Pokaż wyniki od 1 do 11 z 11
Like Tree22Likes
  • 21 Post By Gryni
  • 1 Post By Mamutto

Wątek: Indie i Nepal Grudzień 2012, czyli incredible india i latający budda

  1. #1

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBA

    Domyślnie Indie i Nepal Grudzień 2012, czyli incredible india i latający budda


    Polecamy

    Będzie trochę przydługo jak na moja pierwszą relację.
    Miał być Singapur, Malezja, Borneo plus jakaś tajska wyspa na kilka dni co by odpocząć. Była dobra oferta w Malaysia Airlines na lot FRA-KUL ale jak to bywa, przegapiło się. Zaczęliśmy więc planować na nowo. Stanęło na tym żeby zaliczyć Indie i Nepal za jednym razem.
    Zacząłem szukać biletów. Najtańszy był oczywiście Aerosvit, po nim Austrian. Austrian czemu nie. Wylot z KRK, przesiadka w VIE i dalej DEL. Z tym że w VIE trzeba było spędzić noc, więc wyszły by dodatkowe koszty. Chciałem tego uniknąć więc wybrałem Aeroshi…, przepraszam Aerosvit
    Zabukowałem bilety, WAW-KBP-DEL na 15 grudnia z powrotem 1 stycznia.
    Następnie zaczęliśmy z dziewczyną układać plan imprezy. Wyszło parę lotów w Indiach, no i przelot do Nepalu. Sprawdzałem wszelkie Kingfishery, IndiGo, Jet Konnect, Spice Jet, ale o dziwo najniższe ceny miała Air India, więc nie było co się zastanawiać. Bilety kupione, wszystko gra, aż tu pewnego dnia przychodzi mail z Ukrainy o treści mniej więcej: „Z przykrością informujemy że jeden z zaplanowanych przez Pana lotów nie odbędzie się. Szczegóły na www…”. Okazało się że Aerosvit kasuje KBP-DEL z dniem 22 października 2012. Myślałem że krew mnie zaleje. Zadzwoniłem do nich, ustaliłem kwestię zwrotu pieniędzy, na szczęście nie było z tym problemów bo oddali co do centa, po ośmiu dniach. Straciłem jedynie na przewalutowaniach.
    Trzeba było zacząć szukać nowego połączenia do Delhi. Było to o tyle trudne, gdyż musieliśmy być w DEL o takiej godzinie żeby zdążyć na lot na Goa. Z pomocą przyszedł Finnair.
    Sprawdziłem cenę, jest ok. Niestety musiałem dobić kartę kredytową co trwało do następnego dnia (był wieczór). Rano pieniądze były na koncie, ale bilet już niestety 250zł droższy. Nie było jednak sensu czekać na cokolwiek innego, i ostatecznie stanęło na tym że polecimy przez Helsinki.
    W sumie bilet Finnairem kosztował nas po 850 zł drożej niż Aerosvit. Pomyślałem sobie że było trzeba wziąć Austriana… No cóż.
    Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu. O 5:00 rano ruszyliśmy pociągiem z Bielska-Białej do Warszawy. Po przyjeździe na Okęcie, chwila przerwy, potem odprawa. Próbuję z Panem załatwić jakieś fajne miejsca na locie HEL-DEL (Finnair kasuje dodatkowo za możliwość wyboru miejsca podczas rezerwacji biletów). Nie udaje się przy oknie, i dostajemy miejsca w środku, zaraz za ścianą grodziową z biznes klasą. Na trasę WAW-HEL nie ma co negocjować bo ERJ170 ma miejsca w układzie 2-2 więc okno jest zapewnione (jeżeli leci się we dwoje).
    Po odprawie i kontroli bezpieczeństwa idziemy do gate’u. Po drodze oglądam najnowszy nabytek naszego narodowego przewoźnika. Nie udało mi się na Balicach, więc mam go teraz na wyciągnięcie ręki. Samolot przyciąga sporo podróżnych, masa ludzi przychodzi zrobić zdjęcie Dreamlinera.



    Wreszcie pakujemy się do samolotu.



    Operatorem jest FlyBe, maszyna w malowaniu Finnair, Embraer 170 o regu OH-LEI. Miejsce przy oknie po lewej stronie. Po starcie długo w chmurach, no i po drodze nudno. Zero mijanek, tylko smugi widziałem. Serwis na pokładzie skromniutki. Cięcie kosztów nawet w Finlandii. Kawa, herbata, woda, soki, a za resztę płacimy.
    Krótka drzemka, i po nieco ponad godzinie zaczynamy zniżanie, które jest bardzo szybkie i strome. Rozglądam się i widzę jak niektórzy ludzie cierpią. Nie jestem wrażliwy na skoki ciśnienia, ale czuję po uszach że jest ostro.
    Wylądowaliśmy bez problemów, mamy parę godzin więc zajmujemy odludne miejsce i ucinamy drzemkę. Byłem już wcześniej w HEL, lotnisko bardzo przyjemne, ciche i czyste.


    Fajna opcja z kontrolą paszportów przed wejściem na strefę lotów do Azji i Ameryki. Najpierw kładzie się paszport na skaner który „czyta” zdjęcie, otwiera się bramka, stajemy na określonym miejscu, i kamera porównuje zdjęcie z paszportu z naszą gębą. Bramka się otwiera i po krzyku. Opcja oczywiście dla obywateli UE.
    Wreszcie borading. Lot AY21. Sporo hinduskich twarzy, dużo Anglików, Niemców. Polskiego nie słyszałem.


    Wsiadamy do samolotu. A330-300 OH-LTS. Zajmujemy miejsca, rząd 21 na środku. Ściana grodziowa przed nami to plus że jest dużo miejsca na nogi. Minus, nieco ciaśniejsze fotele.



    Startujemy z niewielkim opóźnieniem, po starcie badam system rozrywkowy. Fajne wizualizacje przedstawiające trasę lotu, no i kamery w goleni podwozia przedniego, po kadłubem i chyba w kokpicie z widokiem do przodu.

    [IMG]http://i217.photobucket.com/albums/cc74/gryni/Indie/8_zpsad765312.jpg[IMG]

    Serwis w porządku, jedzenie oczywiście na hinduską modłę, do oporu wody i soków. Biorę fińskie piwo i próbuję zasnąć.
    Budzę się na kolejny posiłek sprawdzam trasę lotu. Lecieliśmy nad Estonią, Rosją, Turkmenistanem, Pakistanem i wreszcie Indiami.


    Lądowanie jeszcze po ciemku, lot trwał niecałe siedem godzin. Długie kołowanie do terminala, i wreszcie wysiadamy. Co dziwne, nie czuć gorąca. Lotnisko spore, bardzo długie korytarze i gdyby nie ruchome chodniki można by stracić trochę czasu.



    Nad Delhi straszna mgła. Mamy 4 godziny do odlotu kolejnego samolotu, więc odpoczywamy po locie na leżakach. Trochę pooglądałem terminal, jest dość czysto, ekipy sprzątają uwijają się jak w ukropie. W toalecie byłem przekonany że sprzątacz jeszcze mi rozporek zapnie, po tym jak mi podał ręczniki papierowe, spuścił wodę w pisuarze itp. Oczywiście z zachowania można wywnioskować że mile widziany był by napiwek.
    Mgła trochę się przerzedziła, zaczął się boarding do naszego lotu AI865 ze stopem w BOM. Obłożenie niemal 100%, w biznesie sami hindusi.


    Starujemy, po czym długo we mgle i smogu który większy już chyba być nie może. Po wyjściu na FL100 dosłownie widać ciemno szarą zawiesinę.


    Maszyna to A321 VT-PPT. Lot bez niespodzianek, Jak na pierwszy raz z narodowym indyjskim przewoźnikiem jestem zaskoczony. W każdym fotelu ekran, mimo tego że to krajowa trasa jest full catering.


    Tapicerka przypominała mi rodzime PKSy, ale za to każdy miał swój ekran.


    Zaczynamy zniżać do międzylądowania w BOM. Na podejściu widać kontrasty typowe dla tego kraju, domki zbite z byle czego, a w oddali
    wieżowce.


    Na lotnisku sporo maszyn Air India, dużo biznesów, a w jednym z hangarów zauważyłem nawet szturmowego MIGa-27.


    Postój w Bombaju trwał niecałą godzinę, po czym pokołowaliśmy na start. Już tylko krótki skok na południe, i prawie koniec naszej podróży. Lot cały czas wzdłuż wybrzeża oceanu indyjskiego, super widoki. W drugim segmencie lotu dali już tylko orzeszki prażone i napoje do wyboru. Zacząłem się zastanawiać co ciekawego zobaczę na lotnisku Dabolim w Goa, wszak to baza lotnictwa marynarki wojennej.


    Podejście znad oceanu, miękkie lądowanie i podczas dobiegu zauważam trzy Sea Harriery które na co dzień stacjonują na lotniskowcu. Widać że są świeżo po lotach bo obsługa kręci się wokoło maszyn.


    Co ciekawe, lotnisko Dabolim z racji tego że jest własnością wojska, zamknięte jest dla operacji cywilnych do godziny 13:00. Od 8:30 odbywają się tam loty wojskowe. Codziennie bez wyjątków.
    Po wyjściu przed terminal dopada nas chmara taksówkarzy i innych różnego rodzaju kombinatorów. Próbujemy się targować co do ceny za podwózkę do naszego docelowego miejsca, ale odpuszczamy. Zmęczenie bierze górę. Jedziemy za tyle ile chcą.
    Dojechaliśmy szczęśliwie na plażę Palolem, znaleźliśmy domek na palach frontem do oceanu, i wreszcie można było odpocząć. Goa jest całkiem inne od reszty Indii, mniejszy bałagan, i ogólnie wszystko jakoś bardziej ogarnięte niż np. w Delhi.





    Spędziliśmy tam sześć dni. Nie obyło się bez lotniczych akcentów. Liczyłem na TU-142 indyjskiej marynarki wojennej, ale na próżno. Na stałe stacjonują na wschodnim wybrzeżu. Jeszcze parę lat temu latały z Dabolim, a niedługo niestety zastąpią je Boeingi P-8 . Udało się za to dojrzeć IŁa-38, MIGa-29 i Sea Harriera. Tego ostatniego wprawdzie tuż przed wyjazdem z Goa, ale słyszałem je niemal codziennie starając się bezskutecznie je dostrzec.




    Nadszedł koniec naszego plażowania, czas zbierać się na lotnisko.
    Powrotny lot jest taki sam, międzylądowanie w BOM i dalej do DEL. Terminal w Dabolim jest jakby to powiedzieć za murzynami. Z boku budują nowy, ale kiedy będzie otwarty tego nie wiem.
    W czasie rozbiegu skupiłem się na fotografowaniu wojskowych maszyn na płycie. Steward stawiał opór ale choćby nie wiem co nie powstrzymał by mnie.



    Lecimy A321 VT-PPE, przed boardingiem udało mi się dostrzec na komputerze że jest prawie komplet pasażerów. 164 sztuki. Mam miejsce przy oknie z widokiem na silnik, który podczas zniżania wydawał dziwne jęczące dźwięki. Po wylądowaniu w BOM do silnika podeszło dwóch speców, otwarli osłonę, pooglądali i poszli. Po pięciu minutach zjawili się z panami pod krawatem. Byłem już pewny że jest awaria. Staliśmy tak z 30 minut, po czym mechanik oznajmił skierowanym w dół kciukiem że maszyna będzie uziemiona.



    Wydano nam karty transferowe i vouchery na posiłek po czym skierowano do terminalu. Tutaj pierwsze zderzenie z indyjskim chamstwem. Europejczycy ustawili się w kolejce do „paśnika” a hindusi jak bydło kto pierwszy ten lepszy. Chaos i krzyki. Oni po prostu nie rozumieją że jak masz w ręku papierek, to i tak swoje dostaniesz. Postoisz ale dostaniesz. Trzeba było jednak paru opier… żeby znaleźli miejsce w kolejce.
    W BOM spędziliśmy trzy godziny. Kiepska sprawa, bo w Delhi czekał na nas hotel, a nazajutrz wcześnie rano wylot do Katmandu.
    Wreszcie podstawili inny samolot, też A321 VT-PPD i wystartowaliśmy do DEL. Lądujemy o 21:21 i od razu na taksówkę. Znowu te negocjacje z taksiarzami. Do hotelu jest 4 km. Nie dam więcej niż 200 rupii. Niektórzy chcieli 500! Tych wyśmiewaliśmy. Wreszcie udało się znaleźć takiego co się zgodził, ale uparcie powtarzał ze to 8 km. Ja mu na to żeby mi nie ściemniał, bo już tu byłem i wiem nawet jak tam trafić. Dojeżdżamy pod wskazany adres, a po hotelu ani śladu. Zaczynam się denerwować. W tym samym miejscu był hotel, ale inny. Weszliśmy spytać. „Recepcjonista” powiedział że nasz hotel już nie istnieje, ale jest jeszcze jeden o tej samej nazwie dwie przecznice dalej. Poszliśmy tam. Brniemy wąskimi uliczkami wśród bezpańskich psów i podejrzanych mord, pięści w pogotowiu, choć mam nadzieję że nie będzie trzeba się bronić. Kilka dni wcześniej w tej okolicy sześciu zwyrodnialców ciężko pobiło i brutalnie zgwałciło 23 letnią studentkę, co poskutkowało zamieszkami w Delhi. Niestety dziewczyna zmarła końcem roku.
    Dochodzimy do hotelu, recepcja wygląda jak noclegownia dla bezdomnych. Recepcjonista i kilku jego kolegów grzeją się nad piecykiem. Nie wzbudzają mojego zaufania. Na szczęście zaakceptował naszą rezerwację i wydał klucze do pokoju o standardzie którego nie będę się rozpisywał. Jak się później okaże ów standard to norma w tym kraju. Oczywiście mowa o hotelach do 1000 rupii za dobę (60zł).
    Rano bez żalu opuszczamy Delhi, i obieramy kurs na Katmandu.


    Samolot to A320 VT-EDF. Miejsce przy oknie tradycyjnie. Lot jest opóźniony przez gęstą mgłę, i trwa 1,5 godziny. Lecimy wzdłuż pasma Himalajów, niestety siedzę po niewłaściwej stronie, jednak podczas podejścia do KTM widać Mt. Everest w odległości 177km. Widoczność powala.


    Po wylądowaniu oczywiście zdjęcie terminala, no i B752 Nepal Airlines. Niestety kiepskiej jakości.



    Na lotnisku szybko załatwiamy formalności wizowe, dostajemy po pieczątce i jazda. Taksówka już czeka, pakujemy bagaże i ruszamy do hotelu.Polecam hotel Ganesh Himal. Bardzo komfortowe warunki, dobra kuchnia, czysto i niedrogo. Przejeżdżając przez Katmandu zastanawiałem się czy nie było tutaj jakiegoś trzęsienia ziemi niedawno. Miasto wygląda tragicznie. Budynki odrapane, spękane, na ulicach kupy gruzu, tłumy ludzi, brak chodników a asfalt tylko na nielicznych głównych drogach i to jeszcze kiepskiej jakości. Na szczęście pogoda dopisuje.




    Z hotelowego tarasu widać szczyty Himalajów odległe o jakieś 80 km, no i co rusz jakaś maszyna z tutejszego lotniska. Procedura startu zwłaszcza dla dużych maszyn jest taka, że startuje się na południe, po czym na wznoszeniu wykonuje się krąg nad miastem i dopiero odchodzi na trasę. Góry dookoła miasta mają do 2500mnpm. Pewnie dlatego. A330 na wznoszeniu między budynkami grzmi jak myśliwiec. Wieczorem rekonesans po mieście, masa wszelkiego rodzaju knajp, sklepów z alpinistyczną odzieżą, koce z wełny jaka, czapki, mapy. Czego tam nie ma. Przechodząc koło jakiegoś biura turystycznego widzimy ofertę lotów widokowych nad Himalajami. Czemu nie, jutro gwiazdka. Prezent się należy. W środku dwie sympatyczne dziewczyny, przy kawie wypytujemy o szczegóły, lot kosztuje 170-180$ w zależności od przewoźnika. My wybraliśmy Buddha Air. Mają Beech’e 1900D. Nie zastanawialiśmy się długo, pogoda póki co świetna, a w razie złych warunków loty są odwołane i czeka się na następny dzień.
    Nazajutrz o 5:00 jedziemy taksówką na lotnisko. Odbieramy karty pokładowe, i idziemy do terminalu krajowego. Z rana ruch na lotnisku spory, odlatuje dużo samolotów do nepalskich miast, w tym do Lukli.


    Krótko przed boardingiem startuje M-28 Skytruck nepalskiej armii, ale niestety nie trafiłem go. Co najlepsze, drzwi na płytę były otwarte i nikt nie robił problemu kiedy wychodziłem robić zdjęcia. Wreszcie nasza kolej. Jedziemy autobusem pod samolot, Beech 1900D o regu 9N-AEW.


    Miejsca w układzie 1-1 więc każdy ma swoje przy oknie.


    Start z kopyta jak to w turbośmigłowych samolotach, szybki krąg nad miastem i obieramy kierunek wschodni. Podczas lotu oczywiście obowiązkowa wizyta w kokpicie.


    Udało mi się jednak zrobić kilka zdjęć Mt. Everestu przez przednią szybę. Przejrzystość nie do porównania z kabinowym oknem.
    Mt.Everest i po prawej Lhotse i jego południowa ściana na której zginął Jerzy Kukuczka.


    Lecimy na FL280, podlatujemy pod Everest na jakieś 20-25km, i zawracamy w kierunku lotniska. Podczas lotu powrotnego mam Himalaje jak na dłoni. W sumie tego dnia widziałem sześć ośmiotysięczników. Widoki niesamowite. Oto niektóre z nich.
    Cho-Oyu 8201mnpm.


    Makalu 8481mnpm.


    Od lewej, Cho-Oyu,Dalej Everest, Lhotse i Makalu. Cztery za jednym razem.


    Czas w Katmandu upłynął dość miło, ani się nie obejrzeliśmy a już trzeba było wracać. Lot powrotny robimy również Air Indią, maszyna A320 VT-EDD. Po starcie obieramy kierunek zachodni i prujemy wzdłuż Himalajów. Niesamowite widoki na Manaslu, Annapurnę i Dhaulagiri.
    Manaslu 8153mnpm


    Masywy Manaslu z prawej, i Annapurny z lewej. Annapurna I (8091mnpm), to pierwszy najwyższy szczyt od lewej strony. Tak niepozorny od południa, że nie zrobiłem mu zdjęcia dłuższym obiektywem.


    Dhaulagiri 8167mnpm


    Nanda Devi 7816mnpm, drugi co do wysokości szczyt Indii.


    Z podejścia do Delhi z wysokości 2500m zanim jeszcze weszliśmy w smog było widać góry wzdłuż kórych przelatywaliśmy. Wylądowaliśmy w DEL, ponownie załatwiamy formalności wizowe, papierki, deklaracje, miejscowi mają na tym punkcie świra. Pakujemy się do autobusu i jedziemy do centrum do naszego hotelu. Resztę dnia spędzamy na rozpoznaniu okolicy i szukaniu restauracji takiej w której według naszego wyczucia się nie otrujemy. Na jedzenie w Indiach trzeba uważać. Nie jest trudno zjeść jakieś dziadowstwo a potem cierpieć na tronie przez parę dni. Jeszcze gorzej jest z wodą. Broń Boże przed jakąkolwiek niż oryginalnie butelkowaną, a i tak słyszałem że można się i na takiej przejechać. Nie mniej jednak kuchnię mają dobrą, i mieliśmy farta bo ominęły nas wszelkie dolegliwości żołądkowe.


    Następnego dnia o 6:00 mamy pociąg do Agry. Będziemy oglądać Taj Mahal. Po trzech tygodniach boju z biurem obsługi klienta kolei indyjskich który to stoczyłem jeszcze w Polsce, nie udało mi się zarejestrować do ich systemu, i kupić biletów. O pomoc poprosiłem pewną osobę która miała już konto. Za jej pośrednictwem udało się. Bilety kolejowe w Indiach najlepiej jest rezerwować przed przyjazdem, bo nie wiadomo co może się zdarzyć na miejscu. Zdarza się że nie ma już wolnych miejsc. Nas przed wejściem do wagonu jakiś życzliwy hindus poprosił o pokazanie biletów. Wyciągnąłem nasze E-tickety, a on mi na to że to nie są bilety i że jesteśmy turystami i potrzebujemy karty pokładowe które się załatwia w biurze na piętrze. Pociąg odjeżdża za 15 minut a my nie mamy kart pokładowych! Pięknie. Pobiegliśmy tam, ale po drodze zacząłem się zastanawiać czy to aby nie był jakiś naciągacz. Nie spytałem go o identyfikator. Dałem rozkaz powrotu do wagonu. „Kanara” wyminęliśmy, weszliśmy do pociągu, zajęliśmy nasze miejsca i tyle. Co będzie to będzie. Zobaczymy jak przyjdzie konduktor. Najwyżej powiemy mu że nie wiedzieliśmy. Nadeszła kontrola biletów, pan wziął do ręki nasz e-ticket, wbił pieczątkę i z uśmiechem na twarzy podziękował. Nawet nie chciał dokumentów. Gdybym wtedy miał na wyciągnięcie ręki tego ćwoka ze stacji to kolejna matka na tym świecie miałaby syna be zębów.
    Po trzech godzinach dojechaliśmy do Agry. Kiedyś była to stolica Indii. O pobycie nie będę się rozpisywał, kilka zdjęć powinno wszystko załatwić za mnie. Jedyne co warto było obejrzeć to Taj Mahal. Największa atrakcja tego miasta obok czerwonego fortu. W środku można odpocząć od zgiełku i naciągaczy. Gdzieś dookoła latał AN-32. Nie dostrzegłem go niestety. Na tamtejszym lotnisku stacjonują właśnie te typy, Dorniery DO228 oraz Iły-76 w wersji transportowej i wczesnego ostrzegania z anteną na kadłubie jak E-3.




    Na następny dzień wieczorem wracamy do Delhi. Pociąg opóźniony, ale dowiózł nas w nieco ponad dwie godziny. Stacja w Agrze wyglądała jak podczas jakiejś wędrówki ludów. Na rozkładzie jazdy były informacje o opóźnieniach. Niektóre pociągi nawet po 13 godzin!



    Dojeżdżamy po północy i kładziemy się spać. Został nam jeszcze tylko jeden dzień, w dodatku Sylwester. W nowy rok rano powrót do Polski. W sylwestra od rana wycieczki po mieście, sporo przeszliśmy na nogach, trochę metrem. Mieliśmy dość kombinatorów taksówkarzy i rikszarzy którzy chcieli za podwózkę jakieś chore ceny. Nawet już nie chciało mi się z nimi targować. Miałem najzwyklej w świecie dość Indii, chciałem pójść do sklepu, kupić flaszkę Imperial Blue, zamknąć się w hotelu i oglądać kablówkę.
    Delhi, zwłaszcza stare Delhi, to piekło na ziemi. Brud, smród i ubóstwo. Moja stopa więcej tam nie stanie. Tłumy ludzi, w 99% sami faceci, ubrani w łachmany, plują co krok tytoniem lub betelem, Do tego hałas klaksonów i ogólny harmider.





    Ludzie tam są strasznie denerwujący. Widząc turystę chcą z nim ubić interes. Nie ważne jaki. Każdy biały dla nich to chodząca skarbonka. Kłamią, kombinują, oszukują, nie można im wierzyć w żadne słowo. Na szczęście nie mieli ze mną łatwego życia, bo ilekroć chcieli coś ode mnie to mówiłem że jestem w Indiach już N-ty raz, wszystko wiem, wszystko widziałem i niczego nie potrzebuje. To działa zwłaszcza na taksiarzy. Inaczej będą wciskać kit że trzeba się iść rejestrować do jakiegoś biura dla obcokrajowców bo jak nie to będziemy mieli kłopoty, nie kupimy nigdzie biletów itp. Trzeba z nimi stanowczo. Wtedy zamykają się od razu i wiozą gdzie trzeba.
    Jeszcze słów kilka o bazie hotelowej. Mowa oczywiście będzie o hotelach w cenie do 1000 rupii (60zł) za dobę w pokoju dla dwóch osób. Nie chcieliśmy płacić więcej. O ile pokoje jeszcze w miarę ujdą, to pościel jest przeważnie brudna i wilgotna. Trzeba od razu domagać się wymiany. A już najlepiej wozić ze sobą jakiś cieniutki, lekki śpiwór. Będę miał nauczkę na następny raz. Druga sprawa to ciepła woda. W lecie nie ma problemu ale nas dopadł najzimniejszy grudzień w Delhi od pięciu lat. Temperatury w nocy poniżej 5stC a w dzień nie więcej niż 15-17. W TV i gazetach podawali liczbę ludzi którzy zmarli z wyziębienia. Jeżeli nie ma ciepłej wody to w recepcji tłumacza się że nie było prądu, i jak chcemy to przyniosą nam we wiadrze. Koniec kropka. Do kasowania są pierwsi ale dać coś w zamian już nie bardzo.
    Ostatnia noc zamiast sylwestrowych petard i fajerwerków minęła pod znakiem bezpańskich psów gryzących się co chwile na ulicy przed hotelem. O 3:45 nie wytrzymałem. Wylazłem na balkon chwyciłem jakąś plastikową doniczkę i rzuciłem między stadko. Do rana był spokój, ale cieć z naszego hotelu (trudno go nazwać recepcjonistą) rano miał o to pretensje. Powiedziałem mu że mógł sam wyjść przed hotel i zrobić porządek. Na koniec nazwałem go leniwym śmierdzielem i wsiadłem do taksówki.
    Na lotnisku meldujemy się trzy godziny wcześniej. Przed wejściem kontrola paszportów i biletów. Żołnierz literował nasze nazwiska, wreszcie mu się udało i wpuścił nas do terminalu. Odprawa połączona z negocjacjami o jakieś fajne miejsce przy oknie. Udało się, ale niestety jak się później okaże miejsce mamy zaraz przed krawędzią spływu skrzydła więc widok średni. Nadajemy bagaże i idziemy na kontrolę bezpieczeństwa. Kontrolują często ale robią to trochę tak żeby było widać że robią. Na bramce nie każą zdejmować paska, bo i tak każdego obmacują, za to na bagaż podręczny trzeba mieć przywieszkę na której wbijają pieczątkę że bagaż został sprawdzony, którą po opuszczeniu gate’u sprawdza jeszcze jeden oficer. Wszystko po to aby każdy mógł swoje kilka rupii zarobić.
    Od Kolegi z forum dowiedziałem się jeszcze w sylwestrowy wieczór że leci po nas A340-300 w malowaniu One World. Pakujemy się do niego, na lotnisku oczywiście gęsta mgła, ale jak się okazało mają ILS CAT III więc operacje idą płynnie. Opuszczamy „gościnną” indyjską ziemię, i kierujemy się na zachód. Przelatujemy nad Pakistanem, Afganistanem gdzie na próżno wypatruję kręcących się gdzieś pod nami tankowców lub myśliwców, dalej nad Uzbekistanem, Rosją i wreszcie Finlandią. Od momentu minięcia Kabulu na ziemi cały czas śnieg. Podczas lotu dwa serwisy, jedzenie smaczne, porcje solidne. Próbuję spać ale nic z tego. Po drodze nad Rosją lecieliśmy w dość mocnej turbulencji przez około pięć minut. Skrzydło pracowało góra dół jak wściekłe. Ta mijanka wynagrodziła mi wszystkie trudy podróży.
    B744F Yangtze River YZR7454 o regu B-2437 lecący z Luxemburga. 1000ft wyżej od nas.


    W Helsinkach lądujemy popołudniu, opuszczamy dużego Airbusa i w dalszą drogę do Warszawy pakujemy się do Embraera 170 Finnairu o rejestracji OH-LKI. Lot obsługiwany przez FlyBe, bez szału, spokojny, w Warszawie siadamy na pasie 15 bez opóźnienia. To lubię. Jeszcze tylko ostatni etap podróży, pociąg do Krakowa i samochód do Bielska-Białej.
    Podsumowując, samolotami zrobiliśmy około 17350km, pociągami 855km, zwiedziłem dwa kraje, zaliczyłem dwa nowe typy samolotów (Beech 1900D, A333) i cztery nowe lotniska (DEL, BOM, GOI, KTM).
    Parę dni po powrocie zaczęliśmy rozmyślać nad następną podróżą którą jak wszystko w życiu będzie szło jak do tej pory odbędziemy jak zwykle końcem roku.
    Jakość zdjęć wstawianych przez serwis Photobucket w porównaniu do oryginału jest niestety mocno pogorszona, mam jednak nadzieję że chociaż trochę oddają rzeczywistość.
    Ostatnio edytowane przez Gabec ; 21-11-2013 o 22:58 Powód: URL->IMG
    tartal, wi999, mateusz.el and 18 others like this.


  2. #2

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Piękne góry na zdjęciach, relacja ciekawa. Widać pióro i aparat prawdziwego miłośnika samolotów. Pozdrawiam "krajana" z BB

  3. #3

    Dołączył
    Jun 2010

    Domyślnie

    Zastanawiam się czy jeszcze raz skorzystasz z gościnnej, indyjskiej ziemi?

    Ja mam kilka krajów na koncie, o których mówię że byłem tam jeden raz -> pierwszy i ostatni
    300. Dywizjon Bombowy im. Ziemi Mazowieckiej

  4. #4
    Awatar otul72

    Dołączył
    Jan 2011
    Mieszka w
    OSZ

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Grimson Zobacz posta

    Ja mam kilka krajów na koncie, o których mówię że byłem tam jeden raz -> pierwszy i ostatni
    To dwa razy
    Canon EOS 400D + 70D, MAK 127

  5. #5

    Dołączył
    May 2009
    Mieszka w
    Kraków

    Domyślnie

    Dawno nie czytałem takiej rasistowskiej relacji. Byłem w Indiach ok. 30 razy, ale dalej nie odważyłbym się na takie uogólnienia. Pozdrawiam.
    Trurl likes this.

  6. #6

    Dołączył
    Apr 2010

    Domyślnie

    Ach, ten europocentryzm

  7. #7

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Mamutto Zobacz posta
    Byłem w Indiach ok. 30 razy
    Godne podziwu.

    Cytat Zamieszczone przez Mamutto Zobacz posta
    nie odważyłbym się na takie uogólnienia.
    Oczywiście zdarzali się też normalni ludzie, ciekawi innych krajów a nie mojego portfela.


  8. #8

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Ja dałem radę i obejrzałem wszystkie zdjęcia z przyjemnością.
    W Indiach nie byłem, ale opinię taką jak przedstawił Grynisłyszałem więcej niż dość razy.

  9. #9

    Dołączył
    Feb 2012

    Domyślnie

    Świetne Gdzie planujesz sie wybrac w tym roku? Pozdrawiam z Bielska

  10. #10

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez 1x2lupus Zobacz posta
    Gdzie planujesz sie wybrac w tym roku?
    9 Grudnia wylot do Birmy i Tajlandii.

    Cytat Zamieszczone przez 1x2lupus Zobacz posta
    Pozdrawiam z Bielska
    Pozdrawiam Bielsko z Sassnitz


  11. #11

    Dołączył
    Sep 2012
    Mieszka w
    EIDW ; EIWT ; EPLU

    Domyślnie


    Polecamy

    Hej, świetny reportaż. Szczególnie KTM i lot na U4.

    PZDR

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •