Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 44
Like Tree35Likes

Wątek: GDN-FRA-ICN-SYD-ICN-FRA-GDN. Pierwsza podróż w życiu.

  1. #1
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie GDN-FRA-ICN-SYD-ICN-FRA-GDN. Pierwsza podróż w życiu.


    Polecamy

    Kierunek Sydney.
    Czas pobytu: 3 tygodnie.
    Powód: Zwiedzanie.

    Po decyzji o wylocie przyszedł czas na załatwianie formalności. Wiza załatwiona przez Internet, uzyskana w dwa dni. Ważna rok, za jednym razem można zostać 3 miesiące, ale można wielokrotnie powracać do Australii. Wybór linii lotniczych padł na kombinację LOTu i Korean Air... z prostego powodu – najniższa cena (4200 zł). Podróż do SYD – 37h, z SYD 76 h 40 min.


    I nadszedł dzień wyjazdu.
    Warto wspomnieć, że jedyne czym latałam do tej pory, to szybowiec.

    Godzina 6.20 na GDN prawie nikogo. Szybko i sprawnie załatwiona karta pokładowa, oczywiście tylko na GDN-FRA. Resztę będę musiała załatwić sobie we FRA. Bagaż nadany do SYD od razu. Ze stresu przed pierwszym lotem... i przed tak daleką podróżą zapomniałam, że mam aparat więc zdjęć z tej części wycieczki nie posiadam. Tłumek się uzbierał, zaczął się boarding. Po wyjściu z autobusiku pojawiła się pierwsza myśl – „takie małe? ”. Embraer 175 nie zrobił wrażenia, niestety. Ekipa uśmiechnięta, miła i sympatyczna. Lot bezproblemowy, o czasie. Kołowanie na FRA zajęło chyba z rok... a na pewno 10 min. Podróż autobusem trwała kolejne 5. Po dotarciu trzeba było się udać do drugiego terminalu, co uczyniłam SkyLinem. Lotnisko oznakowane i opisane na tyle dobrze, że bezproblemowo trafiłam. Na drugim terminalu udałam się do check- inów żeby się odprawić w maszynce Koreana.... ale niestety... ERROR, więc czekać do 15.30 co by się Korean otworzył. Krótkie zwiedzanie terminalu, kawa, krzyżówki i zorientowanie się co mnie czeka dalej, i wybiła 15.30.
    Jedna obserwacja, lotnisko jest pełne policjantów i sprzątaczek.
    Szybko załatwione karty na obydwa następne loty. Miejsca wybrane były miesiąc wcześniej, więc bez problemów. Udałam się pod gate... znalazłam bardzo wygodne miejsca, chwile się przespałam, poczytałam i relaksik. Na 10 min przed boardingiem spacerek do security i całej reszty. Ze stresu chyba i z powodu dziwnego akcentu nie rozumiałam połowy słów które do mnie mówiono. Połączenie niemieckiego, angielskiego i chyba miał być to polski, nie najlepiej wychodziło niestety. Przyczepili się do dodatkowego obiektywu... przetestowali na wypadek zawartości w nim materiałów wybuchowych. A że nie było... puścili dalej. Po sprawdzenie dokumentów rozłożyłam się na fotelach i obserwowałam dwójkę amerykanów która uważała się za władców świata i na wszystkich patrzyła jak na plebs... zabawnie się obserwuje takich ludzi. Po chwili do samolotu (B 777-300), zająć miejsce. Pierwsza niespodzianka.... cała trójka MOJA!.
    Radość nie trwała długo, gdyż po kilku minutach stewardesa zapytała się czy ktoś nie mógłby się dosiąść a ja zestrachana i nie myśląca, że może to być problemem , zgodziłam się. No ale dwa miejsca nadal były moje. Oczywiście w 30 sekund cały system pokładowej rozrywki był już rozgryziony, filmy do obejrzenia wybrane i seans kinowy się rozpoczął. Słuchawki własne, więc wyciszenie bardzo dobre... co prawda, nie było to takie proste. Jako blondynce doszukanie się gniazdka do słuchawek trochę mi zajęło, skąd miałam wiedzieć że w podłokietniku? No skąd? Na szczęście wypatrzyłam u bardziej obeznanych ! Przy okazji, nie wiem po kiego nabyłam przejściówkę specjalistyczną, bez której podobno nie można podłączyć zwykłych słuchawek. W żadnym z kolejnych pojazdów to urządzenie nie miało zastosowania.
    Samolot bardzo przyjemny, kocyk, podusia, woda już na mnie czekały. W czasie lotu dostałam jeszcze kapciuszki i słuchawki no i szczoteczkę do zębów i pastę.
    Co do jedzenia, wybrałam rezerwując sobie miejsca, posiłki niskotłuszczowe, co by jakoś przeżyć 3 dni podróży. Dodatkowo, posiłek dostawałam jako pierwsza. Po zajęciu miejsca stewka podeszła z pytaniem czy ja to ja i nakleiła na fotelu jakiś znaczek. Pewnie info, że z tym paxem należy uważać. Jedzenie było bardzo smaczne, chociaż mogliby nie podawać jajek. Ale jedzenie dobre i syte. Dwa ciepłe posiłki, plus orzeszki. Picie do oporu, no i zawsze można było poprosić o coś dodatkowego. Plus ciepły ręczniczek. Absolutnie nie było na co narzekać... w tej kwestii. Tu dochodzimy do etapu zamykania okien. Ja rozumiem, że wylecieliśmy późno, było ciemno, interesanci poszli spać. Ale nie wszyscy, w tym i ja. Próbowałam co prawda, ale dwie godziny to było moje maksimum. Przewracanie się na wszystkie możliwe strony, zapięte pasy przez turbulencje skutecznie utrudniały wybranie odpowiedniej pozycji. No ale jak kazano tak zrobiłam, okno zasłoniłam. Kamery nie działały więc nie dało się niczego podejrzeć. Na cztery godziny przed przylotem chciałam sobie podejrzeć co się dzieje na zewnątrz, fakt, że odsłonięcie nawet minimalne skutecznie rozświetlało wnętrze samolotu, ale właśnie po to wymyślone opaski na oczy.... co by nie było problemu jeżeli ktoś chcę spać. No ale zaraz przybiegła stewka, że mam natychmiast zamknąć okno.... no to siedziałam i oglądałam kolejny film....po to właśnie wybrałam miejsce przy oknie, żeby siedzieć przy zasłoniętym... Się mówi trudno.

    Po dolocie do ICN, przejście na transfer, tym razem przyczepili się do spinki na banknoty, zero kontaktu, obsługa pracuje jak roboty, zero uśmiechu, ospali, wszystko trwało wieczność. No ale w końcu puścili. Weszłam na górę... i zaskoczenie.... piękne lotnisko! Jasne, ogromne i prawie puste.... rewelacja. Po wyczytaniu o darmowym Internecie udałam się na poszukiwania owego miejsca, znalezione bez problemu. Naver squere, moje okno na świat!

    Maile wysłane, posprawdzane inne, różne sprawy załatwione, i udałam się na dalszy spacer. Po ochłonięciu przypomniałam sobie o aparacie.... ale baterie się poddały szybciej niż zrobiłam pierwsze zdjęcie. I fotek nie będzie. Połaziłam, znalazłam gate, lotnisko bardzo dobrze i czytelnie opisane. Wróciłam do squerku i dalej sobie pisałam maile.
    Na 5 min przed boardingiem udałam się pod gate.... kolejka się do economy już ustawiła, więc sobie spokojnie usiadłam i czekałam aż się tłum zmniejszy. W międzyczasie obserwowałam miłą panią z identyfikatorem na szyi która to wyłapywała sobie z kolejki jakiś ludzi i sprawdzała ich paszporty, wypytywała się co robią i po co lecą do SYD. Oho pomyślałam sobie, to jak i we FRA i w ICN przyczepili mi się do czegoś w bagażu, to SYD będzie najgorszym lotniskiem (się naoglądało dziecko serialu Border Security). Mnie akurat dodatkowe sprawdzanie ominęło, tylko jeszcze przed wejściem do samolotu dodatkowe sprawdzenie bagażu na posiadanie butelek i innych tego typu, do samolotu i o moje szczęście! Samolot podmienili (zamiast B 747 podstawili B 777-200) z mojej trójki (rząd 39) zrobiła się dwójka i..... cała MOJA! Rewelacja, od razu nogi na siedzenie, po wyrównaniu lotu i skończeniu pierwszego filmu rozłożyłam się wygodnie, przespałam chwilę do posiłku, potem znowu w kimę i lot uznałam za najlepszy z dotychczasowych, chociaż turbulencje były spore.
    Tu się już nikt nie czepiał okienek, na żadnym etapie lotu. I bardzo miło

    Po wylądowaniu i wypełnieniu deklaracji udałam się do kolejki po pieczątkę! Pierwsza w moim dziewiczym paszporcie! Miły, uśmiechnięty pan (G’day) zapytał w jakim celu przyjechałam, sprawdził wizę w komputerku, wbił piękną wyraźną i cudowną pieczątkę i życzył miłego pobytu

    Z wyraźnym bananem na twarzy poszłam w poszukiwaniu bagażu, na który trzeba było trochę poczekać, w międzyczasie kolejny miły i uśmiechnięty pan sprawdzał deklaracje, jako że zaznaczyłam prawie wszystko uśmiechnął się tylko coś tam zaznaczył oddał i poszedł dalej. W końcu moja torba gigant przyjechała, zawlokłam czemadan na wózek i w dalszą drogę. Po sprawdzeniu deklaracji kazano mi iść na lewo... oczywiście poszłam na prawo hehe ale się poprawiłam Miła pani po sprawdzeniu papierków pokazała gdzie iść, powiedziała cześć (po polsku) No i jak nie lubić Australijczyków?. Szybkie skanowanie i już.... bez problemu, bez zdejmowania butów, z obiektywem, ze szpilą do mamony i wio! W miasto!!
    DOLECIAŁAM!

    Pierwsze wrażenie.... jacy Australijczycy są mili i jakie tu są szerokie drogi i dlaczego wsiadać do samochodu trzeba z lewej strony!!

    Do nowego domu 40 km, szybko bez problemu. Prysznic i dojść do siebie!

    Sydney to miasto gigant... Opera i most to 1/1000000 tego co warto w Sydney zobaczyć i gdzie warto być. Nie jestem typową turystką, nie chodzę z przewodnikiem czy z mapą. Nie mam listy miejsc do odhaczenia. Nie zależy mi aby zobaczyć wszystko, mogę dziesięć razy być w jednym miejscu i zawsze coś nowego znajdę. Żeby opisać całe 3 tygodnie to za mało miejsca.... więc pozostawię zdjęcia i dwa zdania.

    Sydney, to multikulturowość, multijęzykowość, to słońce, to ferry, to ocean, to wombaty, meat pie, to hyde park, ogród botaniczny, to biznesmeni czytający książki siedząc na trawie, to bieganie (wszyscy i wszędzie), to Vegimite i Milo, to Rocks, to Manly, to Palm Beach! Sydney to 38 „rejonów” i ponad 4,7 mln ludzi...

    Manly



    Promowe



    Palm Beach

    Cockatoo Island



    Koala Park





    Centrum


    Słynny Tiger w słynnym Harry's Cafe de Wheels na Woolloomooloo.

    Wszechobecne ptoki

    Ibis na talerzu.

    The Rocks



    Tak też można.





    Powrót rozpoczął się w sydneyską środę o 5 rano kiedy to trzeba było wyjechać. Bagaż oczywiście cięższy niż przed przyjazdem, więc szybko po wózek.... 4$ to mimo wszystko dużo, nie ja płaciłam, więc nie mój ból. Check in szybko i sprawnie, security i inne pieczątki też szybko i sprawnie.
    Kilka zdjęć z lotniska, było dość ciemno, więc nie wiele widać.








    Samolot już czekał (B 777-200), boarding miał się zacząć o 7.30 zaczął się 20 min później.... cały samolot napchany po dach! To nie było przyjemne.
    Ustawiliśmy się w dość długiej kolejce do startu, przed nami było chyba z 5 samolotów. Ale w końcu przyszła pora i na nas.
    Obok mnie usiadły dwie Koreanki, które od razu po zapięciu pasów.... zasnęły....nie wierciły się ok, ale żeby przejść trzeba było się nieźle nagimnastykować, dlatego uczyniłam to tylko raz.
    Po raz pierwszy rozumiałam co mówił pilot po angielsku. Dwa poprzednie loty, to było tylko wyłapywanie miast i długości lotu, a teraz? wszystko pięknie powiedziane z australijskim akcentem. Ponieważ czekała mnie noc w hotelu stwierdziłam, że nawet nie będę próbowała zasnąć. Więc obejrzałam wszystkie nie obejrzane filmy, nasłuchałam się muzyki i jakoś się udało. Jedzenie ponownie dobre. Ryba w sosie pomidorowo kaparowym. Jak poprzednio, sok, owoce, bułeczka. Drugiego ciepłego posiłku niestety nie pamiętam.
    Po wylądowaniu jedyna myśl : jak najszybciej do hotelu!
    Dzięki forum (dziękuje bardzo!! ), dowiedziałam się, że linie koreańskie zapewniają hotel w Seoulu jeżeli ma się nockę. Przeszukiwania Internetu doprowadziły mnie tylko na kolejne fora na których był ten sam wątek, dlatego ku rozwianiu wątpliwości napisałam do przewoźnika. Po dwóch dniach dostałam odpowiedź : hotel, transport do i z i śniadanie załatwione. Oczywiście bez żadnych dodatkowych kosztów. Dostałam numer rezerwacji, po przylocie do ICN miałam udać się do Korean desk i już.
    Prawie biegiem udałam się do kontroli paszportowej. Zeskanowane dwa paluszki, zdjęcie zrobione i w drogę. Przyznam się, że prawie się zgubiłam dlatego wyłapywałam ludzi z którymi leciałam i biegłam za nimi.
    I tak dobiegłam do security. Nauczona z australijskich deklaracji : nie jesteś pewna, zaznacz, zaznaczyłam że posiadam owoce warzywa i inne, bo miałam orzechy... żeby się nie czepiali. Angielski Koreanki pozwalał nam na rozmowę na migi. Okazało się, że miałam zaznaczyć nie... i mnie puścili. Bez skanowania, bez niczego. W głowie i tak miałam jedną myśl... hotel! Szybko przebiec na drugą stronę lotniska (lotnisko gigant), do desku Korean.

    Pokazałam kartę pokładową na następny lot, uśmiechnięta pani powiedziała, że mam się udać do miłego machającego ręką pana po voucher. Podeszłam, podałam kilka informacji – numery lotów, czy podróżuję sama, dostałam voucher na pobyt w Hyattcie....
    1. WOW! Dodatkowo dostałam voucher nie tylko na śniadanie ale i na obiadokolacje. Pełen furaż. Pan kazał poczekać 20 min, po czym przyjechał autokar zabrał nas wszystkich i po 4 min drogi podjechaliśmy pod hotel, po wejściu....
    2. WOW! marmury i insze, przemili uśmiechnięci panowie kierujący do recepcji i podający karty do wypełnienia, 5 minut i klucz do mojego pokoju już w moim ręku! Recepcjonista zablokował mój pokój ze względu na nieposiadanie karty kredytowej i dobrze. Kolejny miły pan pokazał drogę do windy po drodze poinformował gdzie będzie śniadanie, gdzie obiad , gdzie jest basen i insze. Pokazano jak używać windy (a niby takie to proste – jakaś Australijka też nie umiała uruchomić aparatury). 9. piętro... pokój....
    3. WOW! Nigdy do tej pory nie mieszkałam w tak luksusowym hotelu! Łazienka przepiękna, łóżko wygodne, klimatyzacja działa, dwie butle wody mineralnej, czajnik, kawka, herbatka....








    WOW! numer 4.
    Kąpiel z bąbelkami, kawka w wygodnym fotelu i pora zejść na kolację. I tu...
    WOW nr 5! Cudowne jedzenie! Oczywiście w formie bufetu! Ryż jaśminowy, pieczony łosoś z koperkiem, kurczak teryaki, zupa dyniowa, krewetki, pieczywo, wędliny, sery, owoce, ciasta! PYCHA! mogłabym tam zamieszkać. Woda co chwilę dolewana, soki, alkohole, herbaty i insze za dodatkową opłatą. EH... do pokoju odsapnąć po obżarstwie. W telewizorni mają dwa ciekawe programy Kanał 1. tablica odlotów, Kanał 2. tablica przylotów. Lotnisko na wyspie ma swój ogromy plus, żyje całą dobę. 00:05 to też pora na odloty czy tam przyloty a co. Pora iść spać.
    Aha, jeszcze taki mały myk. Gdyby ktoś chciał opuścić Hotel Hyatt Regency w Seoulu bez płacenia w recepcji, to proszę uprzejmie. Tu jest hak a w schowku jest lina . Przypinamy, wyskakujemy i już. Proszę bardzo.

    Rano pobudka, prysznic, i na śniadanie.... Przedtem można poćwiczyć razem z grupą budowlańców widoczną z okna.






    WOW numer 6! Po jednej stronie ciepłe jedzonko, w tym świeżo przygotowywane potrawy jajeczne, sery, wędliny itp. Po drugiej stronie soki, płatki itp. Ja wybrałam cudowne dim sum z krewetkami (teoria jedz to, czego w domu nie masz na codzień... bo po co najadać się jajecznicą?) , soczek owocowy i sałatkę owocową. Tutaj już gratisowo była kawa i herbata. Najadłam się jak głupia. Check in był o 10.30 ale już o 9.30 postanowiłam udać się na lotnisko, skoro pamiętałam o aparacie można byłoby nadrobić stracony czas, poza tym Internet czeka. Trochę łażenia po lotnisku i do odprawy, tym razem nie spodobały się baterie i nie wyjęty z kieszeni telefon. Prawie że osobista, powyciągali wszystko z mozolnie zapakowanej torby, znaleźli baterie pomruczeli coś i puścili. No i znowu jestem na znanym terenie! Super. Foty poniżej (kilka jeszcze wcześniejszych fot).












    Kilka razy na dzień a nawet i częściej po lotnisku wędruje grupka Koreańczyków w tradycyjnych strojach, niestety dokładnie o co chodzi nie dane mi było się dowiedzieć.

    W dwóch miejscach znajdują się również punkty kultury koreańskiej, gdzie można za darmo porobić różne ciekawe rzeczy jak np. słuchanie tradycyjnej muzyki, albo własnoręcznie wykonane elementu sztuki koreańskiej.


    Przy okazji mała uwaga. W Korei nie działają komórki „niższego sortu”. Nie znam się na tym ale zwykła Nokia 5130 nie zalogowała się natomiast Nokia N97, proszę bardzo. Ale za to na lotnisku pełno jest wypożyczalni komórek także jak ktoś na dłużej, problemu nie ma.

    Z doświadczeń z poprzednich lotów wiem, że nie należy się spieszyć do boardingu, nawet 10 minut po czasie kolejka będzie długa, zwłaszcza przy A380. Ale przyszłam 5 minut przed czasem, żeby zrobić jeszcze zdjęcie rydwanowi i akurat otworzyli gate, to co będę czekać. Na pokładzie. Fotel ani większy, ani wygodniejszy. Jedyne co... kamery na samolocie działały. Filmy były nowe i to wszystko. Samolot ponownie nabity po dach, dwie Koreanki wybierające się do Europy na wycieczkę na trasie: Niemcy, Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Niemcy (podejrzałam mapki jakie miały na stolikach) tak jak swoje poprzednie koleżanki zasnęły zaraz po starcie ale tym razem... wierciły się niemiłosiernie skutecznie utrudniając nic nie robienie. Przylot do FRA planowo, na terenach zielonych na lotnisku, mnóstwo ptaków... dziwne. Nie gonią ich?. Znowu kołowanie, tym razem krótsze. Do kontroli paszportowej, o dziwo trwało to wieki. Kiedy w końcu bardzo niemiły i nieuprzejmy Niemiec wziął mój paszport, wypadł z niego bilet na bagaż, z miny stróża wywnioskowałam, że powinnam poczuć się największą idiotką świata i powinnam go przeprosić błagając o przebaczenie... ale cóż...Znużona, śpiąca, zmęczona, wkurzona, jak najszybciej udałam się do kiosku kupić Frankfurt Card (na dwa dni kosztuje 13,50 ojro) co by mieć bilet i zniżki i do HOTELU!. Kolejka planowo przyjechała po 15min, szybko do centrum, na trzecim przystanku wysiąść. Hotel na LudwigStrase (Bristol Hotel-jest pełno hoteli bliżej lotniska, ale pomyślałam, że raz się żyje i zaszaleje) piechotą jakieś 5 minut. Już nie bardzo wiedziałam kim jestem, gdzie jestem i co tak właściwie chcę zrobić. Było po 19, na wejściu do hotelu wystrzeliłam z Good Morning... a co, kto bogatemu zabroni. Recepcjonista zrozumiał moje zagmatwanie kiedy powiedziałam, że podróżuję od 3 dni i przyleciałam z SYD. Szybko załatwiona sprawa, do pokoju... no Hyatt to to nie jest. Łazienka więcej niż klaustrofobiczna, dodatkowo brak czajnika. Ale byłam tak zmęczona że padłam, obudziłam się o 2. w nocy... w telewizji był program o pociągach... skutecznie mnie to uśpiło.

    Rano pobudka, śniadanie, chwila na chodzenie po FRA i na lotnisko. W planach było chodzenie i zwiedzanie, ale nie byłam w stanie psychicznie podołać temu wyzwaniu. Jedna obserwacja: miasto wymarłe, o godz. 10 rano nikogo tam nie ma! , dworzec kolejek podmiejskich... śmierdzi i to mało powiedziane. Na lotnisko, karta pokładowa uzyskana w maszynce w przeciągu 30 sekund. Do paszportowej, miły Niemiec powiedział dziękuje po polsku, ja mu po angielsku też podziękowałam. Znalazłam gate i poszłam spać na foteliku. Po obudzeniu wyciągnęłam aparat i porobiłam kilka zdjęć.














    W międzyczasie trzech panów przepytywało podróżnych do Genewy, o co dokładnie się pytali i kim byli nie wiem. Dodatkowo patrol policji sprawdzał dziwnie wyglądających pasażerów, chociaż podchodzili do sprawy bardziej rasistowsko chyba. Bo mogę szczerze powiedzieć, że zachowywałam się jak na prochach, a sprawdzili młodą Kubankę która sobie zajadała kanapkę.
    Do Gdańska leciał malusieńki (po A380) CRJ 700 Lufthansy. Powoziła Frau , nie pamiętam jak jej było, powiedzmy Schmid. Latanie miała w genach, nadrobiła 20 minut opóźnienia i usiadła w Rębiechowie jak na stole. Autobusik (obok z Wizza na piechotkę drałowali), waliza i do domu.



    Ułą, trochę się tego zrobiło. Ciekawe czy ktoś dotrwa do końca
    Pierwsze loty, pierwsze emocje. A teraz...szybko zbierać kasę i lecieć z powrotem.

    Podsumowanie z pierwszych doświadczeń samolotowych:
    1. Samoloty robią duże wrażenie, ale tylko swoim zewnętrznym pięknem.
    2. Jakie to jest głośne! Jak stewki bez słuchawek mogą tam myśleć i funkcjonować, nie mam pojęcia.
    3. Wybór posiłku specjalnego to całkiem dobra sprawa. Jedzenie dobre, dostaję się w pierwszej kolejności.
    4. Fotele są małe...ale tylko i wyłącznie dla ludzie bardzo otyłych. Jak ludzie o normalnych wymiarach mogą narzekać nie mam pojęcia, chyba tylko po to by się czymś zająć. Faktycznie, bardzo wysocy mają gorzej, przy moim 176 miałam ok. 15 cm do fotela więc dla wyższych komfort już jest mniejszy.
    5. Miejsce przy oknie rewelacja, o ile nie każą zasłaniać okien. Dwójkowe miejsca rewelacyjne (zwłaszcza, jeżeli drugie miejsce jest wolne).
    6. Dobre słuchawki to podstawa na długie loty.
    7. Podróż, która z przerwami trwa ponad 70 h to niezbyt przyjemne doświadczenie, chociaż darmowa noc w Hyattcie może to jakoś wynagrodzić.

  2. #2

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    WAW / MMZ

    Domyślnie

    Pięknie Jeszcze nie doczytałem do końca ale muszę napisać, że pozazdrościć

  3. #3
    Awatar Darecki

    Dołączył
    Apr 2010
    Mieszka w
    Płock

    Domyślnie

    No Studentko bardzo ciekawa relacja Pierwsze koty za płoty!

  4. #4
    Awatar mar941

    Dołączył
    Apr 2011

    Domyślnie

    Całkiem, całkiem

  5. #5
    Awatar Arthur1975

    Dołączył
    Dec 2007
    Mieszka w
    Belfast

    Domyślnie

    Narracja ,bomba
    Come on Arsenal--))

  6. #6
    Awatar Pavulon_

    Dołączył
    Dec 2011
    Mieszka w
    PL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Arthur1975 Zobacz posta
    Narracja ,bomba

    mnie również urzekło

    gratuluje wspaniałej podróży i wrażeń !!

  7. #7

    Dołączył
    Dec 2009

    Domyślnie

    Bardzo ciekawie sie czytało-widać, że kobieta pisała

  8. #8
    Awatar tinek6

    Dołączył
    Nov 2011
    Mieszka w
    Nowa Iwiczna

    Domyślnie

    Miodzio

  9. #9
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie

    Dziękuje bardzo za pozytywne słowa Pierwsza podróż, więc nawet najdrobniejszy szczegół był istotny i w większości nawet zapamiętany! Dużo tego wszystkiego i zapomniałam dopisać, że oczywiście mecz AFL na żywo był! I mecz NRL również!

  10. #10
    Awatar SkyGuy

    Dołączył
    Jan 2011
    Mieszka w
    Berlin, Germany, Germany

    Domyślnie

    Bardzo interesujaca relacja, wspaniala podroz, milo sie czytalo

  11. #11

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Zwykle mało komentuję relacje, ale... zdecydowanie najfajniejsza relacja, jaką kiedykolwiek czytałem! Zgadzam się z poprzednikami - super opisana! W ogóle i cała relacja, i podróż super! Zazdroszczę
    PS. Strasznie podobają mi się uniformy stewek z Koreana


  12. #12
    Skyfighter
    Goście

    Domyślnie

    Fajowo Uwielbiam relacje z Oceanii.

  13. #13

    Dołączył
    Apr 2010

    Domyślnie

    Swietna jest ta fascynacja bijaca z narracji!
    Gratuluję wycieczki
    Sebek1994 and aisle seat like this.

  14. #14
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie

    Dzięki wielkie. Fakt fascynacja była, jest i będzie ogromna. Nowe doświadczenia są super! Heh.
    Jeszcze kilka lotniczych fotek.

    Olbrzym


    A tu nie wiem co taki o stał sobie we FRA.



    Jak on tak blisko gdańska przelatuje to nie wiem po co do FRA musiałam lecieć Mógłby usiąść na chwilkę w GDN i byłoby po sprawie!


  15. #15
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie

    Uniformy fajne faktycznie. Apaszka jest ekstra heh. Stewki wyglądają bardzo elegancko, a większość dodatkowo jest naprawdę ładna!
    Sebek1994 likes this.

  16. #16
    Awatar tinek6

    Dołączył
    Nov 2011
    Mieszka w
    Nowa Iwiczna

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Studentka Zobacz posta
    A tu nie wiem co taki o stał sobie we FRA.
    PrivatAir Boeing 737-800 latający dla Lufthansy o ile się nie mylę to w konfiguracji Full Business.

  17. #17

    Dołączył
    Apr 2011

    Domyślnie

    Świetnie się czytało i mam nadzieje że nie zamierzasz przestać latać i opisywać

  18. #18

    Dołączył
    Apr 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Masz dziewczyno talent do pisania, rewelacyjna narracja, świetnie się czytało!

  19. #19
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie

    Dzięki wielkie. Myślałam, że zdjęcia będą lepsze niż pisanina a tu o Miłe zaskoczenie hehe. Dopiero zaczynam latać więc na pewno jeszcze jakieś opowieści się pojawią.

  20. #20
    Awatar Studentka

    Dołączył
    Jul 2010
    Mieszka w
    Gdynia

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez tinek6 Zobacz posta
    PrivatAir Boeing 737-800 latający dla Lufthansy o ile się nie mylę to w konfiguracji Full Business.
    O! Db wiedzieć. To do takich rydwanów te wszystkie Porschaki na lotnisku są potrzebne

Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •