Pokaż wyniki od 1 do 12 z 12
  1. #1
    Awatar paulus76

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    Oleśnicy

    Domyślnie P-40 znaleziony przez Polaków w Egipcie


    Polecamy

    Samolot z II wojny odnaleziony na pustyni w Egipcie. Przez Polaków

    Polacy poszukujący ropy w Egipcie odnaleźli na Saharze wrak samolotu P-40 Kittyhawk należącego do RAF. Samolot z drugiej wojny światowej jest w niemal idealnym stanie. Jak mówią historycy, znalezisko jest "lotniczym ekwiwalentem grobowca Tutenchamona".

    Samolot jest w stanie idealnym. Zachowały się zarówno tabliczki z numerami bocznymi, jak i całe wyposażenie, łącznie z amunicją, która została zabezpieczona przez egipskie wojsko. Jedyne uszkodzenia to dziury po kulach w poszyciu i zniszczone śmigło. Polska ekipa, która odnalazła samolot, to najprawdopodobniej pracownicy Geofizyki Toruń.

    Po numerach seryjnych udało się zrekonstruować historię wraku. Samolot zaginął w czerwcu 1942. Pilotował go sierżant Dennis Copping, syn dentysty z Southend. 24-letni pilot walczył w czasie kampanii w Afryce Północnej przeciw jednostkom Erwina Rommla. Najprawdopodobniej zagubił się, lecąc uszkodzonym w walce kittyhawkiem do bazy. Zszedł z kursu. Nigdy nie został odnaleziony.

    Pilot prawdopodobnie przeżył. Niedaleko wraku zostały odnalezione szczątki spadochronu i prowizorycznego obozu. - Musiał przeżyć wypadek. Fotografie pokazują leżące w okolicy samolotu radio i baterie. Wygląda na to, że próbował je uruchomić - mówi "Telegraphowi" historyk Andy Saunders. Pilot zapewne wyruszył na pustynię.

    O znalezisku zostało powiadomione muzeum RAF-u z Londynu. Planowana jest już ekspedycja w celu wydobycia wraku, zanim zostanie rozebrany na złom lub pamiątki. - To niesamowita kapsuła czasu. Lotniczy ekwiwalent grobu Tutenchamona - mówi Andy Saunders.

    Próbowano także skontaktować się z rodziną sierżanta Coppinga w Wielkiej Brytanii, jednak najprawdopodobniej nikt z niej nie przeżył do dziś.

    Jak potwierdził attaché brytyjskiej ambasady w Egipcie, zostaną przeprowadzone poszukiwania szczątków pilota, jednak przyznał, że ich znalezienie jest "raczej nieprawdopodobne". Miejsce miałoby zostać oznaczone jako grób wojenny.

    Pozdrawiam - Paweł
    >> Lim przeleciał nad moją kołyską. I tak się zaczęło... >>

    Luftwaffe w Oels * Pokazy lotnicze 1945-1989 * Pocztówki lotnicze

  2. #2
    Awatar nobie1973

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    Londyn

    Domyślnie

    Wiecej informacji, zdjec i filmow mozna znalesc tutaj: Modelarstwo z pasją • Zobacz wątek - Kolejne znalezisko...tym razem P-40.
    Pozdrawiam,
    Norbert
    Lotnictwo w moim obiektywie: http://www.fotosik.pl/u/nobie1973/album/773218

  3. #3
    Awatar pasazernagape

    Dołączył
    Jan 2008
    Mieszka w
    SZZ/EPSC

    Domyślnie

    Dailymail.co.uk Bardzo dobre zdjęcia
    Crashed plane of Second World War pilot Dennis Copping discovered in the Sahara desert | Mail Online

    Klimat pustyni potrafi dobrze zachować materiały, ale że aż tak. Wygląda jakby stała tam maksymalnie kilka lat...

  4. #4
    Awatar vader

    Dołączył
    Mar 2008
    Mieszka w
    Kraków

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez pasazernagape Zobacz posta
    Klimat pustyni potrafi dobrze zachować materiały, ale że aż tak. Wygląda jakby stała tam maksymalnie kilka lat...
    Niska suma opadów, mała wilgotność powietrza - dlatego m.in. na pustyni Mojave jest zrobione składowisko samolotów.
    N 10" 'Simon II' + SCT 5", EOS 70D, Intek AR-109, PlanePlotter: mo i vo

  5. #5

    Dołączył
    May 2012
    Mieszka w
    Wadowice

    Domyślnie

    Niesamowicie zachowany P-40 ciekawe czy jakieś Me-109 się zachowały na pustyni,i ogólnie ile jeszcze jest tych wraków na pustyniach tak dobrze zachowanych a zdięcia są rewelacyjne w w youtube znalazlem filmik o tym znalezisku CRASHED AIRPLANE 1\3 Movie.mp4 - YouTube

  6. #6
    Awatar F 18 Super Hornet

    Dołączył
    Apr 2012

    Domyślnie

    Świetne znalezisko. Ach jakby trafił do Polski. Uwielbiam ten samolot

  7. #7

    Dołączył
    May 2012
    Mieszka w
    Mazowieckie

    Domyślnie

    Może ma ktoś namiary GPS na google earth

  8. #8

    Dołączył
    Nov 2011
    Mieszka w
    EPRA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez norson Zobacz posta
    Może ma ktoś namiary GPS na google earth
    Na to składowisko w Mojave? Proszę: 35.068853,-118.162208

  9. #9
    Awatar Syrenek

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie

    Samolot ten używany był przez polskich lotników w 1942 roku nad Pustynią Libijską działających w ramach 112 Dywizjonu RAF

    "...Pod koniec 1941 r. 22 lotników z Polskiego Oddziału Rozprowadzającego w Takoradi zgłosiło prośbę o przeniesienie do jednostki bojowej na froncie libijskim. Polaków zdecydowano się przydzielić do 112 Squadronu "Rekinów", wyposażonego w myśliwsko-bombowe maszyny Curtiss Kittyhawk (P-40). Po załatwieniu formalności, w dniach od 8 do 10 lutego 1942 r. na lotnisko w Gambut, w trzech grupach, wysłano dziesięciu pilotów. Byli to: kpt. Feliks Gazda (dowódca), por. Witold Jander, por. Feliks Knoll, por. Czesław Matusiak, ppor. Henryk Knapik oraz sierżanci Józef Derma, Witold Giedroyć, Stanisław Grondowski, Jerzy Różański i Zbigniew Urbańczyk. Lotnicy ci przeszli wcześniej (od 1 listopada 1941 r.) trening w 71 OTU w Gordons Free koło Chartumu w Sudanie oraz szkołę ognia w Bilbais, lecz nie posiadali w większości doświadczenia bojowego, a część z nich przekroczyła nawet wiek dopuszczalny dla myśliwców..."

    Źródło:Polscy lotnicy w 112 Squadronie "Rekinów"

    Oryginalny tekst raportu Herryka Gazdy z 112 Dywizjonu RAF.:

    Report on service from 112 Squadron - Feliks Gazda

    W języku polskim:

    Sprawozdanie ze służby w 112 squadronie - Feliks Gazda


    Nasze muzea - Muzeum Lotnictwa i Astronautyki w Krakowie i Muzeum Sił Powietrznych nie są zainteresowane tego typu zabytkami. Już w tej chwili ktoś z tych naszych muzeów powinien starać się przejąć znalezisko i skontaktować się z polskim geodetą\geologiem?. Niestety tak jeszcze długo w Polsce nie będzie. Szkoda, bo to wersja samolotu z początku wojny.
    Latali na nim Polacy a na wolnym rynku zakup odrestaurowanego, latającego samolotu to około 1mln $, więc nikt go w Polsce do muzeum nie kupi.

    Na podobnym samolocie walczył były dowódca 303 Dywizjonu RAF Witold Urbanowicz w Chinach, gdy nie pozwolono mu latać w polskich dywizjonach po konflikcie z jednym z polityków z rządu na emigracji. Uzyskał dwa potwierdzone zestrzelenia Ki-43 Hayabusa, samolotu o wiele lepszego od P-40. Uzyskał też kilka zestrzeleń prawdopodobnych.

    "...Przed odlotem do Chin opowiadano mi wiele o myśliwcach japońskich: o ich specyficznym podejściu do problemu walki, o fanatyzmie i odwadze, o krańcowej pogardzie śmierci. Także o tym, że w sytuacjach ostatecznych mają zwyczaj pakować się razem z maszyną w pierwszy napotkany samolot przeciwnika. Przyjmowałem te relacje z pewną dozą sceptycyzmu. Byłem przyzwyczajony do walk z myśliwcami niemieckimi. Najodważniejszy nawet i najbardziej zażarty wycofywał się z walki, jeśli nie miał szans, jeśli wykończył amunicję albo gdy kończyła się mu benzyna. Myśmy także inaczej nie postępowali; ostatecznie każdy człowiek ma jakiś instynkt samozachowawczy i szczyptę rozsądku. Mój sceptycyzm stopniał już w pierwszym spotkaniu z pilotami japońskimi – gdy zobaczyłem maszyny z czerwonymi kołami na skrzydłach i kadłubie, wyczyniające przedziwne piruety w powietrzu i pchające się do walki tak bezpardonowo, że należało uważać, aby w pierwszej minucie nie zakończyć zderzeniem. Gdy pierwszy napotkany pilot japoński, wijąc się konwulsyjnie w powietrzu, zaszedł od tyłu i próbował odrąbać mi ogon maszyny własnym śmigłem, ryzykując oczywistą śmiercią – zacząłem być ostrożniejszy. Tu naprawdę obowiązywały inne prawidła walki. Był październik 1943, lotnisko w Kunmingu. Dywizjon w stanie alarmu, za moment mieliśmy startować. Zadanie: sprowokowanie japońskich myśliwców we Francuskich Indochinach, w okolicy miasta Hajfong: związać w walce, odciągnąć od bazy, aby w tym samym czasie nasze bombowce miały szansę skutecznego zaatakowania lotniska i okrętów wojennych, zakotwiczonych niedaleko brzegu, w zatoce tonkińskiej. Taka impreza nad terytorium przeciwnika jest zawsze bardzo interesująca – w związku z czym zabierałem z sobą mały kompas w spince kołnierzyka, drukowaną na jedwabiu mapę schowaną w kieszonce od zegarka, zapałki, nóż, dwa pistolety i 300 sztuk amunicji do nich. Po czym w ostatnim momencie zapiąłem stalową bransoletkę z moim „wojennym numerem”; niewiele to pomaga w dżungli, ale przynajmniej Czerwony Krzyż miałby ewentualnie szansę identyfikacji ogryzionych resztek.
    Nasze lotnisko było odległe od Hajfongu o jakieś 620 km. Zgranie w czasie całej operacji nie było łatwe, biorąc pod uwagę różnice szybkości bombowców i naszych maszyn; tym bardziej, że bombowce startowały z innej bazy. Trzydzieści bombowców dostało na wszelki wypadek własną osłonę myśliwską, nasz dywizjon – szesnaście samolotów – miał startować z dokładnością niemal sekundową, aby zdążyć w porę poderwać myśliwców japońskich z bazy i odciągnąć ich wystarczająco daleko. Wyliczenia rzecz dobra, ale element niespodzianki istnieje zawsze: w połowie drogi, na wysokości 6 000 metrów przyłapał nas dość spory tajfunek, zapowiadany przed startem jako „silny wiatr”. Zepchnął nas cokolwiek na wschód, musieliśmy na pełnym gazie nadrabiać stracony czas. Na wysokości Lao Cai błysnęły w słońcu cztery myśliwce japońskie, ale zgubiliśmy je w przestrzennej mgle. Rozglądałem się za własnymi bombowcami; miały nadlecieć od strony Dien Bien Phu. Na razie nie ma ich. Robimy okrążenie na wysokości 6 700 metrów. Są: górą idzie osłona myśliwska, pod nią dwie piętnastki bombowych maszyn. Rodzinka w komplecie.Na pełnym gazie lecimy na Hanoi. Jeżeli poderwiemy Japończyków zbyt wcześnie – nie wykonamy zadania: rozprawią się najpierw z nami, a potem szurną na bombowce. Wobec tego robimy łagodny zakręt cokolwiek na wschód, wchodzimy nad błyszczący w słońcu ocean; daleko przed nami wyspa Hajnan. Zamykamy łuk. Rozglądam się za lotniskiem i odbezpieczam karabiny maszyno we. Poprawiam maskę tlenową na ustach, kokoszę się w kabinie, sprawdzając, czy jestem dostatecznie mocno przypasany. I nagle – piorun z chińskiego nieba: w szyk walą smugi pocisków. Od strony słońca nurkują japońscy myśliwcy. Z lotniska nikt nie startuje, „gospodarze” czekali w powietrzu. To bardzo wygodne dla nich. Dla nas – nie. Sytuacja raczej grobowa: mają przewagą wysokości i jest ich więcej. Ilu? W pierwszym momencie wydaje się zawsze, że ogromne mnóstwo. Staram się błyskawicznie policzyć, wypada, że trzydziestu czterech. Ale od słońca nurkują następni. Słuchawki ożyły, angielski krzyk: – Jezu Chryste, mam kilkunastu na grzbiecie! Patrzę w dół, pomiędzy bombowcami czarne bukiety rozrywających się pocisków artylerii przeciwlotniczej. Wiatr znosi dymy, na ich miejsce wyskakują nowe, jest ich coraz więcej. Kącikiem oczu widzę, że jeden z bombowców odłączył od szyku, wlokąc za sobą ogon dymu. W chwilę potem cztery białe kopuły spadochronów na turkusowym niebie. Pierwsza fala ataku przeszła przez szyk, nie rozbijając go. Ale rzecz w tym, że to nie jest zwykły atak myśliwski: oni się po prostu walą na nasze maszyny. Jest rozkaz trzymania się w szyku, ale nerwy nie wytrzymują: druga fala japońskich maszyn rozbija nasz szyk. Robi się nieprawdopodobny bałagan w powietrzu, każdy walczy teraz o własne życie, serie pojedynków. W tej piekielnej kotłowaninie nie widzi się zestrzeleń, widzi się tylko spadochrony, jeśli pilot zdążył i mógł wyskoczyć. Myślę przeraźliwie jasno i chłodno. Tamci popełnili kardynalny błąd taktyczny, a mieli wszelkie atuty. Powinni byli podzielić się na dwie grupy: atak i cierpliwą rezerwę. Ci pierwsi rozbiliby nasz szyk, rezerwa wykończyłaby nas. Ale nie wytrzymali, szurnęli kupą, teraz sobie przeszkadzają w walce. Także: to w gruncie rzeczy kiepscy piloci, niedoszkolone żółtodzioby. Widzę: po ostrym przewrocie na plecy taki delikwent sprawia wrażenie, że nie wie, gdzie jest i co się z nim dzieje. Strzelają niecelnie. Więc są szanse. Ostatecznie spełniamy zadanie: związaliśmy ich. Teraz trzeba uważać. Wszystkie te chłodne myśli przelatują przez głowę niezależnie od ferworu walki: nogi i ręce na sterach reagują automatycznie, przejmując sygnały oczu. Wiem, że wiązałem się już czterokrotnie, ale żadnej maszyny japońskiej nie miałem jeszcze na celowniku. W kabinie gorąco. Nie oddałem jeszcze ani jednego strzału. Szkoda amunicji, jeśli nie jest się pewnym trafienia. Wywijam się, jak dotąd, ze smug pocisków. Ale trzeba zacząć „pracować” bardziej serio. Z lewej strony, trochę niżej – widzę plamiasty grzbiet japońskiego „Zera” i czerwone koliska na skrzydłach. Leży w głębokim skręcie. Dodaję gazu i na pełnej szybkości nurkuję. W tym samym momencie widzę w lusterku pysk drugiego „Zera”. Zaszedł, drań, od tyłu, jednak. Ściągam drążek sterowy na siebie. Horyzont zatoczył się i znikł, orzę brzuchem niebo, słońce przelatuje przez kabinę, potem chmury i parę samolotów. Tamten trzyma się ogona, wciąż grzeje, ze skrzydeł mu się świeci. Jestem na plecach. On także, trzyma się tuż za mną. Robimy regularną pętlę w dwójkę, jak w tańcu. Trzyma się drań mojego ogona, ale przestał strzelać. Świadomość, że będę żył jeszcze parę sekund, dodaje mi ducha. Parę sekund to jest bardzo wiele..."

    Fragment "OGIEŃ NAD CHINAMI", Urbanowicz Witold - Księgarnia Gandalf


    Zachęcam do lektury książki "Ogień nad Chinami", a w szczególności do przeczytania opisu walki Urbanowicza z japońskim myśliwcem nad Zatoką Tonkijską gdzie polski pilot po mistrzowsku wykorzystał wady P-40 Kittyhawka aby wygrać walkę powietrzną z lepszą maszyna.

  10. #10

    Dołączył
    Nov 2010

    Domyślnie

    Nie to, żebym się wymądrzał ale w książce Latające Tygrysy jest opis przynajmniej 5 (pięciu ) zestrzeleń odniesionych przez naszego Asa na P-40. Zszokowany jednak byłem gdy okazało się - z japońskich źrodeł że przynajmniej 2 z tych maszyn to...
    Ki-44 Shoki - maszyny lepsze o całe niebo od P-40... No cóż: "Ręka mistrza więcej znaczy niż sprzęt lepszy u partaczy.."
    P.S. Zdarzyło mi sie też spotkać informację jakoby W.Urbanowicz zestrzelił 11 maszyn japońskich, a tylko 5 mu potwierdzono.
    P.S.2 W latach 50 mojego ojca uczył mechaniki człowiek nazwiskiem Różański. Nosił w klapie gapę i kiedyś wygadał sie uczniom, że latał w RAF-ie. Niestety - w tamtych czasach nie był zbyt rozmowny i o swoich przygodach nie opowiadał. Czyżby był to jeden z pilotów 112 sq? Sprawa jest o tyle ciekawa, że ojciec spotkał go jeszcze ok 10 lat temu w Lublinie.

  11. #11
    Awatar F 18 Super Hornet

    Dołączył
    Apr 2012

    Domyślnie

    W najnowszym numerze magazynu " Skrzydlata Polska " jest ciekawy artykuł poświęcony temu odkryciu. Warto zajrzeć!

  12. #12

    Dołączył
    Mar 2011
    Mieszka w
    Żory

    Domyślnie


    Polecamy


LinkBacks (?)

  1. 28-02-2018, 00:01
  2. 29-01-2015, 21:11
  3. 06-07-2014, 21:39
  4. 05-12-2013, 14:45
  5. 02-10-2013, 15:32
  6. 30-07-2013, 14:56
  7. 24-11-2012, 12:05
  8. 05-11-2012, 18:02
  9. 08-07-2012, 16:14
  10. 10-06-2012, 16:29
  11. 14-05-2012, 13:34
  12. 14-05-2012, 13:29
  13. 14-05-2012, 13:04
  14. 14-05-2012, 10:38
  15. 13-05-2012, 17:04
  16. 12-05-2012, 21:51

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •