Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 24
  1. #1
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Cool WAW-ZRH-ORD-AUS; AUS-PHX...GCW...EDW...MHV...VBG...SFO-MUC-WAW


    Polecamy

    To moja pierwsza relacja z pierwszej mojej wyprawy na drugą stronę kałuży. Udało mi się tam zupełnie przypadkiem zahaczyć o kilka dosyć egzotycznych - a lotniczo niezwykle ekscytujących miejsc. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Aha, wybaczcie taką sobie jakość zdjęć - fotograf ze mnie żaden, nie miałem czasu się też bawić w prostowanie, poprawianie etc. Na życzenie mogę wstawić większe obrazki.

    Zasadniczym celem podróży były sprawy zawodowe, które skierowały mnie na kilka dni do stolicy Teksasu - Austin. Dalsze perypetie to już część turystyczno-urlopowa

    WAW-ZRH, LX4501 by LO, 11 marca
    Zaczęło się od chłodnego poranka w Warszawie. Pierwszy odcinek był obsługiwany przez lotowskiego E175 (SP-LIH).
    Na dzień dobry pan przyjmujący moją walizkę bezskutecznie próbował nadać go od razu do AUS, skapitulował po kilku minutach ze zdziwioną miną (no cóż, może nie wiedział że Amerykanie chcą się zobaczyć z walizkami jak najprędzej po ich przybyciu z różnych terrorystycznych krajów).
    Boarding autobusem, dwóch pasażerów podstawiono do samolotu lśniącym BMW. Zająłem miejsce 11A i wystartowaliśmy o czasie. Wygoda jak w biznesie ;-) - miejsce obok było wolne. Aha, w magazynie pokładowym rzeczywiście kłuła w oczy reklama EasyJeta - jest w takim miejscu, że nie sposób ją przeoczyć
    W trakcie lotu dostałem bardzo zacną tortillę i zostałem lekko postraszony komunikatem z kabiny pilotów "pogoda w Zurychu jest eeeemmhmmm nooo WYSTARCZAJĄCA do lądowania" . Wylądowaliśmy jednak gładko i przed czasem. W ZRH rzeczywiście prószył śnieg, wiało i było średnio przyjemnie.
    Ze względu na kiepską pogodę zrezygnowałem z ambitnych planów wycieczkowo-fotograficznych i skupiłem się na zwiedzaniu lotniska. Na przesiadkę miałem aż 3 godziny, ale niestety ten czas znacznie się wydłużył - mój dalszy lot widniał na tablicach jako opóźniony. Musieliśmy czekać na pospóźnianych (pogoda) pasażerów z innych miast (m.in. Istanbuł). Zrobiłem kilka kółek kolejką, zbadałem miękkość foteli we wszystkich możliwych miejscach, nie udało mi się nigdzie połączyć z internetem (pomimo wykupienia abonamentu w Boingo, niby gwarantującego zasięg w ZRH. no ale po późniejszej reklamacji zwrócili mi opłatę .

    ZRH-ORD, LX8
    Do Chicago zabrał mnie pachnący jeszcze nowością A330-343E HB-JHC "Bellinzona". Już w środku okazało się, że chyba jednak większość pasażerów przesiadkowych nie dotarła - mnóstwo pustych miejsc. Obok mojego 36A nikt nie siedział, podobnie na obu miejscach przede mną jak i w całym rzędzie obok:



    (po chwili te wolne przestrzenie wypełniły się jednak lekko pasażerami, którzy przesiadali się z bardziej zatłoczonych rzędów)

    Opóźnienie powiększyło się jeszcze gdy okazało się, że musimy przepuścić dwa samoloty w kolejce do odladzania, w międzyczasie skończył się płyn odladzający (?) i ostatecznie wystartowaliśmy półtorej godziny po czasie. Jeszcze na ziemi bardzo miłe i profesjonalne (choć mocno hmm wiekowe) stewardessy podały pasażerom wodę i pyszne czekoladki:

    .

    Okazało się, że Swiss oferuje fantastyczny zestaw rozrywkowy, który oprócz filmów i muzyki obejmował też proste gry, telefon (zbójecko drogi) i złącze USB (w Business/First pozwalało na odtwarzanie zawartości z iPoda, w Economy musiałem zadowolić się tym że było podłączone do prądu - naładowałem sobie telefon . Całość obsługiwana wygodnym pilotem ukrytym w podłokietniku - tu też znalazłem jedyną wpadkę ekipy czyszczącej: kawałek dosyć wiekowego paluszka:



    Airshow zasługuje na osobną prezentację - obok infografik o warunkach lotu pokazywał też ciekawostki o mijanych atrakcjach turystycznych oraz "widok z kabiny pilotów" (klik po powiększenie):



    Obiad był więcej niż satysfakcjonujący - pyszny kurczak z ryżem i groszkiem, ciasto owocowe itp:



    Później wjechały jeszcze ...lody Mövenpick Creme Brulee:



    Zgodnie z informacjami podanymi przez załogę sprawnie nadrabialiśmy stracony na lotnisku czas, nie wiadomo kiedy za oknem pojawiły się kanadyjskie odludzia a na stoliczku kolejny posiłek:





    Muszę przyznać, że miałem bardzo komfortowe warunki - oczywiście pomogło mi w tym wolne miejsce obok, ale nawet siedząc prosto nie odczuwałem ciasnoty (mam 188 cm i 115 kg). Jak we wszystkich miejscach A lekko uwierała tylko centralka układu rozrywki (po prawej stronie):



    Z godzinnym opóźnieniem - kilka minut po 17 - usiedliśmy na ORD. Na płycie powitał mnie znajomy widok:



    Lotnisko O'Hare jest ogromne i bardzo ruchliwe, wciąż coś startowało/lądowało/kołowało:



    Po niezwykle sprawnej rozmowie z urzędnikiem imigracyjnym (o dziwo w 90% po polsku - w moim okienku rezydował młody sympatyczny Polak, który koniecznie chciał poćwiczyć rodzimy język, przy okazji wyjaśnił mi co mam dalej robić żeby dotrzeć do właściwego terminalu/gatea) trafiłem przed oblicze ślicznej i wyjątkowo "ostro" przepytującej mnie celniczki o latynoskich rysach i polsko brzmiącym nazwisku. Chwilę potem byłem już przy stanowisku United, gdzie przyjęto mój bagaż na ostatni odcinek.

    ORD-AUS, UA7309 by YV
    Ostatni tego dnia lot to linii United Express obsługiwany przez CRJ-700 należący do Mesa Airlines. Najpierw musiałem przedostać do terminalu 1 - dojechałem tam kolejką, przeszedłem kontrolę TSA (niezbyt przyjemną) i tunelem oświetlonym krzykliwymi neonami dotarłem w okolicę mojego gate'u (C4, na samiutkim końcu). ORD wywarło na mnie nienajlepsze wrażenie - widać, że budynki mają swoje lata, czystość taka sobie, tłumy pasażerów, etc.
    Rozkładowo miałem wystartować o 20, ale okazało się że w samolocie popsuła się...toaleta i jej naprawa zajęła grubo ponad godzinę. Potem nad lotniskiem przeszła gwałtowna burza z piorunami i ostatecznie boarding zaczął się po 21. Całe szczęście tu (i na wszystkich kolejnych amerykańskich lotniskach) mój provider internetu spisał się na medal.
    Byłem już okropnie zmęczony i z całego wsiadania zapamiętałem tylko plakietkę z amerykańską flagą i podpisem "We support our troops in Middle East" umieszczoną przy wejściu do kabiny. Miałem miejsce 17A, w przedostatnim rzędzie. Samolot był w 100% wypełniony, komfort zbliżony do lotowskich ATRów (czyli w miarę znośnie - nie za ciasno, mocno wysiedziane skóropodobne fotele). Czarnoskóra stewka sprawnie i z uśmiechem podała napoje i jakieś krakersy po czym się wyłączyłem. Obudziłem się tuż przed lądowaniem w Austin - prawie dwie godziny po czasie.
    Znów mieliśmy gate daleko i trzeba było drałować po bagaż przez cały terminal. Ze względu na opóźnienie system bagażowy lekko zgłupiał i żadna z karuzel nie zapowiadała wyplucia mojej walizki. Po długim (pół godziny?) oczekiwaniu wreszcie bagaże wyjechały - bez żadnej sygnalizacji - i mogłem pojechać do miasta.

    AUS-PHX, WN3077, 17 marca
    Po kliku intensywnych dniach w Austin przyszedł czas na część turystyczną. Razem z trójką znajomych wyruszyłem w prawdziwy roadtrip do San Francisco, zaliczając po drodze liczne atrakcje Arizony, Nevady i Kalifornii. Żeby zyskać jak najwięcej czasu przeskoczyliśmy wieczorem pół Teksasu, Nowy Meksyk i pół Arizony do Phoenix, gdzie już czekało na nas auto. Jako środek transportu posłużyły nam "miejscowe" tanie linie Southwest, które na tym odcinku były zupełnie bezkonkurencyjne cenowo.

    Terminal odlotów w AUS jest bardzo nowoczesny i przyjemny - błyskawiczne przyjęcie bagaży i dosyć umowna kontrola bezpieczeństwa. Zrobiłem (niestety przez szybę) parę fotek samolotom Southwest, AA, United i Continental tudzież łopatce silnika B777 robiącej tu za małą architekturę:


    Procedura boardingu w Southweście jest dosyć ciekawa - miejsca nie są numerowane. Wchodzi się do samolotu w następującej kolejności: posiadacze droższych (~nibybiznesowych) biletów i ci, którzy dokupili opcję "Early Bird", kilkanaście osób które najszybciej odprawiły się online (grupa A) i dalej według kolejności odprawy grupy B i C. Mi udało się załapać na końcówkę A (a odprawiałem się w ciągu pierwszej możliwej godziny) i mogłem sobie dosyć swobodnie wybierać miejsce. Niestety najlepsze (11ABC przy lewym wyjściu awaryjnym) były już zajęte, siadłem więc na 12D (teoretycznie też przy wyjściu awaryjnym, ale nagle może o cal więcej miejsca na nogi niż gdzie indziej).
    Wnętrze B737-300 sprawia pozytywne wrażenie - fotele, choć nie pierwszej świeżości, są bardzo obszerne, miejsca na nogi (nawet na zwykłych miejscach) więcej niż Swissie którym leciałem kilka dni wcześniej. Załoga pokładowa składała się z bardzo swobodnie ubranych ludzi w dosyć zaawansowanym wieku (50+?). Zaskoczyło mnie ich luźne podejście, zupełnie inne niż w tradycyjnych liniach - zagadywali pasażerów, żartowali, w ogóle byli w świetnym humorze.
    Musiałem jeszcze zadeklarować, że w razie konieczności ewakuacji dzielnie otworzę drzwi awaryjne i wystartowaliśmy. Po starcie - niespodzianka:

    Ze względu na dzień św. Patryka można było dostać gratisowe piwo (oferowali kilka rodzajów)!.

    Szybka lektura świetnie wydanego magazynu pokładowego (bardzo wysoki poziom graficzny, luksusowy feel, interesujące teksty) i obłędnie śmiesznego katalogu sklepowego (brakowało w nim tylko krasnali ogrodowych ) i już byliśmy w Phoenix, które rzęsiście oświetlone z powietrza po zmroku wyglądało jak 4xWarszawa. Aha, dzięki różnicy czasu nasz lot "trwał" tylko 40 minut

    PHX chwali się, że jest najprzyjaźniejszym amerykańskim lotniskiem i chyba nie przesadza. Oprócz wspaniałego dla przybysza z Polski klimatu powitało nas miękkimi wykładzinami, bezpłatnym wifi, świetnym oznakowaniem, szybkim odbiorem bagażu (btw, w Southwest można nadać 2 standardowe walizki bez ŻADNYCH opłat!) i bezpłatnym busem do centrum wynajmu samochodów...

    I tu dziś zakończę moją opowieść, jutro dokleję część roadtripowo-powrotną. Dobranoc!

  2. #2

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    fajna reacja, milo sie czyta^^ czekamy na ciag dalszy!
    TOWA TEI!!

  3. #3

    Dołączył
    Jun 2008
    Mieszka w
    wawa

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez ols Zobacz posta
    Na dzień dobry pan przyjmujący moją walizkę bezskutecznie próbował nadać go od razu do AUS, skapitulował po kilku minutach ze zdziwioną miną (no cóż, może nie wiedział że Amerykanie chcą się zobaczyć z walizkami jak najprędzej po ich przybyciu z różnych terrorystycznych krajów
    Bagaże są odprawiane do miejsca docelowego.Tylko i tak po przybyciu do pierwszego portu w USA musisz odebrac bagaż i przejsc przez Customs.Później tylko odstawiasz na taśmę w danej linii.Pewnie agent LS nie potrafił tego zrobić.

    Relacja super.Czekamy na dalszą część.

  4. #4
    ModTeam
    Awatar egon.olsen

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    EPWA
    Wpisów
    46

    Domyślnie

    Już bym gdzieś poleciał... Fajna relacja. Zwłaszcza odnośnie Southwest.
    Pozdrawiam
    Krzysztof Moczulski


  5. #5
    Awatar nteen76

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    Reading

    Domyślnie

    Super raport! Z niecierpliwoscia czekam na czesc dotyczaca podrozy samochodem A SWISS kusi - przy okazji czerwcowej wizyty w US chetnie bym skorzystal... Problem w tym, ze musialbym sie cofac - a tego nie cierpie

  6. #6
    Awatar Złoty

    Dołączył
    Sep 2008
    Mieszka w
    EPWA/WAW

    Domyślnie

    Super raport, czekam na ciąg dalszy

  7. #7
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie

    Tak jak obiecałem, pora na dalszy ciąg. Przez następne 5 dni przejechaliśmy 2000 mil trasą: Phoenix-Sedona-Flagstaff-Wielki Kanion-Williams-(Route 66)-Wielki Kanion (zach)-Tama Hoovera-Las Vegas-Los Angeles-(Route 1)-San Francisco.

    Po drodze sporo akcentów lotniczych, najpierw dosyć niespodziewany - przy pierwszym postoju znalazłem w walizce liścik od TSA z informacją o tym, że podczas ostatniego lotu mój bagaż został wybrany do szczegółowej kontroli i przeprosinami za bałagan (chociaż np. kurtka była lepiej złożona niż przeze mnie )

    GCW, 19 marca
    Ten tajemniczy kod to Grand Canyon West Airport - niewielkie lotnisko położone w rezerwacie indian Hualapai. Dotarcie tam drogą lądową jest sporym wyzwaniem i wiąże się z pokonaniem ponad 60 mil żwirowej krętej górskiej drogi, bez żadnych osad ludzkich ani zasięgu komórek. Przedsiębiorczy indianie bardzo sprawnie wyciskają dolary z turystów, którzy po dwóch godzinach jazdy po wertepach są zmuszeni wysupłać min. 75$ za wycieczkę autokarem wzdłuż kanionu + wejście na Skywalk.
    No ale nas interesuje lotnisko. Dookoła niego trochę ciekawych znaków:



    tu akurat miałem szczęście złapać lądującą maszynę. Te wiśniowe to American Eurocopter AS-350 A-Star należące do Sundance Helicopters, trochę dalej stały też inne (w sumie ok 5 szt.) Na miejscu można wykupić lot widokowy wewnątrz kanionu albo airtaxi do Las Vegas lub Phoenix.

    Po drugiej stronie drogi półtorakilometrowy pas asfaltu służący takim oto samolotom:


    DHC-6 Twin Otter


    Dornier 228-202

    Siatka otaczająca lotnisko to według kierowniczki autokaru wożącego nas pomiędzy indiańskimi punktami widokowymi jedyny płot w całym parku narodowym.


    Następnego dnia rano mogłem podziwiać intensywność ruchu lotniczego nad Las Vegas - całe niebo poprzecinane "chemtrailsami". Dosyć mocno trzęsły mi się jeszcze ręce (z nerwów po przegranej w kasynie? po przejażdżce rollercoasterem? sam nie wiem ) i jedyne co złapałem to eskimos na ogonie 737 Alaska Airlines:




    EDW, 20 marca
    Pod tym niepozornym kodem kryje się Edwards Air Force Base. Autostrada dosyć długo wiodła nas wzdłuż jej granicy - niestety jedną z charakterystycznych cech tego miejsca jest to, że NIC nie widać - właściwy teren bazy zasłaniają a to wzniesienia, a to ostre słońce... Wreszcie dojechaliśmy do głównej bramy:



    w związku z licznymi znakami sugerującymi, że przebywanie tam bez uzasadnienia nie jest szczególnie mile widziane wykonaliśmy szybki powrót na z góry upatrzone pozycje - udało mi się jeszcze złapać w kadrze kawał historii:


    czyli należący do NASA specjalnie zmodyfikowany B-52 "Balls Eight"- platforma startowa dla samolotów rakietowych z programu X-15


    Niedługo potem na horyzoncie pojawiło się coś dziwnego:



    Skręciliśmy, aby zinwestygować ten niespodziewany parking pod chmurką. Okazało się, że jest to:


    MHV - Mojave Air & Space Port
    czyli miejsce, z którego prowadzone są rozliczne próby prywatnej eksploracji przestrzeni kosmicznej. Oprócz podboju kosmosu jest tam też szkoła latania, pustynny magazyn nieużywanych liniowców (to jego widzieliśmy z autostrady) oraz lotnicze złomowisko. Nikt nam nie przeszkadzał - lotnisko sprawiało wrażenie wymarłego - i udało mi się zrobić wiele zdjęć. Oto kilkanaście wybranych:


    Pozostałość po nieudanym programie Rotary Rocket (daleko w tle Convair 990). Tu jeszcze druga, nieco większa pozostałość po RR: opuszczona hala montażowa.


    Saab 35 Draken


    jeden z wielu Aermacchi MB-326 w różnych stadiach rozkładu (ten był chyba stosunkowo najbardziej kompletny)


    ??? (strzelam że to Canadair Sabre, ma ktoś lepszy pomysł?)


    Lockheed L-1011 TriStar "Stargazer". Firma Orbital używa go jako platformy startowej w ich programie rakiet kosmicznych Pegasus. Tu jeszcze fotka od tyłu.

    I jeszcze złomowisko (miniaturki, pełna wersja po kliknięciu):

    same wraki

    I przy wyjeździe taka oto parka:

    Convair 990 i F-4C Phantom II (zdaje się że ten konkretny egzemplarz kończył swą karierię jako bezpilotowiec z programu QF-4)


    Jeden dzień później "wizyta" w VBG = Vandenberg Air Force Base (kolejny kosmiczny akcent . Tu ponoć można nawet coś pozwiedzać, ale nie wystaraliśmy się*zawczasu o niezbędne pozwolenia i wykonaliśmy tylko tradycyjny nawrót pod bramą:



    SFO-MUC, LH 0459, 22 marca
    Do Monachium odlatywaliśmy wieczorem (o 22). SFO jest przestronne i senne. Część sklepów była pozamykana, a w "naszym" terminalu G było dosłownie kilkunastu pasażerów. Niestety muzeum lotnictwa na które ostrzyłem sobie zęby okazało się*być otwarte tylko do 16.30 - pocałowałem klamkę. Przeczytałem jeszcze newsa o japońskich turystach, którzy grupowo trafili do szpitala po jedzonku od Luftwaffe i zjadłem niezłą zupkę w meksykańskiej restauracji.

    O czasie zaokrętowaliśmy się na pokład Airbusa A-340-642 "Nuernberg", zająłem miejsce 50A. Praktycznie nie było wolnych miejsc - w połączeniu z 11 godzinami lotu zapowiadało to prawdziwą rzeźnię.
    Krzesełka - pomimo że szpetne - okazały się być zaskakująco wygodne. No, nie dla wszystkich :



    Zawiodłem się mocno na sterowanym dotykiem PTV: filmów było mniej niż w Swissie, słuchawki tragiczne, ekran ciągle falował a warstwa dotykowa zdawała się*być przesunięta o kilka cm w stosunku do tego co wyświetlało się na ekraniku. Powodowało to, że obydwa klawisze funkcyjne trzeba było "wciskać" praktycznie pod ramką. Kilkanaście minut po starcie mój ekranik się zresztą zawiesił na twardo i musiałem poprosić stewardessę o zrestartowanie go. Siedząca obok mnie koleżanka miała z kolei problem z domknięciem stolika. Na plus w stosunku do Swissa mogę zapisać niebrzęczącą zasłonkę okna i subiektywnie lepsze wyciszenie (może pomogło to że siedziałem dalej od silników). Obsługa była na podobnym do szwajcarskich linii poziomie - pełen profesjonalizm. Lekko osłabiło mnie tylko przymusowe zbieranie słuchawek przed lądowaniem (boją się że ktoś je zabierze czy jak?).

    Żarcie okazało się*być OHYDNE. Zarówno kolacja (kurczak z ryżem) jak i śniadanie (omlet? jajecznica?) nie nadawały się*do niczego, zjadliwe były jedynie dodane do śniadania owoce. Spróbowałem też posiłku wege - pierogi z warzywami: te z kolei nie były niesmaczne, po prostu nie miały żadnego smaku


    Większość*lotu przespałem, bardzo pomogły mi stopery - dzięki nim nie słyszałem czwórki płaczących na zmianę niemowląt, brykającego wciąż na czworakach szkraba i siedzącej przede mną Niemki, która całą drogę burczała na swojego męża.

    Tradycyjnie już miałem pod fotelem skrzyneczkę z jakimś komputerkiem, tym razem po lewej stronie:


    Podjąłem też trzy wycieczki do toalety - w tym A340 są one (toalety, nie wycieczki) zgrupowane pod pokładem, schodzi się do nich po schodkach (świetna gimnastyka antyzakrzepowa). Na tym samym poziomie można też było sobie nalać samemu wody, soku lub coli i poczęstować się paluszkami lub czekoladkami.
    Niestety każda kolejna wizyta w toalecia była coraz mniej przyjemna: za pierwszym razem natknąłem się na stłuczone lustro sklejone taśmą, za drugim na kłąb długich czarnych włosów wyczesanych przez jedną z pasażerek, a za trzecim na brak papieru toaletowego oraz przyklejonego na ścianie obleśnego gila . Śniadanie chyba szczególnie dało się we znaki moim współpasażerom, bo kolejka do toalety ciągnęła się przez całe schody, zakręcała w galeryjce i kończyła się w okolicach drugiego rzędu foteli.

    MUC-WAW, LH 2264 by LO, 23 marca
    Lądowanie i transfer w MUC przebiegło bez problemów (nie licząc chwilowej pomyłki - zamiast pójść prosto do transferów zjechałem po schodach do wyjścia, na szczęście zorientowałem że coś jest nie halo).
    Na lotnisku nie ma darmowego dostępu do internetu, Boingo również nie oferuje tu zasięgu. Całe szczęście lotowski E170 (SP-LIF) był o czasie i szybko władowałem się na mój fotel 7A. Praktycznie wszystkie miejsca były zajęte. Przy boardingu niewielkie zamieszanie - jeśli dobrze dosłyszałem to pojawili się pasażerowie, którzy mieli zarezerwowane nieistniejące miejsca. Nie wiem, jak się to skończyło, bo skupiłem się na wcinaniu kanapki (z serem?) - po świństwach serwowanych przez Lufthansę zdawała się mieć boski smak.
    Na Okęciu oczywiście rundka honorowa autobusem po płycie (komentowana dosyć niewybrednie przez ludzi podziwiających puste rękawy), 15 minut oczekiwania na bagaże i... to już koniec wyprawy.

    Dziękuję za uwagę!

  8. #8
    Awatar Pawel_EPWR

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPWR

    Domyślnie

    Super relacja, gratuluję wyjazdu.

  9. #9
    Awatar Corsarz

    Dołączył
    Jan 2007
    Mieszka w
    Bydgoszcz

    Domyślnie

    Dopiero co się wciągnąłem a tu już koniec

    Naprawdę super się czyta ...
    Podróżuj i pisz
    „Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kompozycje, a artysta o światło.”

  10. #10
    Awatar Expat

    Dołączył
    Apr 2007
    Mieszka w
    EGTK \ EPLL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Corsarz Zobacz posta
    Podróżuj i pisz
    Ano ! . Właśnie dołączyłeś do zacnego grona moich ulubionych raportowiczów z lotnictwo.net.pl

  11. #11

    Dołączył
    Jun 2008
    Mieszka w
    wawa

    Domyślnie

    Super relacja, szkoda ze jeszcze nie zaliczyliscie strefy 51, robi duze wrażenie. 346 jest moim ulubionym samolotem, faktycznie jest bardzo cichy.Myślę ze to zasługa Trentów
    Ostatnio edytowane przez pfaff ; 31-03-2010 o 10:34

  12. #12

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    CTR warszawa
    Wpisów
    108

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez pfaff Zobacz posta
    Myślę ze to zasługa Trentów
    A ja myslę, że jest to zasługa konstrukcji kadłuba i dobrych materiałów wygłuszających.

  13. #13
    Awatar kompanik83

    Dołączył
    Feb 2010
    Mieszka w
    Bydgoszcz, Kujawsko-Pomorskie, Poland, 102187606489097, Bydgoszcz, Poland

    Domyślnie

    Pytanie do autora tej super relacji. Czy na tym "złomowisku" samolotów można było wejść do środka tych maszyn???

  14. #14
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez lelek7 Zobacz posta
    A ja myslę, że jest to zasługa konstrukcji kadłuba i dobrych materiałów wygłuszających.
    Halo halo, 330 i 340 mają przecież taki sam kadłub (pomijam inną długość) - a według mnie ten w pierwszym było zdecydowanie głośniej (pomimo że był nowszy i bardziej zadbany). Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę że siedziałem ~15 rzędów dalej od skrzydła, ale obstawiam że większą rolę grają tu właśnie silniki.

  15. #15
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez kompanik83 Zobacz posta
    Pytanie do autora tej super relacji. Czy na tym "złomowisku" samolotów można było wejść do środka tych maszyn???
    Od tej strony gdzie byłem wszystkie wejścia i bramy na teren lotniska były pozamykane - wstawione tu zdjęcia tych większych maszyn powstały metodą "ponadpłotową" z wykorzystaniem długiego (~500mm) zooma.
    Zdjęcia złomowiska robiłem z bramy stykającej się z tym czarnym placykiem który na poniższej mapce jest na dole po środku (obok widać zaparkowanego Tristara, zielony DC-8 BAX jest dokładnie na północ):

    mapka sytuacyjna

    Niewykluczone, że dałoby się podejść bliżej, niestety był to już piątkowy wieczór i w okolicy nie było żywej duszy która mogłaby nas wpuścić (lub przepędzić). Mniejsze latadła walały się tuż pod niewysokim płotem, na upartego pewnie można go pokonać i pohasać sobie wewnątrz (żadnych kamer ani groźnych psów tam nie uświadczyłem
    Wczoraj przeglądałem zrobione w tym samym miejscu fotki z jetphotos i są one najwyraźniej robione z terenu złomowiska, więc jakieś legalne dojście musi tam istnieć.

  16. #16

    Dołączył
    Jun 2008
    Mieszka w
    wawa

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez lelek7 Zobacz posta
    A ja myslę, że jest to zasługa konstrukcji kadłuba i dobrych materiałów wygłuszających.
    Konstrukcja kadluba jest taka sama jak i materiały wygłuszajace. Rozmawiałem z załogami LH latajacymi na 340 i powiedzieli ze 600 jest cichszy dzieki Trentom

  17. #17
    Awatar kompanik83

    Dołączył
    Feb 2010
    Mieszka w
    Bydgoszcz, Kujawsko-Pomorskie, Poland, 102187606489097, Bydgoszcz, Poland

    Domyślnie

    no to niezłą lunete miałeś. w kazdym razie dzieki za odp. i kto wie..moze komuś z forumowiczów uda sie kiedyś zajrzeć do srodka. A ty masz fajną prace ze tak sobie latasz po świecie

  18. #18
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez kompanik83 Zobacz posta
    no to niezłą lunete miałeś.
    heh, to taki nieco większy kompakt, mieści się w dłoni


    Cytat Zamieszczone przez kompanik83 Zobacz posta
    A ty masz fajną prace ze tak sobie latasz po świecie
    och, niestety przez 99% czasu nie ma ona nic wspólnego z lataniem

  19. #19

    Dołączył
    Jun 2008
    Mieszka w
    wawa

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez ols Zobacz posta
    Od tej strony gdzie byłem wszystkie wejścia i bramy na teren lotniska były pozamykane - wstawione tu zdjęcia tych większych maszyn powstały metodą "ponadpłotową" z wykorzystaniem długiego (~500mm) zooma.
    Zdjęcia złomowiska robiłem z bramy stykającej się z tym czarnym placykiem który na poniższej mapce jest na dole po środku (obok widać zaparkowanego Tristara, zielony DC-8 BAX jest dokładnie na północ):

    mapka sytuacyjna

    Niewykluczone, że dałoby się podejść bliżej, niestety był to już piątkowy wieczór i w okolicy nie było żywej duszy która mogłaby nas wpuścić (lub przepędzić). Mniejsze latadła walały się tuż pod niewysokim płotem, na upartego pewnie można go pokonać i pohasać sobie wewnątrz (żadnych kamer ani groźnych psów tam nie uświadczyłem
    Wczoraj przeglądałem zrobione w tym samym miejscu fotki z jetphotos i są one najwyraźniej robione z terenu złomowiska, więc jakieś legalne dojście musi tam istnieć.
    Byłem tam w listopadzie 2009 i bramy były otwarte.Wjechalismy samochodem przez nikogo niepokojeni. Stały jeszcze 4 767-200 Air Canady ?

  20. #20
    ols
    ols jest nieaktywny
    Awatar ols

    Dołączył
    Jan 2010

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez pfaff Zobacz posta
    Byłem tam w listopadzie 2009 i bramy były otwarte.Wjechalismy samochodem przez nikogo niepokojeni. Stały jeszcze 4 767-200 Air Canady ?
    Jeśli stały, to albo były zasłonięte, albo po drugiej (zachodniej) stronie lotniska - na żadnym zdjęciu nie mam niczego co by je przypominało (biały kadłub, ciemny ogon?).

Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •