Forum »   Powstanie CPL - Centralny Port Lotniczy        Połączenia »   Ryanair ogłosił loty na Ukrainę   

Strona 3 z 4 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 41 do 60 z 62
Like Tree376Likes

Wątek: Kapsztad i Garden Route z (prawie) 3 latkiem (KLM/AF)

  1. #41
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie


    Polecamy

    Prognoza pogody na kolejny dzień była jednoznaczna. Chmury, dużo chmur. Warianty dalszej jazdy z Swellendam były 2, albo jedziemy najkrótszą drogą (niecałe 200km) i dalej zwiedzamy już coś na miejscu, albo jedziemy dookoła: najpierw przez pasmo górskie do Barrydale, potem niby malowniczą drogą R62 dosyć daleko na północ (aż pod kolejne pasmo górskie usytuowane z 60km na północ), aż do Oudtshoorn (miasta opisywanego jako światowa stolica strusiów) i dalej powrót na południe, znowu przez góry zjazd na niziny do miasta George, w którego pobliżu mamy kolejny nocleg. W tym wariancie mamy 300km do przejechania, więc teoretycznie też zostanie czas na jakieś ruchu na miejscu.
    Weryfikuję plany z prognozami pogody. Całe wybrzeże ma być przez cały dzień zachmurzone, natomiast droga północą, za pasmem górskim ma mieć słońce. Wybieramy więc wariant “górą”.
    Rano biegamy jeszcze po ogrodzie w naszym guest housie Aan De Oever. W cenie mamy pierwszy raz śniadanie (generalnie śniadania w hotelach, gdy trzeba za nie dopłacić są tu moim zdaniem drogie). Jemy na tarasie w ogrodzie. Śniadanie jest ładnie podane i dobre:



    Pakujemy się i żegnamy z właścicielami. Większość gości robi dokładnie to samo, dla większości Swellendam to tylko nocleg w trasie, a szkoda. Dostajemy na drogę małą torbę z babeczkami. W zamian za te babeczki i większy pokój Aan De Oever zdecydowanie jeszcze raz polecam
    Początek był dosyć fajny. Przejazd do Barrydale przez Tradouw Pass:



    Samo Barrydale opisywane jako przyjazne, fajne miasteczko, mekka artystów okazało się puste i nijakie (znacznie poniżej Swellendam). Jadąc dalej czułem się jakbym jechał przez dziki zachód:



    Później krajobraz zaczął mnie już nużyć. To półpustynia nazywana tutaj Karoo, a obszar w którym jesteśmy, ten pomiędzy dwoma pasmami górskimi to Little Karoo (na północ za górami zaczyna się Great Karoo i zajmuje już spory obszar kraju). Miasta są w odległościach 70-100km od siebie, pomiędzy nimi nic nie ma. Widzę czasem parkingi z stolikami by coś zjeść, ale bez drzew nie chce mi się tam stawać, bo słońce rzeczywiście świeci i to ostro, choć mamy tylko około 30C (strach pomyśleć, że dzień wcześniej było tu.. 47C).
    Mijamy Ladismith, później Oudtshoorn, miasto spore, ale ulice puste. Strusie nas nie kręcą. Krajobraz ciągle taki sam (może jesteśmy rozpieszczeni kolorami i różnorodnością okolic Kapsztadu), choć pojawiają się jakieś pola uprawne (nie bardzo du pada deszcz, ale podobno wody gruntowe są łatwo dostępne):



    Zjeżdżamy wreszcie na dół w stronę George. Jedziemy godną podziwu autostradą, ale w pobliżu jest stara turystyczna droga nazywana Montagu Pass. Widoki nieco lepsze, wreszcie trochę zieleni:



    Jeszcze wysoko w górach, a także na dole widzimy sporo ogromnych pół z chmielem. Okolica specjalizuje się w produkcji piwa. Rozmiary instalacji nawadniających robią wrażenie. Jestem zmęczony po tym przejeździe. Mały Ernest także (wczoraj do podróży nie miał żadnych zastrzeżeń, dziś brak postojów go pod koniec wkurzył).
    Nasz kolejny nocleg to Ilita Lodge. Długo szukałem sensownego noclegu w tych okolicach i albo są bardzo drogie, albo bardzo słabe. Budżet na noclegi nadwyrężyłem już w Kapsztadzie więc teraz do końca podróży oszczędzamy. Wybrałem to co wybrałem ze względu na znośne opinie i widoki. Hotelik znajduje się na szczycie wzgórza i widoki są fajne, ale lokalizacja to jednak zadupie i dojazd drogą bez asfaltu na ostatnim odcinku. Z tego co widziałem na ich stronie FB goszczą sporo grup zorganizowanych, jakieś konferencje itp, więc albo jest wszystko zajęte, albo puste. Trafiliśmy na puste i mamy wrażenie, że oprócz nas zajęte są może 2-3 pokoje. Do tego okazuje się, że nasza rezerwacja ze śniadaniem w cenie (przez hotels.com) tego śniadania nie powinna mieć. Dostajemy takie mini mieszkanko z salono-kuchnią i wydzieloną sypialnią. Wszystko nieco niskobudżetowe, ale jest też taras i fajny widok. Jakoś przetrwamy.
    O dziwo pogoda także tutaj jest niezła, zza chmur przebija się co jakiś czas słońce (choć wg prognoz nie powinno), a cały półwysep z miastem Mossel Bay, który widzimy z okien, jest w słońcu. Mamy jeszcze sporo czasu do wieczora, jedziemy więc do Mossel Bay. Przed wyjściem dowiadujemy się, że manager porozumiał się z hotels.com i śniadanie dostaniemy (nie wiem kto zawinił, nie my).
    Miasto nie zachwyca, a po drodze pojawiły się jednak chmury także na Mossel Bay. Jedyny ciekawszy obiekt w mieście to latarnia:





    Jamy jakiś późny obiad i wracamy do hotelu. Na pocieszenie zachód słońca z okna (ten cypel lądu po lewej, to właśnie Mossel Bay):



    Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Według prognoz wraca piękne słońce.
    tartal, shiver, Machoni and 8 others like this.

  2. #42
    Awatar agentF

    Dołączył
    Oct 2011
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Jak zwykle świetna relacja! Jak patrzę na niektóre Twoje zdjęcia to widzę..........że mam takie same 10 dni temu wróciłem z RPA Potwierdzam - Kapsztad i okolice przepiękne Będzie relacja - jak widać mam bardzo mocną konkurencję!

  3. #43
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez agentF Zobacz posta
    Jak zwykle świetna relacja! Jak patrzę na niektóre Twoje zdjęcia to widzę..........że mam takie same 10 dni temu wróciłem z RPA Potwierdzam - Kapsztad i okolice przepiękne Będzie relacja - jak widać mam bardzo mocną konkurencję!
    Haha, nie martw się, już się boję tego, że zobaczę na Twoich zdjęciach jakieś fajne miejsce, które przegapiłem. Wkurzę się mocno
    Jeśli 10dni temu wróciłeś, a nie byłeś tam krócej niż 3-4dni to musieliśmy tam być w tym samym czasie

  4. #44
    Awatar agentF

    Dołączył
    Oct 2011
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Niestety jak patrzę na Twoje zdjęcia to mam to samo - tego nie widziałem tu nie byłem Wróciłem 10 dni temu z wyprawy ale samo RPA opuściłem 8 grudnia

    Wysłane z mojego MotoG3 przy użyciu Tapatalka

  5. #45
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez agentF Zobacz posta
    Niestety jak patrzę na Twoje zdjęcia to mam to samo - tego nie widziałem tu nie byłem Wróciłem 10 dni temu z wyprawy ale samo RPA opuściłem 8 grudnia
    My też 8 grudnia. Wylot z CPT do JNB około 12:40, z JNB około 19:50.
    Czyżbyś leciał z błędem taryfowym przez ADD, DXB i BKK ?

  6. #46
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Śniadanie w Ilita Lodge całkiem fajne, personel bardzo miły (jeden z managerów był nawet kiedyś w Polsce, w Krakowie). Jak na cenę poniżej 200zł za noc śniadaniem i 2 pokojowym mieszkankiem o powierzchni ponad 40m2 nieźle, ale przypuszczam, że miałem farta z tą taryfą. Żeby nie było tak różowo, wieczorem okazało się, że cały ten apartamencik ma tylko jeden włącznik światła. Albo świeci się wszystko, albo nic. Więc jak mały poszedł spać, my musieliśmy siedzieć w pokoju obok też po ciemku. Geniusze inżynierii. Za to mini restauracja przy recepcji ma fajny taras:



    Dziś jedziemy na wschód, bez konkretnego planu zwiedzając po drodze spontanicznie co się da. Na noc wracamy w to samo miejsce. Od Mossel Bay do George jest autostrada i to całkiem niezła. Dalej średnia prędkość mocno mi spada. Dojeżdżamy do miejscowości Knysna. Centrum mocno kiczowate i nudne i nie kusi nawet do wysiadania z samochodu. Okolica natomiast jest dosyć malownicza. Miasto usytuowane jest nad szerokim ujściem rzeki, ale odciętym od oceany wąskim skalistym przesmykiem. Przypomina mi to bardzo miasteczka Tairua i Pauanui w Nowej Zelandii:







    Widać, że jest tu bogato. Nowoczesne domy, pola golfowe. Miasteczko sprawia jednak wrażenie opanowanego przez bogatych emerytów.
    Jedziemy dalej. Podjeżdżamy do pobliskiego Knysna Elephant Park, licząc, że mały zobaczy chociaż słonia. Najbliższy sensowny park narodowy z zwierzętami to Addo w pobliżu Port Elizabeth, ale nie zdążymy tam dotrzeć i trochę żałuję, że zabrakło nam do tego tych 2-3 dni. Niestety najniższa stawka za obcowanie z słoniem to około 450R za osobę, czyli około 150zł. Słonia nie widać nawet przez ogrodzenie, więc dziękujemy i jedziemy dalej. Mały jest nieco rozczarowany i widzę, że długo już w samochodzie nie wytrzyma. Kawałek za Plettenberg Bay zaczyna się płatna niezła droga, a na niej most Bloukrans z najwyższym komercyjnym bungy na świecie (tak przynajmniej się chwalą). Wysokość mostu w najwyższym punkcie to ponad 200. Stajemy.





    Skok kosztuje 950R więc nie tak drogo, znacznie taniej niż w Nowej Zelandii. Gdybym miał więcej czasu pewnie bym się skusił W restauracji z widokiem na most zainstalowany jest TV z transmisją z skoków na żywo. Mały Ernest jest zachwycony i komunikuje, że też chce skakać. Tak na wszelki wypadek tłumaczymy mu, że to się udaje tylko dzięki specjalnej lince, żeby nie próbował sam:



    akurat ktoś leci:



    Atmosfera wyluzowana i piknikowa, a przy tym standardowa sprzedaż pamiątek:





    Jedziemy dalej. Niestety z braku czasu ominęliśmy fajny turystycznie obszar Nature's Valley. W zamian wybraliśmy ujście rzeki Storms River, miejsce z dobrymi opiniami. Wjazd na drogę dojazdową jest płatny i to sporo (pomimo, że darują nam bilet dla dziecka i tak płacimy łącznie prawie 200R). Do tego w związku z przebudową drogi są jakieś objazdy, mieliśmy skręcić w drugą drogę w lewo, ale nie powiedziano nam, że taką z zakazem wjazdu. W efekcie przejechaliśmy ponad 1km w jedną stronę po czymś takim (tracąc prawie 20minut):



    Po dojechaniu na miejsce jestem pod wrażeniem. Ogromne fale rozbryzgujące się o skaliste nabrzeże i to przy samym parkingu:



    Główną atrakcją są tutaj wiszące mosty dla pieszych. Szlak do mostów ma około 1km, ale to głównie schody w górę i w dół. Do tego okazuje się, że główny budynek z restauracją, toaletami i całym zapleczem spłonął kilka dni wcześniej, trzeba obejść ogrodzone pogorzelisko mocno dookoła. Mijamy mini plażę, jakiś szaleniec siedzi w wodzie:



    Ernest stara się iść sam, ale co jakiś czas muszę go nieść. Widoki z szlaku są fajne:









    Docieramy do mostów, mocno wieje, mały zachwycony (ja też, choć czuje się jak dawniej po wejściu na Giewont - mały waży prawie 16kg więc tyle ile spory plecak, ale plecak niesie się na plecach i plecak się nie rusza):





    To miejsce zobaczyć zdecydowanie warto. Polecam. W okolicach parkingu jest sporo infrastruktury campingowej, ale opłaty parkowe odstraszają (lokalni chyba mają taniej):



    Przy Storms River spędziliśmy kilka godzin. Nie mamy już czasu na jazdę dalej, więc wracamy. Po drodze wjeżdżamy jeszcze do Plettenberg Bay i zatrzymujemy się na jednej z plaż:





    Plettenberg Bay to miasto większe niż Mossel Bay, wygląda ciekawiej, bardziej malowniczo i wydaje się być mocno imprezowe. Jedziemy jeszcze na kilka punktów widokowych, najpierw z widokiem na południe (widać po lewej cypel Robberg Nature Reserve, z podobno dosyć trudnymi szlakami dla turystów):



    Zdjęcie robiłem znad pań ćwiczącym jogę (czego nie widać, ale co oddaje klimat miejsca). Później jedziemy na inny punkt widokowy w północnej części miasta z widokiem na Keurbooms Lagoon i wieloryby (o ile są):



    Uliczki i architektura po drodze ciekawe:





    Tankuję jeszcze paliwo i teraz już wracamy do domu. Jeszcze podczas przymusowego postoju pod Knysna na siusiu wyłapałem fajny domek:



    Słońce prawie zachodzi. Jazda powrotna przy takim świetle, pomimo intensywnego dnia była już przyjemnością. Szkoda, że nie wykorzystałem wielu fajnych ujęć, ale nie było gdzie i jak stanąć. Dzień jak najbardziej udany Tym bardziej, że w hotelu odkryliśmy włącznik światła na tarasie, dzięki temu jak mały śpi to światło z tarasu nieco oświetla nam salono-kuchnię Hurra Jutro wracamy do Kapsztadu, ale zostało nam sporo gotówki więc na obiad chcemy wpaść do jednej z fajniejszych winnic w okolicach Stellenbosch.
    Valdi, tartal, maciass and 14 others like this.

  7. #47
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Wyjeżdżamy z hotelu około 8:00, zaraz po śniadaniu (skoro jednak jest w cenie, głupio nie zjeść). Do przejechania mamy niecałe 400km do okolic miasta Stellenbosch. Jeśli mały po drodze zaśnie powinno się udać dojechać szybko (na szczęście zasypia i śpi długo). Po drodze pierwszy raz podczas podróży wspomina, że chciałby się spotkać z dziadkiem i babcią, ale najlepiej w tym hotelu w którym był rano. Drogi są naprawdę dobre, jadę cały czas główną drogą N2, 90% trasy ma ograniczenie do 120km/h i rzeczywiście spokojnie można tyle jechać. Średnia wychodzi mi ponad 100km/h (jadę małym Clio i nieco ostrożnie). Nawigacja sugeruje by zaraz za Swellendam skręcić na północ i jechać mniejszymi drogami, bardziej przez góry, google by jak najdłużej jechać drogą N2. Widzę, że N2 jedzie się szybko, więc trzymam się tej opcji. Na obszarze za Swellendam widzę z daleka coś jakby słupy dymu w powietrzu w dziwnym żółtym kolorze. Po podjechaniu bliżej widzę, że to pola ze zbożem i pył unoszący się za ciągnikami. Taki krajobraz ciągnie się przez dziesiątki kilometrów. Zmienia się dopiero po zjechaniu z głównej drogi N2 i dojechaniu do Theewaters Nature Reserve. Zaskakują tu spore jeziora i kikuty drzew wystające z jednego z nich:



    Chwilę później wspinamy się już na przełęcz w Mont Rochelle Nature Reserve z niezłym widokiem na miasteczko Franschhoek i winnice dookoła:



    Miasteczko jest o dziwo jednym z pierwszym powstałych w południowej afryce. Założyła jest stosunkowo niewielka grupa protestantów zmuszonych do emigracji z Francji pod koniec XVII wieku (hugenoci). Osada zachowała do dziś swoje korzenie, wszystkie nazwy, szyldy, są po francusku. Miasteczko wygląda urokliwie, aż do przesady - za różowo, koronkowo i bogato. Nie zatrzymuje się. To już obszar administracyjny i okolica Stellenbosch, chwilę później dojeżdżamy do naszego głównego celu, winnicy Tokara. Podjazd wygląda okazale, krajobraz też nieźle:





    Już na parkingu wita nas sztuka, małego ta rzeźba mocno rozbawiła:





    Powiedziałem Ernestowi, że długo siedział, więc może sobie nieco pobiegać (później tego pożałuję). Idziemy dalej do głównego wejścia. Widzę po samochodach i strojach innych ludzi, że nie do końca tu pasujemy:



    Cały budynek winnicy jest niezły. Mieści pomieszczenia techniczne, magazyny, a dla klientów sale do testowania i restaurację, która ma dobre opinie (i wcale nie wygórowane ceny patrząc na kontekst okolicy). Główne wejście:



    Wszystko jest bardzo zadbane i architektonicznie dopieszczone. W sieci czytam, że winnica słynie z wykorzystywania najnowszych technologii do produkcji i doskonalenia win:





    Z większości pomieszczeń są świetne widoki przez przeszklone ściany na pola z winoroślami dookoła:







    Mały wpadł w szał biegania i mamy problem by nad nim zapanować. Wszędzie są automatycznie otwierane szklane drzwi co go jeszcze bardziej nakręca:



    Ernest jest wypoczęty i najedzony więc ma siłę. My niestety wręcz przeciwnie, po ponad 40 min gonienia go mamy dosyć. Na jakikolwiek obiad, szczególnie w takim miejscu nie ma szans. Poddajemy się, siłą pakujemy go do samochodu i jedziemy dalej. Niebawem dojeżdżamy do Stellenbosch. To już praktycznie przedmieścia Kapsztadu (50km od centrum). Cała okolica słynie z winnic, a samo miasto z uniwersytetu i architektury kolonialnej. Nie zatrzymujemy się tu jednak na długo, robimy zakupy i przy okazji krótki spacer:



    W planie była jeszcze przynajmniej jedna winnica: Kleinood, ale odpuszczamy ją (szczególnie, że nagle dosyć mocno się zachmurzyło). Generalnie z dzieckiem podróżuje się fajnie. Tempo jest sporo mniejsze, a zmęczenie raczej większe. Mały na początku czuł się niepewnie. Teraz przywykł, że codziennie jest w nowych miejscach i go to totalnie nie rusza. Nie boi się niczego, co dla nas oznacza większe obciążenie.
    W Kapsztadzie jedziemy po drodze na obiad do znanej nam już knajpki Mixas. Później prosto do kolejnego, ostatniego już miejsca na nocleg: Guesthouse Altona Lodge w dzielnicy Green Zone. Mały prosty domek w bardzo dobrej cenie, z bardzo dobrymi opiniami i w dobrej lokalizacji bardzo blisko stadionu i w zasadzie spaceru od waterfrontu, a nawet centrum biznesowego. Nawet śniadanie w opcji dokupienia jest stosunkowo tanie (60R), jedyna wada to brak własnego parkingu. W wielu opiniach pojawiają się komentarze o problemach z parkowaniem na ulicy i mam pewne obawy, ale okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Udaje mi się zaparkować bezpośrednio przed furtką. Dostajemy dziwny pokój z drzwiami bezpośrednio do recepcji i mamy w związku z tym pewne obawy (o hałas), ale później okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. W recepcji stoi już choinka (widać mnie nawet w lustrze, a za mną drzwi do naszego pokoju):



    Wieczorem idę jeszcze do sklepu kupić już to i owo do domu, do Polski.

    Wjeżdżając dziś ponownie do centrum Kapsztadu zauważyłem jak swobodnie czuje się już za kierownicą po prawej stronie (i po lewej stronie jezdni). Jeżdżenie po ekstremalnie stromych drogach też idzie mi już lepiej (wiem, że nie da się tym Clio wjechać na 2 i od razu podchodzę na 1). W ogóle gdy dostałem ten samochód na lotnisku przez pierwsze 2-3dni śmierdziało mu sprzęgło. Zastanawiałem się nawet, czy go nie oddać, ale do działania sprzęgła nie było zastrzeżeń, a później smród zniknął. Ktoś przede mną musiał ten samochód nieźle skatować. Dobrze, że samochód był prawie nowy i generalnie fajnie się nim jeździło. Łącznie przejechałem niecałe 2000km. Kolejny dzień będzie bardziej na piechotę, niż samochodem
    maciass, tartal, shiver and 13 others like this.

  8. #48
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Rano jedziemy na plażę do Camps Bay. Gdy byliśmy tam w pierwszych dniach, trwał weekend i plażę okupowały tłumy. Dziś powinno być spokojniej. Sama jazda wybrzeżem przez Sea Point już jest fajna. Mijam spore ilości rowerzystów. Po drodze chcę jeszcze odwiedzić fajne miejsce, cypel pomiędzy Clifton Beach, a Camps Bay. Oczywiście ze względu na widoki. Wcześniej sprawdziłem, że pomiędzy willami da się przejść z drogi The Ridge na skalne nabrzeże. Widok z tego miejsca w stronę Camps Bay:



    oraz w stronę Clifton Beach:





    W powietrzu unosi się delikatna poranna mgiełka. Jeszcze widok na sam cypel (fajne miejsce by tu zamieszkać):





    Zdecydowanie widać, że ten obszar zamieszkują bardzo bogaci ludzie. Camps Bay to (obok V&A waterfront) najbardziej oblegany przez turystów obszar Kapsztadu. Według statystyk jest tu najbezpieczniej, ale i ceny noclegów są bardzo wysokie.
    Po dotarciu na plażę na horyzoncie widzimy dziwną ciemną chmurę, która bardzo szybko się zbliża:







    Chwilę później cała plaża jest we mgle i robi się wyraźnie chłodniej. Plaża jest prawie pusta, z otoczką mgiełki jest bardzo klimatycznie i fajnie. Na plaży są nawet ratownicy:





    Idziemy jeszcze pobawić się na pobliskim placu zabaw. W zasadzie kilkanaście metrów powyżej plaży mgły już nie ma. W drodze powrotnej, gdzieś pomiędzy Bantry Bay i Sea Point tankuję paliwo za resztę gotówki. Tu mgły nie ma już w ogóle (widok na Lions Head):

    dak04, maciass, tartal and 9 others like this.

  9. #49
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Jeszcze kilka zdjęć z plaż z mgiełką:





    chwilę później:



    A na ulicy wzdłuż plaży już tak:

    dak04, shiver, tartal and 12 others like this.

  10. #50
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Po plaży w Camps Bay jedziemy jeszcze na chwilę do naszego pokoju. Hotelik okazał się być bardzo przyjazny, większość gość jest starszych od nas, do dyspozycji jest ogólnodostępna kuchnia. Wszystko czyste, zadbane. Pełna kultura, cisza i spokój (to my byliśmy tam najgłośniejsi). Nasz pokój chyba jako jeden z niewielu ma fajny widok z okna:



    Przebieramy się i idziemy na duży spacer. Tak wygląda nasz hotelik z zewnątrz:



    Widać, że drzwi do naszego Clio są niedomknięte, przez co cały samochód był do wieczora otwarty, ale nic się nie stało Tak wyglądają uliczki dzielnicy Green Zone, to już prawie zbocza Signal Hill:



    Po drodze idziemy obok zbudowanego na mundial stadionu, nie wygląda na mocno eksploatowany:



    Odwiedzamy jeszcze na chwilę komercyjne okolice centrum handlowego na Waterfront (by coś zjeść):



    Pisałem już o tym na początku relacji, ale obszar ten trzeba docenić za udane próby połączenia portowo-stoczniowego klimatu z drogimi restauracjami i ciekawymi ciągami pieszymi:







    Nawet detal też jest fajny:





    Idziemy w stronę mariny, okolica zmienia się na coraz bogatszą. Dochodzimy do mostu zwodzonego, który akurat jest podniesiony. Mam chwilę na kilka zdjęć:













    Takie coś zauważyłem jeszcze bardzo blisko centrum:



    Centrum Kapsztadu nazywane jest City Bowl - to cały obszar pomiędzy wzniesieniami Table Mountain, Lions Head, Signal Hill i Devil\'s Peak. Obszar z wysokimi biurowcami to Central Business District (w folderach i prasie: CBD), zlokalizowany jest pomiędzy portem, a starą częścią miasta. W CBD życia prawie nie widać. Dalej typowa ulica starszego centrum wygląda mniej więcej tak (skrzyżowanie Loop St i Waterkant St):



    Widok wzdłuż Longmarket St. Drzewa to już Green Market Square:



    W knajpach (których jest sporo) widać turystów, ale ulice są prawie puste - w porównaniu z Europą wygląda to dziwnie. Szkoda, bo widać, że miasto się stara, widać inwestycje w nowoczesne rozwiązania by zachęcać do zwiedzania miasta na piechotę (fajne deptaki, dużo przejść dla pieszych). Turyści wolą jednak Camps Bay i Waterfront. Do Green Market Square nie dotarliśmy, choć byliśmy już bardzo blisko.
    Wracamy przez malajską dzielnica Bo-Kaap. Społeczność malajską zaszczepili tutaj Holendrzy (Kapsztad był przystankiem pomiędzy Europą, a koloniami w Azji). Są tutaj nawet meczety. Dzielnica znana jest z małych kolorowych domów i brukowanych stromych ulic (zbocza Signal Hill):





    Podobno oryginalnie te domy nie były aż takie kolorowe, z biegiem lat kolory zaczęto podkręcać, bo takie były oczekiwania turystów.
    Wracamy, przeszliśmy z wózkiem niecałe 10km, udało się chyba tylko dlatego, że w centrum mały zasnął. Jestem zadowolony
    Mamy jeszcze sporo czasu na pakowanie.
    shiver, maciass, mirage and 13 others like this.

  11. #51
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Dzień powrotu do domu. Za oknem widać spore chmury (co nieco zmniejsza żal przed powrotem). Dwa dni wcześniej Air France zarezerwowało nam siedzenia w samolocie. Zrobiłem małą korektę tak, by pozostawić sobie szansę, na przejęcie całego środkowego rzędu 4 siedzeń dla naszej trójki (lecimy A380 AF).
    Jemy śniadanie hotelowe (60R, ale myślę, że warto), pakujemy samochód i około 9:30 wyjeżdżamy na lotnisko. O 12:40 mamy wylot do Johannesburga liniami Kulula.com na numerach Air France. To tania linia będąca marką należącą do linii Comair, która operuje na lotach lokalnych jako Franczyza British Airways (nieco skomplikowane).
    Do lotniska mamy około 20 km, w większości jedzie się autostradą, dojazd zajmuje około 20 minut. Po drodze pierwszy raz podczas pobytu widzimy szczyt Table Mountain w chmurach, co też ma swój urok:





    Dotankowujemy kilka litrów na stacji benzynowej przy lotnisku (stacja jest przy drodze wyjazdowej, więc trzeba robić niezłe pętle, jeśli tankuje się przy dojeździe na lotnisko) i dojeżdżamy do stanowisk zwrotu samochodów. Pani od razu zauważa zdewastowany kołpak i podekscytowana pokazuje mi formularz według którego wszystko było nietknięte. Spodziewałem się tego i pokazałem jej zdjęcie kołpaka które zrobiłem w dniu odbioru samochodu (choć kilka godzin po odbiorze) i tłumaczę, że widać po kolorze tych rys, że nie są nowe. Pani mnie pochwaliła za dobrą reakcję i kazała iść do swojego supervisora, który kazał mi przesłać zdjęcie mailem. Tak, też po powrocie do domu zrobiłem i jeszcze tego samego dnia wrócił depozyt. Do dziś nie ma żadnych dodatkowych obciążeń, więc zakładam, że jestem już bezpieczny.
    Odprawa na lotnisku bez problemów, choć wózek został nadany tylko do JNB. Security szybko i sprawnie. Do odlotu sporu czasu, ponad 1h do boardingu. Mamy szczęście, bo dostajemy miejsca po lewej stronie samolotu, co oznacza szansę na panoramę miasta podczas wznoszenia. Boarding autobusem, start tak ostry, że tylko raz w życiu wcześniej taki miałem ale w A319 z kilkoma pasażerami. Myślałem, że w pełnym samolocie tak się nie da. Widoki po starcie rzeczywiście były nieźle:



    Podczas lotu żadnego serwisu. Mały zdegustowany tym, że nie ma ekranów w siedzeniach, później prędko zasnął. Lot bez historii. Podczas podejścia do lądowania okazuje się, że siedzimy blisko polki, która pracuje w CPT jako nauczycielka niemieckiego. Leci do JNB na sprawdzanie matur.
    Po lądowaniu mały się wkurzył. Coś musiał źle zrozumieć, bo spodziewał się chyba, że gdy się obudzi będzie już dziadek, a tu jakieś inne lotnisko. Ogarnięcie go zajęło nam z 20minut, ale to nic, na przesiadkę mamy ponad 5h. W planie jest odpoczynek w Shongololo Lounge, droga tam jednak bardzo długa, musimy przejść niemal cały terminal, musimy też nadać wózek. Otwartych jest z 5-6 stanowisk check-in Air France, jednak tylko jedno obsługuje pasażerów. Czekamy za 2 dziewczynami, które prawie 10 minut nie mogą się zdecydować gdzie chcą siedzieć w samolocie. Nadajemy wózek, ale tym razem okazuje się, że nie dostaniemy go w Paryżu. Jutro będziemy się martwić, idziemy dalej.
    Dostęp do saloniku dzięki promocyjnym kodom do Lounge Buddy mamy za darmo (dla 2 dorosłych, dla dziecka wstęp 60zł na 4h). Z kodów można jednak korzystać wykupując dostęp nie wcześniej niż 1h przed wejściem do saloniku, czyli w praktyce na miejscu. Zanim jednak udaje mi się ustawić toporne lotniskowe wi-fi i wykupić dostęp za kody odrębnie w każdym telefonie mały Ernest traci cierpliwość i uznaje, że on idzie do samolotu (przy każdej próbie wytłumaczenia, że tak się nie da, odpowiada “poradzę sobie”). Panie w recepcji widząc ten cyrk pozwalają nam wprowadzić go do saloniku bez opłat. Lepiej być nie mogło, zaszywamy się w kącie, by kolejnych prób ucieczki do samolotu już nie było
    Shongololo Lounge to standardowy salonik z płatnym wstępem, choć dla kilku linii jest on także salonikiem dla biznesu. Wystrój nieco przestarzały, ale oferta cateringu niezła. Są nawet ciepłe posiłki (i dobrze, bo od śniadania nic nie jedliśmy). Miło zjeść ryż po 2 tygodniach frytek Na początku salonik jest prawie pusty, im bliżej wieczornej fali wylotów tym bardziej się zapełnia. Przed 19:00 nie ma już wolnych miejsc, personel niemal nie wyrabia z donoszeniem jedzenia. Chwilę później idziemy do gejta. Nasz A380 Air France czeka gotowy, już rozpoczął się boarding:



    Nikt nie zajął miejsca pomiędzy nami, więc mamy 4 dla siebie. A380 to jednak najwygodniejszy samolot do spania (nie wnikając w klasę i jakość siedzeń). Tu jest po prostu cichutko jak w żadnym innym samolocie (szczególnie, że siedzimy w 20 rzędzie, więc mocno z przodu - ekonomiczna zaczyna się od 10, a na dziobie jest tylko niewielka pierwsza klasa). Bardzo późno rozpoczęło się rozdawanie kolacji (ponad 2h od startu). Później głównie spaliśmy, mały obudził się dopiero na śniadanie. Jedzenie w pakietach dla dzieci słabe, podobnie jak w KLM (potwornie słony makaron).
    Dolatujemy na terminal 2E do części w pirsie M i to w gejcie na samym końcu, dalszy lot do Berlina mamy z 2F, spora droga przed nami, a nie mamy wózka. Mały jednak po śniadaniu poczuł zew do biegania i tempem raczej nieco wyższym niż średnia tłumu docieramy bardzo szybko do kolejki lotniskowej, którą dojeżdżamy do głównej części terminala 2E. Dalej w podobnym tempie docieramy do terminala 2F. Mały opadł z sił prawie u celu. Mamy jeszcze około 1h czekania:



    Widzę, że ten sam gejt obsługuje 2 rękawy na zmianę z odlotami co 20 minut. Niezłe tempo.
    Dalszy lot A320 Air France idzie już szybko, trochę śpimy. Widok na północne przedmieścia Paryża o świcie zaraz po starcie:



    W Berlinie jesteśmy około 9:15 rano. Samolot przewoził jakiegoś przestępcę w eskorcie policji który odbierany jest w pierwszej kolejności, co opóźnia nam nieco deboarding, ale to nic. Wszystkie bagaże dolatują z nami.
    Optymista, shiver, Pokrak and 18 others like this.

  12. #52
    Awatar PolishAir42

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Ft. Lauderdale/Miami, FL
    Wpisów
    108

    Domyślnie

    Robert - Mega TR. Dzieki wielkie za cala relacje, nie tylko milo sie czyta ale motywuje do wyjazdu.
    Rob_Sad likes this.
    Ostatnio w Blogu: NEO Time

    Pics - www.nonreving.com


  13. #53
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez PolishAir42 Zobacz posta
    Robert - Mega TR. Dzieki wielkie za cala relacje, nie tylko milo sie czyta ale motywuje do wyjazdu.
    Zachęcam, choć dla Ciebie nieco daleko Dla mnie ten wyjazd był sporym zaskoczeniem. Leciałem z obawami, a było lepiej, niż w moich najbardziej optymistycznych rokowaniach. Po przeszukaniu dziesiątek ofert airBnB w Kapsztadzie nie chce mi się teraz urzadzać nowego mieszkania (bo wszystko bez przeszklonej ściany z widokiem na zieleń to już nie to) - ale trzeba bo rodzina rośnie.
    Dla nas w związku z tym, że podróż z dzieckiem, istotne było to, że praktycznie nie ma różnicy czasu.
    Dla bardziej rzeczywistego przekazu powinienem jeszcze wkleić nieco zdjęć zasieków z drutu kolczastego i ogrodzeń pod napięciem, ale można do tego przywyknąć.
    Pozdrawiam.

    Teraz mamy minimum 1,5roku przerwy. Potem ponad 200tys mil M&M do wydania i podróż z dodatkowym infantem (o ile PLN nie upadnie).
    Gabec, maciass, jtf2 and 4 others like this.

  14. #54

    Dołączył
    Apr 2008

    Domyślnie

    Bardzo fajna relacja. Na wielu Twoich zdjęciach ten kraj wygląda wręcz jak raj na ziemi. Oglądając je wyobrażałem sobie czyste powietrze znad oceanu, a u mnie w Warszawie już rośnie stężenie PM10 i zaczynam czuć dym za oknem. Chyba trochę oszukiwałeś, bo ze zdjęć odniosłem wrażenie, że jest tam dosyć pusto, a dalej często pisałeś o dużym ruchu.

    Cytat Zamieszczone przez Rob_Sad Zobacz posta
    Nam także RPA się podobało. Napiszę o tym więcej na końcu, ale nieco smutno mi się zrobiło, bo mam wrażenie, że pomimo wszystko to jednak kraj bardziej rozwinięty od naszego, a dawne cienie ich apartheidu są już słabsze niż nasze obecne narodowe podziały.
    Mam nadzieję, że napiszesz więcej na ten temat, jednak byłbym ostrożny z takimi tezami. Na pewno wiesz dużo więcej ode mnie na temat tego kraju, bo tam byłeś i czytałeś przewodniki, ale moim zdaniem jak człowiek gdzieś jedzie na 2 tygodnie jako turysta, to z reguły wszystko mu się podoba.

  15. #55
    Awatar alien

    Dołączył
    Oct 2008
    Mieszka w
    3M

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Rob_Sad Zobacz posta
    W Berlinie jesteśmy około 9:15 rano.
    A dziadek? Był wreszcie dziadek, czy znowu "później"?

    Cytat Zamieszczone przez Rob_Sad Zobacz posta
    ... i podróż z dodatkowym infantem (o ile PLN nie upadnie).
    W imieniu future-infanta trzymamy kciuki za wyprostowaną pozycję PLN.
    For every solution there is a problem.

  16. #56
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Canonier Zobacz posta
    Bardzo fajna relacja. Na wielu Twoich zdjęciach ten kraj wygląda wręcz jak raj na ziemi. Oglądając je wyobrażałem sobie czyste powietrze znad oceanu, a u mnie w Warszawie już rośnie stężenie PM10 i zaczynam czuć dym za oknem. Chyba trochę oszukiwałeś, bo ze zdjęć odniosłem wrażenie, że jest tam dosyć pusto, a dalej często pisałeś o dużym ruchu.

    Mam nadzieję, że napiszesz więcej na ten temat, jednak byłbym ostrożny z takimi tezami. Na pewno wiesz dużo więcej ode mnie na temat tego kraju, bo tam byłeś i czytałeś przewodniki, ale moim zdaniem jak człowiek gdzieś jedzie na 2 tygodnie jako turysta, to z reguły wszystko mu się podoba.
    Przyrodniczo i krajobrazowo jest bardzo fajnie. Problemem jest jednak przestępczość i trzeba uważać. Przy stałym pobycie to z pewnością ogranicza bardziej niż podczas krótkiego wyjazdu. Szczególnie w lepszych dzielnicach, dookoła lepszych nieruchomości (ale nie tylko), takie ogrodzenia są dosyć powszechne:





    Nie każde ogrodzenie tak wygląda, ale czasem połowa. Większość posesji po za ścisłym centrum nie ma nawet furtek, tylko bramę. To też o czymś świadczy. Ale z drugiej strony już w Simons Town spaliśmy w domu który nie miał nawet zamkniętego ogrodzenia, także według statystyk jest tam już praktycznie bezpiecznie.

    Gdzieś czytałem wcześniej o zarobkach i średnia dla Kapsztadu (a administracyjnie to obszar o rozpiętości 50x100km) była wyższa niż w Polskich miastach (choć nie wiem jaka jest teraz w Warszawie, tu może być podobnie). Nie wiem jak wyglądają kwestie ilości i jakości pracy (u nas bezrobocie niby małe, ale jest popyt głównie na stanowiska niskopłatne). Nie wiem także jak jest liczona ta średnia dla Kapsztadu, czy włącznie z najbiedniejszymi, czy biedni pracują na czarno. Niemal każde większe miasto ma obszary biedniejsze (choć zwykle nie są to slumsy). Przejeżdżając na skraju takiego obszary widać sporo osób czekających na busy (małe miasta) lub komunikację publiczną (pewnie dlatego wszędzie wcześniej czytałem, że komunikacja publiczna jest odradzana, choć ta w Kapsztadzie wygląda z zewnątrz ok). Nie wiem jaki % najbiedniejszych to uchodźcy z innych krajów Afryki, a jaki to ludzie, którzy wychowali się w RPA, ale którym się nie udało i skończyli na ulicy.
    W dużym stopniu moje spostrzeżenia pokrywały się z tym co mówiła Włoszka u której mieszkaliśmy. Kwestie bezpieczeństwa są istotne, trzeba uważać, to ogranicza, ale jej przez 21lat nawet nigdy nikt niczego nie ukradł. Twierdziła, że we Włoszech nie byłoby jej stać na taki standard życia, a tu prowadzi szkołę gotowania, kursy jogi i aerobiku oraz administruje swoje nieruchomości (po za swoim fajnym domem na świetnej działce w świetnej dzielnicy, ma jeszcze na samym airBnB 2 mieszkania i 2 domy na wynajem w różnych częściach miasta). Nie wiem co robi jej mąż.

    Jeśli chodzi o czystość powietrza to jest bardzo dobrze. Też zwracam na to uwagę, bo od 4lat cierpię na zapalenie brzegów powiek, które najprawdopodobniej jest spowodowane właśnie brudnym powietrzem (lekarze u nas w ogóle takiej zależności nie szukają i jej nie odnotowują, ale widzę bardzo silną relację stanów pogorszenia z okresami brudnego powietrza). Drażni mnie, że przy poziomach pyłów rzędu 120-150, gdy tylko utrzymują się choć kilka dni interweniują władze miast takich jak Teheran, czy Mexico City, a nawet Pekin. Zamyka się tam przynajmniej szkoły, ogranicza ruch samochodowy lub udostępnia darmową komunikację miejską. U nas przy poziomach ponad 150 nie ma nawet ostrzeżenia !!! To są skandaliczne praktyki mające chyba na celu odciążenie ZUS i NFZ. Mam nadzieje, że Polska zostanie do zmian zmuszona, bo obecnie reprezentujemy średniowiecze, nie tylko w skali zanieczyszczeń, ale i w podejściu do problemu. Zamknięcie oczy i udawanie, że problemy nie ma, nie rozwiązuje problemu.
    Zwykle po wyjeździe w czyste obszary moje oczy trzymają się dobrze później nawet 1-2 miesiące po powrocie. Także tym razem. Ogólnie na całym półwyspie przylądkowym mocno wieje. Szczególnie od strony False Bay. Wiatr nasila się wieczorem, nocą wieje konkretnie i rano słabnie (tak było przynajmniej podczas naszego pobytu, nie bez powodu kolejna na Table Mountain często jest zamykana z powodu wiatru). Wiatr ma tam pewnie spory udział w czystym powietrzu. Zaryzykowałbym, że największe czynniki psujące powietrze tam, to pożary (podobno częste w slumsach, ale także suche łąki) oraz zapylanie z pól uprawnych (ogromne obłoki pyłu za kombajnami). Nie widziałem tam żadnego rolnictwa indywidualnego, wszystkie uprawy jakie widziałem były na wielką przemysłową skale.

    Odnośnie tego czy jest tam pusto, czy spory ruch, to zależy kiedy i zależy gdzie. Po za obszarami zabudowany na drogach jest raczej pusto, ale w Kapsztadzie bywają korki, szczególnie teraz gdy jest już szczyt sezonu (ja byłem w zasadzie na chwilę przed szczytem). W turystycznych miejscach robi się tłoczno w weekendy, bo spory procent odwiedzających to lokalni (przestępczość też podobno rośnie w weekendy). Dlatego plaża na Camps Bay dzień po naszym przylocie, w sobotę była zatłoczona, a w środę rano dzień przed wylotem prawie pusta.

    Jasne, że po 2 tygodniach nie da się ocenić jakości życia w kraju, ale porównać jego stopnia rozwoju z innymi. Dlatego napisałem "mam wrażenie", że to kraj bardziej rozwinięty. Nie miałem na myśli tylko czynników gospodarczych, które da się porównać wskaźnikami, ale także takie proste kwestie jak kultura osobista ludzi, ich serdeczność, czystość na ulicach i dookoła posesji, napięcia społeczne, szczególnie na tle rasowym lub ksenofobicznym. Tam tego nie widziałem, a spodziewałem się zobaczyć. U nas jest to już wręcz kompromitujące. W obecnym świecie mix kulturowy jest czymś absolutnie nieuniknionym i od dekad naturalnym w każdej dużej metropolii. Tam przez 2tyg nie spotkałem się z żadnym objawem agresji na drodze, u nas wystarczy 1h. Smutne, ale prawdziwe. W tego typu kategoriach nie tylko odstajemy, ale jesteśmy wręcz zaściankiem.

    Cytat Zamieszczone przez alien Zobacz posta
    A dziadek? Był wreszcie dziadek, czy znowu "później"?
    Był dziadek, ale już zdjęć nie robiłem

    Cytat Zamieszczone przez alien Zobacz posta
    W imieniu future-infanta trzymamy kciuki za wyprostowaną pozycję PLN.
    Dzięki. Przyda się
    shiver, maciass, Pokrak and 5 others like this.

  17. #57
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie

    Jeszcze jakby ktoś miał ochotę obejrzeć więcej zdjęć:
    Robert Sadłowski - galeria - RPA
    Choć te najlepsze raczej są w relacji.

  18. #58

    Dołączył
    Feb 2009
    Mieszka w
    EPWA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Rob_Sad Zobacz posta
    Ja byłem tylko w Melbourne z wypadem wzdłuż Great Ocean Road i byłem w Alice Springs. Wiele widoków mi także kojarzy się z tymi z Australii, ale także nieco z Nowej Zelandii (te plażowe).
    Ja nie byłem nigdy w Australii ani Nowej Zelandii ale widziałem na zdjęciach.

  19. #59

    Dołączył
    Jan 2011

    Domyślnie

    warto chyba dodać że z wjazdem nieletnich do RPA to niekoniecznie taka prosta sprawa..
    jak podróżują oboje rodzice to trzeba posiadać.. akt urodzenia dziecka ze sobą, w innych przypadkach, jak nie z obojgiem rodziców inne wariant tego są.....
    sam paszport to za mało..

  20. #60
    Awatar Rob_Sad

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    Poznań

    Domyślnie


    Polecamy

    Dokładnie. Niezbędny jest wypis z pełnego aktu urodzenia (konkretnie z wskazanymi danymi rodziców). Jeśli nie jest po angielski niezbędne jest tłumaczenia u tłumacza przysięgłego.
    Jest dostępny u nas międzynarodowy akt urodzenia, ale jest on wydawany tylko jako wypis uproszczony.
    Za wypis pełny płaciłem około 30zł, za tłumaczenie chyba 40zł, więc to nie dramat. Całość od ogarnięcia w 2-3tyg, więc trzeba to przy organizowaniu wyjazdu przewidzieć.
    Dzwoniłem też do ambasady RPA by się upewnić, że mam to co trzeba. Pani mi tam powiedziała, że zdaje się w tym międzynarodowym uproszczonym wypisie który można dostać w naszych urzędach są dane rodziców i to by wystarczyło, ale miałem już tłumaczenie i nie weryfikowałem tego co mówiła.

    Przy podróży bez kompletu rodziców potrzebne są notarialne zgody i tłumacz przysięgły.

Strona 3 z 4 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •