Pokaż wyniki od 1 do 9 z 9
  1. #1
    Awatar michastrain

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    Suwałki / Warszawa

    Domyślnie TXL-MIA / FLL-CTG / BOG-FLL / MIA-TXL


    Polecamy

    Opis z wycieczki ze stycznia. Długo nie mogłem się zebrać…


    W czerwcu będzie już 3 lata, kiedy byliśmy z dziewczyną na Work and Travel w USA (i tam się poznaliśmyJ). Poznaliśmy wtedy mnóstwo Kolumbijczyków i Ekwadorczyków, których chcieliśmy odwiedzić. Mi się to udało dość szybko, bo kiedy byłem w USA, dowiedziałem się że dostałem się na wymianę do Sao Paulo. Niestety pobyt okazał się być zbyt drogi, dlatego ze szkoły zrezygnowałem, a że bilet już był, to zrobiłem rundkę po Ameryce Południowej, m.in. Ekwador i Kolumbia. Ale nie o tym miało być. Moja dziewczyna nie mogła wtedy ze mną jechać i od dłuższego czasu wypatrywaliśmy promo w tamte rejony. No i się trafiło! Air Berlin zafundował nam 2 bilety w cenie jednego na trasie TXL-MIA, więc nie mogliśmy sobie odmówić. Rozważaliśmy jak dolecieć do Kolumbii i wybraliśmy Spirit, choć zastanawialiśmy się także nad Aires, bo kolega Kolumbijczyk tam pracuje i chcieliśmy sprawdzić ich standard, ale niestety cena przeważyła.

    Sobotę spędziliśmy u teściów, bo była imprezka rodzinna, a w niedzielę jazda do Berlina, gdzie miał nas odebrać kumpel z Erasmusa. Wieczór przegadany, a rano jazda na TXL. Byliśmy trochę wcześniej, bo kumpel wychodził do pracy i my razem z nim. Problemem na lotnisku była zbyt krótka lista odlotów, bo naszego lotu (o 11.00) długo nie widzieliśmy i nie wiedzieliśmy gdzie zrzucić bagaż. Zjedliśmy więc wyprawkę od teściowej i czekaliśmy. Czekaliśmy, czekaliśmy i się okazało, że jeszcze trochę poczekamy, bo odlot się opóźni o 3h. W kolejce do odprawy pełno desek surfingowych, które potem otrzymywały nalepki do Bahama, itp. No ale my też nie mieliśmy źle, tylko cel podróży był bardziej zamaskowany, bo na oddzielnym bilecie. Dostaliśmy po voucherze na 6 Euro, więc starczyło na słodkości w lotniskowym Spar i na wielką kawę w Starbucks, gdzie obsługa się śmiała, że Air Berlin całego Airbusa do nich przysłał.








    Zaraz po starcie kapitan przeprosił za opóźnienie, powiedział że Air Berlin ma bardzo ciasno ułożone rotacje i to opóźnienie ciągnie się już 2 dni, a w Dubaju na ostatnim locie stracili to, co nadrobili przez 2 dni. Sam lot przyjemny, pierwsza rundka napoi była dziwna, bo softy były free, a alko płatne. Za chwilę zaczęli jednak podawać pasta/chicken i alko już było do woli za darmo… Jedzenie całkiem dobre było i nie mam co narzekać. Słuchawki kosztowały chyba 3 Euro, ale od czego ma się swoje Jedyne, co mi się nie podobało, to że lot był taki długi. Tyłek bolał coraz bardziej i bardziej. Atrakcje zaczęły się na jakąś godzinę przed MIA, gdy tak zaczęło trząść, że widać było u ludzi strach w oczach. Dziewczyna mnie rozbawiła wtulając się we mnie i mówiąc „Czy tylko ja wyczuwam tragedię w powietrzu?! Wszyscy się bawią do końca, jak na Titanicu!”. Myślałem, że padnę.

    Wylądowaliśmy dość późno, więc nie było gigantycznej kolejki do Immigration. Tylko, że urzędników też nie było wielu, więc trochę postaliśmy. Potem jeszcze krótkie wyjaśnienie na kontroli sanitarnej, że „YES” przy „Do you have any fruits?” jest przekreślone i zaznaczone „NO”, bo pomarańcze już są w brzuchu a nie torbie i byliśmy w busie do hostelu.

    Na Miami mieliśmy 2 dni przed Kolumbią. Miasto jest trochę dziwne. Z jednej strony fajne, bo czyste, cudnie położone, wiele w nim wody, mostów, itp. Z drugiej nie ma tam za bardzo co oglądać, a jedynie balować można, na co nie mieliśmy ochoty. Mieszkaliśmy w Miami Beach, ale był też spacer po Brickel (dzielnica finansowa), Downtown, Little Havana. Najbardziej mi się jednak podobał w mieście Metromover, czyli automatyczna kolejka, jeżdżąca nad ulicami centrum.



    Parę fotek z Miami:



















    Trzeciego dnia, o 10.45 mieliśmy lot do Cartageny (CTG) w Kolumbii z FLL. Dojazd autobusem zajął sporo czasu, ale i tak byliśmy w okolicach 8.15 na lotnisku. Okazało się, że to za mało. Spirit miał jedną kolejkę dla wszystkich. A każdy w kolejce miał jakiś problem. Rodzinka amerykańska blokowała jedno stanowisko, bo kłócili się przez co najmniej godzinę, że ich dzieci nie muszą mieć paszportów lecąc na Karaiby. Latynosi prosili, żeby nie naliczać im za nadbagaż, chociaż mieli po 3 ogromne walizki. Najlepsza była jedna pani, która miała 8 toreb, każda większa od niej. Miała to na wielkim wózku i nie mogła go ruszyć z miejsca. Kiedy już dopłaciła kilkaset $ za nadbagaż, zwolniło się kolejne stanowisko. Tymczasem robiło się późno. Na szczęście zaczęto wyławiać ludzi do CTG i byliśmy pierwsi w kolejce.
    Sam Spirit luksusami nie grzeszy. Obsługa taka sobie, podłokietniki trzeszczały (co mnie bardzo wkurzało), za wszystko trzeba płacić. Taki nasz Ryanair. Jeśli traktujesz ich jak PKS wiozący z miejsca A do B, idzie przeżyć. W samolocie praktycznie sami Latynosi. Jeden Kolumbijczyk zaczął na nas dziwnie patrzeć, kiedy powiedzieliśmy że zamierzamy po kraju poruszać się autobusami. Widać jego postrzeganie własnego kraju zatrzymało się na chwili, gdy go opuszczał, bo dziś Kolumbia jest w dość bezpieczna i są tylko poszczególne rejony, zwłaszcza w okolicach Wenezueli i na południu, gdzie lepiej się nie zapuszczać.



    Wyjście z samolotu w Cartagenie uświadomiło nam, że zmieniliśmy strefę klimatyczną. W Miami było nasze przedwiośnie, a w Kolumbii lato pełną gębą. Ba, to było upalne lato! Lotnisko w Cartagenie jest małe, ale urokliwe. A sama Cartagena to cudo! Mieliśmy zostać tam tylko 2 dni, ale przedłużyliśmy pobyt na 4, czyli prawie połowę pobyt w Kolumbii. Czemu? Zobaczcie fotki:
























    Było tak kolorowo:




    Tak gorąco i relaksująco:




    I tak smacznie:





    Po Cartagenie i całonocnej podróży autobusem przez góry trafiliśmy do Medellin – miasta Pablo Escobara. Niestety najchętniej nie wychodzilibyśmy z hostelu, bo tak tam nieciekawe i jak tylko odjedziesz na 100m od najbardziej turystycznych miejsc, ktoś zwraca uwagę, żeby lepiej nie iść dalej. Sama podróż była o tyle ciekawa, że odbywała się w nocy z niedzielę na poniedziałek. U nas ludzie szykują się do pracy, a tam impreza. Co jakiś czas przejeżdża się przez wieś, w której jeden garaż przerobiony jest na knajpę ze starymi, połamanymi krzesłami, gołymi żarówkami jako żyrandole, muzyką i tańcami. Za to lubię Kolumbijczyków! Nawet jak nie mają wiele, to potrafią się świetnie bawić. A kiedy widzi się Kolumbijczyka w tańcu, lepiej się nie ośmieszać, stanąć pod ścianą i podziwiać. Maja to we krwi, serio!

    Medellin:








    Już następnego dnia siedzieliśmy w busie do Bogoty. 12 godzin totalnej trzęsawki w jeździe przez góry. Prawo, lewo, dół, góra, lewo, góra, prawo, dół. Nie zjedliśmy śniadania przed wyjazdem i byliśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi, bo i tak były problemy, żeby utrzymać wczorajszą kolację w żołądku. Wyprzedzanie pod górę, na zakręcie, po kilka ciężarówek. Jak ktoś wyjechał z naprzeciwka, to się zatrzymywał i czekał. Pełna kultura Wieczorem zrozumiałem też dlaczego mają białe koguty na dachach – za zakrętem dokładnie widać, ze coś nadjeżdża. Po drugiej stronie przełęczy widać co chwilę migające światła.

    W Bogocie odebrała nas koleżanka z rodziną, u której także poprzednio się zatrzymałem. Miasto jest bardzo fajne. Stare, przeplata się z nowym, luksus z biedą. Pełno tam kontrastów i latynoskości. Ludzie wydają się być dumni z tego, że są Kolumbijczykami. Jedyne, co ich złości to opinia wypracowana dzięki niewielkiej grupie ludzi, a co za tym idzie problemy z wyjechaniem gdziekolwiek. Ponoć jest tak, że jak partyzantka wchodzi do wsi, masz wybór albo dla nich pracować i uprawiać kokę, albo wypier**lać. Wielu decyduje się na wyjazd i tak powstają slumsy. Nie tylko to jest powodem, ale to jeden z nich. Z tego, co czytałem i widziałem, to Kolumbia jest bardzo dynamicznym i nowoczesnym krajem – np. w porównaniu do Peru, Ekwadoru, czy Wenezueli.

    Parę zdjęć z Bogoty i okolic:














    Znajomi Kolumbijczycy:


    Powrót z Bogoty do USA także pokazał nam, że Latynosi lubują się w dużych ilościach bagaży i nie przejmują się zbytnio czasem. Z Bogoty był tylko nasz lot Spiritem, stawiliśmy się na 3,5h przed odlotem i niestety nikt nas nie poprosił na 40 min przed odlotem na początek kolejki, bo cała kolejka była na ten sam lot. Po wypisaniu, tak wypisaniu, karty pokładowej, biegiem przez wielokrotne kontrole (security, paszportowa, jeszcze raz dokładniejsze security), stawiliśmy się przy bramce na 10 min. przed odlotem. Zastanawiałem się jak zdąży reszta ludzi, którzy stali w długiej kolejce za nami. Samolot był jednak pełen, wyleciał z zaledwie niewielkim opóźnieniem, więc chyba dali rade.



    Nasza bryka:




    W Miami nie mieliśmy wiele do robienia. Na wyjazdy do parków narodowych nie bardzo mieliśmy kasę, a w samym mieście też niewiele było do roboty, więc jeden dzień przeleżeliśmy na plaży, a drugi był zabójczy dla budżetu wycieczki i naszych portfeli, bo wybraliśmy się na zakupy do CH handlowego położonego 30 km od naszego hostelu. Google maps pokazuje, że podróż trwa 23 min. autem. Nam, amerykańską komunikacją miejską, dojazd do malla zajął nieco ponad 3h, a powrót ponad 4. O północy padliśmy, ale było warto





    Jeszcze jednym zajęciem, które nas absorbowało, było sprawdzanie opóźnień lotu Air Berlin do Dubaju. Było to dla nas istotne, bo (oczywiście w promocji) kupiliśmy bilet na pociąg z Berlina do Warszawy, którego nie można było zwrócić, a na przesiadkę mieliśmy 4h. 2h opóźnienia do Dubaju nie napawało optymizmem, ale też specjalnie nie martwiło. Z Dubaju samolot wrócił z opóźnieniem 2,5h. Do Miami złapał kolejne pół godziny, a my w tym czasie jedliśmy całkiem smaczną pizzę za vouchery. Na szczęście nie pojawiały się kolejne przeszkody i na Berlin Hbf byliśmy godzinę przed odjazdem pociągu. Lot zupełnie bezproblemowy, może oprócz tego, że zawieszał się system rozrywki (a był wspólny dla wszystkich) i kiedy go resetowano wszystko zaczynało się od nowa. Było tak w jedną i w drugą stronę.



    MIA:















    Aha, jeszcze jedna rzecz. Chociaż od ponad 2 miesięcy nie widziałem amerykańskiej ziemi, to dla urzędników ciągle przebywam w Stanach. Kiedy czekaliśmy przed bramką na samolot to Berlina, zauważyliśmy, że nie było Immigration, które by na zabrało papiery (taką białą kartkę, którą się dostaje przy wjeździe). Idę więc do Pana z TSA (Security) i się pytam komu mam to oddać, a on do mnie: „I’m from TSA, that means Security. And this is for Immigration. Hold it and don’t lose it.” Problem w tym, że nie było nikogo z Immigration, więc papier wrócił do Polski. W ambasadzie powiedzieli mi, że oficjalnie nadal przebywamy w USA i podali adres gdzie trzeba przesłać białą kartkę, boarding pass (dziewczyna wywaliła, więc kombinowaliśmy potwierdzenie od linii) i wyciąg z karty płatniczej, że płaciłem nią poza USA. Przez to, że w MIA nie było urzędnika…

    Jeśli macie te 2 rzeczy razem, to znaczy, że coś jest nie tak:


    Mam nadzieję, że nie zanudziłem.

  2. #2

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Bardzo ciekawa relacja! Zacheciles mnie bardzo do Kolumbii, nie mialem pojecia, ze jest tam tak pieknie!
    Pozdrawiam
    TOWA TEI!!

  3. #3
    Awatar SkyGuy

    Dołączył
    Jan 2011
    Mieszka w
    Berlin, Germany, Germany

    Domyślnie

    Swietna i interesujaca relacja! MIA znam, ale nie moge tego powiedziec o Kolumbii i z ciekawoscia obejrzalem focie i czytalem.
    Co do tej bialej kartki to trzeba to zalatwic, bo moja znajoma miala z tego powodu powazne problemy przy ponownym wjezdzie do US.

  4. #4
    Awatar PolishAir42

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Ft. Lauderdale/Miami, FL - USA
    Wpisów
    110

    Domyślnie

    Dobre to wszystko.

    Spirit...heheh

    a komunikacja miejska poza Chicago, SF, i NYC to jest hardcore w USA. Wg. mnie mogla by nie istniec i to samo byloby.
    Ostatnio w Blogu: Easy in AUA

    Pics - www.nonreving.com


  5. #5

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Kartke powinienes dac agentowi przy gate. Dotychczas tylko raz spotkalem sie z sytuacja aby ktos z immigration byl przy boardingu.

  6. #6
    Awatar michastrain

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    Suwałki / Warszawa

    Domyślnie

    Dzięki za miłe słowa!

    Cytat Zamieszczone przez PolishAir42 Zobacz posta
    Dobre to wszystko.

    Spirit...heheh

    a komunikacja miejska poza Chicago, SF, i NYC to jest hardcore w USA. Wg. mnie mogla by nie istniec i to samo byloby.
    Może nawet i lepiej by było, gdyby tej komunikacji nie było, bo człowiek od razu by sobie inny transport zorganizował, a nie się wkurzał Najbardziej wkurza mnie to, że Amerykanie, którzy lubią marnotrawić wszystko, żałują kilku kartek i trochę tuszu, żeby wydrukować rozkład jazdy i zawiesić go na przystanku.

    Cytat Zamieszczone przez SPlDER Zobacz posta
    Kartke powinienes dac agentowi przy gate. Dotychczas tylko raz spotkalem sie z sytuacja aby ktos z immigration byl przy boardingu.
    To był mój trzeci pobyt w USA i pierwszy raz wylatywałem z miasta innego, niż NYC. Tam zawsze był jakiś człowiek, który zabierał te karteczki zaraz za security i myślałem, że to standard. Jak wylatywaliśmy do Kolumbii z FLL to babka przy check-in zabrała nam te karteczki i byłem tak przekonany, że zabierają je za security, że się cofnąłem do niej i powiedziałem, żeby oddała, ale stwierdziła że ona zbiera i kiedy zobaczyłem całe biurko w tych karteczkach stwierdziłem, że chyba nie ściemnia. Cała pepierologia będzie niedługo wysłana, żeby uniknąć problemów przy następnym wjeździe.

  7. #7
    Awatar Kac_r

    Dołączył
    May 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie

    Super relacja. Rewelacyjnie się czytało, wielkie dzięki : ).

    Mam tylko jedno pytanie - Dlaczego zamazujesz nazwisko ? Jesteś poszukiwany ?

    pozdrawiam

  8. #8
    Awatar michastrain

    Dołączył
    Jan 2010
    Mieszka w
    Suwałki / Warszawa

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Kac_r Zobacz posta
    Mam tylko jedno pytanie - Dlaczego zamazujesz nazwisko ? Jesteś poszukiwany ?
    Zasłaniam, bo się boję ustawy o ochronie danych osobowych - nie wiadomo kto jak ją zinterpretuje. Może ujawniłbym coś, czego nie wolno Albo może dlatego, że jak się pisze, że się jeździ do Kolumbii, to tylko niektórzy pomyślą, że przywozisz wyśmienitą kawę (swoją drogą ostro mnie sprawdzali z nią w FLL). Reszta jeszcze wyobrazi sobie tony białego proszku i będą mnie próbowali zidentyfikować. A tak naprawdę nie wiem czemu

  9. #9
    Awatar PolishAir42

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Ft. Lauderdale/Miami, FL - USA
    Wpisów
    110

    Domyślnie


    Polecamy

    Może nawet i lepiej by było, gdyby tej komunikacji nie było, bo człowiek od razu by sobie inny transport zorganizował, a nie się wkurzał Najbardziej wkurza mnie to, że Amerykanie, którzy lubią marnotrawić wszystko, żałują kilku kartek i trochę tuszu, żeby wydrukować rozkład jazdy i zawiesić go na przystanku.
    Wiem..to jest dziwne i w tym samym czasie glupie ze tego nie robia.
    Ostatnio w Blogu: Easy in AUA

    Pics - www.nonreving.com


LinkBacks (?)

  1. 07-02-2012, 17:16
  2. 06-02-2012, 11:20

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •