Pokaż wyniki od 1 do 10 z 10
Like Tree72Likes
  • 28 Post By b79
  • 1 Post By shiver
  • 22 Post By b79
  • 1 Post By Optymista
  • 1 Post By Sebek1994
  • 1 Post By Gryni
  • 18 Post By b79

Wątek: Kenia 2016

  1. #1
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie Kenia 2016


    Polecamy

    Zapraszam do mojej relacji z pobytu w Kenii w dniach 19-30 września 2016. Zaczęliśmy od 4-dniowego safari (Lake Nakuru, Lake Naivasha, Masai Mara). Następnie pociągiem przejechaliśmy trasę Nairobi - Mombasa. Po jednym dniu spędziliśmy w Mombasie i Malindi, a trzy na wyspie Lamu (Shela oraz miasto Lamu). Ostatniego dnia mieliśmy kilka godzin na Nairobi, gdzie zobaczyliśmy muzeum Karen Blixen.

    Relacja będzie w trzech częściach, oprócz opisu i zdjęć zamieszczam także dokładną videorelację (na dole), którą także podzieliłem na części




    Ostatniego dnia lutego br. skorzystałem z promocji Turkish Airlines i kupiłem dwa bilety na połączenie Warszawa – Stambuł – Nairobi. Miałem małe obiekcje, co do czasu na przesiadkę w Turcji, a raczej jego braku. Tylko 65 minut. Mało.

    19 września wystartowaliśmy z Okęcia z 15 minutowym opóźnieniem. Przy dwugodzinnym locie jest to czas do nadrobienia, więc nie przejmowałem się. Gorzej, że nad Morzem Czarnym zaczęliśmy kręcić kółka. Potem kolejne, tym razem już na południe od Stambułu, nad Morzem Marmara. Ostatecznie lądowaliśmy 25 minut po czasie. 40 minut na przesiadkę to jednak szaleństwo. Całe szczęście, że autobus wysadził nas praktycznie przy bramce z odprawą do Nairobi. Kilka kroków i widzę gate z napisem final call, żadnych ludzi, pusto - zdążyliśmy. Zastanawia mnie, czy linie czekają na pasażerów transferowych. Co ciekawe, w drodze powrotnej do Polski, musieliśmy już przejść całą odprawę w Stambule (oczywiście bagażem nie przejmowaliśmy się – trasa na jednym bilecie).



    Następny lot do Nairobi to A330-200, szerokokadłubowiec, obłożenie z 50%, 6 godzin lotu i… pierwsza godzina spędzona na płycie lotniska – znowu opóźnienie. Lądujemy w Nairobi o 3.00, 40 minut po czasie. Mieliśmy o tyle ułatwione zadanie, że organizując jeszcze z Polski safari zagwarantowaliśmy sobie odbiór z lotniska i nocleg w hotelu. Nawet o to nie prosiłem, w ofercie od razu był taki zapis. Kto doświadczył lądowania w obcym kraju, w nocy, gdy jest się zmęczonym, a tu jeszcze trzeba taksówkę zamówić i mieć oczy dookoła głowy, ten doceni takie podejście do klienta. Spokój ducha, brak spięcia. Ta noc nie należała do najlepiej przespanych. Hotel to też była loteria, bo został nam narzucony z góry. Moje zdziwienie wywołały uniwersalne japonki pod prysznic z wyrytą nazwą hotelu i nr pokoju. Jak się później okazało, w Kenii to zupełny standard. Za to do kanonu w tym kraju nie można zaliczyć porannej kawy. Trzeba było się o nią upomnieć, a do tego była wstrętna. Instant zalewajka. A przecież Kenia należy do światowych eksporterów kawy.

    O godzinie 9 rozpoczęliśmy nasze safari. W planie odwiedzenie dwóch parków narodowych. Z nami na pokładzie przewodnik, będący kierowcą oraz kucharz. Zasada jest taka, że w przypadku budżetowych obozów we wszystkich parkach Kenii nie ma tam cateringu. Dlatego zawsze pojedzie z wami kucharz. Jeśli wybierze się jako zakwaterowanie drogie lodge hotele, często wyposażone w baseny i inne wodotryski, wyżywienie będzie na miejscu. Tymczasem opuściliśmy Nairobi i udaliśmy się 140km na północ, do jeziora Nakuru. Po drodze ciekawe widoki – od slumsowatych przedmieść stolicy, po Wielki Rów przecinający Afrykę na długości 6000km.



    Oczywiście przystanek na podziwianie widoków to pierwsza lekcja asertywności. Trzeba być świadomym, że białemu nikt nie odpuści. Miejscowi zaczynają od niewinnej rozmowy, ale w tle zawsze jest próba wyciągnięcia kasy. Czy to sprzedając jakieś rękodzieło, czy oferując oprowadzenie po obiekcie, czy też kierując otwartą prośbę o kasę. Po prostu. Tak tu jest. Przebija to nawet Indie, bo dochodzi cwaniactwo.

    W parku zameldowaliśmy się w godzinach popołudniowych. Nasze schronisko z zewnątrz wyglądało bardzo ładnie, w środku jednak prosto urządzone, dość surowo.





    Łóżka wyposażone w moskitierę, łazienka z prysznicem poza pokojem, salon z tv pełniący funkcję jadalni, no i fenomenalny widok poza oknem. Mieliśmy się o tym przekonać zwłaszcza rano, kiedy na horyzoncie pasły się stada zebr i bawołów. Był klimat. Po pierwszym przyrządzonym przez naszego kucharza Johna bardzo smacznym posiłku, udaliśmy się na czterogodzinną przejażdżkę. Nakuru to jedno z dwóch słonych jezior w Kenii. Oznacza to, że można spodziewać się obecności flamingów w tym miejscu. Ale tak było kiedyś. Obecnie takie spotkanie jest coraz trudniejsze, mimo że przewodniki i kenijskie agencje safari wciąż kuszą możliwością spotkania tych ptaków. W tej chwili jezioro nie jest już na tyle płytkie, by zapewnić optymalne warunki do rozwoju słonowodnych alg. A właśnie nimi żywią się flamingi i to glony decydują o występowaniu populacji tych ptaków przy danym zbiorniku. My flamingów nie zobaczyliśmy.



    Park jest zaskakująco ciekawy i warty odwiedzenia. Miał być tylko przystawką przed daniem głównym – rezerwatem Masai Mara, tymczasem okazał się niezwykle interesującym wizualnie miejscem. Obfituje w sterczące z wody, uschnięte pnie drzew (poziom wody podnosi się, więc i drzewa obumierają). Zobaczyliśmy tu zebry (to akurat nie problem, zebry w Kenii są widoczne nawet podczas podróży między miastami), pawiany, bawoły, antylopy, marabuty, żyrafy, nosorożca białego oraz wisienka na torcie – lwa wyskakującego z krzaków dosłownie metr od naszego auta. Zamarzył mu się bawół na kolację.















    Kolacja w schronisku to oprócz posiłku także możliwość porozmawiania z naszym przewodnikiem. Simon okazał się bardzo interesującym facetem, obdarzonym tą niezwykłą umiejętnością budowania napięcia podczas swoich opowieści, z bogatą wiedzą dotyczącą nie tylko zwierząt, ale i całej Afryki. Zaskoczył mnie informacją, że był w Polsce, widział nasze góry, Kraków, Oświęcim.

    Następnego dnia przemieszczaliśmy się do najważniejszego parku Kenii, turystycznej wizytówki: Masai Mara. Trasa wynosiła 300km, jednakże po drodze czekał nas przystanek nad słodkowodnym jeziorem Naivasha. Tutaj przez godzinę pływaliśmy łodzią, podziwialiśmy przede wszystkim liczne ptactwo (w tym polujące orliki) oraz hipopotamy.












    Dalsza część drogi to wyraźna zmiana widoków za oknem. Krajobraz zmieniał się coraz bardziej, zaczęły dominować pustkowia, wysuszona, coraz bardziej czerwona ziemia. Sawanna.








    Ostatnie 100km to była utwardzona droga, pełna kamieni, dziur, piasku i pyłu. Po drodze mijaliśmy wioski rozłożone wzdłuż drugi, pełne chatek stworzonych praktycznie z każdego dostępnego tu budulca, ale przede wszystkim blachy falistej. W pewnym momencie musieliśmy zmienić prawe tylne koło. Przy okazji dowiedziałem się, że mają tu obowiązek posiadania dwóch zapasowych kół. A miejscowi na tych bezdrożach szaleją – 60km/h to norma.










    Gdy dojechaliśmy do naszego obozu, w którym mieliśmy spędzić dwie następne noce, okazało się że ten poprzedni to był jednak luksusowy. Spaliśmy w namiocie. Ale takim w wersji pro, gdyż mieliśmy dach z blachy falistej, a na tyłach prywatną łazienkę z prysznicem mieszczącą się w solidnym, murowanym fundamencie, który upodobały sobie ślimaki bez skorupek.




    Jeszcze tego samego wieczoru udaliśmy się na krótkie, dwugodzinne safari, które trwało aż do zmroku. To był najchłodniejszy dzień z całego pobytu, momentami padał deszcz. Widzieliśmy gnu, słonie i dwa gepardy. Rozbudziliśmy w sobie apetyt przed dniem następnym, czyli czekającym nas całodziennym safari.







    Jeszcze tylko noc w namiocie (noce są tu rześkie) i rano, przy pięknej pogodzie, przekroczyliśmy ponownie bramy parku. Oczywiście ten krótki moment, kiedy auto stoi przed wjazdem, masajskie kobiety wykorzystują na handel i sprzedaż ręcznie wykonanych przedmiotów. Dobrze że same drzwi samochodu nie otwierają, ale o intymności wewnątrz należy zapomnieć. Do każdej szybki ktoś puka.




    Całodzienne safari okazało się faktycznie całodzienne. Spędziliśmy w parku 10 godzin, pod koniec odczuwając już zmęczenie i przesyt. Zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze zwierzęta (z wyjątkiem występującego tu nosorożca, którego jednak coraz trudniej spotkać). Tak więc wszelkie hipopotamy, lwy, gepardy, słonie, bawoły, antylopy, sępy, strusie, hieny, szakale, mangusty, żółwie, żyrafy – pewnie coś zostało pominięte – zostały zaliczone i upolowane obiektywem aparatu. Widzieliśmy piękno sawanny – niezapomniane widoki rozgrzanych słońcem pustkowi, poprzecinanych pojedynczymi akacjami i prozę miejscowego, zwierzęcego życia – lwy zjadające upolowaną zwierzynę. Byliśmy na miejscowym polowym lotnisku, gdzie odbywają się regularne połączenia z Nairobi i Mombasą. Siedzieliśmy na kocyku w cieniu akacji i posilaliśmy się przygotowanym przez Johna lunchem. Widzieliśmy rzekę Mara, bez której nie byłoby tu krokodyli i zapewne tak obfitego życia. Byliśmy też jedną nogą w Tanzanii, gdyż dobiliśmy do granicy Kenii. Widzieliśmy też gnijące resztki upolowanych zwierząt, wysuszone skóry, czaszki, resztki kości… Zobaczyliśmy sawannę, życie i śmieć. I było pięknie. Wracaliśmy już po ciemku, bardziej chyba opierając się na doświadczeniu kierowcy, niż naszym wzroku.
    Aż przyjemnie było usiąść do kolacji i znowu posłuchać, co ciekawego Simon miał nam do opowiedzenia o Afryce.


























    Następnego dnia pojechaliśmy jeszcze na krótkie safari o wschodzie słońca, następnie wróciliśmy do Nairobi skąd o godz. 17 mieliśmy pociąg do Mombasy. Ale o tym w części drugiej.

    Zapraszam na film, który o wiele szczegółowiej przedstawia nasz pobyt w Kenii:

    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Bombardier Dash 8 102 Series.

  2. #2

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Brawo! Super relacja oraz videorelacja, jestem bardzo ciekaw dalszego ciągu. Twoje wypociny rozbudzają naprawdę apetyt na takie safari.
    b79 likes this.

  3. #3
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Część druga relacji pobytu w Kenii. Tym razem kończymy nasze safari i przemieszczamy się nad wybrzeże, gdzie będziemy kierować się w kierunku północno-wschodnim, w stronę Somalii.


    Ostatniego dnia pobytu w Masai Mara wstaliśmy wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Poranna kawa i w drogę. Niesamowite, ale o tej porze jest tu naprawdę chłodno. Tuż po godz. 6 przekroczyliśmy bramy parku. Doświadczenie wschodu słońca z konturem akacji na horyzoncie jest prawdziwą ucztą dla oczu.










    Park budził się do życia. Byliśmy świadkami, jak roślinożercy żerują, jak i również są obiektem żerowania polujących na nie lwów. Poranne, nisko zawieszone słońce to optymalne warunki do robienia zdjęć, więc miałem podwójną radość. Ta krótka, raptem dwugodzinna wizyta w rezerwacie dostarczyła nam nie mniej wrażeń, niż cały poprzedni dzień. Zobaczyliśmy ponownie m.in. gepardy, szakale oraz mangusty.














    Po powrocie do naszego obozu zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się w podróż powrotną do stolicy. Ponownie wytelepało nas na bezdrożach, ale dzięki takiej a nie innej drodze mogliśmy z bliska przyglądać się życiu miejscowej ludności. Będąc w parkach w Kenii można spotkać się z ofertą odwiedzin miejscowych wiosek z rdzenną ludnością, akurat w Masai Mara są to osady Masajów. Jednak nie polecam i nie uważam tego za dobry pomysł. Teatrzyk, cepelia i show pod turystów. Zamiast tego wystarczy zwykła jazda powrotna do Nairobi.












    Po drodze widać prawdziwych ludzi, którzy nie grają przed turystami, a wykonują swoje codzienne czynności. Jedni wypasających trzodę, inni po prostu stoją w swoich kolorowych szatach przy drodze i patrzą na mijające ich auto. Dzieci widząc białych turystów machają, ale po tym następuje gest podniesionej dłoni. Oznacza to daj, rzuć mi coś. Kenijskie organizacje oficjalnie proszą, by nie uczyć i przyzwyczajać miejscowych do rozdawnictwa, do tego, że coś im się należy z samego faktu, że oni są czarni, a goście biali. Jadąc bezdrożami wszędzie mija się lepianki, zagrody ogrodzone ostro zakończonymi palami (to przeciw drapieżnikom). Mimo że oddalaliśmy się od Masai Mara wciąż gdzieniegdzie widzimy zebry lub antylopy . Mijamy też kościół chrześcijański, szkoły. Dzieci grają w piłkę na nierównym, nieporośniętym trawą boisku. W pewnym momencie zaczął się asfalt i napływ dóbr cywilizacji stał się coraz bardziej widoczny. Przed samym Nairobi ponownie podziwialiśmy Wielki Rów Afrykański.






    Na stacji kolejowej meldujemy się na ponad godzinę przed odjazdem. Mało brakowało, a atrakcja spędzenia 18 godzin w pociągu przemierzającym Afrykę przeszłaby nam koło nosa. Przez cały sierpień i jeszcze na 2 tygodnie przed naszym przyjazdem do Kenii na stronie pośrednika sprzedaży biletów widniał komunikat, że z powodu remontu połączenie jest zawieszone. Kiedy już połączenie wznowiono, okazało się, że zmieniła się godzina wyjazdu. Teraz była 17, a jeszcze niedawno 19. Wszystko dlatego, że pociąg regularnie zaliczał opóźnienie i zamiast w południe, dojeżdżał do Mombasy późnym popołudniem. Z tego co się dowiedzieliśmy, nie wszyscy o tej zmianie godziny wyjazdu wiedzą i wciąż bardzo częstym obrazkiem są zaskoczeni turyści bez pociągu w tle. Co więcej – ja np. o zawieszeniu połączenia, a potem zmianie godziny odjazdu, dowiedziałem się przypadkowo, bo odwiedziłem stronę pośrednika w sprzedaży biletów. Nigdzie indziej takiego komunikatu nie widziałem, nawet na oficjalnej stronie kolei, tym bardziej że strona nie działała.

    My bilety zdobyliśmy przez naszą ekipę od safari. Byli najtańsi, nie doliczali sobie prowizji. Koszt za 1 klasę (przedział 2-os. z łóżkami), z wyżywieniem (kolacja na gorąco, śniadanie) to 50usd/os. Są też przedziały sypialne w wersji 4-os. (2 klasa) oraz praktycznie tylko dla miejscowych wagony z siedziskami.

    Tymczasem przyszło nam się pożegnać z naszym przewodnikiem i kucharzem. Tak naprawdę do tego momentu nasz pobyt był zupełnie bezstresowy. Mieliśmy opiekę, o nic nie musieliśmy się martwić. Noclegi, wyżywienie, wszędzie zawożą i jeszcze ciekawie opowiadają. Polubiliśmy ich, ale od teraz czas rozpocząć nową przygodę. Jeszcze ostatnie zakupy procentowe przed dalszą drogą i poczuliśmy, co to znaczy samemu zostać. Ten krótki odcinek od stacji do sklepu szybko nas ustawił do pionu. Tłum ludzi, zaczepianie, każdy chce coś sprzedać, wsadzić w swój busik, itp. Być może wyobraźnia za mocno pracowała, bo jak otwiera się przewodniki, to wszędzie trąbią, że jest niebezpiecznie i nie należy odnosić się z rzeczami materialnymi (zegarki, aparaty, itp.). Potem człowiek wychodzi na ulicę i wszędzie widzi niebezpieczeństwo. Ale faktem jest, że nie czuliśmy się tu (jak i później w Mombasie) pewnie i bezpiecznie. Niby klimat jak w Indiach, ogólny rozgardiasz i tumult ludzi, ale różnica jest odczuwalna. Może wynika to też z przewagi fizycznej. Murzyni w przeciwieństwie do hindusów nie są mali i drobni. Za to cwani i robią wszystko, by zarobić na białym.




    Pociąg pomiędzy Nairobi a Mombasą kursuje 3x w tygodniu. Trasa zajmuje 18 godzin. I nawet nie chodziło nam o zwykłe przemieszczenie się, bo samolot cenowo wyszedłby taniej, ile o doświadczenie i przeżycie tego. Wyjeżdżając z Nairobi podziwia się slumsy. Wszędzie blacha falista, rozwieszone pranie, ludzie żyjący tuż przy torach. Potem mija się Park Narodowy Nairobi, który graniczy z miastem. To chyba jedyny taki taki park na świecie, gdzie można uchwycić żyrafy na tle wieżowców. Występuje tu czterech przedstawicieli wielkiej piątki afrykańskiej, tj. lwy, nosorożce, bawoły, lamparty. Brakuje tylko słoni. W dalszej części drogi zaserwowano nam dwuposiłkową kolację. Wagon restauracyjny to miejsce, gdzie można zrobić rozeznanie, kto podróżuje pociągiem, nawiązać jakieś kontakty. Okazuje się, że są tu sami turyści, w większości biali. Niebo nocą nad Afryką jest dokładnie takie, jakie przewidywałem. Rozgwieżdżone i czyste. Spanie na łóżku piętrowym, tuż pod dachem, nie należało do komfortowych. Strasznie bujało, potrafiłem obudzić się w nocy z myślą, że teraz to już nie ma szans, zaraz na pewno przewrócimy się.










    Dzień przywitał nas pięknym afrykańskim widokiem za oknem. Po horyzont uprawy agawy sizalowej, akacje. No i dzieci. Jak widać pociąg wciąż jest tu dużą atrakcją (linia ma 100 lat, wybudowana jeszcze przez Anglików). Na tyle, by lecieć od domostw, lepianek, pól czy zagród do linii kolejowej i móc pomachać białym ludziom, podnieść dłonie w proszącym geście. Na jednej ze stacji, gdzie akurat mieliśmy dłuższy postój, rzuciłem czekoladę. Skończyło się na prawie silniejszego.










    Ostatnie 50km to więcej stania w szczerym polu wśród palm niż jazdy. Krajobraz był już mocno wybrzeżowy (palmy), a i wilgotność stała się wyraźnie odczuwalna. Byłem przekonany, że będziemy przed czasem (czyli na 12), a byliśmy na 14.








    Już na peronie przyaatakował nas taksówkarz. Wiadomo, że w takim miejscu ceny nigdy nie są dobre. Standardem jest zbicie wartości o 1/3, aczkolwiek optymalnie jest zejść do połowy. W Mombasie taksówki w porównaniu do tuk tuków są drogie. Stosunek 5:1 za ten sam odcinek. Mieliśmy małą przygodę z tym taksówkarzem, ponieważ koniecznie chciał nas wysadzić pod hotelem o podobnej nazwie, ale jednak niewłaściwej. Całe szczęście, że mam w nawyku zaglądanie przed wyjazdem na google maps i przyglądaniu się hotelom, okolicy, tak by właśnie w takiej sytuacji zauważyć, że coś się nie zgadza. Jako że odmówiliśmy opuszczenia samochodu, facet wziął kartkę z rezerwacją, poszedł do hotelu i po chwili wrócił uświadomiony.

    Co mówią przewodniki o Kenii? Żeby nie nosić dokumentów, zbyt dużej gotówki, aparatów, telefonów, wracać do hotelu przed zmrokiem. Sieją panikę. Niestety, trochę uległem tej gorączce i o ile pozostawienie zbędnej gotówki i dokumentów w hotelu jest normalne, to już żałuję trochę, że tak rzadko wyjmowałem aparat z plecaka, nie wspominając o pozostawionej w hotelu gopro.

    Nie przepadam za dużymi miastami, bo na ogół brakuje im klimatu. Tutaj może nie było tak źle, tyle że w Mombasie nie bardzo jest co oglądać. Zaczęliśmy od obiadu. Władowaliśmy się do jakiejś mordowni tylko z miejscowymi, gdzie za śmieszne pieniądze zjedliśmy całkiem poważny posiłek (pilaw). Potem tuk tuk (100KES ~ 4zł) i pojechaliśmy do turystycznej wizytówki miasta, Fortu Jesus (1593r., zbudowany przez Portugalczyków). Szczerze, nic ciekawego.






    Obok jest stare miasto, gdzie wg przewodników wchodzić nie powinno się. A jeśli już, to tylko z kimś oprowadzającym. Czytam takie głupoty, a potem wchodzę uprzedzony i podejrzliwy. Byliśmy tam sami. Owszem, w pewnym momencie ktoś zaczął za nami iść, zadawać jakieś pytania. Podsycona lekturą wyobraźnia działa w takim momencie alarmująco. Ale dementuję bzdury o niebezpieczeństwie. W tym miejscu jest tak samo, jak w każdym innym. Bo w większości przypadków tak to właśnie w Kenii wygląda – zawsze jest ktoś chętny do oprowadzenia, nawet jeśli się nie chce. Trzeba bardzo wyraźnie przerywać, mówić wprost, że nie chcesz. Chociaż są miejsca, gdzie jednak warto skorzystać z takiej pomocy i czegoś się dowiedzieć. Tyle, że to loteria. Nie każdy ma talent mówcy, wiedzę.
    Pokręciliśmy się chwilę po najstarszej części Mombasy. Ulice są tu wąskie i kręte. Uznaliśmy, że trzeba obrać jeden kierunek gdzieś ku wyjściu, bo inaczej zgubimy się. Po drodze kupiłem wodę w sklepie. W momencie wyjmowania portfela wysunęły mi się karty płatnicze, ale złapałem je. Tyle że przed sklepem stwierdzam, że brakuje mi tej najważniejszej, w USD. W pamięci wciąż świeża lektura przewodnika i wszystko stało się jasne. W sklepie przede mną było dwóch miejscowych, musiała wypaść mi karta. A przecież ten po lewej wykonał taki gest, jakby coś dłonią przysłaniał na ladzie… Wracam, mówię że mi tu karta wypadła. Nikt nic nie wie. Tych dwóch podejrzanych wciąż stoi, wyglądają na zmieszanych, więc muszą kłamać - myślę. Po chwili wyszli, jeszcze oglądali się za siebie. Uznaję, że nic nie udowodnię, a kartę trzeba zastrzec. Pół godziny później okazuje się, że – jak nigdy, chyba automatycznie – kartę wsadziłem w dowód rejestracyjny w portfelu... No ale niesmak pozostał. Przewodnik swoje zasiał.








    W Mombasie żyje bardzo duża społeczność hinduska. To widać i czuć. Widać, bo mają tu swoje świątynie i uroczystości (akurat byliśmy świadkiem takiej). Czuć, bo kuchnia miejscowa wręcz czerpie garściami z hinduskiej. Z tą różnicą, że nie jest tak pikantnie. W miejscowym parku rzecz niezwykła – każde drzewo oblepione nietoperzami. W pierwszej chwili byłem przekonany, że to ptaki latają nad nami. Ale potem widzę, że coś oblepia konary, trzęsie się i popiskuje. Do hotelu wróciliśmy pieszo, już odważniej, często obok slumsowatych uliczek. Po zmroku nigdzie już nie ruszaliśmy się.














    Następnego dnia musieliśmy przemieścić się 120 km na północ, do nadmorskiego kurortu Malindi. W planie była podróż matatu, czyli miejscowym busikiem, na którym opiera się cały transport pomiędzy miastami w Kenii. Odpuściliśmy. Może i fajne doświadczenie na 10 minut, ale my mieliśmy dwa duże bagaże, a te busy przewożą na pewno co najmniej tyle osób, ile jest foteli. Załatwiliśmy transport przez hotel.

    Droga do Malindi to inne doświadczenie wizualne, niż podróż z Nairobi do parków narodowych. Klimat nadmorski jest tu bardzo widoczny. Dominują palmy, baobaby, agawy. Normą są też meczety, gdyż wybrzeże, historycznie zdominowane przez Arabów, jest głównie muzułmańskie.










    Malindi to 200-tys. miejscowość nadmorska, pełna niezbyt dużych hoteli, gdzie w szczególności wypoczywają Włosi. Hotel, w którym przyszło nam spędzić jedną noc, był własnością właśnie Włoszki. Standard ok, aczkolwiek trochę odczuwało się przerost formy.






    Złapaliśmy tuk tuka i – jako że zostało mi trochę rezerwowych dolarów – w pierwszej kolejności poprosiłem o możliwość wymiany waluty. Spodziewałem się kantoru, ale zawiózł mnie do cinkciarza. Oczywiście negocjacja kursu. Wymieniałem 100usd, wpychał mi w rękę 9000KES. Stanęło na 9900KES, bo chyba już widział moją desperację i polecenie kierowcy, by odjeżdżać (to pomaga, zawsze!). Kurs powinien być ok 1:100, więc cena ok, tym bardziej, że kierowca uświadomił mi, że jest niedziela i banki są nieczynne. Potem pojechaliśmy do miejsca, skąd Vasco da Gama wypływał do Indii. Ku pamięci temu wydarzeniu postawiono w tym miejscu monument, który przetrwał do obecnych czasów. Jeszcze na koniec odwiedziny chrześcijańskiej kapliczki (wybudowana przez Portugalczyków, prawdopodobnie najstarszy kościół w tej części Afryki), oczywiście obowiązkowe oprowadzenie przez dwóch miejscowych, spacer wzdłuż morza i kolacja. Włoszczyzna w Osterii, w końcu byliśmy w Malindi. Wieczorem pobyczyliśmy się nad hotelowym basenem racząc się miejscowym, całkiem dobrym piwem Tusker. Ani Mombasa, ani Malindi nie przypadły mi na tyle, by spędzać tam więcej niż jeden dzień.
















    Następnego dnia czekała nas dalsza podróż w kierunku północno-wschodnim wybrzeża, tym razem dotrzeć mieliśmy na wyspę Lamu. To nie jest daleko. Wręcz odwrotnie – bardzo blisko, raptem 25 minut samolotem. Można też drogą lądową, ale czas jazdy jakby dłuższy. 4 godziny jazdy matatu, przeprawa promem oraz atakujący informacją przewodnik, że w przeszłości zdarzały się ataki somalijskich bojowników na przejeżdżających tędy turystów. A samolot kursuje jak autobus, Nairobi > Malindi > Lamu > Malindi > Nairobi. No to lecimy. A z nami muzułmanie zamieszkujący Lamu, jak i ich kury – w luku bagażowym.




    Podejście do lądowania nad Lamu jest kapitalne. Widać całą wyspę jak na dłoni, cztery miejscowości, lotnisko na sąsiedniej wyspie oraz kanały wijące się pomiędzy wyspami.




    Z lotniska należy przeprawić się łodzią na drugi brzeg – do miejscowości nazywającej się tak samo jak wyspa, czyli Lamu, albo oddalonej o 3km bardziej na południe Shela – naszego pierwszego celu tej wyprawy. Hotel w którym mieszkaliśmy zorganizował nam odbiór z lotniska i transport. Oczywiście można odmówić, bo takie rozwiązania wychodzą drożej, a w miejscowej przystani pełno jest taksówek wodnych.

    Shela okazała się najbardziej urokliwym miejscem, jakie odwiedziliśmy. Jest to małe miasteczko, nastawione na turystów, ale przy tym szanujące klientów. Miejscowi nie narzucają się, są bardzo uprzejmi, wręcz dmuchają i chuchają o każdego przybysza. Zaplanowaliśmy 2 noclegi w tym miejscu, a hotel w którym - jako jedynym gościom - przyszło nam spać, był bardzo surowy w wyglądzie i wyposażeniu, jednakże miał swój urok. To za sprawą tarasu z piękną werandą, gdzie były drewniane łóżka z materacami, przebijającym między budynkami morzem, czyli optymalnymi warunkami do nic-nie-robienia. Atmosfera stała się tym bardziej leniwa, że obok był minaret, skąd nawoływał postępowy (megafon) muezin, a obsługa hotelu przyniosła nam piwo. Bo z piwem to tu jest problem. Oficjalnie wśród muzułmańskiej społeczności nie ma go. Ale przez boya hotelowego można załatwić. No to poprosiliśmy o cztery.






    Udaliśmy się na spacer wzdłuż pięknej, piaszczystej plaży. Jeśli miałbym gdzieś w Kenii leżakować przez tydzień, byłaby to właśnie Shela. Trzeba trochę oddalić się od miasteczka, by ujrzeć widok na otwarte Morze Indyjskie. Plaża jest tu zupełnie pusta, rzadkością są mijani ludzie. Po chwili doszliśmy na cypel, za którym plaża ciągnęła się dalsze 12km. Tymczasem naszą uwagę zwrócił pięknie położony fort, niesamowicie dodający uroku temu miejscu. Obok - z wysokich wydm - rozpościerał się widok na dalszą część wyspy. Fajne miejsce.
















    Powróciwszy do miasteczka zaczęliśmy kluczyć licznymi dróżkami, które wiły się pomiędzy charakterystycznymi domkami w stylu suahili. Na wyspie nie ma dróg, asfaltu, samochodów. Wszystko opiera się o transport na osiołkach, ew. łodziami. Stąd też wszędobylskie osły, które zdają mieć się takie same prawa do zamieszkania w tym miejscu, jak ludzie. Bardzo dużo jest też dzieci, które zaczepiają turystów, krzyczą na ich widok jumbo (cześć). To miejsce ma klimat. Mijani ludzie pytają, czy się nie zgubiliśmy, czy może w czymś pomóc? W Shela jest kilka knajpek, ale w czasie kiedy my tam byliśmy, miejscowość nie narzekała na nadmiar turystów. Najwięcej ich tutaj w okresach wakacyjnych, świątecznych i w weekendy, kiedy to mieszkańcy dużych miast przylatują na odpoczynek. W Shela czuliśmy się bardzo bezpiecznie i jest to miejsce, które po safari mogę polecić w pierwszej kolejności.




















    Po powrocie do hotelu dosyć szybko zorientowaliśmy się, że nie mamy ciepłej wody. I to nie chwilowo, ale w ogóle. Jest tylko zimna, w każdym z pokojów. Zgłosiliśmy ten problem, gdyż o tak ważnym fakcie powinniśmy być poinformowani wcześniej, a na stronie internetowej takiej informacji zabrakło. Jako że jedynym zaproponowanym rozwiązaniem było wiadro z ciepłą wodą noszone gdzieś z parteru na nasze II piętro, a wiedziałem że mają też drugi, lepszy hotel, poprosiłem o przeprowadzkę do tego lepszego. No i udało się, właściciel zgodził się. Straciliśmy widok na morze, werandę zamieniliśmy na trochę gorszą, ale zyskaliśmy ciepłą wodę. No i restaurację na parterze. Chociaż to chyba za dużo powiedziane, gdyż kwestia wyżywienia sprowadzała się do obecności kucharza, z którym można było ustalić, jakie są możliwości kulinarne danego dnia.



    Tak nam minął pierwszy dzień w Shela. Następnego mieliśmy udać się na wycieczkę łódką na sąsiednią wyspę, gdzie zachowały się 300-letnie ruiny opuszczonego miasta Takwa. Ale o tym w ostatnim odcinku relacji. Tymczasem zapraszam na część drugą videorelacji:

    mirage, tbk, Jerry and 19 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Bombardier Dash 8 102 Series.

  4. #4

    Dołączył
    Nov 2015
    Mieszka w
    RZE

    Domyślnie

    Świetna relacja! Brawa za zdjęcia, montaż i dobór muzyki!
    b79 likes this.

  5. #5

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Niesamowity opis i super podróż! Super przybliżyłeś Afrykę - od razu przypomniał mi się mój wyjazd do RPA. Zawsze chciałem wrócić do Afryki i teraz już mam jakieś wskazówki!
    b79 likes this.

    www.wizzair.com

  6. #6

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBA

    Domyślnie

    Fajnie, w 2008 byłem w Tsavo East i West, a wybrzeże na południe od Mombasy. Do Nairobi niestety nie dotarłem. Kraj ciekawy, chociaż naganiacze nie dają żyć.
    b79 likes this.


  7. #7
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Ostatnia część relacji pobytu w Kenii. Tym razem m.in. dalsza część zwiedzania wyspy, wycieczka łodzią do ruin opuszczonego miasta, no i pewne przejścia z localsami. Zapraszam.


    Po tym jak pierwszego dnia w mieście Shela zapoznaliśmy się z miasteczkiem i pobliską plażą, drugiego przyszedł czas na dalszą wycieczkę i poznanie okolicy. Jeszcze dzień wcześniej, gdy zostaliśmy odebrani z lotniska i wiezieni do hotelu, właściciel łodzi zaczął czynić umizgi i roztaczać wizje, gdzie to jutro nas nie zawiezie. Odprowadził nas pod pokój, usiadł obok przy stole i już miał gotowy plan na następny dzień... Oczywiście moje plany co do pobytu w tym miejscu zakładały wynajęcie kogoś z łodzią, ale by przepadkiem nie stać się zbyt łatwym kąskiem, ostro kręciłem nosem na jego propozycje. Taka forma negocjacji. Umówiliśmy się, że wybierzemy się na pół dnia na okoliczną wyspę Manda, gdzie kiedyś była osada, natomiast teraz zostały tylko kamienie. Po drodze bonus w postaci łowienia ryb w morzu.

    Miejscowość Shela żyje z turystów. Wystarczy udać się na nadbrzeże i zawsze można kogoś znaleźć, kto popłynie, pokaże i opowie o okolicy. Oprócz podglądania leniwego życia miasteczka, popłynięcia do ruin pustego miasta, czy też odwiedzin znajdującego się kawałek dalej pełnego życia miasta Lamu, jest tu także szereg innych możliwości, które stwarza obecność morza: nurkowanie, podglądanie o wschodzie słońca żółwi, czy popłynięcie na dalsze, dzikie wyspy. Shela to miejsce, gdzie mógłbym spędzić tydzień i byłbym zadowolony.






    Leciwy właściciel łodzi przekazał nas pod opiekę swojego syna i dwóch pomocników. Trochę mnie zdziwiło, że aż 3 osoby z obsługi popłyną z nami, ale jak się później okazało, nie było to bezpodstawne. Wszelka żegluga odbywa się tutaj tradycyjnymi łodziami dhow. Są to żaglówki (charakterystyczny obrazek porwanego żagla i drewnianej łajby), jednakże coraz częściej miejscowi wyposażają je w silnik (dla wygody).




    W pierwszej fazie naszej wycieczki skupiliśmy się na łowieniu ryb. Sprowadzało się to do holowania woblera za łódką lub – po zakotwiczeniu – zarzucaniu żyłki i ręcznym jej zwijaniu (miejscowa, tradycyjna metoda). Jeśli chodzi o jakość i ilość zdobyczy, to… takie łowienie to ja lubię. Złowiłem dużo ryb, do tego dużych. Co prawda mało w tym mojej zasługi, bo głównie obserwowałem, czy już *coś* zaczepiło się, a potem kręciłem kołowrotkiem, ale i tak sporo w tym było radochy. Z okazów, jakimi mogłem pochwalić się w wiaderku, dominowały barakudy oraz bardzo duże gruppy. Jedną sztukę wzięliśmy ze sobą i daliśmy kucharzowi w hotelu, prosząc o przygotowanie na kolację. Tak to tutaj funkcjonuje. Idąc jeszcze przez miasto z uwieszoną u palca rybą, co chwila ktoś wyskakiwał i proponował przygotowanie posiłku. Urocze miejsce.






    Tymczasem wpłynęliśmy w jeden z wielu kanałów wrzynających się w wyspę. Po obu stronach brzegu, aż po horyzont, lasy namorzynowe. Dominują tu głównie drzewa mangrowca, podstawowy budulec łodzi, jak i stropów miejscowych domów. Bardzo wytrzymałe drewno. W pewnym momencie utknęliśmy, gdyż poziom wody był za niski. Musieliśmy jakoś przepchnąć łódź przez mieliznę, zaczęła się gimnastyka, próby odciążania jednego z boków. Wszyscy na lewej burcie, trzymając się lin, wychylając i zawisając tuż nad taflą wody. Potem to samo, ale po prawej. I metr po metrze do przodu. Teraz zrozumiałem, dlaczego jest z nami tyle osób. Każdy miał jakąś rolę – jeden odpychał łódź kijem, drugi wskoczył do wody i podnosił dziób, trzeci pozostał przy silniku.




    Ostatecznie dotarliśmy do długiego pomostu, skąd udaliśmy się pieszo, w niesamowitym upale, do ruin Takwa. W mieście, w szczytowym okresie, żyło ok. 2500 osób. Ok. 300 lat temu pojawił się problem, który zakończył możliwość życia na wyspie Manda. Woda w studniach stała się słona. Mieszkańcy musieli przenieść się na sąsiednią wyspę Lamu. Obecnie w Takwie żyje tylko kilka osób z obsługi muzeum. Wszelkie produkty, w tym wodę, mają dostarczaną.








    Spośród licznych resztek domostw, bardzo dobrze zachowały się meczet z wciąż niezburzonym mihrabem oraz grobowiec tutejszego władcy. Co ciekawe, wszystkie drzwi wejściowe domów skierowane były w kierunku Mekki. Towarzyszył nam cały czas miejscowy pracownik muzeum, który standardem afrykańskim wcielił się w rolę przewodnika.
















    Po powrocie do Shela, zaniesieniu ryby kucharzowi oraz zamówienia w hotelu kolejnych piw z podziemnego obiegu, udaliśmy się na długi spacer po miasteczku. Znowu chcieliśmy się zagubić pośród licznych, przecinających się dróg. Patrząc na miejscowe dzieci zastanawiałem się, kto tu dla kogo jest większą atrakcją. Przy okazji zauważyłem, że muzułmanie unikają obiektywu aparatu. Kobiety wręcz naciągają na twarz okrycie głowy lub odwracają się. Ma to też przełożenie na dzieci, które po prostu komunikują no foto! Później wytłumaczono mi, że wśród muzułmanów panuje (ich) przekonanie, iż mogę te zdjęcia sprzedawać. A na to nie zgadzają się.
























    Wieczór spędziliśmy nad morzem na pięknie położonym tarasie hotelu, gdzie przebywają chyba sami biali (podobno noc kosztuje tu 300EUR). Czy mają czarnych klientów nie wiem, ale na pewno nigdzie w Kenii nie widziałem na raz tylu białych twarzy, co w tym miejscu. Dzień zakończyliśmy kolacją w postaci grillowanej ryby. Tak, tej ryby.












    Ostatniego, trzeciego dnia na wyspie, zameldowaliśmy się w 11-tys. miasteczku Lamu. Shela była malutka, natomiast tutaj zauważyć można było ruch uliczny (oczywiście pieszy, samochodów na wyspie nie ma). Był rynek, fort, meczety, targowiska, główne ulice ze sklepikami. Jednak klimat poprzedniej miejscowości bardziej przypadł nam do gustu. Z mojej strony mogę zasugerować, że lepszym rozwiązaniem jest jednodniowy wypad z Shela do Lamu, niż przenoszenie się. Hotel, w którym przyszło nam spać, był ok. W pełni funkcjonalny, z własnym balkonem z widokiem na ulicę i morze (ale nie otwarte). Zaskoczyła mnie tylko tabliczka zabraniająca sprowadzania obcych do pokoju i prostytucji. Tutaj prostytucja, naprawdę?












    Plan na pobyt w mieście mieliśmy taki, by jednak skorzystać z oferty oprowadzenia przez jakiegoś miejscowego. Jednemu już podziękowaliśmy, tragarzowi naszych bagażów. Może nie wspominałem jeszcze o tym, ale małe ma się szanse na noszenie własnych klamotów. Chętnych na to aż za wielu.






    Długo nie musieliśmy iść samotnie wzdłuż wybrzeża. Co ciekawe, ci wszyscy interesanci początkowo twierdzą, że nie mają żadnego interesu. Chcą porozmawiać, doradzić, wskazują co warto, a czego nie. Po krótkiej naradzie z żoną uznaliśmy, że ok, bierzemy go. Mówimy, że chcemy żeby nas oprowadził i ile sobie życzy za taką przyjemność. Omar przestawił się jako opiekun na oślej farmie i powiedział to, co chyba wiele już osób słyszało w przeróżnych zakątkach świata. Otóż zapłacimy mu tylko wówczas, jeśli będziemy zadowoleni. A że opiekuje się osiołkami, cały ewentualny napiwek ma zostać przekazany na wyżywienie zwierząt. Gdzieś już to słyszałem…




    Oprowadzenie po mieście okazało się dobrym pomysłem, wybór przewodnika właściwy tylko do pewnego momentu, a raczej decyzji. Sami byśmy tyle nie zobaczyli, a dodatkowym plusem był brak oporów z mojej strony do seryjnego robienia zdjęć i kręcenia filmów wśród miejscowej ludności (zapraszam na film, gdzie dosyć dokładnie to zrelacjonowałem). Dowiedzieliśmy się z czego budowane są miejscowe domy, czym zajmuje się miejscowa ludność w wolnym czasie, jak wygląda odnowiony dom od wewnątrz, dlaczego w łazienkach mają akwaria z rybami, odwiedziliśmy targowiska, dzielnice typowo arabskie jak i suahili, cmentarz. Co ciekawe, kilka mijanych osób głośno wyrażało aprobatę, że to właśnie Omar nas oprowadza. Podkreślali, że jest bardzo dobry i uczciwy. Z naszej perspektywy wyglądało to groteskowo. Ale trafił się również rodzynek, który określił Omara oszustem i ostrzegł, byśmy uważali.
















































    Kiedy przyszło do gratyfikacji za przewodnictwo zupełnie przypadkowo dowiedziałem się od Omara, ile kosztuje worek żarcia dla osła. Zaczyna się, pomyślałem. Dałem mu połowę tego (60zł, rzecz charakterystyczna: nadmierna gadatliwość miejscowych zupełnie ustaje w momencie otrzymania kasy), ale powiedziałem też, by załatwił piwo. Cenę podał taką jak w Shela, kasę dostał z góry (standard), po czym złapał jakiegoś znajomego i zlecił mu zrobienie zakupów. Jeszcze chwilę pokłócili się, bo ten drugi nie wierzył mu, że za oprowadzenie Omar dostał 60zł, a najwyraźniej za fatygę przyniesienia piwa dzielili się. Czekaliśmy dosyć długo. W końcu Omar ruszył nieść pomoc, a nas zostawił ze swoimi kolejnymi trzema znajomymi. Na początku wydawali się w porządku. Rozmawiali, pytali jak jest w Polsce. I kiedy wydawało się, że mamy w Lamu pierwszą, neutralną rozmowę, musieli to popsuć.
    – Naprawdę bardzo mi wstyd, że muszę to mówić, ale wydajecie się takimi sympatycznymi i uprzejmymi ludźmi, że zwierzę się z naszego problemu. Zajmujemy się budową łodzi, którą będziemy zarabiać na życie, ale niestety zabrakło nam środków na jej ukończenie (tu pada kwota ok. 200 zł). Bylibyśmy bardzo wdzięczni, jeśli nas wspomożecie, będziemy codziennie się modlić za was do Boga, dobrze was wspominać, itp., itd…

    Niestety, tak to w Kenii wygląda. Żadnej kasy nie dostali. Czas upływał, rozmowa jakby urwała się, a Omara wciąż nie było. Wreszcie zjawił się z pomocnikiem tłumacząc, że trzeba było iść do dalszego, otwartego sklepu. Ale... nie było piwa w puszce, więc wzięli w butelkach. A te, raz że są droższe, dwa - musieli zapłacić kaucję. W Shela w tej cenie miałem piwo zawsze w butelce, o żadnej kaucji nie było mowy. Czuję wałek, złość mnie ogarnia, ale sytuację mam taką, że już zapłaciłem, piwo jest, ale żądają dopłaty i jeszcze przedstawiają świstek, który podobno jest kaucją zwrotną za butelki. Kręcąc głową dopłacam. Jestem zły.






























    Wracamy do hotelu, wszystkich podbiegających interesantów odprawiam z miejsca. Podchodzi jeszcze jeden. Widząc moje zdecydowanie od razu usprawiedliwia się, że on tak naprawdę nic nie chce. Ale nas zna. Przecież był osobą, która niosła z lotniska do łodzi nasze rzeczy. A skoro jesteśmy znajomymi, to porozmawiamy. Okazuje się, że zaprosił na wieczór do siebie do domu dwójkę Polaków. Polaków? Tu, na wyspie? Nie jesteśmy jedynymi? Tak, przyrządza dla nich wielodaniową kolację w stylu suahili, będzie jego rodzina, po posiłku trochę muzyki na żywo. Piliście sok tamaryndowy? Jest pyszny. A wino kokosowe? Mogę załatwić! Urządza wieczór kulturalny i pomyślał, że skoro ma już dwoje Polaków, to co to za problem zaprosić czworo. Czy reflektujemy? No tak, super pomysł, idziemy. Czytałem w przewodniku o najwyższym zaszczycie, czyli zaproszeniu przez miejscowych do własnego domu na posiłek. Tyle, że sprawa dotyczyła chyba przewodnika o Tajlandii. No ale nie wyprzedzajmy faktów. Dostał zaliczkę, umówiliśmy się, że przyjdzie po nas o 19.30.


    Wchodzimy do chaty. Krzeseł brak, siadamy na podłodze. Bieda, połamane łóżka (mamy teorię, że materace schowali dla lepszego efektu). Okno bez szyby, zwykła krata, jak w stajni. Przynajmniej utuczony pająk na ścianie. Butelka po wodzie mineralnej na podłodze, w środku płyn, w sensie wino zwane tutaj mnazi. Kosztujemy z gwinta. Z fermentacją to owszem, miało do czynienia, ale niezbyt długo. Właściciel mieszkania tłumaczy, że jest problem. Nie będzie dwójki Polaków, bo udali się łodzią na zachód słońca (o 19.30 w Kenii jest już ciemno od godziny). W związku z tym on jest stratny i prosi nas o dopłatę za nich. Odmowa. Świetny wstęp. Dostał tylko tyle, na ile umówiliśmy się, po czym wyszedł. Została tylko jego żona (bez słowa przez całą „kolację”) oraz dzieci. Moja żona mówi, że coś jest nie tak, nie czuć w ogóle jedzenia. Co jeśli zaraz tu wróci z kolegami i nas zmasakrują? Staję w drzwiach, tak żeby mieć oko na ulicę, jak i izbę. Po chwili wraca. Sam. Przyniósł kilka samosów (pierożki z nadzieniem) oraz pieczywo przypominające wysuszony naleśnik. To była cała kolacja. Opowiada w jakiej biedzie żyją, że nie ma pracy, łowi ryby, żona analfabetka, szóstka dzieci. Potem zaczął grać i śpiewać. Jako instrumentu używał odwrócone wiaderko. Długo jednak nie wytrzymał bez rozmowy o pieniądzach. Znowu jak to ciężko im żyć, wyjmuje jakieś tabele z rachunkami za szkołę. Cała ta uczta trwała 30 min. Wyszliśmy z poczuciem drugiego już w tym dniu nabiciu w butelkę. Shela to to nie była.










    Następnego dnia rano przeprawiliśmy się na wyspę z lotniskiem i odlecieliśmy do Nairobi. Chyba nie muszę wspominać, że zwrotu kaucji za butelki po piwie nie uświadczyliśmy. W planach mieliśmy odwiedziny slumsów Kibera. Mieliśmy nawet rezerwację w jednej z agencji, tyle że samolot lądował w Nairobi spóźniony (po 14). Pozostawało mało czasu na dojechanie na miejsce, skąd startowała wycieczka. Ale przede wszystkim ogarnęła nas niechęć na kolejne miejsce, gdzie brud idealnie współgra z biedą. Jedno Lamu wystarczy. Spontanicznie zrodził się pomysł, by odwiedzić posiadłość-muzeum duńskiej pisarki Karen Blixen (autorka Pożegnania z Afryką). Było tam wreszcie czysto, ładnie, cicho i spokojnie. Dobry, pozytywny akcent na koniec pobytu w Kenii.












    Ostatni wieczór spędziliśmy na dachu naszego hotelu, gdzie znajdował się taras restauracyjny. Jak widać, stolicy nie zwiedziliśmy. Pewnie dlatego, że nie bardzo jest tu co oglądać. Miasto młode, 100 letnie, centrum trochę jak Warszawa (wieżowce), głównie korki, na każdym skrzyżowaniu ktoś coś próbuje sprzedać. Ograniczyliśmy się do tego, co widzieliśmy zza szyby taksówki. Wstaliśmy o 2 w nocy, o 5 mieliśmy lot powrotny – przez Stambuł – do Polski. Niesamowicie wygląda z powietrza Egipt, rzeka Nil, okolice miasta Antalya w Turcji (góry i morze – przypomina Krym).












    Z Kenii najlepiej będę wspomniał safari, naszego przewodnika i kucharza oraz mieścinę Shela na Lamu. Fajna była też podróż pociągiem. Dziękuję za uwagę i zapraszam na ostatnią część filmu.

    Machoni, KubaB, shiver and 15 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Bombardier Dash 8 102 Series.

  8. #8

    Dołączył
    Nov 2015
    Mieszka w
    RZE

    Domyślnie

    Używałeś Gopro do kręcenia wszystkich ujęć? Czy miałeś może ze sobą jakiś mocniejszy sprzęt? To samo dotyczy się dźwięku. Używałeś zewnętrznego mikrofonu, czy wystarczył ten wbudowany? Moja Gopro nie rejestruje dźwięku nawet w połowie tak dobrze. Nie jest również w stanie utrzymać ostrości przy zbliżeniach, takich jak Twoje ujęcia z samolotów.
    Nigdy nie ciągnęło minie do Afryki. Ale muszę przyznać, że Wasza relacja jest inspirująca. Czekam na więcej!

  9. #9
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Wszystkie filmy kręcone są stabilizowanym gopro4 silver (gimbal FY-G4S) oraz Sony Nex 6 (te filmy rozpoznasz po zoomach). W obu przypadkach ustawione 50fps - większy bitrate i ostrzej przy kręceniu się lewo-prawo. Czasami też wspomagam się stabilizacją programową, ale leci wtedy rozdziała i czasami obraz faluje. Generalnie trochę dojrzewałem do zakupu stabilizatora trzyosiowego i teraz nie wyobrażam sobie, by kręcić gopro bez takiego wspomagania. Różnica jest kolosalna, wszystko zyskuje na ostrości. Można chodzić i nagrywać, robić płynne najazdy. Zajrzyj na mój kanał https://www.youtube.com/user/gumtar79/videos i dla porównania odpal film z Tajlandii, który kręciłem jeszcze z kija. Zobacz jaka różnica (mimo że wspomagałem się programową stabilizacją). Jest też film z EURO2016, gdzie po raz pierwszy testowałem gimbala.
    Co do dźwięku to leci z oryginału, nie mam mikrofonu (tzn mam, ale gniazdo microUSB w gopro jest jakieś niestandardowe i żaden przedłużacz nie pasuje). Trzeba się wystrzegać otwartych przestrzeni, plaż, itp. Wiatr morduje ten sprzęt, ciekawe jak wypada gopro5, gdzie chwalą się poprawą. Zdecydowanie lepiej pod tym względem radzi sobie Sony Nex. Ale ideału nie ma - dźwięk zawsze kuleje :/


    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Bombardier Dash 8 102 Series.

  10. #10

    Dołączył
    Nov 2015
    Mieszka w
    RZE

    Domyślnie


    Polecamy

    Dzięki za wyczerpującą odpowiedź. Czekam Twoje na kolejne relacje z podróży, gdyż czytam je i oglądam z największą przyjemnością.

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •