Strona 2 z 2 PierwszyPierwszy 1 2
Pokaż wyniki od 21 do 38 z 38
Like Tree129Likes

Wątek: Islamska Republika Iranu (2017)

  1. #21
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez QbaqBA Zobacz posta
    Jeszcze ad Fokker 100, w Europie ciagle czasem można go zobaczyc, m.in Swiss do Warszawy
    Helvetic dla Swissa dokładnie , lata jeszcze Carpatair i Montenegro Airlines Austrian właśnie wycofuje oostatniego, KLM zrobił to też w tym roku. Ale w Australii lata ich ponad 50 .

    Relacja rewelacja! Iran właśnie przeskoczył na wysokie miejsce na liście miejsc do odwiedzenia w najbliższym czasie.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  2. #22
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Skoro znowu przywoływany jest Fokker 100, zamieszczam brakujące zdjęcia z tego lotu.

    Zawsze było ciemno na lotnisku i ciężko było robić zdjęcia (poza tym przeganiali), a było na czym oko zawiesić - np. A300.





    frik, mastah, shiver and 3 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  3. #23
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Z Iranu bardzo mile wspominam też te ich soki, nie pamietam jakiej marki, ale puszka z kawałkami owoców w środku - rewelacja.
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  4. #24
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Isfahan

    Drugi pod rząd lot Iran Air. Miał być Fokker 100, podstawiono bardzo podobny wizualnie MD-82. Wiek 28 lat. Obowiązkowy obiad na pokładzie i po 1.5h locie lądujemy o 21.40 w Isfahan. Boże, jak tu zimno!











    I faktycznie, 18 stopni o tej porze to dla nas nowość. W Isfahanie jest Snapp, ale nie obsługuje połączeń z lotniskiem. Jedziemy oficjalną lotniskową taksówką (350.000 IRR za 25km) do Iran Hotel, polecanego hotelu w centrum miasta. Hotel sympatyczny, z dobrą obsługą, standard pokoju ok (1.5 mln IRR dwójka z łazienką + śniadanie). Jest już godzina 23 więc na dzisiaj koniec atrakcji. W TV wciąż leci materiał z zakończonego już święta Ashura, a na północy kraju, w górach, śnieżyce zaskoczyły drogowców. To też ciekawe.
    Isfahan to 1.7 mln miasto. Zupełnie inne od tego, co dotychczas widzieliśmy. Nowoczesne, zadbane, bardzo zielone i reprezentatywne. Główną atrakcją miasta jest wpisany na listę UNESCO plac Naqsh-e Jahan, potocznie zwany placem Imama. Zanim tu jednak dotrzemy, najpierw piechotą udajemy się przez dwa kolejne parki z kompleksami pałacowymi. Pierwszy - Hasht Behesht – ma charakter miejski. Jest otwarty dla wszystkich, przez co ludzie spędzają tu wolny czas na rozłożonych dywanach, standardowo piją herbatę, grają w karty.








    Drugi ogród, z pałacem Chehel Sotoon, jest ogrodzonym kompleksem wyraźnie skupionym wokół pałacu, który jest otwarty dla zwiedzających (wstęp do ogrodu 200.000 IRR).












    Niedaleko toalet znajduje się fajna herbaciarnia, gdzie warto wstąpić i rozsiąść się na wyściełanych dywanikami ławach.









    Dalej udaliśmy się w stronę głównego placu Imama.



    W Parku Pamięci (Isfahan to zielone miasto, jest dużo parków) zaczepił nas starszy pan, pytając czy jesteśmy Rosjanami. Informacja, że Polakami wyraźnie go ożywiła. Przytoczył historię, gdy żołnierze Armii Andersa ewakuowali się z Rosji właśnie przez Iran. Część z nich na zawsze tu została (w Isfahanie jest wydzielona mała kwatera na cmentarzu ormiańskim z 18 polskimi grobami). On znał Polaków. Potem było trochę prywaty, co widzieliśmy, co powinniśmy zobaczyć, trochę historii mu bliższej (przed rewolucją było lepiej, bo taniej), zaproszenie do sklepu z dywanami, itp. Dostał pocztówkę z widokiem Warszawy, ale nie pozwolił na zrobienie sobie zdjęcia.
    Plac Imama to jeden z największych placów na świecie, wg niektórych źródeł drugi co do wielkości po pekińskim Tian’anmen. Sam w sobie jest już atrakcją, pełno tu odpoczywających ludzi, jeżdżą dorożki, są baseny z fontannami, a od północnej strony brama rozpoczyna ciągnący się dalej gąszcz bazarowych alejek. Są tu też trzy obiekty, których odwiedzenie należy rozważyć: znajdujący się we wschodniej części, górujący nad całym placem pałac Aali Qapu, znajdujący się vis-a-vis po zachodniej stronie meczet Sheikh Lotfollah oraz znajdujący się w południowej części, ale niesymetrycznie ułożony meczet Naghsh-e Jahan (jego przekrzywienie względem prostokąta placu ma proste wytłumaczenie – wskazuje kierunek na Mekkę). Idziemy do Aali Qapu (200.000 IRR). Miał być piękny widok z tarasu na cały plac, tymczasem widać głównie rusztowania. Podstawowa atrakcja tego miejsca – taras, gdzie Szach Abbas doglądał życie mieszkańców - właśnie odpadła. Drugą jest pomieszczenie na poddaszu, gdzie całe sklepienie wykonane jest z drewnianej membrany z wycięciami w kształcie instrumentów. Taka konstrukcja wprowadza niesamowitą akustykę tego miejsca. Śpiew kobiet, dźwięk instrumentów – to wszystko idealnie brzmiało właśnie w tym miejscu.












    Na plac jeszcze wrócimy i to kilka razy, tymczasem łapiemy Snappa (35.000 IRR) i jedziemy do dzielnicy… żydowskiej. W Iranie? Tak, w Iranie. Mieszka tu ok. 1500 Żydów. Przeczytałem gdzieś mądre zdanie, że miejscowi nie mają nic do Żydów (ludzi), jedynie do instytucji państwa Izrael. Poza tym trzeba mieć na uwadze, że przed rewolucją stosunki z Izraelem, podobnie jak z USA, obierały zupełnie przeciwny biegun. Tak więc w Isfahanie jest stara dzielnica, powoli wyburzana, gdzie wciąż można znaleźć funkcjonujące synagogi. Poza tym dużo synagog można jeszcze znaleźć w Teheranie, Shiraz oraz Yazd. Czy warto tu przyjechać? Raczej nie, bo poza menorą na drzwiach zamkniętej synagogi żadnych innych śladów nie zauważyłem. Ale z racji na spacerową odległość od największego w Isfahanie Meczetu Piątkowego to właśnie tutaj chcieliśmy na chwilę zawitać.












    Znajdujący się 700m dalej meczet Atiq Jameh zlokalizowany jest w strefie bazarowej. Ten meczet faktycznie jest duży i warty odwiedzenia (200.000 IRR). Charakteryzuje się dużą liczbą naw, pomieszczeń z różnorodnymi kolumnami. Oczywiście wszędzie dominują misterne zdobienia, piękne mihraby, ale w pewnym to wszystko zaczyna się zlewać. Widzi się po prostu kolejny meczet z kolejnymi zdobieniami. To, że przeczyta się w przewodniku o wyjątkowych inskrypcjach zleconych przez Szacha jest zapewne bardzo wartościową informacją, tyle że ulotną…
















    Jesteśmy już głodni. Przewodnik Lonely Planet podpowiada, że idąc bazarową alejką natrafimy za chwilę na knajpę Beryani. Ale o tej porze ma być już zamknięta. Na szczęście nawet LP z 2017 potrafi wprowadzać w pozytywny błąd i miejsce wciąż jest otwarte. Specyficzna to jadłodajnia. W sumie nie ma co się dziwić – bar na bazarze. Pomieszczenie wąskie, kilka stolików, resztki sałaty na podłodze, przy samym wejściu kucharz miesza na patelni mielone mięso –już w progu pyta ile będzie osób. W menu jest tylko beryani, czyli mielony kotlet jagnięcy zawinięty w chlebek naan z ryżem, cebulą, ziołami. Do picia cola lub jogurt dugh (całość 2 os. – 300.000 IRR). Dobre to i bardzo sycące.













    Pierwotnie mieliśmy plan, aby na zachód słońca udać się na punkt widokowy na górę Sofeh (wyciągiem krzesełkowym). Zabrakło jednak czasu, dlatego już o zmroku spacerem z hotelu udajemy się w stronę zabytkowych mostów.
    Mosty łączą północną stronę miasta wraz z południową, gdzie zaczyna się m.in. dzielnica ormiańska. Równie dobrze mogłoby ich nie być (żarcik), bo poza walorami historycznymi (XVII wiek), zbudowane są na wyschniętej rzece. Na drugi brzeg można przejść idąc obok nich. Powyżej miasta znajduje się tama i tylko w okresie noworocznym (marzec/kwiecień) woda spuszczana jest na krótki czas ok. 40 dni. Wówczas faktycznie, most pełni funkcję mostu.
    W Isfahanie budowle te spełniają jednak inną, bardzo ważną rolę. Są centrum kulturalnym dla mieszkańców. Zwłaszcza wieczorem, kiedy ludzie spacerują w ich okolicach, a młodzież przesiaduje pod łukami filarów (ci młodsi palą tu ukradkiem papierosy). I faktycznie, warto tu się wybrać, zwłaszcza jeśli ma się ochotę na konwersację z miejscowymi. Byliśmy na dwóch najważniejszych w mieście mostach. Na pierwszym, Si-o-Seh Pol, zaczepił nas facet imponujący wiedzą o Polsce. Interesowały go tematy ekonomiczne, oprocentowanie kredytów, itp. Okazało się, że w miejscowej telewizji pokazywano lipcowe antyrządowe protesty w Polsce, więc musieliśmy tłumaczyć, że sytuację w kraju mamy stabilną.






    Na drugim moście, Khaju Bridge, zaczepił nas student miejscowego wydziału architektury (był z mamą). Ponownie byliśmy zaskoczeni wiedzą, przytaczanymi faktami historycznymi, potrafił wymienić z nazwiska znanych Polaków, nie tylko piłkarzy. Ciekawa też była krótka podróż pomiędzy mostami. Standardowo skorzystaliśmy ze Snappa (25.000 IRR) i po raz drugi w tym mieście zetknęliśmy się z ta’arofem, czyli grzecznościową, kurtuazyjną formułą sprowadzającą się do domowy przyjęcia zapłaty za wykonaną pracę. Mimo że przed przyjazdem dokształciłem się w tym względzie i wiedziałem co to ta’arof, zderzenie z taką praktyką było zaskakującym doświadczeniem. Młody kierowca po kilku odmowach ostatecznie przyjął pieniądze, ale był przy tym tak szczerze zakłopotany (przynajmniej tak to wyglądało), że aż szczęśliwy byłem z możliwości zapłacenia.








    Na koniec pojechaliśmy jeszcze na nocne zwiedzanie placu Imama (Snapp 35.000 IRR). Długo tam jednak nie zabawiliśmy. W porównaniu do Qeshmu tutaj wieczorem było wręcz zimno. Krótki rzut okiem na oświetlone budynki i szybkim krokiem powrót do hotelu.










    Następny dzień przypadał na piątek, dzień świąteczny. Bazar zamknięty, główny plac miał być oblegany przez wypoczywających mieszkańców Isfahanu. Późnym popołudniem czekał nas wyjazd do Yazd, więc dzień wcześniej zamówiłem przez recepcję hotelową bilety autobusowe na godz. 17 (klasa VIP 520.000 IRR za 2 os.). Wymeldowaliśmy się z hotelu, zostawiając bagaż, i ruszyliśmy na wspomniany plac.
















    Niestety trafiliśmy na okienko zamkniętych meczetów (przerwa na modlitwę), nie było sensu czekać 1.5 godziny, więc wsiedliśmy w Snappa (40.000 IRR) i pojechaliśmy do Nowej Dżulfy, dzielnicy ormiańskiej. Znajduje się tu Katedra Świętego Zbawiciela (wstęp 200.000 IRR za os.). Kościół z zewnątrz przypomina trochę meczet (kopuła), w środku niezwykle ciekawa jest ściana z freskami przedstawiająca makabryczne sceny z dnia sądu ostatecznego. Dla Irańczyków kościół katolicki w swoim kraju musi być atrakcją, dla nas ciekawostką.












    W Isfahanie jest też cmentarz ormiański, gdzie znajduje się 18 polskich grobów. Niestety zabrakło nam czasu, aby tam dotrzeć. Zamiast tego udaliśmy się do pobliskiej, polecanej przez Lonely Planet knajpy Romanos, gdzie zjedliśmy pyszne kofty tabrizi (przykład knajpy, gdzie ceny w karcie podane są bez podatków – rachunek nagle urósł o 1/3).
    Wracamy na Plac Imama (35.000 IRR) i tym razem nie ma przeszkód, by zwiedzić Naghsh-e Jahan (meczet Królewski, wstęp 200.000 IRR). Tak jak wcześniej wspomniałem, po wejściu na plac ukazuje się od strony południowej przekrzywiony w prawo meczet, gdyż wskazuje kierunek ku Mekce.






















    Niestety trafiliśmy na remont i w centralnej części królowały głównie rusztowania. Ale i tak warto odwiedzić to niezbyt duże miejsce, chociaż jak miałbym wskazać tylko jeden meczet w Isfahanie (i nawet Iranie – z tego co zobaczyliśmy), to wybrałbym Atiq Jameh (Meczet Piątkowy, oglądaliśmy dzień wcześniej). Jest po prostu największy i przez to najokazalszy.
    Pozostał nam ostatni punkt programu w Isfahanie, meczet Sheikh Lotfollah. Byliśmy już przed wejściem, ale po krótkiej naradzie (i sprawdzeniu grafik na google) stwierdziliśmy, że meczetów mamy już dość. Wyglądają bliźniaczo.



    Zamiast tego poszliśmy na herbatkę. O sishy nie mogło być mowy, bo podobno w mieście tym nie jest ona serwowana turystom (tak powiedział nam miejscowy). I faktycznie, nigdzie nie widzieliśmy, by była palona, przynajmniej w reprezentacyjnym centrum.








    Z hotelu udaliśmy się (50.000 IRR) na dworzec autobusowy północny, skąd o godzinie 17 startował VIP bus do Yazd. Na wejściu dostaliśmy wałówkę (soczek, ciasteczka) i w konfiguracji 2+1 rozkładanych foteli ruszyliśmy w 4.5h godzinną podróż. W busach toalety są, ale zamknięte. Był jeden 15-minutowy postój na stacji benzynowej.









    Yazd

    Na miejsce dojechaliśmy ok. 21.20. Dworzec autobusowy znajduje się niedaleko lotniska, na obrzeżach miasta. Snapp w Yazd niestety nie funkcjonuje. Co więcej – nie zauważyłem też żadnych taksówek w okolicy dworca. Mimo to kręcił się jakiś pan, który oferował transport (150.000 IRR).
    W Yazd najbardziej dwa znane hotele znajdują się w ścisłym centrum. Są to Silk Road oraz Orient (zwany też Shargh). Tyle, że na dwa miesiące przed wyjazdem dwójki z łazienkami były już porezerwowane (również w innych hotelach w centrum; powodem są zorganizowane wycieczki emerytów, których w Yazd sporo), więc trafiliśmy do znajdującego się 10 min od centrum Seven Eleven (30usd za noc dwójka z łazienką + śniadanie) prowadzonego przez małżeństwo mieszane: ona Chinka, on Irańczyk. I był to dobry wybór. Hotel jest nowy i czysty. To, że rządzi tam Chinka ma też swoje konsekwencje: podejście do klienta nie jest już takie „irańskie” (późny checkout? Ok, ale płatne. Chcesz wymienić kasę? Ok, szukaj exchange point – za to akurat dziękuję, najlepszy kurs w Iranie), no i goście – w 100% skośnoocy. Już napisy w budynku po chińsku wskazują na jakiego klienta nastawiony jest ten obiekt. Czy ja mam coś do skośnookich? Nie mam. Poza tym, że są upierdliwi, infantylni, zachowują się dziwnie, bez poszanowania miejscowej kultury, a jak cała grupa wpadła o 6 rano do hotelu to koniec spania. Ale hotel jest jak najbardziej ok. No i miał sishę (50.000 IRR, herbata do tego gratis), której w tych lepszych hotelach nie uświadczy się.
    Przyjechaliśmy wieczorem, ale na następny dzień (sobota) musieliśmy zaklepać wycieczkę po okolicach, gdyż w niedzielę wieczorem wypadał lot powrotny do Teheranu i dzień ten wypadało spędzić już na miejscu, w Yazd.




    Dogadaliśmy się, że za 40 usd zostaniemy zawiezieni do Kharanaq, Chak Chak i Meybod. Ostatecznie cena wyewoluowała do 60 usd, gdyż zażyczyliśmy sobie jeszcze zachód słońca na pustyni.
    O 9 rano wyruszyliśmy z Hassanem. Nasz kierowca władał tylko w swoim ojczystym języku, więc komunikacja początkowo była zerowa. Okolice Yazd są bardzo miłe dla oka – spalona słońcem ziemia, wyrastające góry, pustynia. Wizualnie wygląda to jak coś pomiędzy okolicami Shiraz a wyspą Qeshm.




    Wycieczka do opuszczonego miasteczka Kharanaq jest jedną z głównych atrakcji przy okazji pobytu w Yazd. Miasto ulepione z gliny, błota i siana jest absolutnym must see. I tylko szkoda, że tak krótko tam byliśmy (pewnie z 2 godziny, ale chciałoby się więcej). Początki osadnictwa w tym miejscu liczą nawet 2000 p.n.e., tymczasem około 1000 lat temu wioska została opuszczona. Prawdopodobnie wynikało to z faktu braku dostępności wody. To co się zachowało robi duże wrażenie. Obok jest już nowa wioska, gdzie doprowadzona została kanalizacja, a okoliczne pola są uprawiane. Po starym Kharanaq chodzi się systemem korytarzy wijącymi się pomiędzy domostwami, ale również po dachach. Wiadomo, z góry lepiej widać, zwłaszcza że wioskę otaczają fajne górki. Zastanawiało mnie ile wypadków miało miejsce podczas takiej eksploracji. Dziura goni dziurę, oczami wyobraźni widziałem jak noga mi wpada przez sufit. Oczywiście nikt tego nie pilnuje (i dobrze), ale w perspektywie czasu wzrost turystyki może być bolesny zarówno dla odwiedzających jak i tego miejsca.
















    Zanim ruszyliśmy dalej, Hassan wyjął arbuza, termos z herbatą i słodziki. Od siebie dorzuciłem pistacje. Z tego co czytałem w innych relacjach, takie ucztowanie podczas postojów jest tutaj normą. W każdym razie nie zaskoczyło mnie to.
    Udaliśmy się do Chak Chak, częściowo wracając przebytą już drogą. Wkrótce zbliżyliśmy się do gór, aż wreszcie wjechaliśmy pomiędzy nie, gdzie od parkingu, aż na sam szczyt, trzeba wdrapać się po 250 schodach.










    Chak Chak to najważniejsza na świecie świątynia zoroastriańska. Całkiem ciekawe miejsce, bo wykute w skale (wstęp 50.000 IRR). Zdobycie tej górki – zwłaszcza jeśli jest upał – może być małym wyzwaniem, ale warte jest zachodu chociażby dla pięknego widoku na okolicę. Do świątyni wchodzi się zostawiając obuwie na zewnątrz, a warto nadmienić, że w środku jest raczej zawsze mokro, ponieważ ze skały sączy się „cudowne źródełko” – kap kap, Chak Chak.






    Obowiązkowa przerwa na arbuza, słodką herbatę i jedziemy dalej – do miasta Meybod.
    Tutaj krótki postój na obiad. Nie bardzo wiedziałem co wybrać, więc wziąłem to, co nasz kierowca I była to słuszna koncepcja. Zwykły szaszłyk drobiowy z ryżem i sałatkami okazał się smaczny, zresztą jak wszystko co jadłem w Iranie. Miejsce to zapamiętam również dzięki papużkom falistym, które nieskrępowane latały pod sufitem restauracji.
    Miasto Meybood pochodzi jeszcze z czasów przedislamskich. Jego zabudowę doskonale widać z murów 2000-letniej fortecy Narin Galeh, która jest całkiem dobrze zachowana (wstęp 150.000 IRR). Zbudowana z gliny, błota i słomy, otoczona grubym murem, doskonale komponuje się z innymi starymi budynkami, co widać zwłaszcza stojąc na najwyższym punkcie zamku.










    Dalej oglądamy zabytkowy karawanseraj (przystanek dla karawan) i… tyle. Standardowo w planach jest jeszcze zwiedzanie wieży do pozyskiwania nawozu ptasiego oraz dużej lodówki, gdzie gromadzono lód z pobliskich gór. Tyle że czas nam się kończył, bo w planach był jeszcze zachód słońca na pustyni.






    Popędziliśmy na jakieś odludzie, raptem kilka kilometrów od głównej drogi (sprawdziłem na mapie – było to 50km od Yazd w kierunki północno wschodnim). Marzyły mi się wydmy, złoty piasek, tymczasem dostałem jakieś miejsce pod turystów, gdzie w gotowości czekały quady, wielbłąd i chatka z barem. Owszem, było pusto, innych turystów w tym czasie nie stwierdzono, ale miejsce to nie jest warte dokładania 20usd do podstawowych 40usd za Kharanaq, Chak Chak i Meybod. Niestety pogoda też nie sprzyjała (pochmurne niebo), tak więc wysypu gwiazd nie zobaczyłem, a w konsumowaniu zachodu słońca przeszkadzała mi trakcja elektryczna. Czytałem gdzieś, że drugie miejsce do oglądania zachodu jest 120km za miastem (w kierunku południowo-wschodnim) i podejrzewam, że tam faktycznie warto się udać. Ale nie sposób tego połączyć z całodniowym zwiedzaniem, bo to inny kierunek, inna odległość. Jeśli ktoś planuje tylko oglądanie zachodu, to niech się upewni gdzie jedzie. I czy będzie piasek po horyzont.








    Plusem tego eksperymentu było rozgadanie się na migi naszego kierowcy. Siedząc na tej marnej pustyni przy herbatce porozmawialiśmy sobie. Na tyle, ile potrafiliśmy.
    Wieczorem był jeszcze czas na pierwsze zwiedzenie miasta. Na głównej ulicy znaleźliśmy exchange point, gdzie w zdecydowanie po najlepszym kursie wymieniliśmy dolary, potem udaliśmy się pod centralny meczet w mieście.










    Przy okazji zobaczyłem osławione dwie miejscówki: Silk Hotel oraz po drugiej stronie ulicy Orient Hotel (Shargh). Już wiem czemu w obydwu nie było miejsc na długo przed naszym przyjazdem. To są hotele, gdzie przebywają zorganizowane geriatryczne wycieczki! Powiem szczerze, że nawet nie wchodziłem do środka (taras na dachu). Jak tylko usłyszałem, że shishy tu nie ma, poszedłem szukać szczęścia gdzie indziej. Trochę pobłądziliśmy ciemnymi krętymi alejkami starego miasta Yazd, aż trafiliśmy do hostelu Kalout. Tu standard był na tyle niższy, że nie było problemu z zamówieniem fajki wodnej. A sam hostel jest sympatyczny: ma bardzo ładny, porośnięty drzewkami dziedziniec i niezwykle uprzejmego właściciela (menagera?), który uciął z nami pogawędkę.










    Pochodziliśmy jeszcze trochę labiryntem ulic i udaliśmy się na noc do nie mniej sympatycznego, naszego chińskiego hotelu. Poranna grupa siedziała na walizkach – czekali na nocny autobus. Właściciele chyba mieli dość ich głośnej obecności, gdyż jak tylko goście odjechali, szefostwo padło ze zmęczenia. Na dywanach.
    Niedziela 9 października była naszym ostatnim dniem w Iranie. Wycieczkę poza miasto mieliśmy już za sobą, dlatego w planach było tylko zwiedzanie Yazd, ostatnie zakupy, ostatnia shisha. Wieczorem czekał nas przelot do stolicy, a dalej już do domu.
    Tym razem poranek był niczym niezakłócony, obyło się bez skośnookiego najazdu. Po śniadaniu udaliśmy się spacerem pod Amir Chakhmaq. W skrócie jest to pięknie zdobiona fasada-ściana, przypominająca te w meczetach. Dużo naw, wzorów, dwa minarety. Dzień wcześniej widzieliśmy ten obiekt nocą z okien taksówki i przyznam, że wersja podświetlona bardziej przypadła mi do gustu. Siedząc na murku i przyglądając się charakterystycznej islamskiej architekturze staliśmy się, ku naszemu zadowoleniu, ofiarą dziecięcej ciekawości i przebiegłości. Otóż z partyzanta, niby że przypadkiem, zostaliśmy obfotografowani przez dwójkę rodzeństwa, która w sumie miała może z 12 lat. Prowodyrem był chłopczyk – starszy, z telefonem w ręku. Patrzył w bok, ale zdjęcia robił nam.












    Wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy do Atashkadeh, czyli jednego z najważniejszych miejsc dla wyznawców zoroastrianizmu. Jest to świątynia skrywająca ogień, który podobno nieprzerwanie płonie od 470 r. n.e. (wstęp 80.000 IRR).






    Miejsce to można śmiało odpuścić. Wygląda jak mały, zadbany ogródek z basenem. Pośrodku świątynia, wyglądająca wewnątrz jak sala muzealna oraz najważniejszy element - ogień… „w kominku”. Nie polecam, czas ten można lepiej wykorzystać. Wróciliśmy do centrum Yazd. Pan taksówkarz był tak podekscytowany faktem podwózki obcokrajowców, że zadzwonił do swojego wnuka i przekazał mi słuchawkę.
    W centrum Yazd zwiedzanie rozpoczęliśmy od Meczetu Piątkowego (80.000 IRR), który z zewnątrz wyróżnia się dwoma potężnymi minaretami. Nie wygląda na zbyt duży i faktycznie, w porównaniu do poprzednio przez nas odwiedzonych ten jest mały, jednonawowy, skrywa wewnętrzny dziedziniec. I chyba przez tę kompaktowość całkiem przyjemny w odbiorze. Prawdziwym hitem byłoby zejście do podziemnej rzeki, która przebiega pod placem. Niestety, atrakcja ta nie jest już dostępna dla turystów, ale uczynny Irańczyk, gdy tylko zobaczył moje zainteresowanie zamkniętą bramą, pokazał mi zdjęcia na swoim telefonie, jak to wygląda pod ziemią.
















    Potem przyszedł czas na łażenie wąskimi, często opuszczonymi uliczkami Yazdu. Bez problemu w jeden dzień można zobaczyć tu wszystko, co jest do zaliczenia. Placyki, liczne i klimatyczne badgiry (ochładzające wiatrołapy, czyli pionowe kominy tak skonstruowane, żeby wyłapywać najmniejsze podmuchy wiatru i wpompowywać je w mury miejskie). Tu nie ma żadnej filozofii zwiedzania, po prostu trzeba pochodzić, pooglądać mury, drzwi z kołatkami. Są tu jakieś muzea, podobno ciekawe muzeum wody, ale my w planie mieliśmy ostatnie dobre jedzenie i pożegnalną shishę.




















    Na obiad poszliśmy do Silk Road hotelu zweryfikować zachwyty nad tym miejscem. Powiem szczerze, że obiekt był zupełnie normalny, nie odbiegał od tego, co do tej pory widziałem. Sporo ludzi w środku, widać że inni turyści tak jak my celowo tu przychodzą na obiad. Reklama Lonely Planet działa. Ja zjadłem gulasz z wielbłąda (bardzo przypominał wołowinę, tyle że trochę tłustszy), a moja żona indyjskie curry pomidorowe, które było po prostu świetne. Aromatyczne i delikatne, niezbyt ostre!






    Wróciliśmy do naszego hotelu. Właścicielka-Chinka za późny check out o 17 policzyła sobie jak za pół doby (dla porównania na Qeshm Ali – Irańczyk nie chciał nic). To był czas na pożegnalną shishę, spakowanie się, prysznic. Transport załatwiony przez hotel (120.000 IRR) odwiózł nas na lotnisko, gdzie już w progu przywitał nas bardzo uprzejmy chłopak z pytaniem „do Techeranu? Godzina spóźnienia”. Ale był wręcz nienaturalnie uprzejmy. Od razu posadził nas i zaproponował kawę, wręczył wodę. A gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, co najmniej trzykrotnie podchodził do mnie i opowiadał, jak to bardzo lubią nas i Szwedów. Najlepsi ludzie. Najbardziej przyjaźni. NajPolacy.






    No i przyszedł moment, na który - nie ukrywam - czekałem. Wcześniej zrobiłem podgląd samolotów, jakie latają na tej trasie. Moje oczekiwania zostały spełnione. Mieliśmy lecieć Boeingiem 727-200 (linie Aseman Airlines). Miał tyle lat co ja, 38. Ostatni raz widziałem B727 jakoś na początku lat 90 na Okęciu, jeszcze w barwach Pan Am. W środku fotele w ustawieniu 3+3, o żadnych ledach nie ma mowy – wszystko oświetlone żaróweczkami schowanymi za pożółkłym, kremowym plastikiem.








    Znowu posadzili nas przy wyjściu awaryjnym, na skrzydle. Trochę głośno było w środku, widać że technologicznie to już nie ta epoka co teraz. No ale byłem J. Do pełni szczęścia zabrakło mi w Iranie przelotu starym Airbusem 300 lub 310. Jak ktoś chce mieć szansę nimi lecieć, niech wybiera linie Mahan Air.










    Tak jak wspomniałem, mieliśmy godzinę obsuwy. Zamiast 19.15 wystartowaliśmy po 20, a lot trwał 1.15h. Niestety, tym razem nie mogę napisać, że podano pyszny obiad, gdyż dostaliśmy tylko po bułce z tuńczykiem, tyle że farsz był tak zmrożony, że zawierał grudki lodu. Z Teheranie lot powrotny do Baku był dopiero o 1.35, z tym że musieliśmy zmienić lotniska. Z krajowego Mehrabad na międzynarodowe Imama Chomeiniego (odległość 50km). Tak więc mieliśmy 4 godziny. Na tyle dużo, by coś jeszcze zobaczyć, ale na tyle mało, by zbytnio się nie oddalić.
    Obok lotniska znajduje się Plac Wolności z Azadi Tower. To symboliczne dla mieszkańców Teheranu miejsce, które często pojawia się na zdjęciach, widokówkach (drugim symbolicznym budynkiem jest wieża telewizyjna Milad, szósta najwyższa na świecie). Na Plac Wolności można w zasadzie dojść piechotą z lotniska, bo to tylko 1.5km. Ale jest wahadłowe metro doprowadzone od najbliższej, żółtej linii metra, więc skorzystaliśmy. Tym bardziej, że byliśmy objuczeni tobołami powrotnymi.




    Z perspektywy mapy po wyjściu ze stacji metra Azadi jest się już na miejscu, a plac jest przed nosem. No ale tak prosto to nie wygląda. Było już ciemno, a oczom naszym ukazał się widok znany raczej z dalekiej Azji. Dużo ludzi, śmieci, handel, korki. Okazało się, że jesteśmy w sąsiedztwie dworca autobusowego. A wieżę - owszem - widać, ale była szczelnie strzeżona przez przejeżdżające potężnym rondem auta. Do tego stało tu trochę osób w oczekiwaniu na zatrzymujące się busy. Rozgardiasz.




    Jakiś jak zwykle uprzejmy Irańczyk postanowił przeprowadzić nas na drugą stronę. Tu wcale nie było łatwiej, bo Plac Wolności mieliśmy przed sobą, ale na 1.5 metrowym podwyższeniu. Trafiliśmy na okalający mur na bazie ronda. Zaczęliśmy to obchodzić, szukając jakiegoś przejścia. Trochę to trwało, aż wreszcie zrobiło się płasko, nawet przejście dla pieszych było. Ale co z tego, w Iranie przejście dla pieszych nic nie znaczy. Trąbią na przechodniów, nawet jeśli jest zielone. Ostatecznie cali i zdrowi dotarliśmy pod ładnie oświetloną wieżę, bo i głupio by było stracić zdrowie ostatniego dnia pobytu w Iranie.








    Azadi Tower jest duża. Można wjechać windą na górę, na taras widokowy. Ale gdyby ktoś faktycznie chciał takiej atrakcji w Teheranie, lepszym wyborem będzie wieża telewizyjna Milad (45m vs taras widokowy na 315m, z czego cały Milad ma 435m). Plac Wolności jest miejscem symbolicznym dla Iranu. Cały rok 1978 był niespokojny, obfitował w liczne protesty i zgromadzenia, ale można powiedzieć, że to właśnie tutaj dokonała się Rewolucja Islamska, a Szach zmuszony był uciekać z Iranu.
    Była już godz. 23, mieliśmy 2.5h do odlotu. Snapp podpowiadał, że przejazd na lotnisko Imama Chomeiniego będzie kosztował 290.000 - 300.000 IRR. Pewnym utrudnieniem było opuszczenie tego ogromnego placu ulokowanego na rondzie. Od strony południowej były jakieś pasy dla pieszych i stała taksówka. Wiedziałem, że nie ma sensu pytać o cenę, bo będzie o wiele drożej. Nastawiłem się na Snappa. Ale z ciekawości zapytałem o Imam Chomeini Airport. Zobaczyłem 3 palce. 300 tys., na pewno? Kierowca po angielsku nie mówił, ale na wyświetlaczu telefonu potwierdziliśmy sobie, że chodzi o 300. Pyta o terminal. Szukam na rezerwacji, nie ma nic. No niby jest obok Terminal 1, ale to już w Baku. Ogląda tę kartkę, kiwa głową. No to jedziemy. Widzę, że kierujemy się w stronę centrum. Zdziwiło mnie to, bo google maps pokazywało odbicie na południe zaraz za lotniskiem krajowym. No ale co ja tam wiem. Pewnie zna szybszą trasę, może chce jakieś korki ominąć? Na kolejnym możliwym odbiciu na południe trochę zaniepokoiłem się, bo dalej jechaliśmy w stronę wschodnią, do centrum. Za jakiś czas odbiliśmy jednak w dół. No dobra, dziwnie jedzie, ale pewnie wie co robi. Po chwili jednak znowu odbicie i widzę już na mapie, że ewidentnie oddalamy się. Gdy zobaczyłem znak ze skrętem w lewo w zrozumiałym dla mnie napisem Imam Chomeini Square wiedziałem już, ze doszło do nieporozumienia. Pokazuję mu telefon z mapą i miejscem docelowym, ten mruży oczy, bo napis w farsi na google maps jest w jakiejś mikro czcionce. Powiększanie nic nie daje. Ale odczytał. I złapał się za głowę. Dla niego Terminal to dworzec autobusowy. I faktycznie jest w Teheranie dworzec autobusowy im. Imama Chomeiniego. Mamy problem. Kupę czasu straciliśmy. Do lotniska mamy teraz nawet dalej niż początkowo, do tego jesteśmy w centrum miasta. I kierowca nie mówi nic po angielsku. Podjechał na stację benzynową. Skoro tankuje, tzn. że chyba chce nas zawieźć. Znalazł kogoś, kto robił za tłumacza. Dowiadujemy się, że kierowca chce 1 milion za transport. Oczywiście nie godzimy się, ale i nie wysiadamy. Cały czas jako opcję rezerwową mam w głowie wysiadkę i łapanie na szybko Snappa. Tylko że boję się o czas. Panowie Irańczycy dyskutują, ostatecznie tłumacz mówi, że pojedziemy. Pytam jeszcze kierowcę czy ok? Ok. No to jedziemy. Tym razem dobrze – na lotnisko. Nerwowo zerkałem na zegarek, ale w połowie drogi wiedziałem już, że będzie ok, nawet nie na styk. Jeszcze przy wysiadce nasz kierowca nie chciał kasy przyjąć, ale nie dlatego że taki uprzejmy, ale za mało wręczałem. Pokazałem mu, że 300 to wszystko co mam, dodałem jeszcze 50 i pożegnałem się nie przedłużając tej sytuacji. Sorry, ale wypadałoby wiedzieć co to znaczy Imam Chomeini Airport, zwłaszcza jeśli klient jest z walizkami i pokazuje wydruk biletów lotniczych.




    Do odlotu mieliśmy 1.20h, tak więc spokojnie odprawiliśmy się i odlecieliśmy do Baku. A tam… Bezcłówka, ale taka jakby mentalnie sowiecka. Woda 3 EUR, wino 2 EUR, wódka 1 EUR. Pić się chciało, dosłownie i w przenośni, więc poszła opcja wyważona, ta środkowa. Zwłaszcza że środek nocy, a do następnego lotu mieliśmy ponad 4 godziny.













    Dalej Kijów, kolejne oczekiwanie i powrót LOTem do Warszawy. Męczący, ponad 20h maraton. 4 loty, trzy długie przesiadki. Ale pomyśleć, że gdyby harmonogram był bardziej napięty, na wylot z Teheranu moglibyśmy nie zdążyć…
    czopan, STYRO, frik and 11 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  5. #25

    Dołączył
    Apr 2010

    Domyślnie

    W Isfahanie ta ormiańska dzielnica jest fajna w "weekendowe" wieczory, bo tam jest centrum "nocnego życia". Znaleźlismy też miejsce gdzie można zapalić sziszę, w okolicy bazaru w podejrzanej piwnicy i muszę przyznać że to jedyne miejsce w którym poczułem się w Iranie niepewnie.
    Irańską super atrakcją dostępną w praktycznie każdym mieście jest moim zdaniem zoorkhane. To swoiste i tradycyjne połączenie sportu z modlitwą. Warto zobaczyć na własne oczy, polecam zwłaszcza lokalne, nie turystyczne areny. Trzeba się tylko dowiedzieć o której jest trening i na miejscu zachowywać się z szacunkiem. Chętnie przyjmują i niesamowicie goszczą turystów.

    Przepraszam za te wszystkie wtrącenia, ale może się przydadzą komuś kto będzie czytał Twoją relację przed wyjazdem.

  6. #26
    Awatar Wamo

    Dołączył
    Nov 2011

    Domyślnie

    Twój opis jest genialny! Trochę mi przypomina niedawno oglądany film co nie zmienia faktu, że relacja NIEZIEMSKA!
    b79, STYRO and Witold212 like this.

  7. #27
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez STYRO Zobacz posta
    Z Iranu bardzo mile wspominam też te ich soki, nie pamietam jakiej marki, ale puszka z kawałkami owoców w środku - rewelacja.
    Wąskie puszki, wiem o czym piszesz. Też mi podpasowało.

    Cytat Zamieszczone przez QbaqBA Zobacz posta
    Przepraszam za te wszystkie wtrącenia, ale może się przydadzą komuś kto będzie czytał Twoją relację przed wyjazdem.
    Nie ma problemu. Jakby były jakieś błędy merytoryczne (bo czasami miałem sprzeczne dane z różnych źródeł - np. czas palenia się ognia w świątyni zoroastriańskiej) to śmiało proszę prostować.
    STYRO and frik like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  8. #28

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Świetna relacja, zresztą tak jak i poprzednie Twoje relacje. Pozdrowienia dla dzielnej żony, że się dała zapakować w nakrycie głowy na 9 dni.

  9. #29
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez shiver Zobacz posta
    Pozdrowienia dla dzielnej żony, że się dała zapakować w nakrycie głowy na 9 dni.
    Właśnie jak jest z tym, wymóg oficjalny i egzekwowany dla absolutnie wszystkich kobiet i wszędzie?
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  10. #30
    Awatar petr151

    Dołączył
    Jul 2009
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Robiłeś również dużo zdjęć tamtejszym kobietom, nie było z tym żadnego problemu ? , nie protestowały one ani faceci ?
    travellersmc likes this.
    Nikon D7100 + Sigma 17-70mm + Tamron 70-300mm, lornetka 15x50

  11. #31
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez shiver Zobacz posta
    Pozdrowienia dla dzielnej żony, że się dała zapakować w nakrycie głowy na 9 dni.
    Żona na koniec stwierdziła, że niegłupie to nakrycie. Babskie sprawy - mniej roboty przy włosach, bo schowane. No i ochrona przed słońcem.

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Właśnie jak jest z tym, wymóg oficjalny i egzekwowany dla absolutnie wszystkich kobiet i wszędzie?
    Tak, wymóg oficjalny. Nie wiem jakby wyglądała próba opuszczenia lotniska bez nakrycia. Żadnych kramów nie widziałem.
    Miejscowe dziewczyny, zwłaszcza młode, lubią bardzo symbolicznie zakładać chustę - zaczepiają za kok, ta że raptem tylnia część głowy zasłonięta. No ale chusta jest.
    Skośnookie turystki mają luźne podejście. W hotelu potrafią nie zakładać, a w miejscach publicznych powoli zakładać dopiero po wyjściu z pomieszczenia/busa.

    Jest jeszcze taka zasada, że gospodarz komunikuje, że hijab nie jest konieczny, można zdjąć. Tak bywa np. w hotelach (ale nie tych topowych). Przykładowo dostawaliśmy shishę i z uśmiechem na ustach: "feel free, take off your hijab".

    Cytat Zamieszczone przez petr151 Zobacz posta
    Robiłeś również dużo zdjęć tamtejszym kobietom, nie było z tym żadnego problemu ? , nie protestowały one ani faceci ?
    Mimo wszystko starałem się takich nie robić, jeśli już to tak, żeby nikt nie zauważył. Ale raczej nie ma problemu - one są bardzo otwarte, wręcz europejskie. Króluje uśmiech na ustach. Ci ludzie chętnie rozmawiają z obcokrajowcem, są ciekawi jak nam się podoba, jak żyjemy w Polsce.
    frik, shiver, STYRO and 2 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  12. #32
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez petr151 Zobacz posta
    Robiłeś również dużo zdjęć tamtejszym kobietom, nie było z tym żadnego problemu ? , nie protestowały one ani faceci ?
    b79 znowu Ci sie "wtrynię" w relację

    One są świetne, naprawdę, czasem nieśmiałe, ale na pewno ciekawe (zreszta jak wiekszość Irańczyków) zagranicy. Czasem tylko jak na ulicy zdjęcia robiłem i szła para, to facet robił nieciekawe miny, jakby nie podobało mu się to, że focę jego kobietę. Mnie młody recepcjonista, student wypytywał długo jak jest w Europie, czy to prawda, że można wyjść na dyskotekę i przytargać do łóżka kobietę i czy naprawdę młodzi mogą przed ślubem zamieszkać i kochać się ze sobą. Dla nich to jest coś surrealistycznego. Pytam się jak sobie radzą jak chcą poderwać kobietę, odpowiedział " ufff..... internet, tylko internet" każdy z nich ma VPN, bo tam sie prawie nic nie otwiera ani gazeta.pl ani nasze forum, onet czy inne normalne niby strony. Dodał, że nie jest źle, że 20-30 lat temu było gorzej bo Internetu nie było...


    b79, super relacja, obudziłeś we mnie mnóstwo wspomnień, chciaż mineły już prawie 4 lata, to czuję się jak bym wczoraj spacerował tamtymi uliczkami.

    Dla wszystkich, którzy chcieliby a boja się: Iran jest super, jest tanio, jest bezpiecznie, ludzie są niesamowici i naprawdę warto pojechać. Jedyny minus to jedzenie. Aaa i weźcie tabletki na sraczkę Ja "zachorowałem" na Iran po pierwszej chyba relacji z tego kraju na forum, potem był Gabec i jego relacja i wtedy już wiedziałem, że muszę tam być. I jak do tej pory była to podróż życia. Polecam!
    travellersmc, shiver and Witold212 like this.
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  13. #33
    Awatar Wamo

    Dołączył
    Nov 2011

    Domyślnie

    Sorry b79 że ja też się wtrynię ale STYRO - gdzie Twoja relacja?

  14. #34
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Wamo Zobacz posta
    STYRO - gdzie Twoja relacja?
    Do windy wchodzę, coś przerywa
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  15. #35
    Awatar travellersmc

    Dołączył
    Apr 2010
    Mieszka w
    Fiddler's Green

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez STYRO Zobacz posta
    Do windy wchodzę, coś przerywa
    Znaczy .....POLA nie ma ;-)
    Jakoś to podskórnie rozumiem ;-)
    STYRO likes this.


    long long time ago TU134A, IL62M ................. but today A319, A320, A321, A33X, A34X, A380, B73X, B74X, B757, B767, B77X, B78X, E145, E170, E175, E190, E195, ATR42, ATR72, Q400, F70, F100, MD82, CRJ9 ;-)

  16. #36
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez STYRO Zobacz posta
    b79 znowu Ci sie "wtrynię" w relację
    Oj śmiało wtryniaj - najgorsze to martwa relacja.

    Jeszcze od siebie dodam, że gdy już miałem bilety do Iranu, stresu nie odczuwałem, ale martwiła mnie kwestia noclegów i transportu. Bo wiedziałem że tym razem nie będzie booking.com ani zakupu biletów online. Początkowo myślałem, że tylko crouchsurfing wchodzi w grę (za stary już na to jestem, i za wygodny). Ale okazuje się, że ich hotele mają swoje strony - można wszystko porezerwować, a jak nawet nie ma miejsca to chcą pomóc. Z załatwieniem transportu z poziomu Polski trochę trudniej, ale wszystko da się zrobić. A jeśli chodzi o bezpieczeństwo to od początku nie miałem najmniejszych obaw, żeby łazić po zmroku. Nie ma z tym żadnego problemu, jest bezpiecznie, swobodnie i naturalnie. A byłem w kilku dziwnych miejscach na świecie i wierzcie mi, wyczuwam nastroje i nastawienie miejscowych.
    STYRO and Machoni like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  17. #37

    Dołączył
    Apr 2010

    Domyślnie

    Na Fb jest grupa „See you in Iran”, można tam pisac ze szuka się noclegu w danym mieście w danych dniach i zazwyczaj ktoś wyjdzie z propozycja (choć to częściej oferty przenocowania u kogoś w domu niż hotele etc).
    frik likes this.

  18. #38
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez b79 Zobacz posta
    Jeszcze od siebie dodam, że gdy już miałem bilety do Iranu, stresu nie odczuwałem, ale martwiła mnie kwestia noclegów i transportu.

    U mnie było ciut inaczej. Pewnego popołudnia dzwoni Gabec, który wiedział jak bardzo chcę tam lecieć i mówi: styro są bilety w dobrej cenie, Pegasus ze Lwowa ale masz czas do północy żeby kupić. No to ja panika, google i studiowanie co i jak z wizą. Wyszło na to, że to, że dostane wizę to wcale nie jest takie pewne, ale zaryzykowałem. Paszport w kopertę DPD i do ambasady, wrócił tak samo, już z wizą. Udało się. A niewiele brakowało i bym nie poleciał. Siostra odwiozła mnie na busa do Przemyśla, jadę sobie z moim plecaczkiem i dolarami w kieszeni, w Przeworsku dosiada sie do mnie jakiś Ukrainiec , a ja, jako, że czlowiek z natury otwarty jestem i pogadany zagaduję go bla bla bla i takie tam, a bo jade do LWO na lotnisko, ile to km od Medyki, on mi mówi, że 70, a ja na to, że a to spoko, zdażę. A on mówi: a wiesz, że na Ukrainie jest godzinę do przodu? Mierda, mierda, mierda! Oczywiście, że wiem i wiedziałem, ale wyleciało mi z głowy. Nie ma opcji żebym zdążył marszrutką. Potem była akcja z braniem kierowcy z granicy, po kilkunastu km w starym T4 okazało sie, że nie zdążymy, nerwowe telefony Ukraińca, podmiana na nowego peugeota jego syna, jazda 160km/h na trasie gdzie ograniczenie chyba 70 i finalnie zdążyłem o 120zł lżejszy, ale nieważne pieniądze kiedy urlop wisi na włosku. Obiecuje, że chociaż połowę zdjęć mi wcięło, to na ile możliwe spróbuje napisać relację na ile pamięć pozwoli, bo to co mi się przytrafiało podczas tej podróży to duża część z Was może powiedzieć, że zmyślam albo koloryzuję. Tak jak mówiłem, podróż życia i na ile teraz numer 1 dla mnie w ciągu najbliższych 2-3 lat to podróż Pargwaj/Argentyna/Brazylia, to Iran jest na drugim miejscu i bardzo, bardzo chętnie tam wrócę.
    otul72, frik, Machoni and 2 others like this.
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

Strona 2 z 2 PierwszyPierwszy 1 2

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •