Pokaż wyniki od 1 do 9 z 9
Like Tree61Likes
  • 22 Post By b79
  • 15 Post By b79
  • 18 Post By b79
  • 2 Post By shiver
  • 4 Post By STYRO

Wątek: Meksyk 2017: od stolicy przez Chiapas po półwysep Jukatan

  1. #1
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie Meksyk 2017: od stolicy przez Chiapas po półwysep Jukatan


    Polecamy

    Bilety lotnicze kupiłem na początku sierpnia. Pamiętam że była wówczas promocja Hawaje za 1800 zł, ale jakoś niezauważenie przeszły inne zachodnie kierunki w równie dobrych cenach. Meksyk za 1500 zł: Mediolan – Frankfurt – Mexico DF, powrót Cancun – Toronto – Frankfurt – Mediolan. Na jednym bilecie (Lufthansa), przesiadki krótkie, w praktyce aż za, bo było i 20 minut, jak i 2h. Pierwsze wyobrażenie mieliśmy filmowe: jedziemy oglądać kaktusy, chcemy pustynne klimaty (czyli północ). Ale wylot powrotny miał być z Cancun, a w ciągu 2 tygodni obskoczyć cały Meksyk nie miałoby sensu, dlatego taki oto trzyczęściowy plan wyklarował się:


    1. Na początek miasto Meksyk i okolice w promieniu 200km, czyli wyjazd do Taxco oraz Puebli.
    2. Stan Chiapas i okoliczne atrakcje, tj. Kanion Sumidero, wioski Indian, piramidy przy granicy z Gwatemalą (Yaxchilan), miasta San Cristobal oraz Palenque.
    3. Półwysep Jukatan, wypożyczyliśmy auto.


    Od razu założyłem dwa przeloty krajowe, żeby nie marnować po dobie na przejazdy autobusowe. Volaris ma dobre ceny, bilety wyszły po ok. 150zł/os z bagażem, czyli niewiele więcej niż kosztowałby autobus.


    1. Miasto Meksyk, czyli duże miasto, a nie jest wcale tak źle


    Do stolicy przylecieliśmy z Frankfurtu Lufthansą. 11.5h w powietrzu, po drodze piękne widoki na Grenlandię.





    Lot długi, ale mniej mnie zmęczył niż do Azji. Byliśmy o 19, ale miałem jeszcze dość siły, by znaleźć sklep, zrobić zakupy, gapić się w tv.





    W stolicy brałem pod uwagę dwa miejsca noclegowe – w centrum, okolice Zacalo lub dzielnica Roma Norte. O ile w centrum byłoby blisko wszędzie, tak podobno wieczorem robi tam się pusto i turyści nie powinni spacerować po zmroku. Roma Norte to dzielnica o niskiej zabudowie, dosyć zielona, tętni życiem. Pełna knajp, restauracji i… gejów. Tego nie wiedziałem, ale na miejscu uświadomiłem sobie, że rzeczywiście w kraju kultury macho, jeśli panowie całują się na ulicy, to tym bardziej Polakom włos z głowy nie spadnie.
    Następnego dnia udaliśmy się do Teotihuacán. Autobus odjeżdżał z dworca północnego, a już pierwsza próba dogadania się w kasie po angielsku okazała się nieudana. Wszelkie podjęte próby w kolejnych dniach nie zmieniły faktu, że Meksykanie poliglotami nie są. Znają tylko hiszpański i przed wyjazdem warto nauczyć się pytać o podstawy oraz . Teotihuacan to must see. Będąc w mieście Meksyk trzeba koniecznie tu się wybrać (50km). Starożytne miasto, piramidy i niemęczące, sensowne ilości turystów.














    W drodze powrotnej podjechaliśmy do największego sanktuarium Maryjnego w obu Amerykach, czyli oczywiście Guadalupe. Jak to zwykle bywa, wyobrażenie rozminęło się z rzeczywistością. Miejsce nie jest wcale duże, a już główna alejka prowadząca do sanktuarium to częstochowski odpust z handelkiem w tle i czarownikami (jak zobaczycie skupisko modlących się ludzi, a przy tym jakieś rytualne okręgi z kredy na ziemi, rozlewanie wody, to wiedzcie, że coś się dzieje).











    Następny dzień – niedziela – w całości poświęciliśmy na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od głównego placu Zocalo, podobno drugi co do wielkości na świecie. Rzeczywiście spory, ale był jakiś festyn i środek wypełniały namioty, estrada i samochody z obsługi.











    Obok najważniejsza w całym Meksyku katedra (ale raptem z 1813r.), w narożniku ruiny kolejnego starożytnego miasta. Warto pospacerować po okolicznych przecznicach, tym bardziej że niektóre z nich ozdobione są przez murale. Pełno tu pucybutów, sprzedawców ulicznych, ucharakteryzowanych Azteków. Kościoły trochę różnią się od europejskich – zauważalny jest kult figurek, które przyodziane są w szaty, przez co wyglądają trochę jak lalki. Są wszędzie, nawet w przeszkolonej trumnie. Miasto robi dobre wrażenie – jest nowoczesne, ładne, w centrum dużo wysokich budynków. No i metro. 9 linii, bilet kosztuje 1 zł. Można jeździć i przesiadać się do woli.














    Uznaliśmy, że dość łażenia po ulicach - idziemy do parków. A tam pełno ludzi, w końcu to niedziela. I wszyscy coś jedzą. Co chwila jakiś stragan ze słodyczami lub fast foodem. Meksykanie są grubi. To widać, zwłaszcza po kobietach.











    Wieczorem mamy autobus do Taxco, dlatego udajemy się spacerkiem do naszego hotelu przechodząc przez wspomnianą na wstępie dzielnicę gejów. Dosyć duży to kontrast, gdy skręcając z głównej alei Paseo De La Reforma w jedną z bocznych uliczek dzielnicy Juárez nagle widać samych obściskujących się facetów.











    Wyjazd do Taxco mieliśmy o godz. 19 z dworca południowego. Autobus był opóźniony, ale na obsługę klienta nie można narzekać. Zaproszono wszystkich do specjalnej poczekalni z klimatyzacją, wodą, tv. Byłaby też kawa, ale automat nie działał. Przejazd odbył się już po zmroku, ale niewątpliwie jechaliśmy przez góry. Standard podróży bardzo dobry – dostaliśmy wałówę na drogę (woda i przekąska), czas umilał puszczony film. I tak to wygląda w Meksyku zawsze – komunikację autobusową mają bardzo dobrą, a bilet na przejazd można kupić prawie zawsze do ostatniej chwili, chociaż ja starałem się nie zwlekać i jak tylko było stanowisko ADO Bus, kupowałem z jednodniowym wyprzedzeniem.


    2. Taxco


    Taxco to wg mnie najciekawsze miasto w okolicy Meksyku (180km). Niezbyt duże, 50-tys., osadzone na wzgórzach, dzięki temu jest po prostu ładne i klimatyczne. Rozkwit w przeszłości zawdzięcza rudom srebra i złotu oraz powstającym tu kopalniom. Obecnie złoża są już wyczerpane, co nie przeszkadza, by miasto szczyciło się mianem zagłębia złotników.





    Dzień rozpoczynamy od wycieczki do pobliskich grot. Jedziemy autobusem (30km), wysiadamy na krzyżówce w jakiejś mieścinie i piechotą dochodzimy do jednej z większych atrakcji turystycznych w okolicy. Wycieczki są tylko w zorganizowanych, hiszpańskojęzycznych grupach. Spacer przez grotę zajmuje ok. 2,5 godz. Trzeba przejść 2km i wrócić (już bez przewodnika). Po drodze włączane jest klimatyczne podświetlenie skał, przewodnik co chwila dopatruje się w formacjach skalnych podobizn zwierząt. Rzeczywiście. Tu słoń, tam małpa, ale i wygięte, straszące twarze. Wszyscy się śmieją, to i my. Chociaż prawie nic nie rozumiemy.








    Wracamy do Taxco. Królują tu taksówki – garbusy. Pną się wąskimi, wybrukowanymi alejkami do góry i w dół. Innego środku transportu tu nie ma. Centralny plac zocalo jest sercem miasta, obok katedra ociekająca wewnątrz złotem. Patrzymy na jej wieże z tarasu restauracyjnego jedząc miejscową specjalność: kurczak z czekoladą i chili. Idziemy obok na pięterko do baru, gdzie po raz pierwszy zamawiamy meksykański trunek: mezcal. Mezcal to bliska rodzina tequili, z tym że nie jest to destylat z soku agawy, a z całego rdzenia rośliny. Dobre, ale lepiej wchłaniam tequile.














    Siedząc na balkoniku z widokiem na główny plac widzimy, że nad miastem góruje Chrystus z rozpostartymi ramionami.








    Łapiemy garbusa i jedziemy na punkt widokowy. Lubię takie miasta. Leniwa atmosfera, kramy, bazary, niezbyt dużo turystów. Kręcimy się po uliczkach, kupujemy od miejscowego pół litra mezcalu (ok. 12 zł) i – jako że już zrobiło się ciemno – wracamy do hotelu. Jutro wcześnie rano wyjazd.











    Droga z Taxco do Puebli zajęła nam sporo czasu (7-13, 250km). Nie ma bezpośredniego połączenia. Mniej więcej w połowie drogi, w miejscowości Cuernavaca, nie dość, że czekała nas przesiadka, to jeszcze zmiana dworca. Otóż w Meksyku, zwłaszcza w mniejszych miastach, każdy przewoźnik ma swój dworzec, często w innych częściach miasta. Trzeba mieć to na uwadze i przed wyprawą dokładnie sprawdzać skąd jest wyjazd.


    3. Puebla





    Puebla to duże, 2-mln miasto, o którym mówi się, że najbliżej mu do dziedzictwa konkwistadorów. Na tle całego Meksyku to tu znajduje się najwięcej kościołów oraz budynków kolonialnych. Miasto nie przypadło mi do gustu i ten dzień inaczej bym teraz zaplanował. Można zwiedzić 2, 3 kościoły, ale potem wszystkie zaczynają być podobne. A tu jest ich podobno 70.














    Jedziemy do pobliskiej Choluli (15km), czyli miasteczka słynącego z Wielkiej Piramidy, która jest największą objętościowo bryłą, jaką zbudował człowiek. Jako że jest całkowicie zarośnięta i zagospodarowana, na jej szczycie wybudowano kościół.





    Z góry roztacza się ładny widok na miasto oraz okoliczne 5-tysięczne szczyty wulkanicznie. Samo miasto znajduje się na wys. 2200m. npm.





    Cholula, w przeciwieństwie do Puebli, zrobiła dobre wrażenie. Ma mały ryneczek, czyli to co lubię. Klimacik. Spędziliśmy tu resztę dnia, a do Puebli wróciliśmy grubo po 22.














    Następnego dnia czekał nas powrót do stolicy. Mieliśmy opuścić ten region Meksyku i polecieć na południe, aż pod granicę w Gwatemalą.


    Cd. w następnych postach, tymczasem zapraszam na film z całej wyprawy:

    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100

  2. #2
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    4. San Cristobal de las Casas


    Z Puebli kursuje bezpośrednio autobus na lotnisko w Meksyku (120km). Jedzie się autostradą niecałe 2 godz. Akurat mijaliśmy co jakiś czas pielgrzymów, zapewne zmierzających go Guadalupe. Lotnisko w stolicy jest mało przyjazne. Po zrzuceniu bagażu trzeba było gdzieś iść, tylko pytanie gdzie, bo znaków żadnych nie było. Mamy szukać sektora D. No jest A, B, C i od razu E! Zapytany ochroniarz oczywiście władał tylko jednym językiem, ojczystym. Dostrzegliśmy jakiś wianuszek ludzi znikający za jednym z wielu rogów. Tak, tędy należy iść.





    Miasto Meksyk oglądany z okna samolotu to niekończąca się liczba domków i przecznic. Tak wyglądają tu wszystkie miasta. Adresy to opis w stylu róg ulicy 5 i przecznicy 10.


    Polecieliśmy do miejscowości Tuxtla Gutierrez. Lądowanie odbywa się wśród gór, co było całkiem emocjonujące. Trzęsło, wiało, a pilot jeszcze ostro w zakręty wchodził. Na lotnisku w informacji dowiedzieliśmy się, że do naszej docelowej miejscowości jeżdżą busy collectivo (80km). Ponad godzina jazdy i znaleźliśmy się na wysokości 2200m wśród gór. Temperatura z 30st. na lotnisku spadła do ok. 18. Zrzuciliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto.
    San Cristobal to niewielkie 160-tys. miasto, popularny cel wizyty turystów, ale będąc w stanie Chiapas nie sposób go pominąć. Jest tu sympatycznie, a kolorytu dodaje fakt, że w okolicznych wioskach mieszkają głównie Indianie, do tego posługujący się swoimi dialektami. Wieczór spędzamy poznając miasto.











    Przed wyjazdem do Meksyku miałem dylemat, czy lokalne wycieczki wykupić z wyprzedzeniem online poprzez stronę, czy już na miejscu. Tylko na miejscu! Wykupiliśmy dwie, na dwa kolejne dni. Jest taniej, a z miejscami na dzień następny nie ma problemu. Na głównej ulicy co i rusz znajdują się biura, gdzie można wszystko załatwić. Polecam Jalapeńo Tours – są najbardziej konkurencyjni cenowo. I jeszcze jedno – nie ma sensu samemu organizować okolicznych wycieczek, gdyż po prostu do pewnych miejsc samemu ciężko dotrzeć, a i koszt byłby wyższy.


    Kanion Sumidero


    Następnego dnia zjawiliśmy się na rynku, skąd busik zabrał ok. 10 turystów. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem baru, który nas nakarmi. W drodze od naszego hotelu o godz. 9 wszyscy byli jeszcze pozamykani. Kanion Sumidero znajduje się w okolicy lotniska, gdzie dzień wcześniej przylecieliśmy, tak więc tym razem zjeżdżaliśmy z chłodnych gór w rozgrzany dół. Na przystani byliśmy pierwszą ekipą. Łodzie, którymi przyszło nam płynąć, wyposażone są w dwa silniki. Ta moc miała przełożenie na prędkości, jaki rozwijaliśmy. Jest szybko i ekscytująco. Ale musi być, gdyż w jedną stronę, aż pod tamę na zbiorniku wodnym, jest 35km, a cały rejs trwa poniżej 2 godz. Po drodze sporo ptaków, kilka krokodyli no i główna atrakcja: potężne klify, strzelające nawet 1000m ponad taflę wody.








    Następnie zawieziono nas do okolicznej miejscowości Chiapa de Corzo. W ramach czasu wolnego obejrzeliśmy miejscowy bazar (klimat odganiania much nad mięsem), rynek i usiedliśmy w swojskiej, głośnej knajpie, gdzie miejscowi mieli obowiązkowo kapelusze sombrero. Wypiliśmy po drinku, zapewne z kranówą, gdyż przypłaciliśmy to zatruciem. Nie pierwszym podczas tego wyjazdu.











    Po powrocie do San Cristobal skupiliśmy się na zwiedzaniu miasta. Skoro są tu wzniesienia, to obowiązkowo weszliśmy na punkt widokowy.








    Byliśmy w katedrze, połaziliśmy po bazarach, spróbowaliśmy miejscowej tequili, oliwek w bimbrze, kupiłem od miejscowego pasek skórzany, a od dzieci rzemyki na ręce (to dla mojej papugi, lubi niszczyć). Patrzyłem jak Indianie żarliwie modlą się w kościele. I kupiliśmy jeszcze jedną wycieczkę – ale z miasta, w którym mieliśmy być dopiero za dwa dni.
















    Zinacantán i Chamula – wioski Indian


    Następny dzień, następna wycieczka. Tym razem było nas w sumie 3 osoby. Przewodnik nie dość, że władał po angielsku, to jeszcze znał lokalny język Indian.
    Zaczęliśmy od miejscowości Zinacantán, gdzie zaprowadzono nas do lokalnego domu. Trochę pełnił on funkcję muzeum, trochę sklepu, ale na pewno istniał na potrzeby turystów. W środku ołtarzyk, wypiek placków kukurydzianych i opowieści, że tak tu się właśnie żyje.











    O wiele bardziej interesujące były wizyty w dwóch następnych kościołach. Są inne niż te, które my znamy. Pełne kwiatów, świec, bardzo widoczny kult figurek. Do tego stopnia, że w miejscu gdzie powinien być ołtarz stała drewniana ścianka pełna figurek. Taki odpowiednik ikonostasu.











    W następnej miejscowości Chamula wpływ kultury i wierzeń Indian jest już zupełnie dominujący. Zaczęliśmy od cmentarza, gdzie chodzi się po grobach. Są one w postaci kopczyków ziemi, a ilość krzyży świadczy o ilości pochowanych osób w danym dołku. Kolor krzyża zdradza kim była dana osoba za życia. Ciekawe miejsce, z ruinami kościoła w tle.





    Następnie przeszliśmy w stronę rynku, gdzie znajduje się kościół San Juan, największa atrakcja tej wycieczki. Hiszpanie wybudowali Indianom świątynię. Tyle że mszy od dawna tu nie odprawia się. Ksiądz został przepędzony, biblii nie znają, a kościół pełni rolę świątyni, ale bardziej w obrządku miejscowych. Pełno kwiatów, świec, figurek świętych (kult maryjny), brak ław, siedzisk, zamiast tego słoma na podłodze. Indianie składają tu krwawe ofiary z koguta. Jest bezwzględny zakaz robienia zdjęć, ale udało mi się nagrać trochę materiałów (do obejrzenia w filmie). Co ciekawe symbolem Majów był krzyż, zapewne dlatego tak łatwo zaakceptowano ten symbol. W odróżnieniu od krucyfiksu chrześcijańskiego miejscowy krzyż jest z wygrawerowanym symbolem kukurydzy. Chrystusa nie ma, bo wg ich wierzeń zszedł z krzyża i jest teraz w Słońcu.











    Wracamy do San Cristobal, mamy ponad dwie godziny wolnego czasu do wyjazdu autobusem, więc idziemy zjeść „wreszcie coś normalnego”. Bo nie pisałem wcześniej, ale wyobrażenie o świetnej meksykańskiej kuchni szybko upada na miejscu. Non stop produkty na mączce kukurydzianej. Nachosy smażone w głębokim tłuszczu, podawane na początku jako przekąska do sosów, ostro doprawionych warzyw, były jak dla mnie zbyt ciężkie (tłuszcz). Tortille kukurydziane już lepiej znosiłem, ale ile można tego jeść? A tu to podają codziennie – do śniadania, do obiadu, a zamiast fajnych warzyw i ziaren fasoli (takie miałem wyobrażenie) jest ciemna breja ze zmielonej fasoli. No i na ostro, czasami aż za bardzo. Jedynie zupy są bez pudła, warto próbować. No więc poszliśmy do knajpki, gdzie miały być lekkie pasty. Oni tam makaronu nie znają, więc pewnie to atrakcja. No ale to też nie wyszło, smakowało jak koncentrat pomidorowy…


    O 16.30 mieliśmy autobus do Palenque. Wybrałem taki, który jako jedyny miał podany czas przejazdu (wg strony Ado) 4.45h. Przez góry to raptem 220km, ale wszystkie jadą 7-8 godz. Pomyślałem, że nasz autobus jako jedyny pcha się przez górskie drogi, a te dłużej jadące stosują objazdy. No i przeliczyłem się. Nasz jechał niecałe 9 godzin, stosował objazd gór typ 450km! Miał dwa długie postoje – jeden 40 min. na żarcie, bo oni muszą jeść te swoje placki – drugi w Villeharmosa (1h). Na miejscu byliśmy przed 2 w nocy. A ta dodatkowo wykupiona wycieczka, o której wcześniej wspomniałem, miała być właśnie z Palenque. Wyjazd o 6 rano.


    5. Palenque


    Palenque to nieduże, 40-tys. miasteczko słynne głównie z okolicznego stanowiska archeologicznego. Ale to też dobra baza wypadowa do Gwatemali lub innych ruin w stanie Chiapas. Nie chciałem marnować czasu, dlatego jeszcze w San Cristobal wykupiłem naszą trzecią wycieczkę. Zakładałem, że dojedziemy do Palenque ok. 21, a wyjazd o 6 rano nie będzie problemem. Życie zweryfikowało plany, spaliśmy 3 godziny.


    Yaxchilan i Bonampak – o rzut kamieniem od Gwatemali


    Wyjechaliśmy jeszcze po ciemku, dzięki czemu podziwialiśmy budzącą się do życia dżunglę. Rano jest bardzo wilgotno, miejscami mgła ograniczała widoczność do 50 metrów. Tak to wygląda do wschodu słońca. Potem robi się szybko ciepło i odczuwalnie wilgotno. Jedziemy drogą wiodącą na południe, do okolicznych atrakcji turystycznych oraz granicy z Gwatemalą. Nasza wycieczka jest całodzienna, dlatego przewiduje po drodze śniadanie oraz obiad. Do pierwszego punktu naszej wyprawy mamy 165 km. Ten odcinek to Meksyk jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Jest bardzo zielono, pagórkowato, mijamy wioski. Jest też dosyć pusto. Podoba mi się.


    Aby dotrzeć do Yaxchilan, czyli stanowiska archeologicznego Majów ukrytego w gęstej dżungli, należy z wioski Frontera Corozal popłynąć w górę rzeki. Samo w sobie jest to atrakcją, tym bardziej że rzeka stanowi granicę. Po lewej Meksyk, po prawej Gwatemala. Ale dżungla wygląda tak samo po obu stronach.








    Ruiny wtopione w zieloną dżunglę przywodzą na myśl filmy o Indianie Jonesie. Fajny jest fakt, że do niektórych piramid można wejść. W środku nietoperze wampiry i inne pająki. Piękne są odgłosy z dżungli, zwłaszcza pohukiwania wyjców (taka niewidzialna, ale słyszalna małpa). W stanie Chiapas wszędzie zauważalne są motywy z papugami (widać, że lubią Ary), niestety żadnej dzikiej nie zobaczyliśmy. Niestety, w Yaxchilan nie widzimy najbardziej oddalonej, a podobno wartej dotarcia piramidy. Niestety, taki urok zorganizowanych wycieczek.





























    Wracamy w dół rzeką, następnie jedziemy kilkanaście kilometrów do Bonampaku.





    To niezbyt duże kolejne stanowisko w środku dżungli, znane z dobrze zachowanych fresków. Co ciekawe biznes turystyczny jest tu tak skonstruowany, że nasz bus nie dojeżdża do samego celu. W pewnym momencie musimy się przesiąść, gdyż ostatni odcinek drogi dojazdowej obsługują tylko miejscowi. Takie mają niepisane prawo. Z Bonampaku zapamiętam nie tyle freski, co widok z samej góry na otaczającą dżunglę.











    Wrażenie zrobiło też lotnisko - wykarczowane drzewa pośród dziczy i kawałek zielonego pasa.





    Potem przyszedł czas na całkiem smaczny obiad (oczywiście po angielsku nikt nie władał, a do wyboru było kilka pozycji z menu przedstawionego w formie wypowiedzianej) i powrót do Palenque. Wycieczkę polecam, cały dzień z głowy, a oprócz ruin ciekawe są też mijane wioski i obserwacja toczącego się tu życia.





    Zona Arqueológica Palenque


    Następny dzień w Palenque przeznaczyliśmy na odwiedzenie okolicznych… tak – ruin. W Meksyku innych zabytków nie ma. Podziwia się albo przyrodę, albo dziedzictwo Azteków, Majów, Tolteków. Wszystko inne to spuścizna po Hiszpanach, czyli XVI wiek i wyżej.
    Piramidy Palenque robią bardzo dobre wrażenie. Nawet lepsze niż te dzień wcześniej, tyle że to zupełnie inne miejsca. Z oczywistych względów więcej tu turystów, zwłaszcza że okoliczne lotnisko oferuje jedno jedyne połączenie – ze stolicą. Ciekawa jest Świątynia Inskrypcji, do której jeszcze 20 lat temu można było wchodzić do pomieszczenia z kryptą. Obecnie bogato zdobiony sarkofag został przeniesiony do okolicznego muzeum. Obok są też inne piramidy, można na nie wchodzić.





























    W drodze powrotnej do miasta odwiedziliśmy jeszcze park zwierząt Aluxes. Głównie pod kątem papug.

















    Wieczorem poszliśmy obejrzeć miasto. Jak zwykle życie toczy się wokół placu głównego. Obok kościół, kilka knajp.








    To koniec naszej wizyty w stanie Chiapas. W dniu następnym lecimy na półwysep Jukatan.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100

  3. #3
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Ostatnia część.


    Pobudka wcześnie rano. O 7 mamy bus na lotnisko do odległej o 130km Villahermosy. Na tej trasie kursują Mercedesy Sprintery i to był jedyny przypadek podczas całego pobytu w Meksyku, gdy wszystkie 19 miejsc było zajętych. Bilet kupiłem dzień wcześniej.
    Po drodze mijamy granicę pomiędzy stanem Chiapas a Tabasco. Granica to właściwe słowo – jest kontrola policji, lustra sprawdzające spód busa, broń ostra.





    Lot do Cancun mamy o 10.15. Trwa niewiele, bo 1.20h. Dla porównania autobus pokonuje ten dystans w 14h. W samolocie warto siedzieć po lewej stronie, widać wówczas turkusowe morze. Na miejscu przestawiamy zegarki o godzinę do przodu. Odbieramy auto (ryzykownie, bo na kartę debetową! Ale musi być wypukła, bo robią kopię numeru) i obieramy kierunek na wschód, wiadomo – cywilizacja, do strefy hotelowej Cancun. Czysto z ciekawości, gdyż od początku założyłem, że w 600-tys. molochu Cancun czasu marnować nie będziemy. Jadąc wzdłuż linii brzegowej zastanawiałem się czego jest tu więcej – palm czy hoteli. Morza nie widać – ściana hoteli jest zbyt szczelna.











    Ciekawie było to zobaczyć, ale nigdy nie chciałbym spędzać urlopu w takim kołchozie wypoczynkowym. Przebicie się przez centrum i wyjazd z miasta zajęło nam trochę czasu. Wreszcie trafiliśmy na jakąś płatną drogę ekspresową (zupełnie pusta, po dwa pasy w każdą stronę) i udaliśmy się tym razem na zachód, do miasta Valladolid.








    6. Valladolid


    Valladolid znajduje się już w innym stanie niż Cancun, a tu znowu trzeba cofnąć zegarki o godzinę. Taki urok państwa z różnymi strefami czasowymi. Miasto samo w sobie nie jest zbyt atrakcyjne – kolonialna zabudowa, liczne przecznice, katedra przy zocalo. Ale znajduje się 40km od dużej atrakcji turystycznej, gdzie mieliśmy udać się w dniu następnym.








    Chicen Itza, jeden z siedmiu współczesnych cudów świata


    Zanim opuściliśmy Valladolid poszliśmy na okoliczny cmentarz. Wyglądał jak kolorowe miasteczko dla lalek. Sprawdziliśmy też jak wygląda cenota w centrum miasta i ruszyliśmy w drogę. W porównaniu do soczyście zielonego stanu Chiapas, Jukatan jest zupełnie płaski, zarośnięty krzakami i wizualnie najmniej atrakcyjny z całej dotychczasowej podróży.


    Chichen Itza to raczej must see na tym półwyspie. To stanowisko archeologiczne, dawne miasto Majów, wpisane na listę siedmiu współczesnych cudów świata. Jest tu piękna piramida, która ma tyle schodków, ile dni ma rok, do tego jest tak usytuowana, że podczas równonocy wiosenno-jesiennej słońce idealnie pada na schody tworząc pewien wzór. Niestety taka reklama tego miejsca wpływa na to, że turyści z całej okolicy zwożeni są tu non stop autobusami. Miejsce przez to dużo traci. Wiecznie mijanie ludzi, hałas, wszędzie handel pamiątkami.











    Oprócz piramidy są tu również pozostałości innych budowli, z czego najbardziej na wyobraźnię działa boisko do peloty, czyli gry w piłkę, gdzie przegrany tracił życie. Ponadto po raz pierwszy w tym miejscu widzieliśmy wygrzewające się w słońcu iguany, czyli duże jaszczurki z rodziny legwanów. Aha – Na Jukatanie ceny skoczyły do góry!


    Jedziemy do Tulum (150km). Widok za oknem monotonny, cały czas krzaki. Po drodze krótki przystanek w Coba (kolejne stanowisko archeologiczne), ale nie zwiedzamy. Jemy tu obiad. Meldujemy się w Tulum, zanim się zmobilizowaliśmy, aby podjechać na plażę (po raz pierwszy podczas tego wyjazdu!), zdążyło już ściemnieć.





    7. Tulum


    Tulum to niewielka mieścina, polecana dla plażowiczów, którzy nie mają ochoty na pobyt w dużym mieście (Cancun), a wciąż chcą cieszyć się pięknymi plażami Morza Karaibskiego. Centrum oddalone jest od morza o ok. 4 km, dlatego większość hoteli oferuje wynajem rowerów. Drugą atrakcją miasta jest… strefa archeologiczna, jedyna taka usytuowana tuż nad brzegiem morza.











    Miejsce jest faktycznie ładne, ale problem ten sam, co w Chichen Itza. Strasznie dużo turystów. Ludzie, którzy przylatują na urlop na Jukatan, koszarowani są w Cancun lub okolicy (95% organizowanych wycieczek), a w ramach wycieczek fakultatywnych jednego dnia autobus zawiezie ich do Chichen Itza, drugiego Tulum… Niestety, taki jest ten półwysep. Wg mnie najmniej ciekawy.
    Ostatni nocleg w Meksyku zaplanowany mamy w Playa del Carmen. Jedziemy z Tulum (65km), a po drodze odwiedzamy 3 wybrane plaże. Każda miała coś innego do zaoferowania.


    Punta Suliman








    Już szlaban w poprzek drogi był dobrym znakiem. Była ochrona, ale nas wpuszczono. Pustka, brak ludzi, złoty piasek. Rzeczywiście pięknie tu. Polecam. Podobno jest tu knajpa z najlepszymi owocami morza i rybami (Chamico's), ale niestety była zamknięta.


    Xcacel











    Plaża też raczej pusta. Akurat wiało i chyba był nawet zakaz kąpieli. Oprócz tego fajna, dzika roślinność dookoła, no i cenota, czyli oczko wodne, w tym przypadku słodkowodne. Zimna, orzeźwiająca woda, małe rybki skubiące nogi, taki mały raj na ziemi


    Akumal











    Tu już plaża pełna ludzi. Trochę hoteli wzdłuż morza, cywilizacja dookoła i… żółwie w morzu. Ale z brzegu ich nie widać. Trzeba albo skorzystać z wycieczki, albo odpłynąć od brzegu min. 50 metrów i trochę ponurkować w mętnej wodzie.


    8. Playa del Carmen


    Dojechaliśmy do Playa del Carmen. Duże miasto, 150-tys., ale nad samym morzem nie odczuwa się tego. Nawet podobało mi się. Sporo knajp i barów. Tu też dodają kranówę do napojów…










    9. Powrót


    Następnego dnia czekał nas już tylko powrót na lotnisko pod Cancun (55km). Potem przygoda, bo samolot został zawrócony z pasa startowego (niedomknięte drzwi cargo). Wystartował z dużym opóźnieniem, a w ośnieżonym (!) Toronto mieliśmy raptem 20 minut na przesiadkę.





    I ostatni obrazek z tej podróży: delikatnie widoczna zorza polarna pomiędzy kontynentami.







    Meksyk? Pozytywnie, ale bez rewelacji. Stan Chiapas najciekawszy, a na drugim biegunie Jukatan - jest uciążliwie turystyczny.


    Do następnego.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100

  4. #4
    Awatar pitterek

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    Sosnowiec, Poland

    Domyślnie

    Czy tylko ja nie widzę obrazków?

    Sent from my SM-G903F using Tapatalk
    Pitterek

  5. #5

    Dołączył
    Mar 2009

    Domyślnie

    Wszystko widać.

  6. #6

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Powiem tak - gdybym mógł, polajkowałbym każdy post ze 3 razy. Super film.
    b79 and Witold212 like this.

  7. #7

    Dołączył
    Feb 2017

    Domyślnie

    Ten Chrystus jakoś tanio wygląda :P
    Cogito ergo sum.

  8. #8
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Fajna relacja, foty mega! Mówisz, że sraczunia zaliczona kilka razy? Ja mam takie wspomnienia z Iranu. Jakby mi Mama tabletek na sraczke nie spakowała to do dzisiaj bym siedział na kiblu w Teheranie, a tak to jeszcze uratowałem "życie" starszemu polskiemu małżeństwu z Poznania w hotelu w Yazd. Uroki egoztyki. Relacja na piątkę.
    b79, michalp, Witold212 and 1 others like this.
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  9. #9
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie


    Polecamy

    Ostatni raz takie ataki sraki były w Indiach. Potem kilka egzotycznych kierunków zaliczonych, ale bez skutków ubocznych. Nauczyłem się jednego - nie ma co z Polski brać leków, bo na ogół nie działają. Na miejscu trzeba odwiedzić aptekę, na migi wytłumaczyć sraczkę (oni po angielsku nie bardzo) i liczyć, że miejscowa chemia zadziała.

    ps. W październiku jadę do Iranu, muszę najpierw jednak zdobyć wizę, a w paszporcie mam pamiątkę z Izraela.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •