracono własnego pilota. Jak dotąd zginał Władimir KARCZEWSKIJ.
    Zaraz po wydarzeniach z 9 kwietnia do Taszkientu przybyła wieloosobowa komisja, na czele której stał szef Sztabu Głównego Wojsk OP generał Piotr DIEMIDOW. Arkadij KOWACZEWICZ powiedział, że nikt wówczas z DIEMIDOWEM nie rozmawiał. Dopiero przed odlotem do Moskwy zadał on KOWACZEWICZOWI jedno pytanie, czy istniała szansa na przechwycenie naruszyciela. Ten odpowiedział, że nie, ponieważ nie były przygotowane systemy naprowadzania i środki przechwytywania.
    Tak o wydarzeniach mających miejsce po 9 kwietnia opowiadał generał pułkownik w stanie spoczynku Jurij WOTINCEW:
    „9 kwietnia głównodowodzący Siergiej BIRIUZOW całe 6 godzin spędził na Centralnym Stanowisku Dowodzenia Wojsk OP. Kiedy samolot odleciał, spokojnym głosem powiedział do mnie: „Za przelot naruszyciela granicy państwowej, to was towarzyszu WOTINCEW zdejmą ze stanowiska albo surowo ukarzą. Lecz nie traćcie pewności siebie — u nas w OP za jednego bitego dają tuzin nie bitych”. Potem przybyła komisja. Pracowała nie tylko w Taszkiencie. Od razu opieczętowano kilka stacji radiolokacyjnych. Starsi stacji, jak już mówiłem, niedokładnie określili wysokość. Podawali 8 kilometrów, i 10, i 12, a samolot szedł na 20. Prowadzenie celu nie było płynne.
    Wszystko to, jak mi się wydaje, wykorzystano przeciwko nam. Na posiedzeniu Biura Politycznego Komitetu Centralnego partii posługując się danymi prowadzenia celu, przewodniczący Państwowego Komitetu Techniki Lotniczej — minister Piotr DEMENTJEW i konstruktor generalny Artiom MIKOJAN oznajmili: „Na świecie nie ma samolotów, które mogłyby 6 godzin i 48 minut przebywać na wysokości 20000 metrów. Niewykluczone, że samolot ten okresowo osiągał taką wysokość, lecz potem musiał się zniżać. A to oznacza, że powinien zostać zniszczony przez rozmieszczone na południu kraju środki obrony powietrznej”. I sformułowano wniosek: „Odpowiedzialność za przepuszczenie naruszyciela w całości ponoszą Wojska OP i korpus, którym dowodzi towarzysz WOTINCEW”.

    W kwietniu 1960 roku Marszałek Związku Radzieckiego Rodion MALINOWSKIJ wydał rozkaz w sprawie naruszenia Granicy Państwowej ZSRR. Zawarto w nim surową ocenę działań osób funkcyjnych Wojsk OP i Sił Powietrznych, a także dowództwa Turkiestańskiego OW. Użyto tam sformułowań: „przestępcza beztroska”, „niedopuszczalna ślamazarność” itd. W szczególności generał Jurij WOTINCEW i pułkownik Arkadij KOWACZEWICZ dostali upomnienie o niepełnej przydatności do służby. Dowodzący wojskami Turkiestańskiego Okręgu Wojskowego generał armii Iwan FEDIUNINSKIJ otrzymał surową naganę.
    „Kiedy 1 maja pilotowany przez Francisa Powersa U-2 został strącony i na jaw wyszły jego dane taktyczno-techniczne, stało się jasne, że korpus nie dysponował środkami mogącymi 9 kwietnia przerwać lot naruszyciela — powiedział Jurij WOTINCEW. — Według mnie zrobiliśmy wszystko, co było możliwe. W kwietniu 1960 roku odbyła się w Moskwie narada służbowa. Po jej zakończeniu marszałek BIRIUZOW wezwał mnie do swojego gabinetu, otworzył sejf i pokazał sporządzony przez siebie raport dla MALINOWSKIEGO. BIRIUZOW przedstawił w nim okoliczności działania sił korpusu 9 kwietnia. Opierając się na zeznaniach Powersa meldował, że nie było w korpusie środków umożliwiających przerwanie lotu U-2, zabiegał u ministra obrony o cofnięcie nałożonej na mnie kary. Na raporcie dostrzegłem adnotację: „Dla towarzysza S.S. BIRIUZOWA. Kara nałożona przez ministra obrony na generała może być zniesiona nie wcześniej niż po upływie roku”. W dole dwie litery — R.M. — Rodion MALINOWSKIJ. Karę cofnięto równo po roku. Tak oto zakończyła się dla mnie cała ta historia”.

    Tak więc 9 kwietnia 1960 roku amerykańskie służby specjalne przeprowadziły nadzwyczajną operację wywiadowczą. Tego dnia startujący z Peszawaru samolot U-2 wykonał rzecz niemożliwą do wykonania — w jednym locie na wysokości 20000 m rozpoznał ściśle tajne obiekty Związku Radzieckiego: Semipałatyński Poligon Jądrowy, bazę lotniczą bombowców strategicznych Tu-95, poligon przeciwlotniczych wojsk rakietowych w pobliżu Sary-Szagana oraz poligon rakietowy Tiura-Tam (kosmodrom Bajkonur). 9 kwietnia 1960 roku, po 11 godzinach i 35 minutach U-2 zdołał wydostać się poza granice ZSRR w rejonie miasta Mary. Strona radziecka w wystosowanej poufnej nocie zamieściła ostre oświadczenie. Amerykanie je przemilczeli, udając, że nie ponoszą odpowiedzialności za naruszenie granicy. Przemilczeli i zaczęli planować dalsze loty zwiadowcze nad ZSRR.
    1 maja radziecki system obrony powietrznej postawiony na nogi przez radiotechników o szóstej rano, rozkręcał się. Już wczesnym rankiem o locie nad ZSRR nieznanego samolotu wiedziano w Moskwie.
    Wybiegnijmy nieco w przyszłość i przenieśmy się na sesję Rady Najwyższej ZSRR, która rozpoczęła się 5 maja. „O tym agresywnym akcie — mówił wówczas Nikita CHRUSZCZOW — minister obrony bezzwłocznie poinformował rząd. Ten stanął na stanowisku, że agresor dobrze wie na co się porywa wdzierając się na cudze terytorium. Jeśli pozostanie bezkarnym, zdecyduje się na kolejne prowokacje. Dlatego należy działać — zestrzelić samolot!”. Oto co wiemy w sprawie podjęcia decyzji o udaremnieniu lotu U-2 ze słów premiera rządu radzieckiego.
    Według relacji A.N. SZELEPINA, wówczas przewodniczącego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, sytuacja rozwijała się nieco inaczej. Jak? Przytoczmy jego słowa:
    „W głęboką noc poprzedzającą święto 1 maja 1960 roku zostałem obudzony i poinformowany, że naszą południową granicę przeciął zagraniczny samolot o nieznanej przynależności państwowej. Natychmiast zadzwoniłem z domu do sztabu OP kraju i zapytałem, czy o tym wiedzą. Odpowiedzieli, że to jakieś fanaberie. Wówczas telefonicznie połączyłem się bezpośrednio z dowódcą strażnicy granicznej, który o tym zameldował. W rozmowie ze mną wszystko podtrzymał. Po tym obudziłem CHRUSZCZOWA i poinformowałem go o samolocie-naruszycielu. Polecił odszukać ministra obrony marszałka MALINOWSKIEGO, ażeby natychmiast do niego zadzwonił. Minister po rozmowie z CHRUSZCZOWEM ostro ochrzanił swoją służbę. CHRUSZCZOW rozkazał zestrzelić samolot rakietą”.
    Załóżmy, że pamięć Aleksandra SZELEPINA go nie zawodzi. W dokumentach, z którymi zapoznał się autor niniejszego artykułu, nie ma wzmianki o tym, że samolot o godzinie 5 minut 36 został wykryty przez środki radiotechniczne. Uprawnione jest pytanie — jak pogranicznicy przed wschodem słońca mogli wykryć samolot na wysokości 20000 metrów?
    Tak czy inaczej, do godziny szóstej rano system OP postawiony został w wyższy stopień gotowości. Sygnał alarmu zerwał z nóg kadrę i żołnierzy we wszystkich jednostkach i pododdziałach rakiet przeciwlotniczych, lotnictwa myśliwskiego i radiotechnicznych Azji Środkowej, Kazachstanu, Syberii, Uralu, a nieco później również europejskiej części ZSRR oraz Dalekiej Północy. Na stanowisko dowodzenia Wojsk OP kraju przybyli głównodowodzący Wojskami OP Marszałek Związku Radzieckiego Siergiej BIRIUZOW, jego pierwszy zastępca marszałek artylerii Nikołaj JAKOWLEW, szef Sztabu Głównego generał pułkownik lotnictwa Piotr DIEMIDOW, dowodzący lotnictwem myśliwskim generał lejtnant lotnictwa Jewgienij SAWICKIJ, dowodzący przeciwlotniczymi wojskami rakietowymi generał pułkownik artylerii Konstantin KAZAKOW oraz inni generałowie i oficerowie obsady bojowej. Marszałek Siergiej BIRIUZOW okresowo łączył się z dowódcami związków, uściślał sytuację, oczekiwał powstrzymania naruszyciela. Aktywny był również generał lejtnant lotnictwa SAWICKIJ. Wydał rozkaz dowódcom jednostek lotniczych: „Zaatakować naruszyciela przy użyciu wszystkich kluczy dyżurnych znajdujących się w rejonie lotu zagranicznego samolotu, w razie konieczności — taranować”.
    Według wspomnień generała pułkownika w stanie spoczynku Gieorgija MICHAJŁOWA i pułkownika w stanie spoczynku Aleksandra ORŁOWA, wówczas służących w Sztabie Głównym Wojsk OP kraju, gdy o siódmej rano całe dowództwo Wojsk OP kraju i wzmocnienie obsady bojowej zajęło swoje miejsca robocze na SD, znajdującym się na dziedzińcu domu Nr 3 Ministerstwa Obrony przy ulicy Frunzyńskiej nadbrzeżnej w Moskwie, panował dość nerwowy nastrój. O godzinie 10.00 na Placu Czerwonym miała się rozpocząć defilada, a następnie pochód, podczas których kierownictwo partii, rządu i Sił Zbrojnych, włączając w to głównodowodzącego Wojskami OP kraju, powinno znajdować się na trybunie Mauzoleum LENINA.
    O 8.00 rano na SD Wojsk OP kraju doszli do wniosku, że trasa lotu samolotu szpiegowskiego przebiegać będzie nad rejonem Swierdłowska i dalej do Morza Białego, a prawdopodobnym lotniskiem lądowania będzie Bodo w Norwegii. Na przemian urywały się telefony od ministra obrony Marszałka Związku Radzieckiego Rodiona MALINOWSKIEGO z Kremla i osobiście od Nikity CHRUSZCZOWA. Ich treść była mniej więcej następująca: „To skandal. Kraj zapewnił obronie powietrznej wszystko co niezbędne, a wy nie potraficie nawet zestrzelić samolotu poddźwiękowego!”. Na co marszałek Siergiej BIRIUZOW odpowiadał: „Gdybym mógł zmienić się w rakietę, sam bym poleciał i strącił tego przeklętego naruszyciela!”.
    Jak dziś widać uwagi Nikity CHRUSZCZOWA dolewały oliwy do ognia, który zaczął trawić potężny organizm radzieckiego systemu obrony powietrznej. Oto cytat z kroniki jednego ze związków OP dyslokowanego na północy kraju:
    „1 maja 1960 roku o godzinie 8 minut 37 w związku z naruszeniem powietrznej granicy państwowej w rejonie Turkiestańskiego Okręgu Wojskowego przez zagraniczny samolot rozpoznawczy U-2, pododdziały związku postawione zostały w stan gotowości bojowej celem wykonania zadania bojowego. Pierwszy rzut środków dyżurnych osiągnął gotowość po 8-9 minutach… Przebazowano 7 samolotów: dwa Su-9 na lotnisko…, jednego MiG-19PM, dwa MiG-19S na lotnisko… Czas gotowości do wylotu po otrzymaniu rozkazu 9-18 minut…”
    Na jednej z maszyn w rejon przewidywanej trasy przelotu zagranicznego samolotu rozpoznawczego przybył kapitan Wasilij POLJAKOW, który dwa miesiące później na północ od przylądka Swiatoj Nos udaremnił lot amerykańskiego rozpoznawczego RB-47. Tak osłaniana była Północ. Sytuacja na Uralu, dokąd kierował się naruszyciel, była jeszcze bardziej napięta.
    Oddajmy ponownie głos byłemu pilotowi wojskowemu majorowi w stanie spoczynku Borisowi AJWAZIANOWI:
    „Napięcie panowało u nas jeszcze zanim zjawił się Powers. Codziennie alarm bojowy. Niepokoju dostarczały samoloty amerykańskie i balony naruszające nasze granice. Balony strącaliśmy. Również ja zniszczyłem jeden — z szóstego zajścia. W pułku dowcipkowali, że nie zdołałem z pierwszego zajścia zdjąć nieruchomy cel. A przecież w jego nieruchliwości tkwiła cała trudność. Spróbujcie trafić, gdy MiG z ogromną prędkością zbliża się do maleńkiego balonu i powstaje wrażenie, że to on mknie ku tobie. Bez przerwy przebywaliśmy na lotnisku w wysokościowych ubiorach kompensacyjnych, w gotowości do natychmiastowego startu. Nasz zastępca dowódcy pułku Bohater Związku Radzieckiego Aleksandr WILAMSON często mawiał, że jak nie dziś to jutro może dojść do realnej walki. Z takim to nastawieniem my Uralcy powitaliśmy nieproszonego gościa. Dziś wiadomo, że takie samo napięcie panowało u Amerykanów. Czyż nie przejmowali się piloci wytypowani do tych lotów? Powers zanim przeciął naszą granicę na U-2 wykonał 27 lotów, spędził w powietrzu 500 godzin, lecz, jak przyznał później, denerwował się i oblatywał go strach”.

  14. #14

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    POLOWANIE W STRATOSFERZE (cz. 4)

    Czy można było przerwać lot szpiegowski do Uralu? Oczywiście, jednak tylko w rejonach dyslokacji przeciwlotniczych zestawów rakietowych. Marszałek Rodion MALINOWSKIJ w maju 1960 roku oświadczył, że samolot dlatego został strącony w takim a nie innym miejscu, żeby pilot nie mógł się bronić, mówiąc o przypadkowym naruszeniu naszej przestrzeni powietrznej. Słowa ministra obrony były skierowane głównie do społeczeństwa kraju oraz opinii światowej i niewiele miały wspólnego z faktami. Prawda przedstawiała się inaczej. Myśliwce nie były w stanie dosięgnąć U-2, który leciał na wysokości 20000 metrów ze średnią prędkością 750 km/h. Dywizjony rakietowe milczały z kolei z innego powodu. Trasa lotu do Uralu przebiegała w większości poza strefą ich ognia. Sytuację komplikowały także inne okoliczności. Na przykład jeden z dywizjonów, w którego strefie ognia znalazł się U-2, nie pełnił 1 maja dyżuru bojowego i jego obsada nie była w stanie na czas otworzyć ognia.
    Tym nie mniej, pilot U-2 Francis Powers nie miał w rękach żadnych atutów. Potężna machina jaką był radziecki system OP z minuty na minutę rozkręcała się coraz bardziej. W związku z poderwaniem myśliwców przechwytujących i koniecznością oczyszczenia nieba z wszelkiego rodzaju innego lotnictwa znajdującego się w powietrzu, na podstawie decyzji kierownictwa kraju podano sygnał „Kowier”. Po nim wszystkie samoloty i śmigłowce nie biorące udziału w działaniach przeciwko naruszycielowi, lądowały na najbliższych lotniskach. Umożliwiło to stacjom radiolokacyjnym bardziej niezawodnie prowadzić cel. Wykonanie zadania bojowego przypadło Uralcom — żołnierzom związku, którym dowodził generał lejtnant Jewgienij KORSZUNOW.
    1 maja dyżur bojowy na lotnisku pełnili zastępca dowódcy eskadry Boris AJWAZIAN i pilot, starszy lejtnant Siergiej SAFRONOW. Po sygnale alarmu bojowego wystartowali o godzinie 7.03. Przez 32 minuty znajdowali się w porcie lotniczym Kolcowo — w Swierdłowsku. A później… Oddajmy ponownie głos Borisowi AJWAZIANOWI — bezpośredniemu uczestnikowi tych wydarzeń:
    „W Swierdłowsku pilnie przystąpiono do tankowania samolotów paliwem. Szybciej napełniono zbiorniki w samolocie Siergieja, więc ja jako prowadzący przesiadłem się do jego maszyny gotowy na rozkaz wystartować na przechwycenie przeciwnika. Jednakże start opóźnił się o 1 godzinę i 8 minut. Na lotnisku przypadkowo znalazł się Su-9 — kapitan Igor MIENTIUKOW odprowadzał myśliwiec z zakładu do jednostki. Maszyna była zdecydowanie nowocześniejsza od MiG-19, a co najważniejsze posiadała pułap praktyczny 20 tysięcy metrów. Jednak do walki nie była gotowa, ponieważ nie była uzbrojona, a pilot nie miał wysokościowego ubioru kompensacyjnego.
    Widocznie na SD precyzyjnie określono wysokość lotu obcego samolotu i uświadomiono sobie, że dosięgnąć go może wyłącznie Su-9. Polecono więc kapitanowi MIENTIUKOWOWI przechwycić U-2 na podejściu do Swierdłowska. Słyszałem przez włączoną radiostację korespondencję pomiędzy SD a pilotem. „Zadanie — zniszczyć cel, taranować” — zabrzmiał głos nawigatora naprowadzania. Kilka sekund ciszy i ciąg dalszy: „Rozkazał „Smok” (frontowy kryptonim wywoławczy dowodzącego lotnictwem OP generała Jewgienija SAWICKIEGO znał wówczas każdy pilot).
    Nie wiem czy SAWICKIJ dzwonił osobiście, czy też rozkaz firmowano jego nazwiskiem, lecz dotarło wówczas do mnie, że pilota skazano na pewną śmierć. Taranować na takiej wysokości bez wysokościowego ubioru kompensacyjnego, bez maski tlenowej… Widocznie dowództwo nie widziało w tamtym czasie innego wyjścia. Rakiety? Rakiety nie mogły być użyte. Chodzi o to, że atak miał zostać przeprowadzony na południe od Swierdłowska. Szpieg mógł przecież oblecieć miasto, omijając przy okazji miejsca dyslokacji dywizjonów rakietowych…”

    Jednak Francis Powers leciał, jak to się mówi, po omacku. Kiedy na lotnisku w Peszawarze odprowadzający go pułkownik William Shelton żegnając się, mówił, że Sowieci nie dysponują rakietami wysokościowymi, to albo łgał, albo nie posiadał niezbędnych informacji. Jak już wspomniano, w tym czasie wokół dużych centrów gospodarczych ZSRR rozwinięto przeciwlotnicze zestawy rakietowe S-75, mogące razić cele na wysokościach powyżej 20000 metrów. Mało tego, Związek Radziecki posiadał wówczas również myśliwce wysokościowe Su-9.
    Pilot Su-9 Igor MIENTIUKOW dobrze pamięta tamten czas. Jemu jako jednemu z najlepiej wyszkolonych pilotów Centrum Zastosowania Bojowego i Przeszkalania Personelu Latającego lotnictwa OP, które znajdowało się w Sawaslejce pod Muromom, mógł przypaść udział w ataku na U-2 już 9 kwietnia — tego dnia siedział za sterami samolotu w Kiłp-Jawrze na Półwyspie Kolskim, w gotowości do zaatakowania wysokościowego celu powietrznego. Jednak wówczas pilot U-2 nie poszedł przez cały kraj. 1 maja Francisa Powersa oczekiwano prawie we wszystkich pułkach OP, w tym również tych, które otrzymały samoloty Su-9 — w europejskiej części kraju, Azji Środkowej, Syberii. W gotowości znajdowały się przeciwlotnicze dywizjony rakietowe z przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi S-75.
    „W kwietniu sześćdziesiątego — opowiadał Igor MIENTIUKOW — wysłano mnie na dyżur do Kiłp-Jawr. Pod koniec miesiąca wracam do domu do Sawaslejki, a tu czeka już na mnie nowe zadanie — lecieć do Nowosybirska, odebrać tam Su-9 z pełnym zapasem paliwa, przyprowadzić do Baranowicz (na Białorusi) i przystąpić do dyżuru bojowego. W Baranowiczach stacjonował pułk myśliwski, na którego uzbrojeniu znajdowały się również Su-9. Brały na pokład po 3250 kg paliwa. W maju sześćdziesiątego w Nowosybirsku produkowano już samoloty zabierające po 3720 kg. Każde dodatkowe pół tony paliwa oznaczało znacznie większy zasięg lotu, większą rubież przechwycenia. Wyraźnie postawiono nam zadanie — 1 maja obowiązkowo być w Baranowiczach.
    27 kwietnia w parze z Anatolijem SAKOWICZEM przyleciałem do Nowosybirska, wzięliśmy dwa Su-9 z zakładu i z powrotem, na zachód, ścigać się z czasem. 30 kwietnia byliśmy już w Swierdłowsku na lotnisku Kolcowo, lecz ugrzęźliśmy tam z powodu złej pogody. Niecierpliwimy się, bo do Baranowicz daleko, a czasu tyle co nic. Nie wytrzymałem — zadzwoniłem do Moskwy do dyżurnego przelotów: „Zezwólcie udać się do Baranowicz inną trasą”. Jednakże ten uciął, że niby, polecimy jutro.
    Rankiem 1 maja budzą nas gdzieś po siódmej. Telefonicznie otrzymuję komendę: „Gotowość numer jeden”. Pomyślałem, pogoda się poprawiła, pewnie dlatego nas popędzają. Wprawdzie później wystartowałem, jednak kierunek — Czeliabińsk. Od razu zadałem sobie pytanie: „Dlaczego skierowali na wschód?” Po kilku chwilach niepokój się spotęgował. Łączność ze mną nawiązało nie SD lotniska, lecz dowodzący lotnictwem armii OP generał major lotnictwa Jurij WOWK. „Ja Sokół, 732-gi jak mnie słyszycie? Słuchajcie uważnie. Cel — realny, wysokościowy. Taranować. Rozkaz Moskwy. Przekazał „Smok”.
    Chwila namysłu. To oznacza, że sytuacja jest poważna skoro rozkaz przekazuje sam „Smok”. Odpowiadam: „Do taranu gotów. Mam jedyną prośbę — nie zapomnijcie o rodzinie i matce…”. „Wszystkim się zajmiemy”
    — padła odpowiedź.
    Podczas spotkania zapytałem Igora Andriejewicza, czy możliwy byłby inny wynik tego starcia?
    „Taran zawsze jest niebezpieczny — odpowiedział Igor — a w mojej sytuacji to była pewna śmierć. Cały dowcip polegał na tym, że nie byłem przygotowany do wylotu bojowego. Wystartowałem bez rakiet, a działek lotniczych Su-9 nie posiadał. Nie miałem na sobie również wysokościowego ubioru kompensacyjnego, hełmu szczelnego. W czasie przyprowadzania samolotów tego nie potrzebowaliśmy. Na wysokości 20000-21000 metrów w razie katapultowania zostałbym rozerwany niczym balonik na strzępy. I potem mówienie o jakimkolwiek pesymizmie nie miałoby podstaw — dla pilota rzeczą świętą jest troska o rodzinę. A moja Ludmiła spodziewała się dziecka, gdybym zginął miała by nielekko sama z małym. Nawiasem mówiąc syn urodził się 1 września sześćdziesiątego, równo po czterech miesiącach od tego nieszczęsnego lotu.
    Idę w kierunku Czeliabińska już 17 minut, a przez ten czas jeszcze nikt nie nawiązał ze mną łączności. Już myślałem, że mnie skierowali i zostawili samemu sobie. Lecz nagle w słuchawkach odezwał się głos: „Jak mnie słyszycie?” „Normalnie” — odpowiadam. „Utrzymujcie dotychczasowy kurs”. Nieco później: „Paliwo ze zbiorników wypracowałeś?” Mówię: „Jeszcze nie”. Jednak niespodziewanie poszła komenda: „Zrzucaj zbiorniki, pójdziesz na taran”. Zrzuciłem zbiorniki. Komenda: „Dopalanie”. Włączyłem dopalanie, skręciłem o 120 stopni i rozpędziłem samolot do prędkości M=1,9, a może i do M=2,0. Zaczęto mnie wyprowadzać na wysokość 20 kilometrów.
    Po upływie kilku minut informacja: „Do celu 25 kilometrów”. Włączam celownik, ale ekran cały w zakłóceniach. A to niefart. Po starcie pracował prawidłowo, a teraz… Mówię: „Celownik w zakłóceniach, przechodzę na obserwację wzrokową”. Lecz tu również pojawiły się trudności. U-2 miał prędkość 750-780 km/h, a ja ponad dwukrotnie więcej. Jednym słowem za nic nie widzę celu. Gdy do celu pozostało około 12 kilometrów, powiadomiono mnie, że ten rozpoczął zakręt. Zaraz potem zobaczyłem, że w tym momencie znika z ekranu RLS. Wykonuję zakręt za samolotem-naruszycielem. Informują mnie, że przelatuję obok celu w odległości 8 kilometrów i go wyprzedzam. Generał WOWK krzyczy do mnie: „Wyłącz dopalanie, wytracaj prędkość!” „Nie mogę wyłączyć” — również wściekłem się, zrozumiałem, że na SD nie wiedzą jak wykorzystywać i naprowadzać Su-9. „Wyłączaj, to rozkaz” — nadał jeszcze raz generał. Zakląłem i wyłączyłem. A tu nowy rozkaz: „Wychodź ze strefy, strzelają do was!” Krzyczę: „Widzę”. W powietrzu w tym czasie pojawiły się obłoki wybuchów, jeden z nich tuż przede mną na kursie, drugi z prawej. To działali rakietowcy-przeciwlotnicy…”

    Jako pierwszy ogień w kierunku samolotu-naruszyciela otworzył przeciwlotniczy dywizjon rakietowy, którym dowodził kapitan Nikołaj SZEŁUDKO. Jednak w tym czasie samolot Lockheed U-2 wyszedł ze strefy rażenia i zaczął omijać miasto. Dlatego rakiety go nie dosięgły.
    „Skręcając wychodzę ze strefy ognia — kontynuuje opowieść Igor MIENTIUKOW — a następnie pytam o położenie celu. Odpowiedź z SD: „Cel z tyłu”. Wchodzę w nowy zakręt, lecz czuję, że opadam. Leciałem przecież bez dopalania, nie zauważyłem jak prędkość spadła do 300 km/h. Przepadłem na 15 tysięcy metrów. A z SD: „Włączaj dopalanie”. Znów mnie poniosło, krzyczę: „Wypadałoby wiedzieć jak i przy jakich prędkościach ono się włącza”. Rozpędziłem samolot do 450 km/h, próbuję włączyć dopalanie, choć włącza się przy 550 kilometrach. W tym momencie zaświeciła się lampka awaryjnej pozostałości paliwa. Stało się jasne, że naprowadzanie trzeba przerwać. Przekazano polecenie — ciągnijcie do Kolcowa”.
    A teraz po raz kolejny głos oddajmy Borisowi AJWAZIANOWI:
    „Igorowi MIENTIUKOWOWI kończyło się paliwo. „Idźcie do lądowania” — podano mu komendę, a nam — start.
    Wystartowaliśmy. Samolot rozpoznawczy nad nami, ale gdzie? Kręcę głową — dokoła nic nie widać. W jednej chwili dostrzegłem wybuch i pięć spadających ku ziemi punktów. Ech, żebym tak wówczas wiedział, że to były szczątki zestrzelonego U-2. Wybuch wziąłem za samolikwidację rakiety. Uświadomiłem sobie, że przeciwlotnicy otworzyli ogień, o czym powiadomiłem SD. Samolotu przeciwnika oczywiście nie wykryliśmy, przecież został zniszczony na naszych oczach przez rakietowców. No a jeśli kontynuowałby lot, i byśmy go zobaczyli? Można by wejść na wysokość 20000 metrów (pułap MiGa był o 2-3 tysiące metrów mniejszy) dzięki wykonaniu dynamicznej górki. Wprawdzie szansa na to, żeby w ciągu krótkiej chwili przebywania w górnej fazie manewru ujrzeć samolot, przycelować i otworzyć ogień była jak jeden do tysiąca, jednak ją także próbowano wykorzystać…”

    Przerwijmy opowiadanie Borisa Ajwazjana i przenieśmy się do przeciwlotniczej jednostki rakietowej pod Swierdłowskiem.
    „Rakietowcy pułku przyjęli rozkaz zniszczenia celu z niepokojem — opowiada generał major w stanie spoczynku Siemion PANŻYŃSKIJ, wówczas szef wydziału politycznego. — Obowiązki dowódcy dywizjonu, któremu 1 maja przypadło w udziale grać pierwsze skrzypce (podpułkownik Iwan SZYSZOW znajdował się na kursach przeszkalania), pełnił szef sztabu major Michaił Romanowicz WORONOW. Był jeszcze żołnierzem frontowym. Zmagał się z faszystami nad Donem, pod Kurskiem, Warszawą… Oczywiście, że nie spodziewano się samolotu-naruszyciela w święto. I WORONOW, i jego współtowarzysze nieco się rozluźnili. Pamiętam, że kilku oficerów w przeddzień zostało zwolnionych do miasta, do rodzin, planowali wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym. Tym sposobem dywizjon stanął naprzeciw naruszycielowi w niepełnym składzie. Naturalnie, że to początkowo nieco rzutowało na atmosferę w obsadzie bojowej, lecz tylko na początku. Niepokój i napięcie w trakcie pracy bojowej ustąpiły…”
    Współrzędne celu operatorzy stacji wykrywania i wskazywania celu sierżant W. JAGUSZKIN, starszy szeregowy W. NIEKRASOW, szeregowy A. CHABARGIN określili dość precyzyjnie. Nieco później oficer naprowadzania starszy lejtnant Eduard FIELDBLUM oraz operatorzy na czele z sierżantem Walerijem SZUSTEREM już pewnie „trzymali” przeciwnika. Cel znajdował się w strefie ognia pododdziału. Wszyscy czekali na komendę. Lecz w tym momencie sytuacja powietrzna się zmieniła. Samolot-naruszyciel obrał nowy kierunek lotu, jakby domyślając się grożącego mu niebezpieczeństwa. Czarna linia kursu celu na planszecie ominęła niewidzialną rubież, gdzie była możliwość porażenia go ogniem rakiety.
    Przed majorem WORONOWEM i całą obsadą wynikła wyjątkowo trudna sytuacja. Należało z dużą dokładnością określić moment odpalenia rakiety, inaczej… Inaczej samolot mógł się wymknąć. Lecz oto naruszyciel ponownie został „uchwycony”. Łączność między stanowiskami dowodzenia dywizjonu i pułku była przerywana, lecz dźwięczne słowa WORONOWA: „Cel zniszczyć!” — usłyszeli wszyscy. Obsada startowa sierżanta Aleksandra FIODOROWA zareagowała bezbłędnie. Ukazał się płomień i rakieta osmoliwszy ziemię stromo wyszła naruszycielowi na spotkanie.
    A potem… Potem nastąpiła przerwa. Druga i trzecia rakieta nie zeszły z prowadnic. Co jest? Uszkodzenie? Głowił się WORONOW. Zameldował na SD jednostki podpułkownikowi Siergiejowi GAJDEROWOWI. Znajdujący się obok główny inżynier jednostki major Wasilij BOROWCOW polecił: „Sprawdźcie kąt zakrycia”. Stało się to, co ma miejsce niezwykle rzadko — kabina naprowadzania znalazła się na linii wyrzutnia-cel — WORONOWOWI spadł kamień z serca, przyczyna przestoju była obiektywna. A tymczasem pierwsza rakieta dogoniła cel.
    Rakieta wybuchła za samolotem, jej odłamki przebiły usterzenie ogonowe i skrzydła (promień rażenia odłamków rakiety systemu S-75 wynosi do 300 metrów), lecz nie uszkodziły kabiny. Maszyna zaczęła „dziobać” nosem. Powers chwycił lewą ręką dźwignię sterowania silnika, prawą trzymając za wolant. Samolotem wstrząsały silne eksplozje, pilotem rzucało po kabinie. Oderwały się skrzydła. Oszpecony kadłub zadarł dziób ku górze i, po przejściu w korkociąg, zaczął spadać na ziemię. Powers nawet nie próbował wysadzić samolotu (przycisk znajdował się przy fotelu), choć zgodnie z instrukcją obowiązany był to uczynić. Ładunek wybuchowy rozniósłby na małe kawałki nie tylko maszynę, lecz również jego samego. Postanowił wydostać się ze spadającej maszyny korzystając ze spadochronu, co mu się udało. Na kilka sekund przed tym kapitan Nikołaj SZEŁUDKO — dowódca sąsiedniego dywizjonu rakietowego otrzymał rozkaz ponownego ostrzelania U-2 — musiano mieć pewność porażenia. Dywizjon oddał salwę. Rakiety trafiły już w szczątki samolotu.
    Na ekranach radiolokatorów cel zniknął za zakłóceniami. Oficer naprowadzania obsady bojowej, którą dowodził Michaił WORONOW, starszy lejtnant FIELDBLUM wywnioskował, że zakłócenia zastosował przeciwnik, jakimś sposobem uniknąwszy trafienia. Najprawdopodobniej pilot samolotu-naruszyciela uwolnił zasobnik z taśmami metalowymi, stąd i zakłócenia na ekranie stacji radiolokacyjnej. WORONOW zgodził się z tą oceną. Sam Michaił Romanowicz opowiadał o tym tak:
    „W rzeczywistości ekran radiolokatora pokryły znaczniki od szczątków samolotu, tym bardziej że po salwie dywizjonu SZEŁUDKI powstało ich jeszcze więcej. Uświadomiliśmy to sobie po kilku minutach, ale odłamki zdążyły już spaść na ziemię. Zameldowałem na SD pułku, a ci wyżej. Lecz tam uznano, że mimo wszystko przeciwnik pod osłoną zakłóceń kontynuował lot. Jednym słowem, końcowy meldunek o zniszczeniu U-2 złożono dopiero po zatrzymaniu Powersa, po około pół godzinie”.

  15. #15

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie

    POLOWANIE W STRATOSFERZE (cz. 5)

    Jeszcze po półgodzinie od zniszczenia amerykańskiego samolotu rozpoznawczego na SD pułku, jak również na SD armii OP sądzono, że ten kontynuuje lot. Zakłócenia pasywne trapiły również specjalistów batalionu radiotechnicznego (dowodził nim podpułkownik Iwan RIEPIN), który drogą radiową przekazywał sytuację stanowiskom dowodzenia. Dlatego przed pilotami myśliwskimi Borisem AJWAZIANEM i Siergiejem SAFRONOWEM, którzy wyszli w nowy rejon, postawiono dotychczasowe zadanie — po wykryciu przeciwnika — atakować. „Podczas kolejnego zakrętu — wyjaśnia AJWAZIAN — przekazałem Siergiejowi komendę odejścia w tył, i jeśli po 2-3 minutach nie wykryjemy wrogiego samolotu, będziemy lądować z prostej, czyli bez wykonywania tradycyjnego kręgu nadlotniskowego”. SAFRONOW nie odpowiedział, łączność z prowadzonym została zerwana. AJWAZIAN ujrzał na czystym niebie nietypowy obłok, energicznie zanurkował. To uratowało mu życie, zdołał wyminąć ścigającą go rakietę.
    Zapytałem Borisa AJWAZIANA: „Pomogło doświadczenie?”
    „W jakimś stopniu tak, lecz bardziej — przypadek
    — odpowiedział. — Nietypowy obłok wywołał we mnie przerażenie, ale nie przypuszczałem, że to wybuchł samolot Siergieja. Nie było przecież powodu. Od czego mógłby wybuchnąć? Ostro zanurkowałem dlatego, że doszły do głosu nawyki. W trakcie lotów szkolnych przez jakieś sześć miesięcy wykonywałem loty w charakterze celu, przechwytywali mnie towarzysze z pułku. Często prosili mnie, żebym dłużej utrzymywał się na dużej wysokości. Lądowanie parą następowało prawie z pustymi zbiornikami, przy ciągłym zwiększaniu kąta pochylenia, niemalże spadając. Również tym razem postanowiłem w ten sposób przyziemić, wykorzystując przećwiczoną metodę. Widocznie byłem dla rakietowców zbyt ciężkim celem do „uchwycenia”. Ostre nurkowanie jest ostrym nurkowaniem, swego rodzaju manewrem przeciwrakietowym…”
    W przeciwlotniczym dywizjonie rakietowym, którym dowodził major A. SZUGAJEW, znacznik od myśliwca uznano za wrogi cel, który zniżył się do 11 tysięcy metrów. Zameldowano na SD, stąd przyszło zarządzenie generała majora Iwana SOŁODOWNIKOWA o otwarciu ognia do… MiGów. O zniszczeniu U-2 major WORONOW zamelduje nieco później.
    Jeszcze raz oddajmy głos Igorowi MIENTIUKOWOWI:
    „Po wylądowaniu na lotnisku, zaraz przy samolocie czekało na mnie kilku pułkowników i dwóch po cywilnemu. „Wsiadajcie — mówią — pojedziecie z nami na SD”. Lecz wtedy któryś z nich zauważył, że w odległości kilku kilometrów z nieba spada coś błyszczącego. Pytają mnie, co to może być. Odpowiedziałem pytaniem na pytanie: „Jak dawno wystartowały MiGi?” Ich huk był słyszalny, więc wysunąłem przypuszczenie, że MiGi zrzuciły zbiorniki. Jednak później okazało się, że to były odłamki samolotu szpiegowskiego Lockheed U-2.
    Przyjeżdżamy na SD, dają mi słuchawkę telefoniczną, na linii zastępca dowodzącego lotnictwem Wojsk OP generał SIEMIONOW. Mówi: „SAWICKIJ liczył na was, MIENTIUKOW”. Odpowiedziałem, że postępowałem tak, jak mnie naprowadzano. Jeszcze nie skończyłem, jak na ekranach radiolokatora znów pojawił się cel. Pytają mnie: „Jesteś gotów wystartować jeszcze raz?” „A o czym tu mówić” — odpowiadam…”

    W tym czasie U-2 był już zniszczony. Lecz tego na SD armii OP nie wiedziano. WORONOW, powtórzmy, ociągał się z meldunkiem około 30 minut. W dywizjonie dowodzonym przez majora A. SZUGAJEWA za cel uznano parę MiG-19, pilotowanych przez kapitana Borysa AJWAZIANA i starszego lejtnanta Siergieja SAFRONOWA, która wystartowała na przechwycenie U-2. I otwarto ogień. Jedna z rakiet strąciła samolot SAFRONOWA, a pilot zginął. Borys AJWAZIAN wykonał manewr i rakieta przeszła bokiem.
    Łącznie w trakcie całego zdarzenia odpalono 14 rakiet przeciwlotniczych.
    „Dopiero co wsiadłem do samolotu, — mówi Igor MIENTIUKOW — i słyszę, jak Boris AJWAZIAN wywołuje swojego kolegę z pary, Siergieja SAFRONOWA. Lecz ten milczy. Po starcie również mnie polecono nawiązać łączność z SAFRONOWEM. Zacząłem go wywoływać, lecz… Na SD armii wkrótce uświadomiono sobie to, co nastąpiło (major WORONOW zameldował: „Cel zniszczony, pilot wyskoczył ze spadochronem”. O porażeniu celu zameldowano również z dywizjonu majora SZUGAJEWA), i więcej żadnych poleceń nie wydano. Jeszcze przez kilka minut leciałem z dotychczasowym kursem. Wkrótce otrzymałem komendę do lądowania, tym bardziej, że startowałem bez zbiorników podwieszanych”.
    Siergiej SAFRONOW zginął na oczach wielu Uralców — mieszkańców Górnego Ufaleja, spieszących na pochód pierwszomajowy. Jego samolot spadł dziesięć kilometrów od lotniska, obok na spadochronie wylądował sam Siergiej — martwy, z wielką raną na boku. Możliwe, że katapulta zadziałała w wyniku detonacji, możliwe, że pilot sam zdołał w ostatnich ułamkach sekund ją uruchomić — nie udało się tego ustalić licznym komisjom. Siergiej SAFRONOW w dniu śmierci nie miał jeszcze ukończonych trzydziestu lat — był rówieśnikiem Francisa Powersa.
    O godzinie 12.00 ze stolicy do Swierdłowska odleciał samolot Tu-104. Był to pierwszy samolot, który wystartował z Wnukowa po wydaniu około godziny 8 rano zakazu lotów dla samolotów cywilnych. Z Moskwy wysłano pokaźną komisję — w jej składzie znaleźli się pracownicy aparatu KC KPZR, kontrwywiadu wojskowego KGB ZSRR, generałowie i oficerowie Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych i Sztabu Głównego Wojsk OP kraju.
    Przed komisją postawiono zadanie — przeanalizować działania obsad bojowych armii OP, a także zebrać i dostarczyć do Moskwy wszystkie szczątki U-2. Swierdłowsk na kilka dni stał się gorącym punktem. Odwołajmy się kolejny raz do wspomnień Igora MIENTIUKOWA, atakującego amerykański samolot rozpoznawczy na Su-9:
    „Wkrótce po tym, jak stało się jasne, że samolot-naruszyciel został zestrzelony, na lotnisko ze stanowiska dowodzenia przyjechał dowodzący lotnictwem armii OP generał major WOWK. Znał mnie, razem służyliśmy w centrum szkolnym w Sawaslejce, dlatego rzekł: „Chwała Bogu, MIENTIUKOW, już po wszystkim” — mając na myśli fakt, że Powersa strącono. Jeśli naruszyciel by się wymknął, rozpętała by się potężna burza. WOWK powiedział, żebym przede wszystkim był w gotowości, gdyż wszystko jeszcze może się wydarzyć. Jednak napięcie zaczęło się rozładowywać. O godzinie 3 nad lotniskiem pojawił się śmigłowiec. Dostarczył amerykańskiego pilota w celu przekazania go dalej — samolotem do Moskwy. Nas do śmigłowca początkowo nie dopuszczano, a później, gdy dowiedziano się, że jesteśmy pilotami, którzy go atakowali, machnęli ręką: „A popatrzcie sobie”. Powers nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Na migi pokazaliśmy mu, że to my go atakowaliśmy. Pozwolono nam zabrać kilka kawałków pokrycia strąconego samolotu. Przechowywałem ten skrawek metalu dość długo.
    2 maja rozmawiał ze mną telefonicznie (w tym celu przybyłem na SD armii OP) „Smok” — generał SAWICKIJ. Chciał wysłuchać meldunku o ataku naruszyciela, a potem dodał: „Gdyby nie wy, MIENTIUKOW, wymknąłby się nam”. Dowodzący sądził widocznie, że dzięki mojemu atakowi naruszyciel rozpoczął manewr i wszedł w strefę ognia. Choć równie dobrze mógł go wykonać w celu zrobienia kolejnych zdjęć.
    3 maja byliśmy w Baranowiczach, a nazajutrz wezwano mnie do Mińska. Tutaj, do sztabu armii OP przybyła komisja z Moskwy, pod przewodnictwem generała pułkownika PONOMARIEWA. Interesowało ją, dlaczego pokładowa SRL była zakłócona. Nie wiem do jakich wniosków doszli. Przypuszczenia były następujące. U-2 dysponował elektronicznym systemem ochrony tylnej półsfery, który miał za zadanie zakłócać celowniki samolotów nieprzyjaciela. Widocznie przez nią „ucierpiał” również celownik mojego samolotu”.

    Jeszcze bardziej zszargane nerwy miał pilot kapitan Boris AJWAZIAN. O ile w przypadku MIENTIUKOWA interesowano się, dlaczego jego radiolokator pracował wadliwie, to od AJWAZIANA chciano się dowiedzieć dlaczego zginął prowadzony.
    „Kiedy wydarzyło się nieszczęście, krążyły różne pogłoski, jakoby na naszych samolotach nie pracowały urządzenia odpowiadające „swój-obcy” — wspomina Borys AJWAZIAN — Jednak, najprawdopodobniej, nie pracowały na ziemi. Urządzenie odpowiadające „swój” na maszynie Safronowa było włączone i działało. Sam je włączyłem na jego samolocie. Po prostu łatwiej było dowództwu zrzucić całą winę na pilotów, że niby sami sobie winni. Zaraz po locie podszedł do mnie pewien nieznajomy podpułkownik i dał trzeźwą radę — spiszcie na gorąco wszystko tak, jak było. Przydała się ona, kiedy przybyła komisja pod przewodnictwem generała Pawła KULESZOWA. Wówczas zaczęto mnie ciągać od jednego gabinetu generalskiego do drugiego. I każdy oczekiwał pisemnej relacji z przebiegu lotu. Lecz ostatecznie obeszło się. Kiedy w gazetach opublikowano dekret o nagrodzeniu osób, które wyróżniły się podczas przerwania lotu U-2, podszedł do mnie dowódca pułku i powiedział: „Cóż, Sieriorży dali nagrodę, a tobie — życie…”
    Komisja, która przybyła do Swierdłowska ustaliła co następuje. Samolot-naruszyciel przeciął granicę państwową o godzinie 5 minut 35. Poruszał się na wysokości od 18000 do 21000 metrów z prędkością 720-780 km/h. Lot został przerwany o godzinie 8 minut 36 przez 2 dywizjon 57 rakietowej brygady przeciwlotniczej OP. Obsadą bojową kierował major Michaił WORONOW.
    Przyczyną śmierci Siergieja SAFRONOWA były wymienione niżej okoliczności. Zresztą sięgnijmy do dokumentów — do meldunku złożonego ministrowi obrony ZSRR:
    „Dowodzący lotnictwem myśliwskim armii OP generał-major WOWK Ju.S. o godzinie 8 minut 43 rozkazał poderwać z lotniska Kolcowo dwa samoloty MiG-19, jednakże nie zameldował o tym dowodzącemu co spowodowało, że główne stanowisko dowodzenia przez okres 10 minut nie wiedziało o znajdowaniu się myśliwców w powietrzu.
    O godzinie 8 minut 53 nawigator lotnictwa myśliwskiego armii OP pułkownik TIERESZCZENKO P.S. wykrył na ekranie-planszecie parę MiG-19 i rozkazał im na wysokości 11000 metrów skierować się w stronę strefy ognia rakiet przeciwlotniczych. Po czym sam zaniechał dalszego naprowadzania…
    9 samodzielny batalion radiotechniczny (dowódca podpułkownik RIEPIN I.S.), kiedy naruszyciel był już strącony nie zaprzestał przekazywania danych do głównego stanowiska dowodzenia o jego locie na wysokości 19000 metrów, podczas gdy w rzeczywistości znajdowały się tam MiG-19, ale na wysokości 11000 metrów.
    Nie naprowadzane myśliwce wracały na lotnisko przez strefę rażenia 4 dywizjonu 57 rakietowej brygady przeciwlotniczej OP, na którego stacji radiolokacyjnej P-12 niesprawna była aparatura rozpoznania samolotów. Powziąwszy informację, że w powietrzu nie ma myśliwców, dywizjon (dowódca major SZUGAJEW A.W.) uznał je za samolot przeciwnika, oddał salwę rakiet i strącił MiG-19 pilotowanego przez starszego lejtnanta SAFRONOWA S.P.
    Przyczyną śmierci pilota była niewłaściwa praca obsady bojowej głównego stanowiska dowodzenia armii OP. Szefowie rodzajów wojsk i służb nie informowali o podjętych krokach głównego stanowiska dowodzenia. GSD z kolei nie informowało o sytuacji dowódców jednostek i związków. W 57 PBR nie wiedziano o znajdujących się w powietrzu myśliwcach. Dlatego został strącony samolot SAFRONOWA z włączonym urządzeniem odpowiadającym…”

    Dziś jest oczywiste, że główna przyczyna wszystkich rozczarowań leżała w braku koordynacji działań, niewystarczającym doświadczeniu oficerów stanowisk dowodzenia, w niezwykłości pojedynku toczącego się w stratosferze. Jak służby SD mogły zadziałać synchronicznie, jeżeli jakiejkolwiek synchronizacji nigdy nie osiągnęły. Przeciwlotnicze jednostki rakietowe dopiero co powstawały i dowodzenia nimi we współdziałaniu z lotnictwem myśliwskim oficerowie SD dopiero się uczyli. I tu zapłacono cenę.
    W maju sześćdziesiątego został wydany Dekret o nagrodzeniu żołnierzy, którzy przerwali lot samolotu szpiegowskiego (nawiasem mówiąc był to pierwszy Dekret podpisany przez Leonida BREŻNIEWA, który został wtedy Przewodniczącym Rady Najwyższej ZSRR). 21 osób udekorowano orderami i medalami. Orderem Czerwonego Sztandaru — starszego lejtnanta Siergieja Iwanowicza SAFRONOWA (słowo „pośmiertnie” pominięto) i dowódców przeciwlotniczych dywizjonów rakietowych kapitana Nikołaja SZEŁUDKO i majora Michaiła WORONOWA. Głównodowodzący Wojskami OP kraju marszałek BIRIUZOW dwukrotnie pisał prośby o przedstawienie WORONOWA do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, lecz za każdym razem rozdzierał podpisany już dokument, klnąc: „Gdyby tak zameldował z dziesięć minut wcześniej”. Na drodze do uzyskania bohaterskiego tytułu stanęła śmierć pilota Siergieja SAFRONOWA.

  16. #16

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    I to(ostatnie)miało miejsce 47 lat temu(dokładnie tyle,ile ja mam).Proszę o więcej takich opisów.Podziwiam wytrwałość przy redakcji.Pozdrawiam!

  17. #17
    Awatar fly_jabko

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    Grodzisk Wlkp

    Domyślnie

    ale czytania... Ale artykół świetny

  18. #18
    Awatar Długi

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPTM

    Domyślnie

    Zwieroboj.Chylę czoło
    "Nigdy nie rezygnujcie"
    W.Churchil

  19. #19
    ModTeam Senior Screener
    Awatar Drzemi

    Dołączył
    Jan 2007
    Mieszka w
    EPGD / EPMM

    Domyślnie

    Świetna robota! Bardzo ciekawe!

  20. #20

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    OPAL

    Domyślnie


    Polecamy

    Cieszę się, że mogę naświetlić niektóre wydarzenia historyczne, na temat których słyszałem masę głupot, półprawd, czy wręcz kłamstw. Był kiedyś program Bogusława Wołoszańskiego o incydencie z 1 maja 1960 r. Niestety oparty na starych materialach (nie było np. słowa o zestrzeleniu swojego samolotu).

Strona 1 z 13 1 2 3 11 ... OstatniOstatni

LinkBacks (?)

  1. 14-06-2017, 07:43
  2. 07-05-2017, 19:08
  3. 23-02-2017, 18:31
  4. 24-07-2016, 22:58
  5. 11-04-2016, 21:35
  6. 24-03-2016, 23:40
  7. 23-03-2016, 19:49
  8. 27-08-2015, 09:41
  9. 19-08-2015, 21:43
  10. 19-08-2015, 19:27
  11. 19-08-2015, 19:24
  12. 19-08-2015, 15:05
  13. 19-08-2015, 10:59
  14. 14-08-2015, 06:06
  15. 03-07-2015, 22:34
  16. 03-06-2015, 16:01
  17. 30-05-2015, 21:01
  18. 22-05-2015, 10:04
  19. 20-05-2015, 09:37
  20. 19-05-2015, 19:32
  21. 17-05-2015, 11:22
  22. 16-05-2015, 18:34
  23. 13-05-2015, 20:21
  24. 05-05-2015, 23:44
  25. 23-04-2015, 20:59
  26. 26-02-2015, 18:41
  27. 30-01-2015, 00:55
  28. 27-01-2015, 07:19
  29. 26-01-2015, 15:25
  30. 25-01-2015, 15:55
  31. 25-01-2015, 14:01
  32. 25-01-2015, 12:41
  33. 25-01-2015, 11:42
  34. 25-01-2015, 10:23
  35. 25-01-2015, 09:12
  36. 25-01-2015, 08:42
  37. 24-01-2015, 22:25
  38. 24-01-2015, 20:36
  39. 24-01-2015, 20:13
  40. 24-01-2015, 20:07
  41. 24-01-2015, 18:44
  42. 21-01-2015, 17:01
  43. 09-01-2015, 09:58
  44. 08-01-2015, 21:46
  45. 06-01-2015, 10:38
  46. 02-01-2015, 17:13
  47. 23-12-2014, 19:40
  48. 17-12-2014, 20:37
  49. 04-12-2014, 10:04
  50. 01-12-2014, 18:13

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •