Na orbicie okołoziemskiej rozpadł się rosyjski satelita napędzany przez reaktor atomowy. Władze w Moskwie zapewniają, że radioaktywne szczątki nie zagrażają ziemi. Ekologiczna bomba w kosmosie jednak cały czas tyka...

Satelita Kosmos 1818 miał rozpaść się już w lipcu, ale świat dowiaduje się o tym dopiero teraz i być może nie dowiedziałby się w ogóle, gdyby nie zdarzenia nie zaobserwowali eksperci z NASA.

Rzecznik rosyjskich sił kosmicznych potwierdził, że doszło do rozpadu satelity. Dodał, że szczegóły są nieznane, ale zapewnił, że ewentualne radioaktywne szczątki nie są groźne dla Ziemian. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna też jest bezpieczna, satelita znajdował się bowiem na bardzo wysokiej orbicie, około 800 kilometrów nad Ziemią.

Kosmos 1818 został wystrzelony na orbitę 1 lutego 1987 r. Należał do nowej generacji rosyjskich satelitów, napędzanych przez reaktory atomowe. W tym konkretnym przypadku był to reaktor Topaz, który po 6 miesiącach produkował ok. 5-6 kilowatów energii.

W sumie ZSRR, w latach 1967-1988 umieściło na orbicie 33 satelity napędzane jądrowo, które spełaniały głównie funkcję radarów morskich. Cały program nosił nazwę RORSAT. Projekt od początku był obarczony dużym ryzykiem. Urządzenie mogło pracować na orbicie nawet 600 lat, ale aktywność materiałów promieniotwórczych i tak wynosi ok. miliarda lat. Pierwsze przykre konsekwencje radzieckiego programu odczuła Kanada. W styczniu 1978 r. nad jej terytorium spalał się satelita Kosmos 954 i zostawił prawie tysiąckilometrowy radioaktywny ślad. Wtedy koszty sprzątania poniósł Związek Radziecki.

Teraz eksperci szacują, że szczątki Kosmosa 1818 spadną na Ziemię w 2045 r. Jednak pozostałe na orbicie satelity z reaktorami jądrowymi są tykającą bombą ekologiczną.

gazeta.pl