Plan był prosty - bierzemy trzy śmigłowce i lecimy zaliczyć Gibraltar, a jak już tam dotrzemy - przeskakujemy do marokańskiego Tangeru.
Niestety musieliśmy delikatnie zmodyfikować nasz plan, ale przygoda była wyśmienita.


Z uwagi na bardzo długi wiosenny dzień, trasy planowaliśmy ambitnie - pierwszego dnia ruszyliśmy z Modlina przy pięknej pogodzie, przeskoczyliśmy przez Beskidy, Słowację i po przecięciu Dunaju dotarliśmy do Hewiz nad Balatonem, skąd po niespełna godzinnej przerwie na kawę i analizę pogody ruszyliśmy w kierunku Lubljany.
Wiedzieliśmy już że w Słowenii nie będzie cavoku, ale parliśmy śmiało do przodu.
Dolatując do Mariboru szczyty gór (3000 ft) były przykryte pierzastą czapką - do Portoroż gdzie planowaliśmy nocleg mieliśmy ok 45 minut, ale po kilku minutowym ostrożnym locie wzdłuż autostrady A1 w górskiej dolinie z zamykającymi drogę ucieczki chmurami poddaliśmy się i zdecydowaliśmy się na odwrót do Mariboru.
Jeszcz w trakcie podlotu na płytę przed terminalem naszą uwagę zwrócił tłum ludzi stojących przy oknach i domyśliliśmy się, że nie przybyli aby nas powitać.
Ich ilość świadczyła o tym, że nie czekają na czarterowy samolot do ciepłych krajów - myślę że nie zmieściliby się nawet do A380. Rozmyślania przerwała korespondencja w radiu: „… Bartok 02 - czy dobrze zrozumiałem - planujecie podejście ILS do pasa 32, a następnie circling do pasa 32?” „Confirm” - padła odpowiedź. Już wiedziałem, co się szykuje, więc od razu po wyłączeniu śmigłowca wyciągnąłem aparat, gwiżdżąc na załogę drugiego śmigłowca i machając ręką w kierunku pasa. To był przepiękny kosiak w wykonaniu Globemastera z Heavy Airlift Wing stacjonującego na codzień w węgierskiej Pápie, który właśnie przywiózł słoweński kontyngent z misji w Kosowie. Przepiękny prezent na zakończenie dnia - po raz kolejny potwierdziliśmy, że zakręt o 180° okazał się najlepszą decyzją tego popołudnia.

Rano powitała nas piękna pogoda, nieliczne chmury rozpływały się ukazując błękit nieba, jednakże GAFOR tras wytyczonych górskimi dolinami świecił na czerwono na ekranie podwieszonym w sali briefingu.
Jeszcze przed południem mgły zaczęły odpuszczać i kolory stały się bardziej optymistyczne. Ruszyliśmy na zachód wspinając się na ponad 5000 ft nad ośnieżone przez przechodzący poprzedniego dnia front szczyty z bajowym widokiem na Wschodnie Alp.
Nasz krótki lot w zimowej scenerii przy ujemnej temperaturze zamieniliśmy w niski przelot słonecznym wybrzeżem Adriatyku, zahaczając o przepiękny Port Róż, Triest aby wylądować na niezwykle urokliwym lotnisku na weneckim Lido.
W Wenecji nie zabawiliśmy zbyt długo, ponieważ naszym celem tego dnia było Lazurowe Wybrzeże, więc po przepysznej paście i doskonalej kawie, zatankowani do pełna ruszyliśmy równinami Piemontu i Lombardii w kierunku Mediolanu, aby po minięciu Apeninów wyskoczyć nad Morze Śródziemne na trawersie Genui.
Tutaj poczuliśmy wakacyjny klimat - pędziliśmy nisko wzdłuż plaż San Remo, wspięliśmy się nad skały lecąc po torze F1 w Monaco omijając strefę wokół rezydencji Księcia Alberta i wskoczyliśmy na trasę VFR omijającą lotnisko Nicea Côte d'Azur która biegła daleko w morzu do wysokości 500 ft.
Ruchliwo było jak na babickim kręgu, a my jako niewprawione w lataniu nad wodą szczury lądowe byliśmy wyprzedzani przez śmigłowce lecące 200-300 ft poniżej.
Na wcześniejszym postoju we włoskiej Albendze ustaliliśmy, że przed lądowaniem w Cannes zrobimy sobie powolną krajoznawczą rundę w szyku nad miastem, ale po przełączeniu z Nice Approach na wieżę Mandelieu delikatnie rzecz ujmując - zdębieliśmy. W radiu był istny jazgot, a mając zaledwie kilka minut do lotniska nie byliśmy w stanie wciąć się w korespondencję, a jak już nam się udało i otrzymaliśmy zgodę na podejście - grzecznie jak po sznureczku zasuwaliśmy do progu pasa - wycieczkę po Cannes musieliśmy odbyć wieczorem pieszo.
Nic dziwnego, lotnisko w Cannes jest drugim pod względem operacji GA lotniskiem we Francji po paryskim Le Bourget, które z kolei króluje w Europie.
Po zaparkowaniu śmigłowców na jednym z kilkunastu helipadów machnęliśmy do przejeżdżającej cysterny AirBP, która zawróciła na końcu drogi kołowania i podjechała prosto do gwiżdżącego na nią starszego, niskiego, szpakowatego francuza w awiatorach, czesanego w ząbek i przyodzianego w obcisłą dermo-szpankę, który wylądował z dwiema ponad dwumetrowymi blond pięknościami kilkanaście minut po nas. „Hej! My byliśmy pierwsi!” - byliśmy oburzeni, ponieważ po ponad sześciu godzinach spędzonych w powietrzu chcieliśmy już uciec z lotniska.
Francuz domyślił się, że popełnił tradycyjne francuskie faux pas, podszedł do nas żeby zagaić w temacie pogody: „ale będzie jutro wiało… ulala… a pojutrze? 200km/h! Ulala! Nie wiem jak wrócę do Chamonix…” po czym nie czekając na odpowiedź wsiadł z dziewczynami do czarnego vana i odjechał.
„Co za bajerant” stwierdziliśmy wszyscy i nie przejęliśmy się jego słowami, wiedząc że lecimy na zachód, a nie w kierunku Alp i że nas to nie dotyczy. Tak nam się przynajmniej wydawało…


Po krótkim pobycie w Cannes, oszukani przez lotniskowych taksówkarzy i zapoznani z procedurami odlotowymi dla śmigłowców ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Hiszpanii. Mijając Marsylię z charakterystycznym Stade Vélodrome widzieliśmy siny horyzont, ale drobny opad z widzialnością powyżej 10 km nie stanowił dla nas żadnej przeszkody.
Zbliżając się wybrzeżem do trawersu Montpelier wiatr zaczął się nasilać i usłyszeliśmy w radio Ryanaira, który poprosił o zmianę wysokości ze względu na silne turbolencje, a kilka minut później usłyszałem Marcina, który leciał ok 2 km z przodu, że ze względu na pogarszającą pogodę zmieniamy plan i prosimy o wskazanie najbliższego lotniska. Poważnie mnie to zdziwiło, bo mimo silnego wiatru pogoda była cały czas ok. Minutę później poczuliśmy to co on - prędkość przyrządowa spadła nam w jednej chwili o 20 kt, aby po chwili zbliżyć się do Vne!
Po zmniejszeniu prędkości rozpoczęliśmy odwrót, grzebiąc w GPS aby zmienić trasę - najbliższym lotniskiem był port lotniczy w Nîmes do którego mieliśmy ok 10 minut lotu. Zwolniliśmy do prędkości ok 70 kt co zaleca instrukcja użytkowania w locie przy silnych porywach i czas dolotu zaczął się niebłagalnie wydłużać. Otoczyły nas burze stojące na drodze do lotniska i nie zdążyliśmy między nimi przelecieć za pierwszym śmigłowcem, ponieważ cały czas trzymaliśmy się z tyłu. W bardzo silnym opadzie, kierowani przez spokojnego kontrolera wypadliśmy z boku pasa i cupnęliśmy na płycie przed terminalem.
To było dla nas zaskoczenie, bo TAFy nie podawały aż tak gwałtownych zjawisk.
Po analizie pogody i spędzeniu dwóch godzin w terminalu stwierdziliśmy, że front jest już za nami - a na naszej trasie mamy słońce i błękitne niebo.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, wiedząc że przed zachodem słońca uda nam się przeskoczyć Pireneje i dolecimy w rejon Girony.


Mijając fioletowe i zielone słone jeziora Camargue mieliśmy już wiatr czołowy 25 kt i wiedzieliśmy, że jedyne co możemy dzisiaj zaliczyć to francuskie Perpignan.
Wiatr wciąż się nasilał, więc zeszliśmy na wysokość kilkudziesięciu metrów i przemieszczaliśmy się rakiem powoli do przodu nad głowami pakujących się do samochodów kitesurferów. W końcu podjęliśmy decyzję o lądowaniu w terenie - nie byliśmy już w stanie lecieć do przodu - cały czas wiatr nas spychał w morze.
Wybraliśmy pole i podeszliśmy do niego z prostej pod wiatr, bo każda próba lotu z bocznym wiatrem naprawdę nie była już przyjemna.
Po lądowaniu i ostrożnym wyhamowaniu wirników okazało się, że wiatr jest już tak silny, że z trudnością otwieramy drzwi śmigłowca.
Mocno pohyleni dotarliśmy do zabudowań właścicieli pola, będących winiarzami i dowiedzieliśmy się dwóch przerażających rzeczy - po pierwsze następnego dnia miał wiać wiatr ponad 100km/h, a w następnych dniach miał się jeszcze tylko nasilać (!), a po drugie - taka pogoda jest tutaj normą - wiatr Tramontana wieje przez pół roku z gór, aby ustąpić nie słabszemu wiatrowi od storny morza - dlatego nawet krzaki winogron mają tu wysokość 50 cm…
Zdruzgotani zakupiliśmy karton wina u gospodarzy, z wielkim trudem zabezpieczyliśmy śmigłowce i udaliśmy się do hotelu w nieodległej miejscowości Leucate - jak się okazało - raju dla surferów w którym mieliśmy spędzić najbliższe trzy dni…
Wynudzeni w małym hoteliku w którym pomiar wiatru w korytarzach wykazywał prawie 20kt, z symptomami odleżyn i ogólą apatią postanowiliśmy w końcu uciec. Jedyna szansa pojawiła się o świcie, więc dzięki pomocy lokalnych warszawiaków dotarliśmy do naszych śmigłowców jeszcze przed wschodem słońca. Wiaterek był spokojny, poniżej 20kt więc sprawnie przygotowaliśmy się do startu i czekaliśmy na brzask.
Ze względu na nasilający się wiatr postanowiliśmy ruszyć w kierunku Pirenejów jeszcze po ciemku i po raz kolejny poczuliśmy się poważnie wymieleni w powietrzu. Na pograniczu Katalonii Pireneje dochodzą do Morza Śródziemnego, więc należało je oblecieć morzem - do Hiszpanii wlecieliśmy jak piłeczki ping-pongowe na sztormowej fali.
Po dwóch godzinach lotu, już w pięknej słonecznej pogodzie, zza gór wyłoniła się Barcelona z prawie dwustumetrową Sagrada Família górującą nad miastem.
Pozostając na łączności ze zbliżaniem podeszliśmy do lądowania na lotnisku Sabadell oddalonym kilkanaście kilometrów od miasta. Po przejściu na łączność z wieżą nikt nam nie odpowiedział, ale widząc ilość zaparkowanych samolotów i skalę lotniska - zbudowaliśmy krąg wg opublikowanej procedury i wylądowaliśmy prosto pod otwieraną właśnie restauracją. Była godzina 8:30 i byliśmy w Hiszpanii.
Okazało się, że tutaj lotnictwo rozpoczyna pracę pół godziny później, więc w związku z tym dostaliśmy fakturę za lądowanie poza godzinami pracy po 50 euro na śmigłowiec i doznaliśmy tego, co było opisywane na forach internetowych - faktury drukowały się ponad godzinę. Wymęczeni porannym lotem zasiedliśmy do analizy pogody na resztę trasy - okazało się, że na Gibraltarze, który na upartego mogliśmy osiągnąć tego samego dnia wieje ponad 25kt i nie chcąc już powtarzać przygód z dni poprzednich - wybraliśmy kolację i nocleg na spokojnej Majorce.
Uzbrojeni w kamizelki ratunkowe ruszyliśmy przez morze zahaczając o niezwykle urokliwą Ibizę i po triumfalnym przelocie przez miasto wylądowaliśmy na lotnisku Son Bonet w Palma de Mallorca, prawdopodobnie jako pierwsze śmigłowce z Polski.
Niestety zaplanowany na wyprawę czas zaczął się kurczyć przez nieplanowany postój z prawdziwym smutkiem odpuściliśmy dalszy lot na południe i postanowiliśmy ruszyć w kierunku Francji.
Po minięciu Walencji przeskoczyliśmy przez bezludne góry w kierunku Saragossy w rejonie której rozpoczęte właśnie ćwiczenia Tiger Meet mocno ograniczały przestrzeń powietrzną i wczesnym popołudniem wylądowaliśmy na niezwykle urokliwym lotnisku w Pampelunie z zamiarem kontynuowania lotu do San Sebastian nad Atlantykiem.
Niestety okazało się, że San Sebastian nas nie przyjmie, bo rzekomo mają tylko jedno wolne miejsce postojowe dla śmigłowców, ale się nie poddając się rozpoczęliśmy kilkugodzinną walkę na telefony, aby wykonać jeszcze jeden odcinek. W końcu, dzięki wsparciu znajomych i pomocy poznańskiego briefingu (dzięki Piotrek!) wystartowaliśmy przed zachodem w krótki lot na północ. Trzy minuty po starcie otrzymaliśmy jednak informację, że za dziesięć minut jest zachód słońca, a w Hiszpanii lotów VFR w nocy się nie wykonuje (!) i będąc zaledwie kilkanaście minut przed celem, zmuszeni byliśmy zawrócić do Pampeluny i spędzić tam nieplanowaną noc.
Następnego dnia przy pięknej pogodzie ruszyliśmy wzdłuż ośnieżonych szczytów Pirenejów w kierunku San Sebastian, którego widok po przeskoczeniu przez góry dosłownie zapierał dech w piersiach. Przelecieliśmy nad pustym lotniskiem i puściliśmy się atlantycką plażą przez Biarritz w kierunku Bordeaux mijając po drodze umocnienia Wału Atlantyckiego.
Na pierwszym postoju zderzyliśmy się z francuską rzeczywistością - nie posiadając kart paliwowych Shella lub BP nie mogliśmy zatankować, a ponieważ był to dzień wolny nie mogliśmy się niegdzie dodzwonić, żeby sprawdzić dostępnośc paliwa, a jak udało nam się skomunikować telefonicznie i otrzymać zapewnienie o możliwości tankowania - kilka minut przed lądowaniem okazywało się, że paliwa nie ma.
Dzięki uporowi, turystycznej znajomością języka i polskiemu sprytowi udało nam się wybrnąć z kilku opresji i śmiało zasuwaliśmy wzdłuż Loary w kierunku Luxemburga.
Nie wiem dlaczego cały czas byłem przekonany, że w Luxemburgu jest jeszcze jakieś inne, małe lotnisko na którym stacjonuje znany Antek SP-AOO ze swoim szalonym właścicielem Chrisem, na którego zaproszenie się tam udawaliśmy.
Planując ostatni odcinek już wiedzieliśmy, że lecimy prosto na międzynarodowe ELLX i jakoś na nas nie robiło to większego wrażenia, aż do momentu kiedy postawiono nas w holding nisko, między wzgórzami z niewielką pionową separacją do krążącą nad nami Cessną, ponieważ w dolocie do lotniska były właśnie dwa Jumbo Jety. Jeszcze bardziej przeraziliśmy się, słysząc w radiu informację o śladach aerodynamicznych po lądujących 747… Szybka próba przypomnienia sobie separacji takiego malucha jak nasz za heavy z czterech-czwórek skutkowała tylko pokracznym esowaniem przed progiem czterokilometrowego pasa, którego krańca nie było nawet widać, bo ginął za górką. Chwila niepewności podczas kołowania, czy aby na pewno Traffic advisory w 747 Cargoluxa było wywołane przez Diamonda oczekującego w holdingu po drugiej pasa i już lądowaliśmy pod skrzydłem zielonego Antka, marszałkowani przez Chrisa w towarzystwie rzeszy luksemburskich spotterów.
Chwilę póżniej podjeżdża bus handlingu, ale dostaje informację, że te śmigłowce wcale nie przyleciały tylko tu stoją od dawna, a jutro znikną (podoba mi się tutaj) i opuszczamy lotnisko na zasłużoną kolację.
Rano sprawnie dostaliśmy się do śmigłowców (można by napisać osobny artykuł o kohabitacji lotnictwa ogólnego i portu miedzynarodowego na przykładach z ELLX i EPMO) i ruszyliśmy w niezwykle malowniczą trasę przez Zagłębie Ruhry, przecinając przepiękny Ren z krótkim postojem na zwiedzanie Auto & Technik Museum Sinsheim, i dalej przez Bawarię do Schweinfurtu nad Menem. Tutaj czuliśmy się prawie jak w domu, mimo że osiągnięcie Warszawy przed zachodem słońca stało pod znakiem zapytania, a zmęczenie też już dawało znać o sobie (prawie 5h w powietrzu, a jeszcze ponad trzy przed nami).
Kolektywnie zdecydowaliśmy się przełożyć zakończenie wyprawy na następny dzień i po wysadzeniu załoganta w Słubicach już po zachodzie słońca zawitaliśmy do Przylepu i po krótkim tankowaniu przebazowaliśmy się na nocleg do Janowca.
Rano pozostało nam tylko przeskoczyć do Modlina, ale oczywiście nie obyło się bez przygód, ponieważ ze względu na bardzo silny wiatr - musieliśmy dotankować kilkanaście litrów paliwa na Babicach.


Résumé - 3500 NM i ponad 40h w powietrzu to spory zastrzyk nowych doświadczeń. Loty przez góry i nad wodą wymagają rozsądnego przygotowania, ale w tym pomagał doskonały dostęp do informacji i ciągłe podpytywanie miejscowych, doświadczonych lotników. To nie były trasy pionierskie - wszędzie już ktoś był i najczęściej opisał już to w internecie. Pogoda - na nią zawsze trzeba mieć baczenie - potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie, co przy locie grupowym i pod presją czasu może sporo namieszać - zawsze trzeba mieć spory margines bezpieczeństwa. Latanie po Europie to niesamowita przyjemność, a poruszania się po niej śmigłowcem sadza nas w pierwszym rzędzie na widowni - żadne urządzenie latające nie nadaje się lepiej do zwiedzania.


Jj

PLAR 08/2016

ZDJĘCIA DO OBEJRZENIA TUTAJ:
https://www.facebook.com/SaltAviatio...43564742456229

Zrzut ekranu 2016-04-29 o 23.48.18.png

a.jpg
IMG_2816.JPG