Strona 1 z 4 1 2 3 ... OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 61
Like Tree147Likes

Wątek: Indie samolotami i pociągami - 6 odcinków QR/SG/9W

  1. #1
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Cool Indie samolotami i pociągami - 6 odcinków QR/SG/9W


    Polecamy

    Witajcie w kolejnej, już trzeciej mojej relacji z podróży!

    Tym razem zwiedzimy część Indii. Będzie to podróż lotniczo-kolejowa z udziałem mojej mamy i trójki jej znajomych. Jak zwykle w moich relacjach spodziewajcie się opisów zarówno lotniczej strony tego wyjazdu, jak i opisów tego co zobaczyłem. Nie zabraknie też dużej ilości zdjęć. Relację będę próbował uaktualniać możliwie często, na ile warunki internetowe mi stąd pozwolą to czynić. Nie bójcie się zadawać pytań i komentować - na każde pytanie postaram się odpowiedzieć.


    Poprzednie moje relacje możecie znaleźć w następujących wątkach:
    Japonia: http://lotnictwo.net.pl/3-tematy_ogo...e_pociagi.html
    Australia i Nowa Zelandia: http://lotnictwo.net.pl/3-tematy_ogo..._dj_jq_kl.html


    Wstęp
    Pierwotnie miałem nie brać udziału w tej eskapadzie, znalazłem się w grupie wyjazdowej trochę "na doczepkę" - znajomi mojej mamy planowali wyjazd od jakiegoś czasu i kupili bilety powrotne na trasie WAW-KBP-DEL w Aerosvicie. Ci z kolei kilka miesięcy przed swoim upadkiem zrezygnowali z trasy do Delhi, co zbiegło się w czasie z promocją Qatar Airways. Kilka dni później byliśmy już w posiadaniu biletów open-jaw WAW-DOH-DEL; BOM-DOH-WAW zakupionymi poprzez stronę katarskiego przewoźnika.


    Nasza trasa przedstawia się następująco:
    Dzień 1 i 2 - Delhi
    Dzień 3 i 4 - Varanasi
    Dzień 5 - Agra
    Dni 6-8 - Jaipur
    Dzień 9 i 10 - Jaisalmer
    Dzień 11 - Jodhpur/Mumbai
    Dzień 12 - Mumbai


    Podróże między miastami jak już wspomniałem odbywają się zarówno lotniczo, jak i pociągowo. Oto mapka naszych lotów:





    W sumie do pokonania mamy 8825 mil. Pozostałe podróże odbywać się będą słynnymi kolejami indyjskimi. Nie zabraknie też w tej relacji wątku kolejowego, gdyż tego nie może zabraknąć.
    Powiem Wam szczerze, że obawiam się trochę tej relacji, gdyż kultura indyjska jest mi całkowicie obca - znam kultury azjatyckie, ale indyjska jest dla mnie czymś zupełnie nowym - mam nadzieję, że ilość zaskoczeń jaka czeka mnie na tej trasie wyjdzie tylko na plus O każdym z nich będziecie mogli tu trochę poczytać.

    Koszty

    Koszt całego wyjazdu z lotami i biletami kolejowymi szacuję na 5000-5500 zł, na nie składają się:
    - Bilet Qatar Airways - 2600 zł
    - Przelot DEL-VNS SpiceJet - 224 zł
    - Przelot JDH-BOM Jet Airways - 390 zł
    - Bilety kolejowe (gdzie możliwe klasa AC2) - 180 zł
    - Hotele 782 zł/os.
    Jedzenie w Indiach jest tanie, o czym będę pisał sukcesywnie w relacji. Kurs rupii indyjskiej w uproszczeniu to 100 INR = 6 zł.

    Pora zaczynać właściwą relację: WAW-DOH-DEL

    Spotykamy się w hali odlotów lotniska Chopina. Co prawda odprawiłem się na lot online, jednak nie udało mi się wydrukować z jakiegoś powodu wszystkich kart pokładowych. Przy odprawianiu kolejnych pasażerów trzeba było cały czas przeciągać przez czytnik kartę kredytową, którą zostały zakupione bilety - bez tego byśmy nie polecieli.

    Chwilę później dostajemy komplet kart pokładowych: na rejs do Dohy i na rejs docelowy do Dehli. Karta pokładowa na rejs późniejszy zostaje mi przekazana w żółtej obwolucie - jej kolor jak się okazuje ma znaczenie, gdyż do momentu otwarcie nowego lotniska w Doha pasażerowie są segregowani wg kodu kolorystycznego. Prosi się, by w Doha obwoluty były cały czas widoczne. Bagaże podręczne także dostają przywieszki - w kolorze takim samym jak wspomniana wcześniej obwoluta.



    Dziś do Doha polecimy świerzutkim, bo 3-letnim Airbusem A320 o rejestracji A7-AHB.




    Jeżeli dobrze zrozumiałem, naszym kapitanem w dzisiejszym rejsie jest Pan Sławomir Brzostowski. W samolocie w klasie ekonomicznej zainstalowane są bardzo wygodne fotele z zagłówkami, których wysokość można regulować, natomiast "rogi" nie wyginają się jak w innych fotelach na których siedziałem. Są one ustawione na stałe w pozycji wychylonej, co poczytuję na plus, gdyż w moim przypadku w tych "ustawialnych" fotelach moja głowa prawie zawsze powodowała, że zagłówki po oparciu się o nie wracały do normalnego ustawienia.




    Samolot wyposażony został w system IFE z dużymi ekranami dotykowamy. Nie znajdziemy w nim pilota.




    Aplikacja pokazująca trasę lotu staje się już powoli standardem wśród linii lotniczych. Jest taka sama jak w Aeroflocie, 787 LOT-u oraz w China Eastern.



    Przed startem wszyscy pasażerowie dostali po cukierku, a tuż po każdy otrzymał wilgotną chusteczkę, szkoda że paczkowaną, a nie gorący ręczniczek będący standardem w azjatyckich liniach lotniczych. Chwilę później przez samolot przejechały wózki z napojami, w tym alkoholami różnej maści.

    System rozrywki Qatar nazywa Oryx i reklamuje go jako "multiplex in the sky". Biblioteka filmowa urządzenia to ponad 140 pozycji. Gdy główny serwis miał się rozpocząć załoga ogłosiła, że menu zostanie wyświetlone na ekranie monitorów celem ochrony środowiska. Mi się jednak wydaje, że chodzi o oszczędności, ale bycie zielonym lepiej brzmi...

    Do wyboru jagnięcina, baramundi lub wegetariańskie danie indyjskie, którego nazwy nie pamiętam (przepraszam ). Wszyscy sobie ostrzyliśmy zęby na tę pierwszą pozycję menu, ale chyba nie różniliśmy się zbytnio od większości samolotu. Gdy serwis dotarł do naszego rzędu tej już nie było. Skończyło się na tym, że moja mama wybrała rybę...




    ...a ja curry



    Muszę przyznać, że curry było bardzo dobre, jednak na całej tacce jedzenia było jakoś mało. Sztućce w dodatku plastikowe - powiem szczerze, że po 5-cio gwiazdkowym przewoźniku spodziewałem się trochę więcej, na pewno nie zasłużył on w moim mniemaniu na tytuł najlepszej linii lotniczej Świata - może w wyższych klasach jest inaczej, ale w economy Emirates jest moim zdaniem lepsze.

    Moim zdaniem A320 niestety nie nadaje się na trasę tej długości zwłaszcza w połączeniu z tak obfitym cateringiem. W klasie ekonomicznej dla pasażerów dostępna jest tylko jedna tylna toaleta, co przełożyło się na kolejkę o stałej długości 7-8 osób, która utrzymywała się aż do zniżania do Doha.

    Lotnisko w Doha nie jest najprzyjemniejszym miejscem z punktu widzenia pasażera klasy ekonomizcnej. Ten wożony do samolotu jest zawsze autobusami. W moim przypadku podróż do terminalu zajęła prawie 10 minut, bo autobus musiał okrążyć całe lotnisko objeżdżając pas startowy. Mieliśmy przy tym świetny widok na stojące w okolicach hangaru dwa uziemione 787 Qatar Airways. Pierwszy przystanek jest tylko dla pasażerów kończących podróż w Doha (dostali niebieskie okładki na karty pokładowe), drugi dla pasażerów transferowych, czyli zdecydowanej większości osób w autobusie (okładki żółte). Wszyscy pasażerowie muszą przejść ponownie kontrolę bezpieczeństwa, w trakcie której usuwany z bagażu jest cały alkohol (nie wolno go wwozić do Kataru), tak więc uwaga na zakupy w sklepach bezcłowych! Pasażerowie z szybkimi przesiadkami otrzymali żółto-pomarańczowe okładki kart pokładowych, co upoważnia ich do skorzystania z preferencyjnej kolejki do kontroli bezpieczeństwa. Pasażerowie mogą mieć jeszcze dwa rodzeje okładek na karty pokładowe: zielone, czyli transfer z terminalu-satelity oraz burgundowe (ciemnoczerwony kolor loga Qatar) oznaczający pasażerów wyższych klas, którzy to mogą skorzystać z dobrodziejstw terminalu premium - zostaną tam zawiezieni z pod samolotu luksusowym mikrobusem lub limuzyną. Jak tam jest - nie wiem

    Lotnisko wygląda jak jeden wielki sklep bezcłowy. Alkohol jest jak najbardziej dostępny.



    Katarskie sklepy organizują loterie w których można m.in. wygrać takie cacko:



    Obejrzawszy cały niewielki terminal usiadłem przy swojej bramce. Co jakiś czas z głośników wygłaszane jest przypomnienie, że lotnisko w Doha jest "cichym lotniskiem" i należy samemu sprawdzać stan boardingu do swojego samolotu na ekranach. Efekt jest taki, że byłem świadkiem jak para młodych Rosjan nie poleciała do Male, bo się zagapili na duty free i przybyli do bramki dwie minuty po zamknięciu lotu. Co dalej mogą zrobić w Katarze? Nie mam pojęcia, ale miny mieli nietęgie, bo obsługa gate'a była nieugięta. Inna sprawa, że pani agent chodziła w okolicach bramki i szukała pasażerów krzycząc "Male, Male!". Ci się niestety nie znaleźli na czas. Nie mam przekonania czy pomysł "cichego terminala" jest do końca trafiony.

    Po zeskanowaniu kart pokładowych zjeżdża się schodami ruchomymi w dół na poziom płyty lotniska, gdzie czeka się ściśniętym z wieloma innymi pasażerami w szklanym pomieszczeniu na właściwy autobus jadący do konkretnego samolotu. Nasz jak się okazało stał nieopodal A320, którym przylecieliśmy więc podróż autobusem znowu stosunkowo długa. Wysiadając z autobusu nie byłem pewny czy to nasz samolot - A330-200 nie ma przecież czterech silników... A tu niespodzianka - nastąpiła zmiana typu na A340-600, co oznaczało dla mnie nowy typ w kolekcji

    Rozmiary, a szczególnie długość tej maszyny robią wrażenie. Niestety, żadne zdjęcie z płyty mi nie wyszło. Tu jest zdjęcie wnętrza:




    Moje miejsce to 35K, to które wybeałem w A330, niestety oznaczało to lot na skrzydle - marne widoki. Fotele dość standarsowe z regulowanymi zagłówkami:



    Niestety łapała mnie jeszcze dwoistość czasowa między Warszawą, a Australią więc nie bardzo byłem przytomny i nie rejestrowałem za dobrze szczegółów. Oczywiście były po kolei: cukierki, wilgotne chusteczki i serwis z napojami. Opcje cateringu na dziś to ryba i potewa indyjska na "g", której pełnej nazwy nie pamiętam. Wyjątkowo indyjska dla mnie ta podróż Qatarem. Ryby nie lubię, więc spróbowałem tę drugą opcję:



    Danie było bardzo smaczne, z wyraźnym smakiem, lekko ostre - takie nietypowe jak na lotniczy catering. Zaserwowano je z sałatką z niezidentyfikowanych drobnych warzyw strączkowych i kukurydzy oraz z musem truskawkowym na bazie białej czekolady.

    Później zasnąłem i obudziłem się już na zniżaniu do Delhi. Lądowanie było całkiem twarde, po czym długo kołowaliśmy do terminalu wykonując koło po całej płycie (przejeżdżaliśmy dwa razy w tym samym miejscu). Z okna widziałem trzy uziemione dreamlinery Air India.

    Dzień 1 - Delhi

    Do hotelu położonego obok głównej stacji kolejowej New Delhi jedziemy metrem linii Airport Express. Pierwsze wrażenia z miasta to szok kulturowy - dosłownie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić i jak się zachowywać. Wszędzie hałas klaksonów, pełno ludzi nagabujących do różnych usług, wszechobecne riksze i tuk-tuki (motoriksze), ulice przez które nie da się przejść nie ryzykując. Bałem się wyciągnąć aparat, nie czując się pewnie. W końcu jednak zacząłem się przystosowywać.





    Nie miałem czasu się dobrze przygotować do tego wyjazdu, gdyż wcześniej skupiony byłem głównie na Australii i Nowej Zelandii. Zaplanowałem trasę zwiedzania Indii i środki transportu, jednak same atrakcje turystyczne zostawiłem moim towarzyszom podróży, więc wycieczka miała potencjał na dostarczanie kolejnych szoków kulturowo-poznawczych. Pierwszy cel to Czerwony Fort. Jedziemy tam oczywiście tuk-tukiem.



    Kierowcy tych trójkołowych pojazdów są mistrzami we wciskaniu się między samochody, riksze i rowerzystów. Idealnie też manewrują między mającymi nietęgie miny pieszymi próbującymi przejść przez jezdnię. Po drodze mieliśmy między innymi takie widoki:





    Sam fort prezentuje się w ten sposób:



    Jego nazwa wywodzi się od koloru piaskowca z którego został wybudowany. Abyy wejść do środka należy kupić bilet - dla obcokrajowców stawka wynosi 250 INR. Co ciekawe hindusi płacą tylko 10, jednak muszą oni odstać kilka godzin w długaśnej meandrującej po całym placu kolejce. Na szczęście jak się okazało osoby zza granicy mogą kolejkę pominąć. Hindusi bardzo poważnie traktują sprawy bezpieczeństwa - w wejściach do miejsc gdzie przebywa dużo ludzi na ogół rozstawione są skanery bagażu i wykrywacze metali. Każdy jest też przeszukiwany. Co ciekawe - panie zawsze za parawanem.



    Wnętrze fortyfikacji oprócz bazaru z pamiątkami skrywa park i zabudowania w których niegdyś żyli władcy Indii. Fort został wybudowany po przeniesieniu stolicy z Agry do Delhi, a dziś jest symbolem niepodległości Indii. Stacjonowali tu żołnierze brytyjscy, których miejsce w 1947 roku, po wyzwoleniu Indii spod władz królestwa, zajęli żołnierze hinduscy.







    Są też wszechobecni mali mieszkańcy - tutaj wiewiórki są szare:



    Spacer w okolicach fortu oznacza przejście przez niezliczoną ilość bazarów. Lokalni sprzedawcy kuszą smakołykami ulicy, które w większości można nabyć za 10 rupii (około 60 groszy). Z resztą sami zobaczcie moją małą galerię smaków miasta z tego dnia:

    Poniżej kanapki i trójkątne tosty z zawartością z masy ziemniaczanej podawane z ostrym sosem:









    W wielu miejscach spotkać stragany przy których sprzedaje się kulfi - charakterystyczne przypominające z wyglądu lody na patyku smakołyki, jednak nie próbowałem ich jeszcze.









    Ulice cały czas wypełnione są niezliczoną ilością tuk-tuków i pieszych:



    W Indiach wszystko sprawia wrażenia prowizorki, nie wiem czy istnieją zasady BHP - instalacje elektryczne w większości miejsc wyglądają podejrzanie, a rusztowania tak:



    Spacer po tej dzielnicy prowadzi nas do największego w Delhi meczetu:





    Pamiętajcie by trzymać swój bilet, gdyż kontrolowane są one zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z terenu świątyni.



    Ostatni na dziś punkt programu to wizyta w kultowej restauracji Karim's, która została wpisana przez magazyn Times na listę najlepszych autentycznych restauracji w całej Azji. Tutaj panowie przyżądzają placki "nam" podawane do dań:



    Moje curry choć nie wyglądało za specjalnie było rewelacyjne! Pełne smaku, jednak jego ostrość i wielkość nie pozwoliła ani mi, ani żadnemu ze współtowarzyszy dokończyć naszych dań. Nie dziwię się, że nasz kelner śmiał się z nas pod nosem.



    Dzień zakończył się szybko w łóżku, w którym musieliśmy odespać zmęczenie po całonocnej podróży.

    Dzień 2 - Delhi cd.

    Dzień drugi w Delhi oddalał nas trochę od zgiełku starego centrum miasta - dziś zwiedzamy nowsze części Delhi i południowe przedmieścia. Zaczynamy spacerem do potrójnego ronda. Potrójnego, gdyż są to trzy jednokierunkowe okeągłe ulice ze wspólnym środkiem, różniące się od siebie promieniem. Po drodze mijamy między innymi uliczny "zakład fryzjerski".



    Spacer ulicami Indii dla osób, które mają migrenę musi być koszmarem - dla lokalnych kierowców samochód tutaj żeby jeździć nie musi mieć ani świateł, ani pasów bezpieczeństwa. Najważniejsze jest by miał klakson. Za jego pomocą kierowcy informują się o swojej pozycji i chęci wyprzedzania. Jest to istotne, gdyż boczne lusterka są na ogół w tutejszych samochodach złożone na stałe - w końcu tylko utrudniają manewrowanie między innymi użytkownikami drogi Co ciekawe linia środkowa na jezdni jest tylko wskazówką - tu nie wyprzedza się raczej na trzeciego, bardziej na piątego lub szóstego. Klasony słychać cały czas z różnych miejsc - w Delhi nie da się w ciągu dnia policzyć do 10 bez usłyszenia choćby jednego.



    Mnie zaciekawiła taka oto mieszcząca się przy stacji benzynowej stacja kontroli czystości spalin samochodowych:



    Jeżeli kogoś by to interesowało, to za 1000 rupii (około 60 zł) można zatankować 20 litrów oleju napędowego. Niestety cen benzyny nie widziałem. Na osłodę od "echów" jaka u nas benzyna jest droga mam dla Was inną formę trójkącika z indyjskim ostrym nadzieniem ziemniaczanym :



    My wsiadamy do tuk-tuka i jedziemy na krótki objazd miasta, gdyż jak się okazało kierowca nie zrozumiał, że chcemy jechać do Bramy Indii i nas wysadził prawie pod hotelem.



    Do kolejnych miejsc na liście "do zwiedzenia" udajemy się przez ulicę Janpath, która miała być wg. przewodnika jedną z ważniejszych, bardziej ekskluzywnych ulic handlowych Dehli. Okazała się tylko kolejnym targiem ze straganami w lokalach.



    Docieramy do parku Jantar Mantar, w którym w połowie XVIII wieku zbudowano kompleks wielkich przyrządów astronomicznych służących do pomiaru czasu i pozycji ciał niebieskich na niebie.



    W centrum kompleksu znajduje się wielki gnomon - wskazówka zegara słonecznego.



    <serce>







    Z parku idziemy kawałek dalej by złapać tuktuka, po drodze mija nas taki pan niosący kosz warzyw:



    Jedziemy do Bramy Indii, monumentu ku czci wszystkich hindusów poległych w wojnach. U jego stóp znajduje się pomnik nieznanego żołnierza. Ten mierzący 42 metry łuk budowano przez 10 lat począwszy od roku 1921.



    Niestety jesteśmy przy niej 28 stycznia, między obchodami Święta Proklamowania Republiki Indii, a ceremonią Beating Retreat (nie znam polskiej nazwy). Przez to nie ma bezpośredniego dostępu do monumentu.
    Udajemy się do mieszczących się po drugiej stronie deptaka budynków rządowych, które także są odcięte od świata policyjnymi barierkami...



    Za to spotykamy naszą pierwszą indyjską małpę.



    Budynków rządowych nie ma za bardzo jak fotografować, bo są obudowane trybunami zainstalowanymi na imprezę, która odbędzie się tu następnego dnia. Udaje mi się uwiecznić tylko róg budynku.



    Na pobliskiej stacji wsiadamy do metra. Mała uwaga do tych, którzy będą pytać o drogę w Dehli. Metro to "metro". Słowo "subway" tutaj oznacza zwykłe przejście podziemne i nie zostanie przez lokalnych mieszkańców zrozumiane. Jedziemy na tereny wykopalisk archeologicznych Qutub Minar znajdujących się na przedmieściach Delhi. Najważniejszą częścią wykopalisk jest najwyższy w Indiach minaret mierzący 72,5 metra.



    Cały kompleks dookoła samego minaretu zaczął powstawać w 1192 roku. Oprócz wieży znajdują się tutaj między innymi grobowiec Iltumisza, rządzącego tymi terenami na początku XIII wieku oraz kompleks świątyń.









    Co ciekawe, w kompleksie rozpoczęto budowę Alai Minar, który miał być dwukrotnie wyższy od Qutub Minar, jednak budowę porzucono.



    Dziewczyny pozują, to też im zrobiłem zdjęcie Jedne z ładniejszych hindusek jakie widziałem, zdecydowana większość mi się nie podoba w ogóle



    Na zakończenie dnia udajemy się w okolice Świątyni Lotosu. Przypomina ona z wyglądu operę w Sydney. Niestety jej teren jest szczelnie zamknięty - zdjęcia robimy zza płotu szukając przerwy w krzakach.



    Świątynia położona jest w parku. Wielu gra tutaj w jedną z ulubionych w Indiach gier zespołowych - w krykieta.



    Okazuje się, że obok znajduje się duża świątynia Krishny, o której nie wiedzieliśmy. Nie ma najmniejszego problemu z wejściem do środka.





    Tym samym kończymy zwiedzanie stolicy Indii. Następnego dnia pierwsza krajowa podróż samolotem do Varanasi.

    Pozdrowienia! Spodziewajcie się kolejnych updatów w miarę dostępności Internetu tutaj. Jak zwykle - jeżeli macie jakiekolwiek pytania - piszcie śmiało
    Ostatnio edytowane przez Gabec ; 01-02-2013 o 15:47 Powód: Emotikonka
    Darecki, Majus, Lucinekk and 17 others like this.

  2. #2

    Dołączył
    Aug 2009
    Mieszka w
    EPWR

    Domyślnie

    Dzięki za staranną relację - widzę, że przylecieliśmy do Delhi w tym samym dniu, tylko ja leciałem KLM-em. Zaskoczyłeś mnie informacją, że Airport Express działa, bo wydawało mi się, że jeszcze kilka dni temu nie jeździł (był podobno zawieszony przez kilka miesięcy). Dzięki Tobie będę go mógł wypróbować.
    Jestem również ciekaw Twojej opinii o SG, też z nimi lecę do VNS pojutrze. Z 9W korzystałem natomiast dwukrotnie i jestem bardzo zadowolony. Nie mogę tego niestety powiedzieć o Air India - odniosłem wrażenie, że wszyscy pracują tam za karę. Czekamy na dalsze odcinki.
    KLM zgubił mi bagaż, ale dowieźli go do Jaipuru na drugi dzień. Koleje indyjskie w sumie nie takie straszne jakby się mogło wydawać.
    PS. Jestem właśnie w Agrze, a z Twojej rozpiski wynika, że Ty chyba też .
    tygrysm and Sansei6 like this.

  3. #3
    Awatar Darecki

    Dołączył
    Apr 2010
    Mieszka w
    Płock

    Domyślnie

    I znowu tygrys podnosi ludziom ciśnienie

    Super!!!

    PS. daj emotikonkę na początku tematu - to taki znak rozpoznawczy Twoich relacji
    tygrysm likes this.

  4. #4

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Zostałeś moim ulubionym pisarzem relacji. Trochę zazdroszczę Ci kasy i czasu, zwłaszcza wobec Twojego młodego wieku. Niech Ci służą te podróże!
    tygrysm likes this.

  5. #5
    Awatar NCC-1701D

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    UK

    Domyślnie

    A ja chciałbym przejechac się na dachu takiego pociągu.
    Wrażenia bezcenne:


    No i ten ich chaos na drogach:




    Malastm, tygrysm and pkowal3 like this.

  6. #6
    Awatar Olson

    Dołączył
    Nov 2012

    Domyślnie

    Przedwczoraj przeczytałam Twoją relację z Japonii i cały czas tupałam nóżkami, aż znowu zaczniesz coś pisać.

    Niecierpliwie czekam na kolejne części!
    tygrysm likes this.
    Pozdrawiam, Ola

  7. #7

    Dołączył
    Sep 2010
    Mieszka w
    Luboń k. Poznania

    Domyślnie

    Ja z kolei niedawno wchłonąłem relację z Antypodów (rewelacja!), a Japonią (moje marzenie, które kiedyś z pewnością zrealizuję ) będę się delektował w weekend. Indie jakoś mnie specjalnie nie pociągają, co nie znaczy, że nie będę czekał na kolejne odcinki
    Tak trzymaj!
    tygrysm likes this.

  8. #8
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Dzień 3: DEL-VNS i Varanasi

    Na lotnisko w Delhi najprościej dotrzeć jest kolejką Airport Express, niestety jej bieg kończy się przy międzynarodowym terminalu T3, aby dostać się do terminalu T1D z którego operuje na lotach krajowych SpiceJet należy skorzystać z kursującego między tymi budynkami shuttle busa. Autobus jeździ co 20 minut, a podróż trwa niespełna 10. Niestety darmowy jest tylko dla osób przesiadających się z lotu międzynarodowego na krajowy, aby dostać voucher na przejazd, trzeba pokazać kartę pokładową z lotu którym się przyleciało do Delhi i plan dalszej podróży. Jeżeli się tego nie ma, bus kosztuje 25 rupii za osobę.
    Ciekawostka na temat lotnisk w Indiach: Żeby wejść do budynku terminala należy pokazać wartownikowi plan podróży – każdy wchodzący jest sprawdzany z dokumentu tożsamości. Odprowadzający podróżnych mogą nabyć w kasie wejściówkę na teren terminalu międzynarodowego.

    Terminal T1D jest nowym budynkiem – korzystają z niego oprócz SpiceJet’a IndiGo oraz Go India. Stanowiska odprawy Spicejet zajmują całą wyspę:



    Mimo, że Spicejet jest linią niskokosztową, odprawa na lotnisku jak i bagaż rejestrowany jest wliczony w cenę biletu, a miejsca w samolocie są normalnie przydzielane. Przy odprawie sprawdzana jest karta kredytowa którą płaciło się za bilety. Szybka kawa i idziemy do kontroli bezpieczeństwa. Ta mimo krótkiej kolejki idzie potwornie wolno – znowu kontrola dokumentów. Każdy jest szczegółowo przeszukiwany. Kontrola kończy się przybiciem pieczątek na karcie pokładowej:



    Do samolotu zawiezie nas autobus z bramki numer 12:



    W bramce oprócz agentów skanujących karty pokładowe czeka wartownik, który sprawdza czy na karcie pokładowej widnieją odpowiednie pieczątki oraz czy takie same są na przywieszkach bagażowych na bagażu podręcznym… No właśnie… My takich nie mieliśmy, bo nikt na kontroli bezpieczeństwa nie zwrócił uwagi, że takowe są potrzebne. Tak więc kazano nam wrócić do skanera bagażu i jeszcze raz go prześwietlić. 5 minut później przywieszki już były na swoim miejscu, a my w drodze do autobusu, a tam… kolejne przeszukanie. Czy to nie jest przesada?
    Nasz dzisiejszy samolot to VT-SPS, Boeing 737-800 o nazwie „musztarda”.



    Samolot ma typowo lowcostową konfigurację foteli, z bardzo małą ilością miejsca na nogi. Nawet mi przy moim niewielkim wzroście to przeszkadzało. Fotele za to całkiem wygodne.



    Lot to króciutki 45-minutowy skok. W międzyczasie skorzystałem z płatnego serwisu i kupiłem całkiem smaczną lemoniadę. Podejście dość niestabilne, z bardzo twardym lądowaniem zakończonym kangurem. Varanasi to malutkie lotnisko z budynkiem terminalu 4 razy większym od Modlina. Drogę do niego pokonuje się na piechotę idąc między wózkami wypełnionymi bagażem na kolejne loty. Chwilę po nas przyleciał A319 Air India. Nikomu nie przeszkadzało, że stoję na środku płyty i robię mu zdjęcia . Air India nie dość, że jest droga jak na indyjskie warunki to na Airliners.net ma opinię linii, której należy unikać jeżeli jest tylko jakaś alternatywa. Moim zdaniem mają też jedne z brzydszych malowań jakie latają po niebie:



    Na koniec jeszcze jedno zdjęcie naszej maszyny w pełnym Słońcu:



    Lotnisko w Varanasi oddalone jest o 25 km od samego miasta, więc warto wziąć taksówkę. Za te płaci się tutaj na zasadzie przedpłaty w okienku na lotnisku. Kurs do centrum dużą taksówką kosztował nas 1080 rupii. Oto nasza Mahindra z plecakami i panem taksówkarzem na dachu:



    Zwróćcie uwagę na samochód obok

    Nasz hotel o nazwie Palace on Steps mieści się w starej części Varanasi, co oznacza, że czeka nas 1 km spacerkiem wąskimi uliczkami z plecakami na plecach, by dotrzeć do zakwaterowania, ale czego się nie robi by mieć widok z pokoju na świętą rzekę – Ganges.



    Varanasi to święte miasto poświęcone bogini Shiva – jest tutaj pełno świętych krów na ulicach, a ludzie przyjeżdżają z całych Indii, by się tu modlić i kąpać w oczyszczającej (choć na pewno nie czystej) rzece. Mówi się tutaj, że Varanasi jest stare jak czas – naukowcy twierdzą, że jest to jedno z najstarszych skupisk ludzkich na Świecie i ma na pewno ponad 6000 lat, jednak nie do końca wiadomo ile dokładnie. Na drugim brzegu rzeki widać stado krów kąpiących się w Gangesie:



    Po rzece co chwila przepływają łodzie pełne turystów. Jeżeli jesteś tu, to warto wynająć łódź z przewodnikiem, by lepiej zrozumieć co tu się dzieje.



    Stara część miasta to raj dla wszechobecnych tu małp. Należy na nie uważać siedząc w restauracjach, gdyż potrafią podejść i ukraść jedzenie i małe aparaty fotograficzne. W naszej hotelowej restauracji mieszka owczarek niemiecki nauczony szczekać na małpy i przeganiać je.





    Łodzie najlepiej wynajmować przed zachodem i o wschodzie słońca – tak też zrobiliśmy i my. Wynajęcie łodzi kosztowało 250 INR za godzinę, co jak się później okazało nie odbiegało za bardzo od normalnej ceny „na mieście”, jednak myśmy mieli dobrze mówiącego po angielsku przewodnika, który wtajemniczył nas trochę w indyjską religię. Po drodze do łodzi:



    W Indiach psy są postrzegane zupełnie inaczej niż u nas. Bardzo rzadko widuję, by były traktowane jako pupile, na ogół są albo bezdomne albo wykorzystywane do konkretnego celu np. do przeganiania małp. Pora wypływać…



    Miasto od strony brzegu rzeki zabudowane jest wysokimi nabrzeżami zwanymi ghatami, na których budowane były domy oraz pałace. Jest tu także wiele pałacy dawnych władców Indii, którzy przybywali do Varanasi w poszukiwaniu spokoju. Taki pałac właśnie jest miejscem w którym usytuowany jest nasz hotel.





    Bogini Shiva przedstawiana jest w ten sposób:



    Ma naszyjnik z kobry, a w jej głowie ma źródło rzeka Ganges. Shiva jest jedną z trzech postaci Boga w wierzeniach indyjskich. Oprócz tego każda z tych postaci kilkakrotnie przechodziła reinkarnacje, stąd wrażenie dla Europejczyków, że Hindusi wierzą w wielu bogów. Hindusi wierzą natomiast w karmę, czyli możliwość wkupienia się do nieba. Karmy nie da się prosto zdefiniować – dobre uczynki dają dużo karmy, a ta jest przepustką do raju. Najwięcej karmy daje kąpiel w Gangesie właśnie w Varanasi, a to jest najbardziej rozpoznawalne do tego miejsce:



    W mieście znajduje się kilka świątyń – przed jedną z nich namalowana jest ogromna swastyka, symbol słońca i szczęścia.



    Tradycją tutaj jest wypuszczanie na rzekę szczęśliwych świeczek. Można je kupić od handlarzy na łodziach za 10 rupii.



    Świeczkę należy położyć na wodzie Gangesu prawą ręką myśląc życzenie. To powinno się spełnić.



    Świeczka położona jest na rozpuszczającym się kartoniku, więc unosi się na wodzie tylko przez kilkanaście minut, po czym idzie na dno.


    Varanasi to święte miejsce także ze względu na obrzędy związane ze zmarłymi. Co szokujące dla nas ciała zmarłych według religii hinduskiej powinno się spalić w obrzędzie spalania. Waranasi jest najlepszym do tego miejscem, dlatego też wielu starych i schorowanych ludzi dociera tu na ostatnie swoje dni. Wierzy się, że stąd idzie się prosto do nieba. Oficjalnie ciał poza Varanasi nie wolno palić, jednak robi się to w całych Indiach po cichu, w miejscach w których nie ma ludzi. W świętym mieście są dwa miejsca nad rzeką w których dokonuje się tego obrzędu, tzw. małe i duże. Ciała palą się niemal przez całą dobę.



    W obrzędzie tym uczestniczy cała męska część rodziny zmarłego. Kobiety nie mają wstępu na tę ceremonię. Najpierw zmarły jest golony, a następnie wnoszony przy dźwiękach bębnów do rzeki, by go po raz ostatni obmyć w świętej wodzie. Później układany jest na stosie i przykrywany dodatkową warstwą drewna – to jest ponoć specjalnym gatunkiem, dzięki czemu nie czuć zapachu palącego się ciała. Ogień też nie jest byle jaki – spalenia dokonuje się wiecznym ogniem podtrzymywanym w Varanasi bez przerwy od ponad 3000 lat. Palony może być każdy dorosły poza kobietami w ciąży, trędowatymi i osobami ugryzionymi przez kobrę (naszyjnik Shivy). Ci powinni zostać odwiezieni łodzią na środek Gangesu i w do niej wrzuceni. Samego palenia dokonuje osoba nie mająca nic wspólnego z rodziną należąca do specjalnej zamkniętej grupy, wyjętej spod kast.
    Dopłynęliśmy na duże miejsce paleń i zostaliśmy oprowadzeni po nim przez jedną z takich osób – wrażenia były co najmniej dziwne. Dla nas był to chyba największy szok kulturowy do tej pory w całej tej wyprawie.
    Koszt palenia dla rodziny nie jest niski, bo wynosi około 30 tysięcy rupii, ale uważa się że przynosi to ogromną karmę, co umożliwia wejście od razu do nieba. Należy dodać, że dla rodzin hinduskich ceremonia palenia nie jest ceremonią smutną. Wręcz przeciwnie, wszyscy się cieszą, że zmarły pójdzie teraz do nieba. Kolor symbolizujący śmierć jest tu także odwrotny niż u nas. Wszyscy biorący udział w ceremonii muszą być ubrani na biało. Wdowy także powinny ubierać się w tych barwach.
    Następnego dnia z samego rana następuje sprzątanie paleniska. Ludzie, którzy to czynią szukają w popiołach srebra i złota, gdyż cała biżuteria zmarłego zostaje przy nim w trakcie palenia. Niedługo później ceremonie rozpoczną się na nowo.

    Pora wracać do hotelu płynąc między światełkami unoszącymi się na rzece.



    Na koniec przepływamy jeszcze obok świętujących tłumnie zgromadzonych dookoła odprawiających obrzędy mnichów.





    Zwróćcie uwagę, na ilość zgromadzonych przy Ghat’cie łodzi


    Po powrocie szybko do łóżka. Noc nie była spokojna ze względu na bicie w bębny i śpiewy w środku nocy. Cóż – święte miejsce, ale najgorsze były małpy, które były przekonane, że u mnie w pokoju muszą być ciekawe rzeczy i przez dobrą godzinę próbowały utworzyć drzwi pokoju wydając z siebie różne dziwne dźwięki. Wiedziały, że aby się dostać do środka muszą pociągnąć za klamkę, ale nie wiedziały, że zamknąłem się od środka na zasuwkę… przynajmniej tak myślałem, bo rano się okazało, że zostawiłem jednak drzwi otwarte. Na szczęście klamka okazała się zbyt mocnym przeciwnikiem dla małp

    Dzień 4: Varanasi cd.


    Dzień rozpoczynamy od zapowiadanego rejsu łodzią po Gangesie. Ganges nie jest jedynie świętą rzeką, służy też codziennym sprawom – wzdłuż rzeki usytuowane są specjalne kamienne stanowiska do prania ubrań.



    Pytanie tylko czy ubrania wyprane w rzece będą faktycznie czystsze. Na rzece o tej godzinie gwałtownie rośnie ilość łodzi – wszyscy czekają na wschód Słońca. To w końcu się pojawia za mgłą.



    Gdy pierwsze ciepło promieni słonecznych pada na wilgotne tereny, niemal natychmiast pojawia się gęsta mgła.



    Świt to dla wielu najlepsza godzina do rytualnej kąpieli w rzece





    Nasza łódź dopływa do położonej nad rzeką Świątyni Shivy. Wiele osób siedzi w jej cieniu i medytuje.







    Co ważne, w świątyniach w Varanasi nigdzie nie znajdzie się posągu przedstawiającego Shivę. Najważniejszym obiektem kultu są stupy wyglądające w ten sposób:



    Do hotelu wracamy spacerkiem z naszym przewodnikiem po wąskich uliczkach starego miasta. Nie sposób tu nie zabłądzić idąc samemu. Należy też zwracać baczną uwagę na to gdzie się stawia nogi, gdyż całe miasto usłane jest krowimi g… odchodami Krowy są święte i mogą robić w mieście co chcą. Gdyby krowa położyła się na środku ulicy to nie wiele dałoby się z tym zrobić – najwyżej można je zachęcać do wstania. Hindusi uważają bowiem, że krowa jest matką wszystkich żywych istot na Ziemii. Jest to ostatnie 65-te wcielenie człowieka po reinkarnacjach.



    Po drodze mijamy lokalny bazar pełny przypraw i owoców. Oto kilka zdjęć:









    Do odjazdu naszego pociągu do Agry zostało jeszcze kilka godzin, więc wypożyczamy w hotelu duży samochód wraz z kierowcą, by nas zabrał do miasta Sarnak, gdzie oprócz buddyjskiej świątyni znajduje się wielka stupa – jedna z dwunastu rozsianych po całych Indiach. Droga była potwornie zatłoczona – 13 kilometrów, które mieliśmy do pokonania zajęło nam niemal 1,5 godziny. Na pierwszy ogień idzie świątynia buddyjska umieszczona w nieco kiczowato urządzonym parku:









    Pięć minut jazdy samochodem dalej znajduje się jedno z ważniejszych dla Hindusów miejsc: wielka stupa, mająca wliczając fundamenty 42,6 metra wysokości. Upamiętnia ona miejsce w którym Lord Budda wygłosił swoje pierwsze przemówienie. Przy stupie znaleziono pisma religijne datowane na XI-XII wiek naszej ery. W jej okolicach odkryto pozostałości całego kompleksu religijnego.





    Pociąg 1: Varanasi Junction – Agra Fort


    Pora na pierwszą wycieczkę pociągiem!

    Bilety na pociągi w Indiach można kupić w Internecie za pomocą np. cleartrip.com, jednak jest to trochę skomplikowane, bo trzeba się zarejestrować najpierw w systemie rezerwacyjnym indyjskich kolei. Aby to uczynić należy podać hasło wysłane SMS-em na numer, który może być tylko indyjski. Można to obejść kontaktując się mailowo z biurem obsługi pasażera i wysyłając skan swojego paszportu. Tak też zrobiłem i w ciągu 48 godzin od założenia konta miałem już dostęp do systemu rezerwacyjnego.

    Koleje indyjskie mają największy komputerowy system rezerwacji pociągów na Świecie. Jest on dla nieznającego tutejszych zasad na kolei bardzo skomplikowany – wystarczy wspomnieć, że jest tu aż 7 (???) klas rezerwacyjnych. Najwyższe trzy to AC1, AC2, AC3 oznaczające klimatyzowane wagony sypialne z odpowiednią do numerka gęstością łóżek. Później jest nieklimatyzowana klasa Sleeper. Na wszystkie powyższe obowiązuje ścisła rezerwacja miejsc. Oprócz tego w indyjskich pociągach można spotkać kilka klas wagonów z miejscami siedzącymi, a są to:
    Gdy już wiemy jaką klasą chcemy jechać należy jak najszybciej kupić bilet, gdyż Hindusi kupują bilety na wszelki wypadek, by później ewentualnie z nich rezygnować z potrąceniem niewielkiej opłaty. Najlepiej jest, gdy bilety są od razu dostępne i otrzymują z systemu status potwierdzony (CNF, Confirmed). Pasażer z takim biletem od razu otrzymuje numer łóżka/fotela. Jeżeli bilety nie są dostępne, otrzymuje się bilet RAC (reservation against cancelation) z odpowiednią cyferką. Np. RAC-1, RAC-2 oznaczającą miejsce w kolejce. Taka osoba może wejść na pokład pociągu i dostaje łóżko na spółkę z inną osobą z biletem RAC. Jeżeli ktoś z potwierdzoną rezerwacją się nie pojawi w pociągu to łóżka są przydzielane wg. kolejności w kolejce RAC.
    Skomplikowane? No to patrzcie dalej. Kolejną listą po RAC jest lista oczekujących WL. Tutaj także każdy otrzymuje swój numer w kolejce, np. WL-1, WL-2 itd. Są to osoby, które nie mogą wejść do pociągu, jednak w razie gdyby ktoś z potwierdzoną rezerwacją zrezygnował z podróży osoba z najwyższym numerem z listy RAC wskakuje na jej miejsce otrzymując bilet CNF, a osoba z najwyższym numerem WL wskakuje na najniższe miejsce RAC. W ten sposób osoba z waitlisty może jechać pociągiem, choć niekoniecznie mając pełne łóżko dla siebie. To tak w skrócie, bo jeszcze są różne inne niuanse tego systemu typu listy RemoteWL dla pasażerów wsiadających na stacjach innych niż główne.

    Powyżej omówione listy są prowadzone oddzielnie dla każdego pociągu, oddzielnie w każdej klasie. System rezerwacyjny na dobę przed odjazdem pociągu ze stacji początkowej układa tzw. listę rezerwacji która jest wiążąca. Po jej sporządzeniu każdy może sprawdzić na bieżąco w Internecie w statusie swojej rezerwacji czy pojedzie czy nie, jednak jeżeli miało się status RAC lub WL, który zamienił się na CNF nie widać w Internecie numeru łóżka, bądź fotela w którym odbędzie się swoją podróż. Finalna lista rezerwacji jest także wywieszana na peronie na kilka godzin przed odjazdem danego pociągu, ta już jest kompletna – z numerami miejsc dla każdego pasażera.

    Ufff… mam nadzieję, że nadążyliście

    Około 16:30 docieramy na dworzec, który prezentuje się iście indyjsko:



    A teraz jak trafić do swojego pociągu? Każdy jest oznaczony tak:



    Na lewej tablicy są stacje końcowe oraz numery pociągów. Na środku znajduje się numer wagonu w danej klasie. Np. ten wagon to klasa AC3



    Numery kolejnych wagonów to B1, B2, B3, ale wagony klasy AC2 (A1, A2, A3) mogą być zarówno przed nimi, jak i po nich, więc trzeba obserwować pociąg wjeżdżający na stację

    Nasz pociąg prowadzony jest przez taką oto lokomotywę spalinową:



    W ramach naszej wycieczki większość czasu spędzimy w wagonach klasy AC2, chyba że nie były dostępne – na jeden pociąg mamy rezerwację w klasie AC3, a na inny część z naszych biletów jest na waitliście, więc być może ktoś będzie musiał jechać zwykłym Sleeperem.

    Wagon AC2 prezentuje się w ten sposób:



    Łózka ułożone są z jednej strony korytarza wzdłuż kierunku jazdy, a z drugiej prostopadle do osi torów. Przypominają raczej nasze kuszetki, z tym że jest ich po 2 w pionie. Do każdego otrzymuje się komplet pościeli i koc. Zdjęcie trochę przekłamuje rzeczywistość, gdyż flash aparatu spowodował, że wagon wygląda troszkę świeżej



    Ja mam tym łóżko górne boczne, z którego mam taki widok:



    Zapewne wielu z Was ciekawi jak wyglądają standardy higieniczne w takim wagonie. Specjalnie dla takich osób zrobiłem zdjęcie toalety:



    Zwracam uwagę na przyczepiony łańcuchem do ściany metalowy garnuszek. Co ciekawe tu panują nieco inne zwyczaje niż w Polsce – z toalety mimo wszelkich napisów korzysta się na stacjach, a nie między nimi. Nic dziwnego, że jak na sąsiednim peronie w Delhi jeden z pociągów ruszył i odsłonił tory zrobiło się na peronie zapachowo całkiem „swojsko”…
    Jeżeli chodzi o standard podróży to nic strasznego się nie wydarzyło. Nie ma przepełnienia – każdy ma swoje łóżko, chociaż z tego co zauważyłem Hindusi czasami rezerwują jedno łózko i dzielą je z kimś innym kto ma zwykły bilet bez rezerwacji na inną klasę. W nocy zaprzyjaźniłem się z myszą Stefanem (tak, sam go tak nazwałem ), który sobie ochoczo po mnie biegał gdy pisałem tę relację. Nie był duży – miał jakieś 6 centymetrów długości do ogona - później sobie gdzieś poszedł. Ale nie martwcie się, Stefan był tylko jeden, więcej żadnej myszy nie znalazłem. Za to podobno Polacy, którzy jeszcze leczyli się z pierwszego szoku kulturowego po lądowaniu w Indiach dzień wcześniej, mający łóżka nieopodal naszych widzieli w pociągu karaluchy. Ja osobiście na żadnego nie trafiłem Pozdrowienia dla nich!

    Pociągi niby mają jakiś rozkład, ale nie bardzo ma zastosowanie na stacjach innych niż początkowa. Do Agry dojechaliśmy z opóźnieniem około 4 godzin.

    I to tyle na teraz Następne dwa dni to Agra i pierwszy dzień w Jaipurze. Gonię z relacją jak się da, mam nadzieje, że niebawem osiągniemy status „na żywo”. Pozdrawiam z Jaipuru!
    Lucinekk, Wamo, jakoobek and 10 others like this.

  9. #9
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Plociu, szczerze mówiąc mnie jakoś specjalnie też Indie nie kręcą, ale zawsze to coś innego Cieszę się, że podobała Ci się Australia i mam nadzieję, że Japonia też Ci się spodoba!

    Olson, super! Cieszę się, że Ci się podobają

    NCC-1701D, dokładnie tak tutaj jest Nie odważyłbym się wyjechać tu na ulice. Tu nie ma ani jednego nieporysowanego samochodu. Niektóre maleństwa typu Suzuki Swift są orurowane jak niektóre terenówki, by się nie podrapały w ruchu ulicznym.

    Shiver, bardzo się cieszę, że relacje Ci się podobają

    Darecki, zawsze do usług Kurcze, za późno na edycję pierwszego postu, zapomniałem o tej emotce Poproszę moderatora by dodał.

    Airgreenland, działa działa, i jest całkiem nowoczesny jak na tutejsze warunki. Jeździ puściutki. SG bardzo w porządku, nie mogę złego słowa powiedzieć, bo security to bardziej problem indyjski, a nie ich. Współczuję, że zgubili, ale dobrze że się znalazł. Kurcze, minęliśmy się. Ja właśnie przyjechałem do Jaipuru.

    Pozdrawiam wszystkich!

  10. #10

    Dołączył
    Sep 2011

    Domyślnie

    Dzień dobry,
    Mam takie dość banalne pytanie: gdzie wymieniałeś pieniądze w Indiach: na lotnisku czy w hotelu? A poza tym relacja bardzo ciekawa, czytam z zapartym tchem. Pozdrawiam!

  11. #11
    Awatar Wamo

    Dołączył
    Nov 2011

    Domyślnie

    Czekałem na relacje z niecierpliwością no i się doczekałem
    tygrysm likes this.

  12. #12
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Walker23, moi znajomi wymieniają gdzie wyjdzie - w jednym hotelu wyszło najtaniej, inny sensowny przelicznik był u "money changer" których jest dużo w różnych sklepach. Nie ma reguły. Ja natomiast wypłacam pieniądze z bankomatów, bo mój bank nie bierze prowizji za taką transakcję.

    Wamo, cieszę się

  13. #13

    Dołączył
    Nov 2012
    Mieszka w
    EPLL

    Domyślnie

    Prawdziwa bomba kulturowa !
    Wnioskuję, że Varanasi musi mieć swój niepowtarzalny klimat. Palenie zwłok i te nocne obrzędy... to musi na człowieku wywrzeć wrażenie. Dodatkowo te "wszechobecne" małpy
    Ponieważ oprócz lotnictwa kolej jest niezwykle bliskim mi tematem, to pokuszę się o kilka pytań:
    Pamiętasz, jak długi był pociąg? Ile czasu zajęła podróż do Agry? Czy na całej trasie pociąg obsługiwany jest przez trakcję spalinową ?
    Z góry dzięki za odpowiedzi, i czekam na następne części relacji

  14. #14

    Dołączył
    Jul 2011
    Mieszka w
    Kraków, Poland

    Domyślnie

    Świetne masz te relacje! Nie mogę się doczekać dalszego ciągu.
    tygrysm likes this.

  15. #15
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    milly, pociąg był długi - stawiam na około 20 wagonów, ale policzę dla Ciebie następnym razem EDIT: Znalazłem - 1 lokomotywa i 22 wagony

    Podróż z Dehli do Agry to równe 650 km i zajęło od 17:20 do 9:00, czyli ponad 15 godzin Oficjalny powód opóźnienia - mgła, ale oni tu wszystkie opóźnienia tak tłumaczą.

    Ciężko mi stwierdzić, bo nie rejestrowałem zmian lokomotyw, ale raczej lokomotywa spalinowa przez całą trasę. Dodam, że jazda nie jest wcale tak gładka jak w Europie czy Chinach, gdzie jeździłem koleją. Wagon cały czas się mocno kiwa na boki, a lokomotywa często szarpie składem.

    a Varanasi jest jedyne w swoim rodzaju i spowodowało, że trochę bardziej zrozumiałem wszystko to co się dzieje dookoła - ale tylko trochę

    jakoobek, dzięki

  16. #16
    Awatar NCC-1701D

    Dołączył
    Mar 2007
    Mieszka w
    UK

    Domyślnie

    Tak samo sie jedzie na Sri Lance: Cały czas kiwa się na boki. I to pomimo szerokich torów, a Indie i Sri Lanka mają najszersze na świecie: 1676 mm.
    tygrysm: Zrób sobie fotke pamiątkową, stojąc z przodu lokomotywy. Zobaczysz, jaki będziesz pomniejszony przez ten szeroki rozstaw
    Plociu likes this.

  17. #17

    Dołączył
    Apr 2012

    Domyślnie

    Tygrys, szalejesz z tymi relacjami. Od 2 dni cisza, rozumiem że przygotowujesz wejście smoka z dalszą relacją

  18. #18
    Awatar tygrysm

    Dołączył
    Jan 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Przepraszam, że tyle czasu nic nie piszę, ale z Internetem tu nie jest za różowo. Upload zdjęć do photobucket trwa wieczność

    Dzień 5 - Agra

    Do Agry mieliśmy dojechać o 5:55, jednak o 6:00 pociąg przyjeżdża na stację i okazuje się, że nie dość, że to nie jest Agra, to na tej stacji miał być dwie godziny wcześniej, tak więc poszliśmy spać na dodatkowe dwie godziny. Finalnie na miejscu byliśmy o 8:55, więc z dokładnie 3-godzinnym opóźnieniem. Oficjalna przyczyna - mgła. Niestety w Indiach nie zawsze widać dobrze oznaczenie stacji na której się jest - to na ogół jest na początku i na końcu peronu, a na większych stacjach jest tylko jedno przy głównym budynku. Dla obcokrajowców to zmora, bo ciężko się zorientować w spóźnionym pociągu czy już wysiadać, czy może jeszcze czekać. Hindusi niemówiący po angielsku (czyli znaczna większość) też nie pomagają - system rezerwacyjny rozdzielił naszą wycieczkę na dwie mniejsze grupy, a drugiej niż tej w której byłem powiedziano, że Agra Fort to kolejna stacja. Dobrze, że pociąg stał tam wyjątkowo długo, bo trzeba się było szybko zebrać z pociągu.

    Agra niegdyś była stolicą państwa dziś znanego jako Indie, miała wówczas 750 tyś mieszkańców i była jedną z największych metropolii Świata. Dziś jest głównie ośrodkiem turystycznym. Wszyscy moi znajomi mówili, że trzeba tu przyjechać, ale nie poświęcać na to miasto więcej niż jeden dzień - zgadzam się z tym w pełni, ale po kolei. Do Agry przyjeżdża się, by zobaczyć dwie rzeczy: sławny Taj Mahal i Czerwony Fort.

    Zaczynamy od tego pierwszego. Wejść można jedną z trzech bram, które fizycznie znajdują się blisko siebie, jednak drogi są tak poprowadzone, że przejście z jednej do drugiej oznacza nadrabianie długiego dystansu. Uważajcie na bilety przy bramie wschodniej, gdyż kasa znajduje się prawie kilometr od bramy (!), łatwiej przejść wąskimi uliczkami do bramy południowej, niż się cofać ulicą do kasy. Bilety dla obcokrajowców kosztują aż 750 rupii, należy zachować bilet, gdyż opłaca on "podatki" na cały dzień i tego samego dnia można kupić bilety na inne atrakcje Agry taniej. Dość szczegółowa kontrola bezpieczeństwa, po której wita nas brama Taj Mahal:



    Za którą widok, na który wszyscy czekali



    Taj Mahal można zwiedzać w środku, znajduje się tam miejsce pochówku żony cesarza Indii Mumtaz Mahala, która w 1631 roku zmarła podczas porodu jego czternastego dziecka. Ten przyrzekł jej, że nie znajdzie kolejne żony, zaopiekuje się dziećmi i postawi na jej cześć budynek, który ją upamiętni. Budowa zajęła dwadzieścia dwa lata, ukończono ją w 1654 roku.



    Zbudowano go z marmuru, jednak nie jest on do końca biały jak by mogło się wydawać z daleka. Marmur ze względu na zanieczyszczenie środowiska ciemnieje w czasie, dlatego żeby tego uniknąć wprowadzono zakaz budowania ośrodków przemysłowych w promieniu 50 km od Taj Mahal. Pomnik przyciąga codziennie tysiące turystów. Obiekt został ogłoszony w 2007 roku jednym z 7 nowych cudów Świata.



    Popularny jest on zarówno wśród turystów zagranicznych, jak i Hindusów. Robimy tu trochę za małpy w ZOO, każdy chce sobie z nami robić zdjęcia – niektórzy robią zdjęcia z ukrycia. Dzieciaki same proszą, byśmy im robili zdjęcia



    Drugi punkt programu to Czerwony Fort, zbudowany z czerwonego piaskowca, pełniący niegdyś siedzibę władców kraju. Mury budowli ciągną się przez ponad 3 kilometry.







    Wnętrze to połączenie przestrzeni parkowej i reprezentatywnych budowli cesarzy.







    Nie zabrakło też wiewiórek parkowych, które można nakarmić drobnymi okruszkami.



    Wyczerpując listę rzeczy do zobaczenia w Agrze zapada decyzja o powrocie w okolice Taj Mahal, by zjeść obiad w jednej z restauracji na dachach.



    Zanim wsiądziemy do tuktuka, odbywamy spacerek po lokalnym bazarze.









    Obiado-kolacje jemy zgodnie z zapowiedzią w jednej z wielu restauracji na dachu. Niestety ta okazuje się dość słaba – kelnerzy pokręcili nasze zamówienie. Ostrzeżenie dla tych, którzy jak nasza znajoma nie jedzą ostrego. W Indiach hasło „not spicy” oznacza „ostre”. Słowo „spicy” odnosi się z kolei do „bardzo, ale to bardzo ostre”. Moim zawodem było dodatkowo to, że Taj Mahal w ogóle nie jest oświetlony w nocy. Mieliśmy na niego świetny widok, ale po ciemku budowla dosłownie znika. Poniższe zdjęcie zostało wykonane z czasem naświetlania 30 sekund.



    Wracając do hotelu słyszymy dźwięki muzyki wydobywającej się z kolorowego namiotu, postanawiamy zajrzeć do środka, a tam chyba impreza dla dziewczynek (sądząc po braku chłopców). Muzyka oczywiście na żywo. Pan prowadzący imprezę byłby niezłym raperem



    Po drodze spotykamy jeszcze krowę na kolacji.



    Pozdrowienia!
    Postaram się niedługo wrzucić Jaipur, ale nie wiem czy starczy mi cierpliwości i czy nie będziecie musieli poczekać, aż będę w Mumbaju.
    jakoobek, Irik, Darecki and 6 others like this.

  19. #19
    Awatar sprajt2

    Dołączył
    Sep 2009
    Mieszka w
    LHR

    Domyślnie

    Staaaaary to jest chyba BYK
    Chudy, shiver, Canon and 7 others like this.

  20. #20

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie


    Polecamy

    Taj Mahal - czy spełnia oczekiwania? Czy robi monumentalne wrażenie?

Strona 1 z 4 1 2 3 ... OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •