Pokaż wyniki od 1 do 9 z 9
  1. #1
    Awatar tigga

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    GDN

    Domyślnie GDN - HHN - TFS - {Naviera Armas} - FUE - HHN - GDN - Wakacje z hiszpańskim strajkiem


    Polecamy

    Cóż, nie mogło być normalnie. Dlaczego? Przeczytacie dalej.

    Stronę Ryanair’a czeszę dość regularnie. Nowych ciekawych połączeń jak na lekarstwo, ale dobre przesiadki zawsze się znajdą. Tym razem w sierpniu celujemy konkretnie: Kanary, pierwsza połowa grudnia. Dlaczego? A bo fajnie jest się doświetlić i dogrzać po jesiennej szarówie i pierwszych śniegach. Dodatkowo to kompletny low-season na Kanarach więc jest okazja do wyrwania.

    No i jest. Lot dla 4-rech osób via Hahn wychodzi nas mniej niż 1400 PLN. Za 1800 PLN mamy hotele (10 dni) i to całkiem niesłabe, tzn. - nie najtańsze, z dobrymi ocenami na travelrepublic, tripadvisor itp ale też i nie z górnej półki. No i self-catering. Do tego doliczamy 170 EUR za bolid na cały czas pobytu i jakieś 130 EUR za hotele na przesiadce. Jak na cztery osoby (2+2) - lepiej niż w biurze podróży. No i podróż z GDN a nie z Warszawy, co w sumie na jedno by wyszło (czasowo).

    Wybór pada na Fuerteventurę. Bookujemy loty z jednodniową przesiadką i nawet info o zmienionych (opóźnionych) godzinach lotu z HHN jest dobrą wiadomością. Tu należy się czytelnikowi mała dygresja, która (a) wytłumaczy dlaczego w ogóle jednodniowa przesiadka (b) skąd to “nie mogło być normalnie”. Cofnijmy się w telegraficznym skrócie o rok:

    Tym razem wyprawa na Gran Canarię. Lot GDN - STN - LPA - NRN - GDN. Zadowoleni, że pierwszą stronę zrobimy w jeden dzień. Rano lot do STN, 3 godziny na obiadek, browarek, zakupy, browarek, browarek itp i o 18-tej lądujemy w ciepłym. Kilka dni przed wyjazdem mgły. Gorączkowe sprawdzanie prognoz, składnię METAR’ów znam na pamięć. Wygląda dobrze, ale.... dooopa - na lotnisko toczymy się ledwo 100km /h ekspresówką bo widać tylko mleko. Na lotnisku ledwo widać płytę z terminalu. Dostajemy info: samolot ląduje w Poznaniu, zapraszamy do autobusów. Wiemy że lot na GC już przepadł, ale decydujemy się jechać - pomyślimy po drodze, najwyżej wrócimy z Poznania pociągiem. Głód ciepła okazał się jednak silniejszy niz buchalteria i decydujemy - lecimy czymkolwiek najszybciej. Jutro z samego rana mamy easyjeta; tyle że na Teneryfę. Około 16-tej docieramy do Poznania (Boże pobłogosław pomysłodawcę netbooków - oprócz naszych dzieci pół autobusu wyglądało z foteli oglądając “Było sobie życie ;-)). Lot do STN, bookowanie lotu na lotnisku - easyjet, 70 GBP od łba, jutro 7-ma rano z Gatwick... Terravision do centrum (bezpośredni tuła sie 3 godziny i jest zdziersko drogi) w międzyczasie młodsza pociecha odpada, oprócz waliz mam więc jeszcze Pana Śpiocha na rękach. Na Victorii kładę go na kurtkach na peronie - jest twardy ;-), pociągi jeżdżą a on śpi... Dalej Gatwick Express. Zaczynam być zły, że zgodziłem się na ten szalony plan zamiast zaczekać jeden dzień dłużej na lot ze STN. Dojeżdżamy na Gatwick, bookuje hotel na szybko - a właściwie Yotel YOTEL Overview . Zaleta - jest tylko dwa piętra windą z terminalu. Wada - wyspać może się tam jedna osoba, przespać - dwie, a 2+2? Niezapomniana konfiguracja, ale jesteśmy tak zmęczeni że jakoś daje radę. Rano autobus, wycieczka do ostatniego chyba gate’u i sam lot. Samolot nie jest przesadnie napakowany, godziny jakoś ulatują. Na miejscu szybka orientacja i autobus do Santa Cruz do punktu przesiadkowego (intercambiador mon amigo), tam czekamy na otwarcie biur Armas’a. Wiemy z netu, że o 1530 jest prom. Lokalesi powiadają, że punkt otwierają 2h przed odpłynięciem a potem jest autobus do portu. Czas mija, punkt zamknięty, robię się nerwowy. Szwagier wprost przeciwnie, piwko, tapas itp. Rzucam w końcu kategoryczne “jedziemy do portu” i okazuje się że: (a) w niedzielę ów punkt jest nieczynny (b) autobus nie jeździ również. Pakujemy się na prom, na szczęście hiszpanie pomyśleli o atrakcjach m.in. “akwarium” z kulkami dla dzieci gdzie udaje się spalić ich energię. O 1830 wpływamy do Las Palmas. Musimy dostać się na lotnisko gdzie mamy zabookowane samochody, namierzamy dworzec autobusowy. Wpadamy, lokalizujemy linię, stanowisko... ups... akurat odjeżdża. Szwagier prawie wbiega z walizami pod autobus ale ten zręcznym manewrem go omija i odjeżdża w siną dal, następny za 50 minut.... Nie wiem czy to ten okazały “rejtan” w wykonaniu szwagra, czy odbijająca się w podziemiach moja wiązanka na k ch itp. zrobiła wrażenia na miejscowych, ale po chwili podbiega do nas jakiś lokales i wciska nas do jakiegoś innego autobusu. Spokojnie podchodzimy, chcemy otwierać bagażniki, ale ton staje się bardziej natarczywy “szybko, wsiadać!!!”. Pakujemy ekipę i idziemy spokojnie kupić bilety. Autobus ruszył, wyjazd podziemnym tunelem jak Alonso z pitstopu, walizy rozlatują się po autobusie. Kierowca nawet na nas nie patrzy i coś nerwowo odszczekuje, my za to stoimy jak głupi z portfelami w rękach. Jacyś pasażerowie mają trochę więcej czasu żeby wytłumaczyć nam że płacić nie trzeba. Faktycznie zauważamy kasowniki wyłączone i napis w rodzaju “out of service”. Rzucamy się do trzymania waliz, bo kierowca odwala mieszaninę Need for Speed i Fast and Furiours na ulicach Las Palmas. Po kilku minutach wjeżdżamy do innego podziemnego dworca (fundusze UE.....). Tam spokojnie pokazują nam autobus którym dojedziemy na aeropuerto... Okazało się, że widząc naszą sytuację (dzieciaki) jakiś pracownik komunikacji wepchnął nas do zjazdowego autobusu (do bazy) i kazał mu zawieźć nas na inny dworzec...
    senores, muchas gracias
    Potem już spokojnie, dzieciaki odpadają po kolei, bierzemy bolidy z wypożyczalni, 30 km jazdy, checkin, walizy, minimercados i 70 cl whisky obaliłem prawie duszkiem. Lessons learned: nigdy tanimi liniami bez jednego dnia na przesiadkę (backup).


    No więc wracamy do 2010. Plan jest idealny. Około 2000 mamy lądować w HHN. Wylot - następnego dnia o 8-mej. Gdyby nam się trafiła “mgłowa” wyciecza do Poznania - zdążymy. Ba, od biedy da się dojechać samochodem do HHN gdyby lot odwołali. Tym bardziej z radością witamy powiadomienie że lot odbędzie się o 14-tej (tą wiadomość oznaczę jako “strzelbę Czechowa” - trzeci akt już niedługo). Nawet dało by się dojechać z noclegiem samochodem w razie gdyby w ogóle mieli odwołać lot już z HHN.

    Poranek 2.12. Jeszcze krótka wyprawa do fabryki obgonić ostanie zadania. No krótka nie jest bo sypie śniegiem tak, że ze zwyczajowych 20-tu minut robi się godzina. Na komórce sprawdzam przyloty na GDN a tam same atrakcje: tego przekierowali do Poznania, Wizza z Oslo do Katowic (to dopiero fantazja Opsów). Wierzę jednak w pogodę na new.meteo, chociaż rok temu mnie zawiodła. Po 16-tej śnieżyca ma się skończyć. Wracam w śniegu koło południa, obwodnica zamknięta przez policję żeby ją odśnieżyć bo inaczej pierwsze dwa tiry zablokują ją na amen. No niewesoło.

    Około 16-tej gotowi na przystanku czekamy na autobus na lotnisko. Jeżdżą generalnie max 5 razy w ciągu dnia i akurat się nam trafiło. Trochę nerwówki, bo spóźniony dobre 15 minut, ale w końcu jest. Powolnie, ale bez atrakcji docieramy na lotnisko. Tam komunikaty o opóźnieniach oraz wiszące w powietrzu opowieści kogo gdzie to nie zawieźli a kto gdzie lądował. Ludzie chyba to lubią ;-) Lot z HHN lekko opóźniony, ale co ważne JEST. W międzyczasie obserwujemy zapieprz odśnieżarek po płycie - robi wrażenie. W końcu boarding - dużo ludzi nie ma to i idzie sprawnie. Lot bez sensacji - ciemno to i widać niewiele. Przy podejściu do HHN namierzyliśmy chyba ze 3 mecze piłki noznej - trudno pomylić oświetlony stadion z góry... Nad HHN chmury, a właściwie mgła bardzo nisko. METARy wieszczyły widoczność na poziomie 200 m. Rzeczywiście wypatrujemy ziemi i pierwsze co widzimy to światła krańcowe pasa, po chwili klap na ziemię i pilot Herr Auto Land zbiera zasłużone brawa ;-)

    Z terminalu dzwonimy do hotelu po transfer. Okolice usiane są hotelikami które w cenie oferują transfery z / na lotnisko, który najczęściej polega na tym, że recepcjonista lub właściciel wsiada w samochód i zasuwa pod terminal. Z zapowiadanych 10-ciu minut zrobiło się 20-cia bo rzeczywiście po drodze mgła taka, że trudno by palcem do d...py trafić ;-). Hotelik w samym środku Sohren - rano mała wycieczka do sklepiku po prowiant i pieczywko zaraz pod hotelem.

    Znacie “historię” Hahn? W czasach zimnej wojny była to spora baza amerykańskiego lotnictwa (zresztą podobą historię ma NRN - Weeze). Na Youtube znalazłem ciekawe znalezisko - film amerykańskiego żołnierza z objazdu bazy z lat 80-tych (kręcił film dla rodziców - jak wygląda miejsce gdzie żyje) tu i tu . Kto poznaje budynki? Co ciekawe - jak zeznał nasz landlord te koszarowce do dzisiaj stoją puste...

    Nazajutrz do 12-tej zabijamy czas w hotelu i potem jedziemy na lotnisko. Tam opóźnienie około godziny. NIemieccy emeryci twardo stoją w ogonku na dobre 40 minut przed PLANOWYM odlotem. Frekwencja też nie za duża i spokojnie rozlokowujemy się w samolocie. Trochę fotek z samolotu:




    Ktoś ma pojęcie co to jest? Oczyszczalnia?


    Co to za lotnisko? Orientacyjnie południe Hiszpanii lub Portugalii





    Lot upływa znów spokojnie, trochę się wydłuża, kręcimy to w lewo to w prawo. Możliwe że omijamy turbulencje. Sielankową atmosferę przerywa komunikat kapitana: “due to LACK OF PERSONEL on Fuerteventura airport we are gonna land on Tenerife” WTF? Na pokładzie jest polski steward i dzieli się z nami informacjami jakie ma. Operacje zabroniły lądować na FUE, lecimy na TFS. Może brakuje obslugi naziemnej? Nie wiadomo o co chodzi. Na pół godziny przed lądowaniem dalszy komunikat - STRAJK. No to super. Znowu Teneryfa. Skąd my to znamy? Lądujemy i jeszcze dobre 20-cia minut siedzimy w samolocie bo autobusy nie wyrabiają się z przewożeniem pasażerów. Co chwila coś ląduje i Follow Me upycha samoloty na płycie jeden za drugim. Na lotnisku tłum, stoimy w kolejce do agenta handlingowego który powtarza tylko “zabukujcie hotele, weźcie rachunki przyjedźcie jutro o 7-mej na lotnisko”. Ludzie protestują i po jakimś czasie dostajemy namiar na opłacony hotel. Idziemy na taksówkę, w kolejce za nami jakaś załoga prawie śle fucki w kierunku wieży kontrolnej... Szybkie piwko i spać, wystarczy emocji na dziś, jutro będą następne...

    I tutaj wtrącę się z obiecanym III-cim aktem: gdyby nam nie przenieśli lotu z rana na 14-tą....

    Rano pobudka - żona uparcie wierzy że jednak warto być o 7-mej na lotnisku. Znowu kolejka i informacja że o 11-tej coś będzie wiadomo. Siadamy w okolicy, żartujemy, posilamy się i uruchamiamy zdalną machinę logistyczną w postaci znajomych w PL. Na lotnisku żadnego internetu, ani terminala ani hotspotu. O bezpłatnym wogóle nie wspominam, ZERO. Już wiemy co się dzieje. Jest strajk i wojsko przęjeło kontrolę nad lotami. Co więcej - odgrażają się że przed świętami takie akcje powtórzą nie raz. Super :/
    Żeby nie przedłużać - wysyłam rodzinę na plażę, sam zostaję na lotnisku coby kontrolować sytuację. Coś mnie tknęło i w ostatnim momencie wszedłem do terminalu. Tam info że dzisiaj żadnych lotów FR nie będzie. Skoro dzisiaj nie, to jutro może a i też całe uruchomienie logistyki trochę czasu zabierze. Wiemy że jutro rano mamy prom na Fuerteventurę i decydujemy się skorzystać. Ładujemy się do znanego nam już autobusu 111, wysiadamy w znanym Intercambiador i znajomym punkcie Naviera Armas kupujemy bilety na prom. Szybki booking hotelu i już o 13-tej nietypowo zaczynamy urlop zwiedzaniem Santa Cruz de Tenerife.

    Hotel w centrum, nawet z ocean view koło niewielkiego, ale sympatycznego parku.










    Zaczynam powoli czuć się jak na urlopie... Tymczasem dochodzą nowe informacje: stan wyjątkowy w Hiszpanii, kontrolerzy w kamasze i wznawiają loty. Faktycznie podczas ciepłego (23 C) wieczoru co chwila odgłos schodzącego / startującego samolotu.

    Nazajutrz wyprawa do portu. Jakże znajomego :/



    Znajomy prom, zajmujemy od razu miejscówkę blisko baru i na wprost akwarium z kulkami. Spotykamy większość pasażerów naszego lotu - cóż przelotu na FUE FR zrobić nie chciał. Co ciekawe - spotykamy też Polaków z lotu z Glasgow. Najwyraźniej angole byli bardziej pyskaci bo FR zorganizował im hotel na następną dobę, transfer do portu i bilety na prom. Niemcy po usłyszeniu “collect receipts and apply for refund” grzecznie stukneli obcasami i sobie poszli...
    Podróż dłuży się w nieskończoność - praktycznie cały dzień “spalony”.





    Prom stoi dobre 3 godziny w Las Palmas na GC i dopiero około 17tej docieramy na Fuerteventurę. Ale do Morro Jable - to samo południe wyspy. Nocleg mamy 40 km stąd, a samochód następne tyle. Około 18-tej podjeżdża autobus który ledwo co mieści wszystkich “przekierowanych”. Rodzina wysiada w Gran Tarrajal, stamtąd już tylko chwila do Las Playitas. Ja jadę do Puerto del Rosario, bo na lotnisku czeka na mnie samochód. Na miejscu miłe zaskoczenie - odliczyli mi te dwa dni które “przepadły” przez całe zamieszanie i w ramach upgrade’u dostałem Astrę zamiast Corsy. Jeszcze 40 minut z przerwą na sklep i koło 21-szej wpadam spocony jak mysz do hotelu. Wqrw lekko łagodzi ocean view - siadam z browarkiem na tarasie i lekko się odprężam...



    Rano oględziny hotelu. Miały być fajne baseny, ale niestety kilka dni wcześniej na wyspie przetoczyła się ulewa, która poniosła lawiny błotne wprost do basenów. Ocalał jeden, ponoć nawet ogrzewany ale jednak wiecznie wiejące wiatry robią swoje i wejścia do wody nie ryzykowaliśmy. Idziemy na plażę. Piasek czarny i tu następny zonk: dzieci robią wielkie WTF? Nie podoba się i koniec.





    Trudno, tata obiecał piasek więc w samochód i na południe - na Jandię. Właśnie tego rejonu chcieliśmy uniknąć, a los nas jednak rzucił.



    Po kilku dniach zmiana lokalizacji - jedziemy do Corralejo na północy. Tak zaplanowaliśmy i dobrze, bo sam hotel choć dobrze wyglądający miał jakąś dziwną atmosferę. Non-stop zajęcia sportowe, nikt nie chodził “normalnie” ubrany tylko zawsze w jakichś sportowych oddychających ciuchach. Faceci przebrani jak Lance Amstrong, babki ganiają jak głupie z aerobiku na spinning potem na jogę. Rano jak tylko świt pozwalał cokolwiek zobaczyć już zasuwali joggerzy. Wyglądało to jak jakiś obóz kondycyjny...

    Jedziemy do Corralejo, zwiedzając kawałek wyspy. “Zwiedzając” to duże słowo - wyspa jest tak pusta że przeciętne miasteczko urasta do rangi zabytku Unesco. Główne atrakcje to widoki i plaże takie jak np. Ajuy. Niestety zdjęcia takie se, bo krótki obiektyw został w samochodzie...








    Co do pustynnych widoków...






    Uwierzycie że ta wyspa 200 lat temu była zielona? A była, ale padła ofiarę rabunkowej gospodarki człowieka. Lasy wycięto aby mieć czym wypalać wapno a resztę roślinności wyżarły sprowadzone tu kozy... Jeszcze 40-ci lat temu nie było tu NIC i w słownictwie funkcjonowała nawet groźba dla dzieci “jak będziesz niegrzeczny to cię ześlemy na Fuerteventurę”.

    Docieramy do Coralejo przejeżdżając obok głównej atrakcji tego rejonu - wydm piaskowych, nawiewanych z Sahary. Piasek jaśniutki (tak, dzieci się ucieszyły) ale nie tak sypki jak na Gran Canarii.









    Samo Corralejo to połączenie nadmorskiego kurortu (omijaliśmy szerokim łukiem), małego portu (to dawało trochę klimatu) oraz części “lokalesowej”, przez co rozumiem głównie dostęp do normalnego handlu gdzie spokojnie można było nabyć jeden z podstawowych składników naszego pożywienia w cenie 4E / kg, czyli to:



    Sam hotel bardzo OK, mogę polecić. Zmyślnie zbudowany - cała parcela obudowana naokoło budynkiem z wybraną w środku niecką. Z zewnątrz wchodziło się na poziom 1, a na 0 trzeba było zejść / zjechać. Dobre dlatego, że szalejące na tej wyspie wiatry nie dokuczały tam tak bardzo a i nie chłodziły basenów. Kilka fotek:









    Plan na pięć dni powtarzalny. Trochę w hotelu (niezły mini-golf, basen) jakaś wycieczka na wydmy. Albo dalej:

    El Cotillo





    La Pared (z Las Playitas było bliżej ale nie wiedzieliśmy że trzeba podjechać bliżej....)









    A tutaj jedno proforumowe zdjątko. Za spottera się nie uważam, więc krytyka zbędna ;-)

    Polskie wycieczki (Itaka głównie) jeżdżą do hotelo Barcelo w Caleta del Fueste. Tam nad zatoczką zakręcają akurat wszystkie lądujące samoloty. Jak się siedzi godzinę na plaży - nawet interesująco, ale przez 2 tygodnie to by się już zirytował.... To zdjęcie akurat było robione z pobocza drogi - prawie centralnie na podejściu do pasa.


    Czas wracać. Wylot z FUE o czasie, kulturka z rękawa (FR i tak złamanego centa tam za nic nie płaci). Przy boardingu mierzenie walizek. Lot już trochę bardziej napakowany, ale praktycznie w większości rzędów jest jedno wolne miejsce. Nawet nam przesadnie konfiguracji nie zburzyli - zajmujemy po dwa miejsca w dwóch rzędach. Młodszy i tak nawala nogami w fotel - lepiej więc żeby dokazywał bratu niż mieć scysje z jakimś frajtrem na emeryturze. Poza tym mogą sobie łazić / wspinać / zaglądać itp. W tym kursie do przedniego rzędu dosiada się jeden gość, jego laska szczęśliwiej po drugiej stronie przejścia. Good for them - nie muszę się przez nikogo przeciskać żeby coś sięgnąć z bagażu. Korzystając z dobrodziejstwa bajek na netbooku nawiązujemy kontakt i rozwikłujemy zagadkę “dziwnego” niemieckiego dialektu. Otóż są to Łotysze. Laska pracuje w Luxemburgu, koleś następnego dnia wraca do Rygi. Jest sympatycznie - wymiana komplementów, doświadczeń itp.

    Lądowanie bez histori, fanfary “yet another on time flight” czy jakoś tak. Jedziemy do hotelu i zaczynamy się martwić na zapas pogodą w GDN. Razem z nami martwią się nasi znajomi i podsycają nasze zmartwienie widomościami o śnieżycach itp. Super. Następnego dnia czas na mały rekonesans. Zostawiamy walizy w hotelu i idziemy na spacer. Poszło szybko - Sohren to trzy ulice na krzyż. Jak przystało na niemieckie miasteczko - jest dwóch Turków (kebaby się znaczy) i Chińczyk. Do tego przyjemna ciekawostka - kilkanaście sklepów a to z zabawkami a to z AGD a to ze sprzętem sportowym. Albo hipermarketów nie mają albo nimi gardzą. No i obowiązkowy sklep z ozdobami świątecznymi. MUS!!! Rok wcześniej robiliśmy taki spacer po Kevelear - tam takich sklepów było kilka. Na marginesie - bardzo sympatyczne i klimatyczne miasteczko - jak się okazało jakieś lokalne centrum pielgrzymkowe. Zwłaszcza w czasie adwentu niesamowity klimat - koncerty w kościołach, gluhwein itp.

    No ale wracajmy do Hahn. Jedziemy na lotnisko. Mamy trochę czasu to obijamy się a to na ciastko a to na piwo. Idziemy na security (BTW - okazuje się że można pracować na security i być uprzejmym, kurczę ale jak....) potem do gate’u. Tym razem ważenie bagażu co do sztuki. Znowu za dużo ludzi nie ma, sporo dzieci. Pakujemy się do samolotu żartując sobie że “witamy Państwa na pokładzie samolotu do Poznania” oswajając się z przekierowaniem. Coś długo nie “odjeżdżamy”, wietrzę problemy. Dostajemy slot’a i kwitniemy 45 minut na płycie. Potem start i szybki lot do Gdańska. Lądowanie było ciekawe. Najpierw dostrzegamy ziemię - światła itp. Zaczynam rozpoznawać gdzie właściwie jesteśmy i gdzieś nad Moreną (kilka km od lotniska) wchodzimy w chmury. Słyszę że niektórym robi się nieswojo - twarze przyklejone do okienek. W końcu widać ziemię - i to już właściwie w rejonie lotniska. Siadamy, rewersy i.... biała chmura. Na pasie leży dobre 10 cm śniegu. Pilot odpuszcza rewersy i chyba próbuje podwoziem ale majta nami na bok. Rewersy jeszcze raz. Podjeżdżamy na zaśnieżoną płytę.

    Po lądowaniu oklaski prawie na stojąco. Nie przeszkadza mi to specjalnie - w Hiszpanii ludzie nawet gwizdali po lądowaniu. No ale jedna rzecz mnie wqrwiła w naszym polaczkowstwie. Oczywiście samolot zaczął dopiero zjeżdżać z pasa jak z dwóch debili wyrwało się do schowków. Oczywiście zjebka przez stewkę itp. A ja się pytam po jakiego ch...ja baranie jeden z drugim rwiesz się do tego schowka jak i tak czekasz potem te kilka minut na schodki? Chyba dla sportu... Ech...
    My z premedytacją czekamy. Spokojnie ubieramy dzieciaki i wychodząc prawie ostatni korzystamy z zaproszenia dla potworów do kokpitu :-D Podobało się. Szczere podziękowania dla załogi (samolot spóźniony, czasu na ziemi mało więc podziękowania za gest jak najbardziej na miejscu) i fikamy do terminalu. Zamawiam taksówkę. Pani zbywa mnie śmiechem i kwituje “czas oczekiwania nieznany”. Bierzemy spod terminala. Wyjdzie trochę drożej, ale też i nie bandycko. W śniegu i w zaspach dojeżdżamy do domu... Chłopaki przestawili się momentalnie - kiedy na sanki, kiedy na sanki...

    Zima na całego. Ledwo znalazłem samochód. Szukałem Aurisa, ale 3 razy przeszedłem obok myśląc że to van...


    I najfajniejsze: godzinę po naszym lądowaniu zamkneli pas do odśnieżania (faktycznie na wysokości lądowiska LPR czekały już zestawy w gotowości zestawy do odśnieżania) i przez najbliższą godzinę przyloty rozsyłali po Polsce.. Czyli aż tak pechowo chyba nie było.

    Podsumowując:
    - lubię takie dogrzewanie w grudniu
    - ryzyka trochę jednak jest
    - szkoda połączeń do DE (Hahn, Weeze, Brema), dobre przesiadkownie to były...

  2. #2
    Awatar momopoznan

    Dołączył
    Apr 2010
    Mieszka w
    EPPO

    Domyślnie

    Dzięki Ci panie za te super relacje, przynajmniej miałem się czyn zając od rana pędząc na dworzec. Przygód co nie miara ale tak to bywa jak wybieramy się na wakacje na własna rękę i nie dajemy zarobić biura podróży . Podziwiam ze z dzieciakami chciało się na taka wyprawę wybierać
    I pytanko dla dziecka lepsza Gran Canaria czy Fuerteventura???

  3. #3

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    EPPO

    Domyślnie

    hahahha, świetna relacja!!!!
    aaaaaaaaaaah te widoczki ze zdjęć, słońce, plaża...
    Pozdrawiam

  4. #4
    Awatar tigga

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    GDN

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez momopoznan Zobacz posta
    Podziwiam ze z dzieciakami chciało się na taka wyprawę wybierać
    Nie było aż tak źle, mam wrażenie że lecąc z biurem było by gorzej - tułaczka do Wwy, wyloty często o nieludzkich porach... Za pierwszym razem było gorzej, ale tym razem odrobiliśmy lekcje

    Cytat Zamieszczone przez momopoznan Zobacz posta
    I pytanko dla dziecka lepsza Gran Canaria czy Fuerteventura???
    Dużo zależy od atrakcji hotelowych, ale po namyśle jednak - Gran Canaria, bo

    1. W Maspalomas fantastyczną sprawą są wydmy. O takie konkretne. Piasek jest bardzo sypki - można z nich skakać bez obawy o kontuzje. Byliśmy tam co 2-3 dni.





    2. Gran Canaria jest cieplejsza - tam tak nie wieje

    3. Więcej jest atrakcji dla dzieci - na Fuercie jest właściwie tylko Zoo, na GC jest tor gokartowy, kilka parków, jakiś Lunapark w Maspalomas

    4. Na południu w Puerto de Mogan i Puerto Rico są sztuczne plaże, utworzone takimi ostrogami. Zaleta - dobrze się nagrzewają nawet w grudniu, styczniu bo jest ograniczona wymiana wody z oceanem i jest płytko. Dzieciaki mogą szaleć w wodzie godzinami, w oceanie jest już gorzej.



    5. Łatwiej wszędzie dojechać - GC to około 30x35 km., ale z drugiej strony litr Pb95 kosztuje tam w przeliczeniu 3,50 PLN...

    Z jednym tylko lojalnie ostrzegam: Playa del Ingles (sąsiaduje z Maspalomas) to ośrodek LGBT. O ile jeszcze widok faceta w skórzanych kąpielówkach na plaży nie jest niczym tragicznym to:
    - nie wchodzi się po 21-szej do tamtejszych centrów handlowych, wtedy funkcjonują już tam tylko same kluby gdzie nie dopuszczają w ogóle myśli że może się tam zapędzić hetero...
    - w listopadzie jest tam jakiś zjazd i wtedy panuje większa ekspresja w demonstrowaniu "

    FUE to czyste plażowisko + surfing. Na GC więcej się dzieje, stolica też jest godna zobaczenia, czego na FUE kompletnie nie da się powiedzieć.

  5. #5
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Relacja - rewelacja! Lataj więcej i pisz częściej, bo jeden z ciekawszych raportów

  6. #6
    Awatar Maciek_Wadowice

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPKK

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez tigga Zobacz posta


    Co to za lotnisko? Orientacyjnie południe Hiszpanii lub Portugalii
    Google Maps
    Lotnisko Wojskowe

  7. #7

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Wenus

    Domyślnie

    Fajowa relacja. Czytało się świetnie bo przypomniało to nieco moje doświadczenie z Kanarami. W zasadzie kurczę to od Kanarów się też moje wypadanie w ogóle zaczęło :-) Fotki super. Chyba będzie trzeba przemyśleć opcję tamtejszych rejonów w zimniejsze miesiące.

    Co do Sohren, to Turków może jest dwóch, ale jeden z nich robi nawet niezłą pizzę. A przynajmniej tak smakowała na przesiadce na ostatnim odcinku po Hiszpańskim kółeczku :-)

    Co do przebojów ze strajkami, to forum powoli zaczyna się zapełniać relacjami opisującymi perypetie z tą sytuacją związane. Mi w analogicznym okresie udało się ominąć Hiszpanię ale nie ukrywam że przerażenie mnie ogarniało widząc w Bergamo wykasowanie wszystkiego co leciało na Iberyjski...

  8. #8
    Zbanowany
    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Bielsko-Biała
    Wpisów
    10

    Domyślnie

    Fantastyczna relacja 1400 zł za 4 osoby to faktycznie miła cena. Self - catering, czyli miałeś po prostu obiado-kolacje w hotelu?
    Czemu z takim "znudzeniem", wręcz niechęcią opisałeś Teneryfę?

  9. #9
    Awatar tigga

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    GDN

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez amnesia Zobacz posta
    Co do przebojów ze strajkami, to forum powoli zaczyna się zapełniać relacjami opisującymi perypetie z tą sytuacją związane. Mi w analogicznym okresie udało się ominąć Hiszpanię ale nie ukrywam że przerażenie mnie ogarniało widząc w Bergamo wykasowanie wszystkiego co leciało na Iberyjski...
    No ja mogę przyznać, że w sumie mieliśmy jednak farta. Info o strajku przyszło w powietrzu, jakby było wcześniej - kiblowalibyśmy u Turka w Sohren Do tego dostałem maila od FR potwierdzającego akceptację refundacji transferu, hotelu itp. w sumie 270E

    Cytat Zamieszczone przez raffij Zobacz posta
    1400 zł za 4 osoby to faktycznie miła cena.
    No milutka. Urok low-season.

    Cytat Zamieszczone przez raffij Zobacz posta
    Self - catering, czyli miałeś po prostu obiado-kolacje w hotelu
    Self catering. My bardzo mało czasu spędzamy w hotelu, często wracamy wieczorem, jemy gdzieś na zewnątrz itp. więc nie za bardzo nam to jest potrzebne. No i raczej w menu hotelowym rzadko znajdę 1 kg małży co dwa dni

    Cytat Zamieszczone przez raffij Zobacz posta
    Czemu z takim "znudzeniem", wręcz niechęcią opisałeś Teneryfę?
    Poddołowało mnie to deja-vu i wizualizacja całej tej gehenny z transportem. Ale w sumie w Santa Cruz było bardzo fajnie. Tylko chodząc wieczorem w krótkim rękawku nie mogłem się dostroić do Elvisowskiego "White Christmass"


Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •