Pokaż wyniki od 1 do 3 z 3
  1. #1
    Awatar psoras

    Dołączył
    Nov 2009
    Mieszka w
    WRO

    Domyślnie PHF-ATL-MIA by AirTran i MIA-LAS by AA, czyli dzień fruwania za oceanem


    Polecamy

    To relacja z wakacji, ale lepiej późno niż wcale
    W zeszłym roku byłem za Wielkim H2O na work&travel. Pracowałem w Williamsburgu w Wirginii. Ponieważ przed rozpoczęciem studiowania miałem jeszcze parę spraw do załatwienia, termin przylotu ustaliłem sobie na 20 września (odlot wieczorem 19 września z Newark). Pracę skończyłem 6 września, miałem więc 13 dni na zwiedzanie - zdążyłem w tym czasie zobaczyć m. in. San Francisco, Los Angeles, Miami, Las Vegas, przejechać się pociągiem transkontynentalnym, odbyć 3-godzinny spacerek po Chicago, a na deser pozwiedzać Nowy Jork. Ponieważ czasu nie było dużo, tempo musiało być szybkie, a najbardziej 7 września, kiedy chciałem wylecieć z Newport News (miasto, które wygląda jak Centrum Bielany pod Wrocławiem bądź Galeria Janki pod Warszawą, ale ciągnące się przez 30 kilometrów, i jest częścią obszaru Hampton Roads wokół zatoki Hampton Roads, gdzie mieszka tyle ludzi, co w Warszawie, ale na 3 razy większym obszarze), dotrzeć do Miami, zobaczyć Miami, a wieczorem być już w Las Vegas w hotelu.
    Trasę ułożyć było łatwo. Założyłem wylot z PHF Newport News Williamsburg International Airport (w Hampton Roads jest jeszcze lotnisko w Norfolk, ale dojazd tam autobusem trwa całe wieki, a taksą kosztowałby majątek), a ponieważ PHF obsługuje tylko czterech przewoźników, wybór nie był trudny. Najlepsze połączenie - przez Atlantę - miały Delta i AirTran, z czego AirTran był tańszy, nawet uwzględniając opłatę za wielką walizę i miejsce w rzędzie ewakuacyjnym (mam 206 cm wzrostu, dla jankesów 6'9"), a ponadto odlatywał o 06:30. Koniec filozofii. Poza tym mam słabość do konstrukcji tylnonapędowych, więc fakt lotu dwoma Boeingami 717 stanowił dodatkową premię.
    Trochę inaczej było z lotem z Miami do Las Vegas - tu ceny były podobne u wielu przewoźników. Wybrałem więc American Airlines, bo a) lecieli o interesującej mnie porze (18:30), b) połączenie było bezpośrednie i c) mieli najładniejsze malowanie
    Wstałem o 4 rano. W Williamsburgu kursują autobusy, jest nawet połączenie do Newport News, ale o tej porze oczywiście nie jeździły. Wobec czego ja i trójka Rosjan, którzy mieli lecieć tym samym samolotem, zamówiliśmy taksę i odżałowaliśmy po 10 dolków. W rozmowie z nami taksówkarz wyrażał się lekceważąco o wielkosci newportnewsańskiego aeroportu, który był mniej więcej wielkości Okęcia przed rozbudową (tylko terminal 1). Odpowiedziałem mu, że nie jest tak źle, bo ja pochodzę z Polski, gdzie rynek lotniczy wciąż dopiero się rozwija, z miasta Wrocław, wielkość 650 000, a miejski port lotniczy, jedyny pasażerski w trzymilionowym regionie, to sześć stanowisk postojowych, zero rękawów i budynek może dwa razy większy od dworca kolejowo-autobusowego w Williamsburgu (który jest wielkości połowy dworca Warszawa Śródmieście).
    Hala lotniska w Newport News wygląda tak:


    Miałem już wydrukowaną z internetu kartę pokładową i przygotowany paszport, więc opłaciłem tylko bagaż w automacie, nadałem walizę przez charakterystyczną rurę i stanąłem w kolejce do kontroli dokumentów i osobistej. Po chwili byłem już w poczekalni:

    Nie miałem nic do roboty, więc z mojego plecaka pokładowego wyciągnąłem książkę i zacząłem czytać. Jakieś pół godziny później bramka się otworzyła i rozpoczęło się wywoływanie pasażerów. Wsiadłem jako jeden z pierwszych pasażerów, bo w samolocie (B717) rząd ewakuacyjny był dość daleko z tyłu. Samolot zapełnił się prawie całkowicie. Przed odlotem podeszła do mnie stewardessa i zapytała, czy znam język angielski, czy zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka spoczywa na mnie jako siedzącym przy wyjściu ewakuacyjnym i czy będę w stanie otworzyć drzwi w razie wypadku. Na wszystkie odpowiedziałem twierdząco. Nawet się powygłupiałem trochę, udając, że otwieram wyjście awaryjne (zadbałem, żeby było wystarczająco grubymi nićmi szyte, żeby nikogo nie przestraszyć - to jedna z rzeczy, których nauczyłem się w USA, oprócz całkowitego braku oporów przed tłumaczeniem rzeczy dla mnie oczywistych).
    Samolot w środku:

    Potem personel pokładowy pokazał, co robić, jak samolot się rozbije, po czym nasz tylnonapędowy odrzutowiec został odepchnięty od bramki, przejechał na początek pasa i rozkręcił silniki. Po oderwaniu od ziemi przechył kadłuba do tyłu powiększył się do 45 stopni, a maszyna zatoczyła krąg nad rozlewiskami James River i Hampton Roads, pełnymi zatok, zatoczek i przybrzeżnych jeziorek. W Wirginii wahania poziomu wody są niewielkie, więc wiele domów stało tuż przy wodzie (ale nie od strony otwartego morza - ze względu na huragany), miało prywatne pomosty i prywatne żaglówki. Przez jakiś czas lecieliśmy wzdłuż wybrzeża, później zaś udaliśmy się w głąb lądu.
    Mniej więcej po godzinie rozpoczęliśmy zniżanie. Kilkanaście minut później przez okienko zobaczyłem charakterystyczny port lotniczy, złożony z rzędu podłużnych budynków stojących na płycie. Był to mój pierwszy lot do Atlanty, zastanawiałem się więc, czy to czasem nie jest nasz cel. Kiedy samolot wkrótce zawrócił, okazało się, że owszem - to jest właśnie Hartsfield-Jackson Atlanta International Airport.
    Lądowanie było gładkie i już po chwili kołowaliśmy do bramki przy Concourse (jak to się właściwie tłumaczy - terminal, hol, korytarz, hala, przejście?) C.

    Wcześniej niewiele latałem (raz Norwegian z Warszawy do Warny i raz LH WRO-FRA-JFK), toteż moją uwagę zwrócił przede wszystkim fakt, że chociaż ruch był ogromny, to w przeciwieństwie do JFK albo Frankfurtu prawie całość przypadała na ruch krajowy, obsługiwany samolotami mniejszymi lub równymi Boeingowi 757.
    Po chwili kontemplowałem wnętrze lotniska w Atlancie:

    Przesiadka trwała około pół godziny, czyli dość krótko, co nie dziwi, jeśli dodam, że samolot do Miami odlatywał z sąsiedniej bramki. Maszyna, którą przyleciałem, po posprzątaniu wracała do Newport News, a do wsiadania wywoływała Murzynka z charakterystycznym akcentem, więc, podobnie jak u moich czarnoskórych kolegów z pracy, nazwa miasta brzmiała w jej ustach "Nuupat Nuuz" - a ponieważ usłyszałem ją wtedy po raz ostatni, taka pozostała w mojej pamięci.
    Stanowisko odprawy do Miami:

    Drugi samolot był identyczny z poprzednim, a że siedzenie wybrałem sobie to samo, więc pod tym względem podróż nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Podobne było również napełnienie. Tym razem jednak, zanim wystartowaliśmy, musieliśmy odstać swoje w korku, który uformował się przed pasem startowym. Kolejka do startu stanowiła prawdziwą mieszaninę wszystkich maszyn używanych w amerykańskim ruchu krajowym - różne mutacje DC-9, kilka 737 i kilka 757, a także jakieś mniejsze ustrojstwa do ruchu lokalnego (Beechcrafty?).
    W końcu jednak start nastąpił. Samolot wzniósł się nad ziemię i mogłem podziwiać czasem naprawdę ciekawe widoki.
    Ośmiokątne i okrągłe pola (ciekawe po co taki kształt?):

    Cumulonimbus:

    No i osiedla na wodzie gdzieś na Florydzie:

    Podejście do lądowania w Miami charakteryzowało się tym, że samolot przez długi czas leciał nad obszarem zurbanizowanym ("zurbanizowany" to dużo powiedziane - osiedla domków jednorodzinnych), a tuż przed lotniskiem - nad jakimiś magazynami. Lądowanie było łagodne, łupnięcia o ziemię prawie nie było, w każdym razie w porównaniu z Lufthansą (nos Jumbo tej linii kilkakrotnie podskoczył na pasie przy lądowaniu na JFK ze mną na pokładzie), po chwili podkołowaliśmy pod bramkę i rozpoczęło się wysiadanie do wyłożonego wykładziną dywanową budynku. Swoją drogą, wykładziny dywanowe są stosowane w USA na niesamowicie szeroką skalę - są nawet w wagonikach kolejki BART w San Francisco. Zastanawiam się, jak to jest czyszczone - pewnie mają do tego jakieś specjalne maszyny.
    Na pożegnanie trzasnąłem fotkę samolotowi:

    Zostawiłem walizkę w przechowalni i zrobiłem parę fotek na aeroporcie. Budowa nowej stacji metra:

    Ruchome chodniki i wykładzina dywanowa:

    Widok z przystanku autobusowego, jak ze snu szalonego modernisty:

    Potem wyskoczyłem autobusem do Miami Beach (to nie dzielnica, tylko osobne miasto).

    Szczegółowo opisywał swojej wizyty nie będę, powiem tylko, że złapało mnie tam oberwanie chmury, wskutek którego m. in. przemokły mi karty pokładowe i książki, które trzymałem w plecaku. No ale przecież nie będę z tak błahego powodu spóźniał się na samolot - znalazłem się na lotnisku półtorej godziny przed odlotem i odebrałem walizę z przechowalni.
    Postanowiłem użyć odprawomatu AA, aby zapłacić za bagaż i wydrukować sobie nową kartę pokładową w miejsce rozmokniętej. Trochę mi na tym zeszło. Musiałem użyć do identyfikacji karty kredytowej, bo kod kreskowy na karcie pokładowej rozmókł i nie nadawał się do użytku. Ale wszystko dobrze się skończyło i mogłem się udać na stanowisko ważenia bagażu.
    Kolejka jednak posuwała się wolno, więc facet pilnujący porządku (Kubańczyk w średnim wieku - w Miami chyba wszystkie prace od kierownika w dół wykonywane są przez emigrantów z Kuby) zapytał, dokąd lecę. Gdy dowiedział się, że do Las Vegas, wziął moją walizkę, podszedł do wolnego stanowiska, zważył ją, wydrukował bagażowy pasek samoprzylepno-papierowy z kodem kreskowym, przyczepił do ucha walizki i powiedział mi, żebym walizkę porzucił tam – wskazał ręką na stanowisko rentgena – a sam poszedł do tamtego korytarza, do mojej bramki – tu również wskazał odpowiedni kierunek. Oczywiście ładnie mu podziękowałem, ale idąc do bramki zastanawiałem się, czemu on się tak spieszył – do odlotu było jeszcze dobra godzina.
    Wyjaśnienie przyszło samo. Długi, niesamowicie długi korytarz prowadzący do bramki. Same jego pokonanie zajęło mi coś z pół godziny, między innymi dlatego, bo był strasznie zatłoczony. Trwała właśnie instalacja kolejki, która w przyszłości ma ułatwić przemieszczanie się na lotnisku, ale dopóki jej nie było, trzeba było łazić piechotą.
    W końcu dotarłem do mojego samolotu - Boeinga 757. Pierwotnie chciałem siedzieć gdzieś z tyłu samolotu, ale okazało się, że napełnienie wynosi około jednej trzeciej, więc przesiadłem się koło skrzydła, gdzie akurat były wolne miejsca.
    Załadunek bagażu:

    Po raz trzeci tego dnia obejrzałem występ personelu pokładowego, po czym odepchnięto naszą srebrną strzałę od bramki, silniki zostały włączone i mogliśmy ustawić się w kolejce do pasa startowego. Zanim do niego dotarliśmy, zapadł zmierzch (w tych szerokościach geograficznych noc zapada już dość szybko) i dzięki temu mogłem podziwiać niesamowity widok pasa startowego w nocy.
    Po chwili ruszyliśmy, zatoczyliśmy łuk nad jasno oświetlonym śródmieściem Miami i ruszyliśmy w głąb Ameryki.
    Przez cały lot od czasu do czasu nieźle trząchało (jak się dowiedziałem następnego dnia z hotelowej telewizji, pod nami szalała tropikalna burza). Za okienkiem widziałem stopniowo coraz rzadsze światła na ziemi i oświetlone reflektorem skrzydło, a kiedy światła na ziemi całkiem zniknęły, tylko skrzydło. Uginało się bez przerwy w górę i w dół, w górę i w dół, w rytmie wyznaczanym kolejnymi turbulencjami. Jak na chwilę się uspokoiło i zgasła kontrolka „Zapiąć pasy”, poszedłem do toalety. Chwilę później samolotem znów zaczęło rzucać, a w WC włączyła się kontrolka „Siedzieć na sedesie”.
    Lot trwał ładnych parę godzin, więc po przestawieniu zegarka na czas lasvegasański jedyne co miałem do roboty to czytać książkę, przy okazji pozwalając jej trochę przeschnąć. Gapić się za okienko nie było po co, bo ostatnie światełka dawno już zniknęły za nami, a i skrzydło po pewnym czasie przestało się wyginać. Ponownie wyjrzałem dopiero przy podejściu do lądowania. Niestety zapomniałem nagrać filmiku, ale podejście w Las Vegas jest naprawdę nieziemskie - powódź świateł na ziemi i widoczny w oddali Strip robią wrażenie.
    757 przyziemił dość twardo, po czym podkołował do Concourse D - budynku wyspowego, otoczonego ze wszystkich stron przez płytę lotniska. Wysiadłem z samolotu do wyłożonego (a jakże) wykładziną dywanową budynku.
    Na lotnisku wszędzie stali „jednoręcy bandyci”, zachęcający do przepuszczenia jak największej ilości kasy. Po pokonaniu znacznej ilości korytarzy, przejść i holi, podążając cały czas za drogowskazami na odbiór bagażu, dotarłem wraz z resztą pasażerów do stacji kolejki lotniskowej, która najwyraźniej jechała w interesującym nas kierunku. Zaczekaliśmy, aż wjedzie na stację (była odgrodzona od nas szklanymi drzwiami, otwierającymi się wraz z drzwiami wagonów), po czym przejechaliśmy nią do budynku głównego, do karuzel bagażowych. Na bagaż czekaliśmy dobre pół godziny. Może miało to na celu zachęcenie znudzonych pasażerów do przepuszczenia większej ilości kasy w jednorękich bandytach.
    Fotki w terminalu zrobiłem znacznie później. Postanowiłem się tam wybrać jeszcze raz, pomimo iż z miasta wyjeżdżałem autobusem, a nie należę do nałogowych focistów samolotów. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.
    Karuzele:

    Windy, przejścia i wykładzina dywanowa:

    Ogumiony pociąg do Concourse D:

    No to teraz tylko do autobusu i przejechać do hotelu - pomyślałem. Oj nie, nie ma tak łatwo...
    Otóż przeszedłem terminal wzdłuż i wszerz, ale nigdzie nie mogłem znaleźć wskazówek, jak dojść do przystanku autobusowego. Były za to jasne i klarowne wskazówki, jak dojść do postoju taksówek i wahadłowych autobusów wypożyczalni samochodów. W końcu skapitulowałem i poszedłem na taksę. Okazało się, że postój taksówek jest bardzo dobrze zorganizowany. Stał tam strażnik, który każdego podchodzącego pytał, ile osób jedzie, a następnie wskazywał taksówkę. Kierowca mojej taksy (którą stanowił jakiś Chevrolet) wybrał drogę prowadzącą śródmiejską autostradą.
    Była to najrówniejsza autostrada, jaką widziałem w Stanach (wirginijskie przypominały A4 w stronę Zgorzelca przed remontem – no tu trochę przesadzam). Smaczku dodawała pustynna roślinność na ścianach wykopu. A kiedy z prawej strony wykwitły jasno oświetlone wieżowce Stripu, po prostu szczęka mi opadła. Las Vegas było w oczywisty sposób zbudowane, żeby robić wrażenie. Oczywiście, że jest straszliwie kiczowate, ale w przeciwieństwie do polskich nowobogackich gargameli pod miastami, tutaj ten cały kicz można również zwiedzać od środka i czemuś on służy - jako hotele, kasyna czy centra handlowe.
    Późniejszy przyjazd na lotnisko odbyłem właśnie w celu ustalenia, gdzie do jasnego pierona te autobusy dla wtajemniczonych stają. Okazało się, że robią to pod jednym z ogromnych, wielopoziomowych parkingów:


    Pobyt w Vegas i dalsza podróż były udane i owocne, ale zdecydowanie niezwiązane z tematem forum Kto ciekaw, może zajrzeć na mojego $ł1t blog45ka.

  2. #2
    Awatar Awerik

    Dołączył
    Apr 2008
    Mieszka w
    EPWR

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez psoras Zobacz posta
    ciekawe po co taki kształt?
    Ze względu na sposób nawadniania tych pól. Sam się nad tym zastanawiałem latając nad Brazylią i zgłębiłem temat.

  3. #3
    Awatar PolishAir42

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Ft. Lauderdale/Miami, FL - USA
    Wpisów
    110

    Domyślnie


    Polecamy

    Fajnie Fajnie....ATL-MIA juz nie latamy. Lecialem jednym z ex-TWA 717

    Twoj blog tez jest super....fajnie sie czyta o kims kto opisuje te same rzeczy ktore dla mnie sa normalne z punktu widzenia no...obcokrajowca
    Ostatnio w Blogu: Easy in AUA

    Pics - www.nonreving.com



Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •