Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 37
Like Tree84Likes

Wątek: Wyspy Kanaryjskie zwane też Wyspami Szczęśliwymi

  1. #1
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie Wyspy Kanaryjskie zwane też Wyspami Szczęśliwymi


    Polecamy

    Nie jest to relacja „na żywo”. Chciałbym podzielić się wrażeniami z odwiedzin Wysp Kanaryjskich, co od zawsze było moim marzeniem. Chciałem zobaczyć wulkaniczny krajobraz tych wysp, poczuć hiszpański klimat górskich i nadmorskich miasteczek, no i oczywiście cieszyć się odrobiną lata w środku zimy. Ostatecznie w ciągu ostatniego roku miałem możliwość odwiedzić wszystkie wyspy posiadające lotniska międzynarodowe.
    Wycieczka w te miejsca z pewnością nikogo nie rozczaruje. Każda wyspa jest inna i różni się zdecydowanie od pozostałych. Jedne są zielone i pełne egzotycznej roślinności, inne znów jałowe i kamieniste. Są tu i ogromne piaszczyste plaże i wysokie góry z najwyższym szczytem na terytorium Hiszpanii - wulkanem Teide. Na jednych krajobraz jest taki sam w każdym miejscu wyspy, na innych zmienia się diametralnie w zależności od lokalizacji.
    Żeby nieco przybliżyć ich niepowtarzalny urok zdecydowałem się napisać krótką relację z moich podróży w te miejsca. Zachowam kolejność w jakiej podróżowałem, na początek więc opiszę krótko wyprawę na Gran Canaria.


    Planowy odlot z Madrytu do Las Palmas był wczesnym rankiem 11go lutego 2014 o 6:40, więc już 4:30 wyruszyliśmy na lotnisko. Wszystkie wycieczki na Wyspy Kanaryjskie odbyłem podróżując Ryanair'em startując z Madrytu, nie ma więc za bardzo o czym się rozpisywać. Samolot wystartował punktualnie i po około trzech godzinach byliśmy na miejscu. Z uwagi na różnicę czasu było to przed dziewiątą rano. Autobusem miejskim,który przyjechał po kilkunastu minutach pojechaliśmy do Las Palmas. W hotelu mogliśmy zameldować się od 12:00, więc połaziliśmy po mieście. Poszliśmy zobaczyć plażę.



    Pospacerowaliśmy sobie na deptaku, który ciągnie się wzdłuż całej plaży i biegnie aż do okolicznych skał, gdzie postanowiliśmy pójść nazajutrz.



    W ciągu naszego spaceru mogliśmy też obserwować helikopter straży przybrzeżnej, który cały czas latał wzdłuż plaży i dalszej części wybrzeża, tak, że nie traciliśmy go ani na chwilę z oczu.



    Po zameldowaniu w hoteliku w przyportowym starym mieście poszliśmy do centrum Nie wzięliśmy pod uwagę, że z tej dzielnicy do centrum miasta jest naprawdę spory kawałek. Poddaliśmy się w połowie drogi i pojechaliśmy dalej autobusem. W ten sposób dotarliśmy na plac Św. Anny gdzie mogliśmy podziwiać katedrę jej imienia. Katedra jest zbudowana z szarego wulkanicznego kamienia, co wygląda bardzo osobliwie.



    Na placu Św. Anny znajdują się też fajne rzeźby psów. To od psów (z łaciny canis) pochodzi nazwa wysp, a nie od kanarków jak się powszechnie uważa. Przyznam się, że też myślałem, że nazwa wysp pochodzi od tych ptaków ., a jest dokładnie na odwrót.



    Po powrocie do dzielnicy gdzie był nasz hotel wróciliśmy na nadmorski deptak żeby znaleźć jakąś knajpkę serwującą owoce morza. Znaleźliśmy taką, z której można było podziwiać wspaniały zachód słońca. Niestety na moim zdjęciu nie widać głębi wszystkich barw i niepowtarzalnego klimatycznego nastroju wczesnego wieczoru.



    Zjedliśmy na wolnym powietrzu świetne kalmary i małe rybki smażone tak jak frytki, ciesząc się ciepłym klimatem.


    Następnego dnia poszliśmy na długi spacer wzdłuż brzegu w kierunku skał. Na nch, jak się okazało wygrzewały się czerwone kraby.



    I wielkie jaszczurki zbliżone kolorem do tych skał, więc trudno je było wypatrzeć.



    Ze spacerowej ścieżki świetnie było widać panoramę miasta.




    Po spacerze wróciliśmy do naszej sprawdzonej restauracji żeby spróbować znów świetnie przyrządzonych owoców morza. W międzyczasie mogliśmy przyglądać jak łódź straży, która zastąpiła wczorajszy helikopter patroluje wybrzeże.



    Później pospacerowaliśmy po mieście i jak już mieliśmy szukać autobusu na lotnisko natknęliśmy się na ciekawą instalację, w której była jakaś wystawa.



    Niestety nie mieliśmy już czasu jej odwiedzić. Może następnym razem....


    Wbrew naszym obawom, autobus powrotny można było łatwo znaleźć wśród wielu innych na dworcu autobusowym, miał charakterystyczne malowanie .




    Lot powrotny był o 19:00 i odbył się planowo, bez kłopotów i niespodzianek. Po niecałych trzech godzinach, czyli przed 23:00 byliśmy z powrotem w Madrycie.


    Jedynym minusem całej eskapady było to, że nie mieliśmy własnego środka lokomocji. Ograniczyliśmy się do zobaczenia jednego miasta, a w zasadzie zwiedzenia jednej dzielnicy. Postanowiłem, że przy okazji kolejnych wizyt na wyspach będę wypożyczał samochód, tak żeby mieć możliwość zobaczenia większej ilości miejsc. No i oczywiście, że wrócę na Gran Canarię żeby zwiedzić i objechać całą wyspę .
    tartal, markoo, shiver and 6 others like this.

  2. #2
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie Lanzarote

    W kolejną podróż na Wyspy Kanaryjskie wybraliśmy się w następnym miesiącu. Muszę wyjaśnić, że piszę w liczbie mnogiej dlatego, że nie jeżdżę na wycieczki nigdy sam, zawsze towarzyszy mi żona .
    Tym razem udało się w sensownej cenie kupić bilety na Lanzarote. Samolot odlatywał 29 marca 2014 o godzinie 7:00. Pora nie była może tak barbarzyńska jak poprzednio, jednak biorąc pod uwagę czas dojazdu na lotnisko musieliśmy i tak zerwać się przed piątą rano. W nagrodę już o 8:30 lądowaliśmy w krainie wulkanów w Arrecife. Po wylądowaniu i szybkim śniadaniu na lotnisku wypożyczyliśmy zarezerwowany samochód i wyruszyliśmy na południe w kierunku miejscowości Playa Blanca.


    Spodziewałem się, że Playa Blanca zawdzięcza nazwę białemu czystemu piaskowi. Jednak oceniając kolor piasku i wielkość plaży musiałem zmienić zdanie.



    Chyba jednak chodzi o kolor domków i samą obecność mikroskopijnej plaży w tej krainie zastygłej lawy i innego pumeksu.


    Z playa Blanca można zobaczyć sąsiednie wyspy; Fuertaventura i Wyspę Wilków.



    Jako ciekawostkę można potraktować park w tej miejscowości. Widać, że bardzo się starają stworzyć w miasteczku miejsce do wypoczynku bogate w roślinność ale chyba oprócz nazwy „zielona strefa” nie przypomina to parków z prawdziwego zdarzenia do jakich przywykliśmy.




    Połaziliśmy trochę, pocieszyli słońcem i morską bryzą, zjedliśmy wczesny obiad i wyruszyliśmy zobaczyć rezerwat Gór Ognia. Po wjechaniu w głąb wyspy zobaczyliśmy jak wygląda typowy jej krajobraz. Sterty pumeksu wszędzie dookoła. Tak to mniej więcej wygląda na większości obszaru tej wyspy.


    Po jakimś czasie dojechaliśmy w miejsce gdzie należało zjechać z głównej drogi żeby dotrzeć do rezerwatu.



    Kontynuowaliśmy więc jazdę wśród kolejnych pól pełnych pumeksu. Dodam, że wydziela on specyficzny zapach, więc wrażenia są naprawdę jak wrażenia z podróży po obcej planecie.


    W rezerwacie nie można zwiedzać okolicy pieszo ani też korzystając z samochodu. Trzeba kupić bilet na autokar i pojechać nim w trasę dla zwiedzających. Widoki za to są bardzo egzotyczne. Niestety na większości fotografii wychodzą refleksy od szyb autobusu.




    Na żywo i w pełnym kolorze rezerwat robi ogromne wrażenie. Autobusy jeżdżą po wąziutkich stromych dróżkach, czasem się zatrzymują żeby dać możliwość przyjrzenia się jakiejś ciekawej formacji skalnej czy kraterowi. Z głośników można posłuchać o historii i geologii wyspy.




    W miejscu startu autobusów jest restauracja gdzie można posilić się potrawami grilowanymi na wulkanie. Grill jest ustawiony nad głęboką jamą, z której wnętrza wydobywa się wulkaniczne ciepło.



    Po zwiedzeniu Gór Ognia pojechaliśmy na północ wyspy żeby zobaczyć punkt widokowy. Droga też okazała się bardzo widokowa.





    Jadąc zaliczyliśmy deszcz, co w pustynnym klimacie Lanzarote podobno jest wielkim szczęściem.


    Gdy dotarliśmy do celu zobaczyliśmy niezapomniany widok z wysokiego, urwistego północnego brzegu wyspy. Z Mirador del Rio widać pobliską wyspę Graciosa z miasteczkiem Caleta del Sebo i w oddali wyspę Alegranza.





    Po nasyceniu się widokiem, odpoczęliśmy przy kawie w kawiarni z wielkimi oknami. Niestety czas na zwiedzanie wyspy dobiegał końca, była to wycieczka typu wylot rano, powrót wieczorem.

    Pojechaliśmy więc na lotnisko, o godzinie 17:30 mieliśmy lot powrotny.



    Powrót odbył się bez żadnych komplikacji, wylądowaliśmy w Madrycie przed dziewiąta wieczór.
    tartal, markoo, saturn5 and 8 others like this.

  3. #3

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Ech Kanary... to jeszcze przede mną Pisz dalej, chętnie czytam!

  4. #4
    Awatar voyager747

    Dołączył
    Jan 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Ja byłem tylko na Teneryfie,Gran Canarii i Lanzarote, ale pogodę chyba miałem lepszą.

  5. #5
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Też się rozglądam za Kanarami, ale chciałbym zobaczyć ze 2-3 wyspy podczas jednej podróży (prom lub samolot między wyspami).
    Ile dni trzeba na każdą wyspę by obskoczyć najważniejsze atrakcje samochodem?
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  6. #6
    Awatar voyager747

    Dołączył
    Jan 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Lanzarote jest małe, to z 2 dni wystarczą, a Teneryfa i Gran Canaria to z 3 dni. Pomiędzy wyspami kursują promy i samoloty.
    Kazor likes this.

  7. #7
    Awatar tinek6

    Dołączył
    Nov 2011
    Mieszka w
    Nowa Iwiczna

    Domyślnie

    10 dni na całość wystarczy? (Wszystkie ~5 wysp?)

  8. #8

    Dołączył
    Dec 2014
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Fuerteventura - Tygodniowy pobyt w hotelu Barceló Castillo Beach w miasteczku Caleta de Fuste .
    Niewielka wulkaniczna wyspa typowo turystyczna .
    Piękna plaża w pobliżu Corralejo , z miasteczka prom na Lanzarote .


    Następnym miejscem wartym odwiedzenia jest miasteczko Betancuria , droga do miasta wiedzie przez góry , dość stroma . Przyjeżdżają na nią trenować kolarze z całego świata - podobno . Po drodze mijamy ciekawy wzgórek zwany przez miejscowych cycek :-) Sophii Loren .




    Niektórzy nie dojechali - na dole fotki





    W drodze do Morro Jable na drugim końcu wyspy , warto zahaczyć o Oasis Park znajdujący się obok La Lajita , wspaniałe zwierzęta , niespotykana w rodzaju i wielkości roślinność no i przejażdżki na wielbłądach . Na tę atrakcję trzeba zarezerwować minimum połowę dnia .


    Prawie na końcu wyspy w Morro Jable następna atrakcja Submarine – rejs łodzią podwodną . Nie wiem czy jeszcze tam kursuje , ale dwa lata temu była , z tego co wiem są jeszcze w innych miasteczkach wyspy .


    A po rejsie relaks nad brzegiem przy dobrym napitku .



    Na objazd samochodem wyspy powinny wystarczyć 3 dni . W wypożyczalni do samochodu dołączają dokładną mapę wyspy z zaznaczonymi trasami offroudowymi .
    artemius, Machoni, tartal and 3 others like this.

  9. #9
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez tinek6 Zobacz posta
    10 dni na całość wystarczy? (Wszystkie ~5 wysp?)
    Liczyłbym po 3 lub 4 dni na wyspę. Zwłaszcza, że trzeba wziąć pod uwagę czas potrzebny na podróż z jednej wyspy na kolejną.

  10. #10
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie Teneryfa Północ

    Teneryfę odwiedziliśmy pod koniec 2014 roku. Lot 29go listopada planowany na 6:45 wystartował o 7:00. Loty poprzedniego dnia, z tego co się orientuję były odwołane z powodu silnych wiatrów na Kanarach. Przed startem pilot poinformował nas uprzejmie, że warunki pogodowe na Teneryfie są złe i będzie bardzo bujało przy lądowaniu. Nie mylił się, bardzo bujało. Z początku większość pasażerów patrzyła wokół z przerażeniem w oczach ale panowało milczenie. Później, przy każdej gwałtownej zmianie wysokości ludzie zgodnie krzyczeli Aaaa! Pierwszy raz widziałem takie zachowanie samolotu jak i pasażerów, włączając w to nawet przerwane lądowanie w Madrycie, tuż nad pasem, gdy wiatr nieoczekiwanie zmienił kierunek. Nawet wtedy nikt tak nie panikował, ale też samolotem aż tak nie miotało
    Po wylądowaniu na lotnisku Teneryfa Północ około 8:30 pojechaliśmy busem do wypożyczalni samochodów. Zobaczyliśmy przez okna powalone kontenery na śmieci i przygięte do ziemi palmy. Zorientowaliśmy się wtedy, że z planowanego zwiedzania wulkanu Teide będą nici. Chcieliśmy skorzystać z kolejki linowej, która przy silnych wiatrach jest nieczynna.
    Postanowiliśmy więc pierwszego dnia pozwiedzać okolicę i pojechać w góry.


    W recepcji hotelu było wywieszone ostrzeżenie o wyjątkowo silnych wiatrach.



    Nasz Hotel znajdował się blisko portu w Santa Cruz, przy placu pełnym barów i restauracji. Po szybkim obiedzie pojechaliśmy zwiedzać. Już w drodze można było zobaczyć, że w górach pogoda nie będzie za ładna. Szczyty tonęły w chmurach.


    Mimo wszystko kontynuowaliśmy jazdę w górę, podziwiając widoki zanim przesłoniły je nam chmury.



    Wąska droga wiła się pomiędzy zielonymi skałami.


    Jednak po dotarciu na większą wysokość potwierdziło się, że raczej nie nacieszymy się licznymi przy drodze punktami widokowymi. Mieliśmy za to okazję nacieszyć się deszczem, nawet większym niż spotkaliśmy na Lanzarote.



    Do miasta wróciliśmy już po ciemku.

    Kolejnego dnia w mieście zorganizowany był targ uliczny. Można było kupić rzeczy nowe i używane, pamiątki, ubrania, starocie itp. Było również otwarte targowisko miejskie, na którym można było zaopatrzyć się w artykuły spożywcze.




    Poszliśmy też zobaczyć port.


    W porcie oprócz statków były też przycumowane wieże wiertnicze.



    Następnie postanowiliśmy objechać wyspę dookoła. Na początku pojechaliśmy do miasteczka Orotava gdzie można zobaczyć Casa de Balcones (dom balkonów). W środku można kupić miejscowe wyroby np. koronki i dzianiny i lokalne przysmaki w postaci serów, win itd. Całość sprawia wrażenie sklepiku skrzyżowanego z muzeum etnograficznym.


    Przy dużym gmachu użyteczności publicznej, chyba Urzędzie Miasta widzieliśmy szopkę bożonarodzeniową. Niestety szalejący wcześniej wiatr pozamiatał dekoracje.




    Pojechaliśmy dalej do Icod de los Vinos zobaczyć w parku botanicznym tysiącletnie drzewo, najstarsze na wyspach. Po drodze udało nam się dostrzec kawałeczek czubka wulkanu pomiędzy chmurami. Wtedy podjęliśmy decyzję, że na pewno wrócimy tu specjalnie żeby zobaczyć tę górę z bliska.


    Najstarsze drzewo nie urosło specjalnie duże przez te 1000 lat.



    Pojechaliśmy dalej kierując się na Los Gigantes. Musieliśmy przejechać przez góry naprawdę bardzo widokową trasą.




    Tak jechaliśmy sobie podziwiając widoki żeby wieczorem dotrzeć do nadbrzeżnych ogromnych skał czyli Los Gigantes.



    Jeszcze rzut oka na sąsiednią wyspę Gomera zanim nie zrobi się ciemno. Wyglądało, że tam to dopiero jest brzydka pogoda.



    Do Santa Cruz dotarliśmy po ciemku. Poszliśmy na kolację, naprawdę doceniłem fakt, że na przełomie listopada i grudnia z przyjemnością można posiedzieć w restauracji na wolnym powietrzu.


    Lot powrotny mieliśmy o 9:15 w poniedziałek 1go grudnia. Zmarudziliśmy trochę w hotelu więc spieszyliśmy się do wypożyczalni oddać samochód i złapać busa na lotnisko. Padał deszcz i widoczność była nienajlepsza. W tym pośpiechu przeoczyłem i minąłem zjazd z autostrady do wypożyczalni. Nawet nie wiem kiedy, tak że kilkanaście kilometrów dalej zorientowałem się, że coś jest nie tak. Udało mi się zawrócić przy okazji następnego zjazdu jednak utknąłem w porannym korku. Wszystko wskazywało na to, że tym razem nie uda się wrócić planowo. Troszkę się zdenerwowałem. Ostatecznie jednak jakimś cudem korek ruszył z miejsca, dojechałem do wypożyczalni, a że miałem wykupione pełne ubezpieczenie to oddanie auta zajęło 15 sekund. Oczywiście nie było busa, wyjechał chwilę przed naszym przyjazdem. Zamówiliśmy taksówkę i to był dobry ruch, bo taksówkarz znał najszybszą drogę na lotnisko omijającą znów zakorkowaną autostradę. Ostatecznie przybiegliśmy do bramki na ostatni gwizdek ale samolot nam nie uciekł.
    shiver, Robi, Machoni and 5 others like this.

  11. #11

    Dołączył
    Aug 2011

    Domyślnie

    Świetna relacja, ale pytanie z innej beczki - czy tylko ja tak mam, czy coś ucięło głowę komuś na pierwszym zdjęciu?

  12. #12

    Dołączył
    Dec 2014
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez MarkPol Zobacz posta
    ale pytanie z innej beczki - czy tylko ja tak mam, czy coś ucięło głowę komuś na pierwszym zdjęciu?
    Ha , głowę uciąłem aby człek z kadru nie miał do mnie pretensji za upublicznianie wizerunku . Tak w ogóle nie jest zbyt przystojny

  13. #13

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    CTR warszawa
    Wpisów
    108

    Domyślnie

    Te wszystkie wspaniałe nazwy prawie uleciały mi z głowy, cóż w końcu to juz ponad 10 lat od podróży poślubnej, którą, żeśmy dokonali z żoną. Jak już Teneryfa to koniecznie LORO PARK, wąwóz nie pamiętam nazwy ale kończył się w los gigantes, Podwójny start do odwiedzenia Teide, pierwszy o pół godziny spóźniony, za to poranny przejazd MOTOREM (wypożyczonym) bajka a wjazd i pobyt na ponad 3000 m npm bajka.

  14. #14

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    WAW/KRK

    Domyślnie

    Tak z ciekawosci: czy Iberia lata jeszcze na Wyspy Kanaryjskie A346? Pare lat temu tak bylo (zarowno na Teneryfe, jak i na Gran Canarie), i nawet mialem pomysl, zeby sie wybrac - ale zdaje sie ze, oprocz wszystkiego, mieli na tej trasie Sunday rule... (Latala tez (teraz juz nie pamietam czy na obie ww. wyspy) Air Europa na A330.)

  15. #15
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie Fuerteventura

    Czterosilnik, niestety nie widziałem samolotów Iberii ani Air Europa na lotnisku więc nie wiem.

    Kolejna nasza wyprawa odbyła się również w grudniu 2014 roku. Wybraliśmy się na Fuerteventura. Tym razem Ryanair się zlitował i zaplanował start na ludzką porę tzn. o godzinie 10:50! Serio, tak było choć sam nie mogłem uwierzyć, że można wyspać się jak człowiek do 8:30 żeby spokojnie, bez pośpiechu udać się na lotnisko zamiast zrywać w okolicach czwartej rano i niewyspany, bez śniadania gnać jak opętany żeby zdążyć na lot. A jednak. Zachowując spokój, w niedzielę siódmego grudnia udaliśmy się niespiesznie na lotnisko gdzie bez żadnych przygód i przeszkód wsiedliśmy do samolotu lecącego do celu naszej eskapady.

    Już po niecałych trzech godzinach mijaliśmy położoną bardziej na północ wyspę Lanzarote lecąc od strony jej głównego miasta Arrecife.


    Po kolejnych kilku minutach mogliśmy podziwiać z okien samolotu panoramę wyspy Lanzarote w czasie gdy samolot ustawiał się na ścieżce podejścia do lotniska.


    Przed lądowaniem przelecieliśmy na niskim pułapie nad Castillo Caleta de Fuste, które to rozpoznaliśmy na zdjęciu zrobionym z samolotu jak zamieszkaliśmy tam w hotelu. A nawet jeszcze przed zameldowaniem z powodu przymusowego oczekiwania na ten przywilej.


    Lądowanie na lotnisku odbyło się przy prawie bezwietrznej pogodzie i w porównaniu z ostatnimi atrakcjami jakie mieliśmy zapewnione w czasie lądowania na Teneryfie było wręcz komfortowe.


    W Castillo Caleta de Fuste, już w hotelu odbiliśmy się dla odmiany od zamkniętych drzwi recepcji pomimo tego, że było zdecydowanie po 14:00, a ta godzina widniała na potwierdzeniu rezerwacji. Na tablicy ogłoszeń obok przeczytałem, że recepcja będzie czynna od 16:00. Cóż było robić, poszliśmy pozwiedzać najbliższą okolicę. Zobaczyliśmy dość sporą jak na tak małe miasteczko plażę, którą wcześniej widzieliśmy z samolotu. Nawet był tam zabytek w postaci jakiejś baszty.


    Posililiśmy się w pobliskiej restauracji i spróbowaliśmy kolejny raz zdobyć klucze do zarezerwowanego pokoju. Tym razem z pełnym sukcesem. Pani w recepcji przeprosiła i wyjaśniła, że przecież wywiesiła gdzieś tam karteczkę, że klucz jest do odbioru w barze hotelowej knajpy. Przeprosiny zostaly przyjęte, byliśmy w świetnych humorach po spacerze i dobrym obiedzie.
    Zostawiliśmy nasze skromne bagaże i pojechali na pierwszy rekonesans.
    Zaczęliśmy od Puerto del Rosario. Oprócz bannera protestującego przeciw wydobywaniu ropy w tym regionie wywieszonego na Urzędzie miasta (przypomniały mi się platformy wiertnicze zacumowane w porcie w Santa Cruz de Tenerife), nie spotkaliśmy nic powalającego na kolana.


    W samym porcie zobaczyliśmy duży statek, ten na nas zrobił wrażenie. Był naprawdę wielki.



    Później jeździliśmy do późnego wieczora po okolicy. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że krajobraz jest bardzo urokliwy lecz raczej monotonny.


    Chociaż ma w sobie dużo surowego piękna i na swój sposób jest niepowtarzalny. Ech te spustoszone ziemie.


    Tak zakończyliśmy wstępne rozpoznanie dnia pierwszego.

    Kolejnego dnia z rana wyruszyliśmy w kierunku gór żeby przejeżdżając przez nie dostać się na południe wyspy i zobaczyć jak tam wygląda. Od razu okazało się, że monotonność krajobrazu była złudna. Przekonaliśmy się, że dosłownie kilka kilometrów dalej na południe niż zajechaliśmy poprzedniego dnia i trochę bardziej na zachód, trasa dostarcza wspaniałych wrażeń.


    Wśród takich zapierających dech krajobrazów jechaliśmy aż do miasteczka Betancuria.



    Tam skosztowaliśmy napoju aleosowego, który może jest trochę dziwny ale mi bardzo smakował. Zobaczyliśmy też tradycyjną procesję. Ci obserwujący to raczej turyści, a uczestniczący w wydarzeniu wyglądali mi na autochtonów. Proporcje nie były więc jakieś tragiczne.


    Wyjechaliśmy z miasteczka kierując się wciąż na południe. Po drodze zainteresował nas punkt widokowy z ciekawym znakiem.



    Okazało się, że grasują tam jakieś ziemne wiewiórki, nie widziałem jednak żeby wymuszały pożywienie. Przemieszczały się dość daleko od stanowiska obserwacyjnego i to bardzo szybko. Trudno było zrobić sensowne zdjęcie, tym bardziej, że trzeba było w tym celu użyć pełnego zoom'a.


    Kruki nie miały problemu z polowaniem na potencjalnych karmicieli. Siadały na barierkach i czekały aż ktoś spróbuje skarmiać wiewiórki. Chyba powinni zamienić te żółte znaki na takie z wizerunkiem ptaka zamiast gryzonia.



    Pojechaliśmy dalej i zrobiło się trochę hmm.. ekstremalnie. Myślałem, że mam jako takie doświadczenie na wąskich hiszpańskich dróżkach ale tam to przesadzili. Poniżej zdjęcie pokazujące drogę i krajobraz. Na moim zdjęciu jednak nie widać wraku auta w dole choć jest zrobione prawie z tego samego miejsca jak to z relacji Robiego. Miejsce gdzie leżał wrak zasłania zbocze, więc nie wiem czy posprzątali czy go przeoczyliśmy.


    Dalej było coraz ciekawiej, a widoki coraz piękniejsze.



    Południe wyspy przywitało nasz szpalerem palm.


    Po chwili zorientowaliśmy się, że nie wjeżdżamy do zielonej strefy tylko na coś w rodzaju piaszczystej pustyni.



    Nawet pobliskie wzgórza zdawały się być pokryte piaskiem, bo wyglądały jakby były z piasku.


    Za miastem Morro Jable skończyła się droga, jej dalszy odcinek był w remoncie. Był wieli zakaz wjazdu i ostrzeżenie o strefie rezerwatu. Nie zaryzykowałem i zawróciłem zwłaszcza, że było już po 17. Nie dojechaliśmy więc do latarni morskiej Faro de Punta Jandia i dalej do opuszczonego lotniska.


    Kolejny dzień, 9go grudnia był dniem powrotu. Na szczęście lot mieliśmy po 19 więc mogliśmy jeszcze pozwiedzać. Po wymeldowaniu się z hotelu pojechaliśmy na północ. Przed Corralejo przejechaliśmy przez największą plażę jaką w życiu miałem okazję zobaczyć. Tak, przejechaliśmy po asfaltowej drodze, która jest na plaży. Plaża zaś ciągnie się po horyzont.



    Po dotarciu do Corralejo popatrzyliśmy sobie na Lanzarote i Wyspę Wilków.


    Oczywiście połaziliśmy po mieście, wypili kawę przy plaży i po namyśle zdecydowaliśmy, że zamiast płynąć statkiem dookoła Wyspy Wilków pojedziemy zobaczyć zachodnią część wyspy. W ten sposób dotarliśmy do zabytkowej Casa de los Coroneles w La Oliva, położonej mniej więcej w połowie planowanej trasy na przeciwległy brzeg wyspy.



    W końcu dotarliśmy w okolice Los Lagos gdzie można zobaczyć bardzo osobliwą plażę. Wygląda jakby ktoś poukładał na niej masę kamieni, każdy w pewnej odległości od sąsiedniego. Robi niesamowite wrażenie.


    W pobliżu tej dziwnej plaży znajduje się nieczynna latarnia morska.


    Zbliżała się godzina powrotu na lotnisko, postanowiliśmy zjeść coś po drodze. Wcześniej w drodze do La Oliva widzieliśmy restaurację z dużą ilością samochodów zaparkowanych na małym parkingu. Dodam, że w grudniu z dala od plaży i innych atrakcji nie ma zbyt wielu turystów. Nadrobiliśmy kilka kilometrów żeby wrócić tam i spróbować czegoś specjalnego. To był strzał w dziesiątkę. Zupa z owoców morza była świetna. Na drugie danie zamówiłem potrawę z koziny, nigdy wcześniej nie miałem okazji tego spróbować. No ale w końcu koza jest symbolem tej wyspy, więc chyba ryzyka wielkiego nie było. Byłem bardzo mile zaskoczony, potrawa miała specyficzny, wyrazisty smak i była po prostu pyszna.
    Zdążyliśmy jeszcze oddać wypożyczony samochód i busem z wypożyczalni dotrzeć na lotnisko w sam raz żeby nie czekać za długo na boarding.

    Muszę dodać, że sama Fuertewentura jest bardzo zróżnicowana, co mam nadzieję było widać w mojej relacji. W każdym jej miejscu można znaleźć coś dla siebie, są i wysokie góry i bezkresne plaże, a nawet trochę pustyni... Żadne zdjęcia nie oddadzą uroków krajobrazu i głębi wspaniałych widoków, no moje z pewnością tego nie oddają.
    Witt, tartal, hiszpan2007 and 9 others like this.

  16. #16
    Awatar Carconnect

    Dołączył
    Dec 2012
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie Wyspy Kanaryjskie zwane też Wyspami Szczęśliwymi

    Jak ktoś kocha windsurfing lub kite to nie może nie pamietać o plaży w Sotavento na Fuerteventura. W poprzednie wakacje byliśmy i było wspaniałe. Słońce wiatr i szaleństwo na wodzie. Dla początkujących olbrzymia laguna.


    artemius, otul72 and szczurwa like this.

  17. #17

    Dołączył
    May 2011

    Domyślnie

    artemius, Masz może jakieś bardziej szczegółowe namiary na tę restaurację? Będę na Fuercie w czerwcu i chętnie spróbowałbym koziny w sprawdzonym miejscu.

  18. #18
    Awatar artemius

    Dołączył
    Nov 2013
    Mieszka w
    MAD/KTW

    Domyślnie

    Restauracja jest przy drodze FV-101 zaraz za La Oliva w kierunku na Corralejo. Nazywa się Restaurante Mahoh i znajdziesz ją po lewej stronie drogi. Link do street view w google maps: https://www.google.es/maps/@28.62072...GA!2e0!6m1!1e1
    Nie przeoczysz, jest zaraz przy drodze.

  19. #19

    Dołączył
    Dec 2014
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Jadłem kozinę (próbowałem jeść ) tu https://www.google.es/maps/@28.39786...ErgWtIEs2g!2e0
    jako tradycyjne miejscowe specjały , ale koza była anorektyczką zero mięsa :-( i gofio też im się nie udało , więc butelka wina i głód zaspokojony .

  20. #20

    Dołączył
    Jun 2009
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez lelek7 Zobacz posta
    T Jak już Teneryfa to koniecznie LORO PARK, wąwóz nie pamiętam nazwy ale kończył się w los gigantes
    Chodzi ci o wąwóz zaczynający się w miejscowości Masca, tak też nazywany jest sam wąwóz?

Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •