Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 21 do 40 z 51
Like Tree416Likes

Wątek: Tam gdzie pieprz rośnie, czyli zimowa ucieczka do Wietnamu i Tajlandii z QR i VJ

  1. #21

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie


    Polecamy

    Nie mam wyjścia i muszę pochwalić ten telefon za zdjęcia Rewelka!
    Canon and STYRO like this.

  2. #22

    Dołączył
    Nov 2015
    Mieszka w
    RZE

    Domyślnie

    Wielka łapa w górę za to że NIE jeździłeś na słoniu!
    Canon and Witold212 like this.

  3. #23
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Ostatni wolny dzień w Bangkoku spędzamy w Lumpini Park. Oaza spokoju i dom dla kilkudziesięciu waranów. Wypożyczamy rower wodny i uciekamy od hałasu metropolii.
    Na terenie parku można bez problemu spotkać te jedne z najgroźniejszych i największych jaszczurek, które obecnie żyją na świecie. Jednak na te leniwe gady trzeba bardzo uważać, powalają uderzeniem ogona, a potem połykają w całości swoją ofiarę, rozpuszczając ją przy tym enzymami i toksycznymi substancjami z organizmu.



    Wylegują się przy chodnikach, niby nie zwracając uwagi na przechodniów i ludzi, którzy robią im zdjęcia, ale wodzą za nimi cały czas wzrokiem.











    W parku spędzamy około trzech godzin. Później po raz drugi bierzemy autobus, żeby szybciej się przemieścić. Wpadamy w korek i już prędzej byśmy się przeczołgali. Ale chociaż sobie posiedzieliśmy.



    Święta można poczuć również w Tajlandii. W wielu miejscach ubrane są choinki, grają zachodnie kolędy i chodzą Mikołaje.



    Mijamy targ kwiatowy, gdzie tak uznawane i cenione u nas storczyki, tutaj leżą w ilościach hurtowych ścięte na stołach do kupienia za bezcen.



    Można sobie również kupić banany na kiście.



    Leniwie przechadzając się po mieście jeszcze raz wpadamy na Khao San Road, aby coś zjeść i pożegnać się z klimatem Bangkoku.





    5/16

  4. #24
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Ostatni poranek w Bangkoku, rano wstajemy, pakujemy się i kierujemy na lotnisko. Dzisiaj żegnamy się z Bangkokiem i lecimy do Hanoi.
    Najpierw tramwajem wodnym płyniemy do stacji kolejki. Nasze bagaże zyskały nieco na wadze, zapewne po zakupach na bazarze. Moje magnesy na pewno tyle nie ważą...



    Po drodze ignoruję ostrzeżenie „sir, spicy” i biorę najostrzejsze danie mojego życia. Dochodzę do siebie dopiero po mrożonej kawie. Pomijając pikantność było całkiem niezłe.



    Na lotnisko przyjeżdżamy dwie godziny przed odlotem. Na check-inie informacja, żebyśmy byli szybko przy bramce, bo ze względu na niskie obłożenie, możemy wylecieć przed czasem.



    Lubię tą strefę wolnocłową. Gdy przesiadaliśmy się tutaj w locie z Amsterdamu do Taipei w 2016 roku zapamiętaliśmy, że w każdym sklepie można było próbować suszone owoce, różnego rodzaju wafelki i czekoladki. Przed lotem robimy rajd po sklepach, a następnie gonimy do bramki.



    Nasz Boeing 777-300ER już stoi. Będzie to nasz pierwszy lot tym typem.





    Obłożenie na pokładzie jeszcze niższe niż na naszym locie do Bangkoku. Wieziemy przede wszystkim powietrze do Hanoi.







    Zajmujemy miejsca 22 A i B. Obok nas wolne, za nami też i przed nami dla odmiany również. Można się ganiać po samolocie.



    Jeszcze na wznoszeniu zaczyna się serwis. Znowu ten ciastek kebabowy, mało smaczny. Jestem głodny – biorę dwa. Obsługa na locie neutralna. Widać, że ten krótki odcinek traktują bardziej jak przebazowanie niż lot z pasażerami, w tej kwestii mogłoby być lepiej.



    Podczas zniżania na skrzydle tworzy się ciekawa kondensacja.





    W Hanoi lądujemy przed czasem.





    Opuszczamy benka przez rękaw i z duszą na ramieniu biegniemy do kontroli paszportowej.



    Z wizą jest jednak problem. Próba przejścia na głupa robi ze mnie głupa i zostaję cofnięty do okienka, gdzie skład się wnioski wizowe. Jedna zagubiona cyfra w numerze paszportu tworzy prawie poprawny numer, a jak wiadomo prawie to wielka różnica. O dziwo wesoły pan, z milionem gwiazdek na ramionach zabiera mój paszport i mówi, że zaraz sprawdzi co dalej. Przypominam mu się po 10 minutach, po kolejnych 10 i jeszcze 10. W końcu muszę zapłacić 25 dolarów za nową wizę. Ani promesa, ani robione pospiesznie zdjęcia paszportowe w Bangkoku mi się nie przydają. Jedyne co potrzeba to zielone banknoty. Plusem tej sytuacji jest ładna wklejka w paszporcie.

    Odbieramy bagaż, wychodzimy do hali przylotów, kupujemy kartę SIM i dzielnie przedzieramy się przez grono naszych fanów, którzy oferują nam taxi, taxi i jeszcze taxi. Jakoś udaje nam się dotrzeć na przystanek autobusowy, gdzie jeszcze musimy tylko odmówić taxi i vip bus transport premium service. Czekamy 10 minut i jesteśmy w drodze.

    Po godzinie docieramy do hotelu Summer Place. Idziemy coś zjeść, wybór pada na zupę PHO i makaron smażony z owocami morza.



    Potem idziemy rozejrzeć się po okolicy i kończymy dzień. Tutaj Pagoda Ambasadorów. Niestety o tej godzinie już zamknięta.



    Pierwszy poranek w Hanoi to zderzenie z chaosem Wietnamu. Wszędzie klaksony, krzyki, przeciskanie się po chodnikach, po ulicy, odpieranie zawołań sprzedawców. Wyszliśmy z hotelu i poczuliśmy zagubienie wśród pędzących w każdym kierunku skuterów. Gdy ktoś oczekuje, że na chodniku poczuje się bezpiecznie, myśli, że zielone światło dla pieszych służy do zezwolenia na przekroczenie ulicy, a te pasy na jezdni, które u nas oznaczają przejście dla pieszych do tego służą, to grubo się myli. Dwie zasady poruszania się po hanojskiej ulicy to: nie ma zasad, większy i głośniejszy ma pierwszeństwo. Zadziwiająco szybko dostosowujemy się do panujących tu zasad, lecz ulicę nadal przekraczamy z zamkniętymi oczami i czujemy się mimo wszystko lekko zagubieni.
    Nie o komfort tu jednak chodzi, jadąc 9000 km od domu. Szybko uczymy się, jak wtopić się w tłum.





    Stare miasto w Hanoi jest pełne niespodzianek i kontrastów. Niezliczone narożne knajpki z jedzeniem, stragany z owocami, sklepy ze wszystkim co można sobie zapragnąć, tworzą niepowtarzalną atmosferę, a dla nas poczucie, że jesteśmy w miejscu bardzo odległym nie tylko geograficznie, ale i kulturowo. W kątach ukryte są małe świątynie, podwórka i zakamarki, do których warto wejść i odkryć coś nowego. Tutaj pośpiech nie popłaca, warto się zatrzymać i popatrzeć na rzekę ludzi i skuterów, które nas mijają.



    Gdy jesteśmy głodni, stawiamy na sajgonki. Zamawiamy i błyskawicznie wciągamy pyszne smażone kalorie. Ale...



    ... dopiero po chwili zauważamy te pysznie wyglądające, nieznanego pochodzenia kąski. W myślach modlimy się, aby to nie one grały pierwsze skrzypce w przed chwilą zjedzonej przekąsce.



    Nie ma co długo myśleć, lecimy dalej przed siebie. Dzisiaj chcemy przejść się po mieście, bez większego planu. Poczuć ten chaos, a jednocześnie być z boku.


  5. #25
    Awatar Cani

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPOD/EPSY/EPGD

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Canon Zobacz posta
    ... dopiero po chwili zauważamy te pysznie wyglądające, nieznanego pochodzenia kąski. W myślach modlimy się, aby to nie one grały pierwsze skrzypce w przed chwilą zjedzonej przekąsce.

    Mniam, mniam, można by rzec

  6. #26
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Canon to zwykły 8 czy 8 Plus?
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  7. #27
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Canon to zwykły 8 czy 8 Plus?
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  8. #28
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Zwykły 8 bez niczego.

  9. #29
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Pogoda w Hanoi sprzyja spacerom. Temperatura wynosi około 22-25 stopni. Wilgotność pozwala oddychać. Północ kraju przygotowuje się na jesień. Od połowy grudnia nad miastem zalegają chmury z deszczem. My załapaliśmy się na okres przejściowy pomiędzy gorącym latem, a chłodną jesienią.



    Powoli zbliżamy się do Jeziora Hoan Kiem (Jezioro Zwróconego Miecza). Kiedyś w jeziorze żył żółw, który podarował rybakowi miecz z nadzwyczajnymi mocami. Rybak użył go do walki z Chińczykami podczas okupacji. Dzięki temu pokonał dynastię Ming, a Wietnam stał się wolnym krajem. Nad jeziorem przebiega czerwony most, który prowadzi do świątyni.



    Na środku jeziora znajduje się Świątynia Nefrytowej Góry.





    W pobliżu budynek poczty, gdzie można zaopatrzyć się w znaczki. Pocztówki najlepiej kupić w Starym Mieście. Cena nie powinna przekroczyć 5000 VND.



    Nasz spacer wiedzie dalej pod pomnik Ly Thai To - założyciela Hanoi.



    Zaglądamy też do dzielnicy francuskiej. Mijamy budynek opery. Chodniki są tutaj szerokie i wolne od motorów. W końcu można swobodnie spacerować bez ciągłego odwracania głowy i skokom w bok, aby ustąpić przejeżdżającym skuterom.



    Tradycja łączy się z nowoczesnością na każdym rogu nowego Hanoi.



    Powoli zatczamy koło i ukazuje nam się Katedra Świętego Józefa.



    W tym miejscu polujemy też na coś do jedzenia. Na stole ląduje Bun Cha. Pyszny wywar z wołowiną, sajgonki i makaron ryżowy z chilli.



    Szybko zastaje nas wieczór, a to oznacza, że zbliża się godzina naszego spektaklu.





    Postanowiliśmy liznąć nieco dawnej kultury Wietnamu i udać się do teatru lalek na wodzie. Są dwa. My wybieramy ten starszy, który zlokalizowany jest po północnej części jeziora. Bilety kupujemy rano w kasie. Dopiero po wejściu na salę okazuje się, że dostaliśmy miejsca w pierwszym rzędzie.
    Nasz strój mocno odbiega od teatralnego, jednak wtapiamy się w tłum.








    Wszystko trwa 45 minut, kosztuje około 15 zł. Bardzo ciekawe doświadczenie i na pewno warto pójść, gdy mamy wolny czas. Sztuka jest grana kilka razy w ciągu dnia. Przedstawienie opowiada o codziennym życiu wietnamczyków, o legendach. Do tego można posłuchać granej na żywo muzyki i śpiewów. Wszystko w języku wietnamskim, więc jak ktoś nie zna języka to może sobie opowiedzieć własną historię

  10. #30
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 8/16

    Dzisiaj po krótkiej przerwie od postów zabiorę Was w bardzo ładne, ale skażone przez masową turystykę miejsce. Myślę, że te dwa dni można spędzić było ciekawiej i z dala od tłumów, ale nie zawsze wszystko chce się planować samemu.

    Wrogo nastawieni do wszelkich form zwiedzania zorganizowanego, łamiemy się i wykupujemy dwudniową wycieczkę na Ha Long Bay. Wyjeżdżamy wcześnie rano z Hanoi, aby po prawie 4 godzinach dotrzeć do zatoki bogatej w różne formacje skalne. Dużo ludzi, dużo turystów, komercja. Mimo wszystko warto, dla samych widoków.
    Wcześniej nie znalazłem informacji na temat przelotów nad zatoką, co byłoby z pewnością wielką atrakcją dla nas. Na miejscu godzinny lot dla jednej osoby kosztuje 99 dolarów. Za odpowiednio dodatkową opłatą można wsiąść na pokład już na lotnisku HAN. Więcej szczegółów niestety nie znam, ale myślę, że jest to opcja godna uwagi.



    Dojeżdżamy do portu, wchodzimy na statek. Mieści się w nim 17 kabin dwuosobowych. Każda wyposażona jest w balkon, łazienkę i klimatyzację. Czyściutko, pachnąco, aż szkoda, że tylko jedna noc.





    Pogoda nie rozpieszcza, jest zachmurzenie całkowite. Polecano nam zabrać "winter clothes", ale doszliśmy do wniosku, że co dla nich jest winter, dla nas jest OK. I dobrze. Długa bluza dresowa była w sam raz.





    Jak widać - zatoka jest silnie eksploatowana przez różne firmy. Ceny wycieczek kształtują się od 30 dolarów za jeden dzień do 280 za dwa dni. Wszystko zależy od wielkości statku, wyposażenia i jakości jedzenia.









    Podczas rejsu mamy szansę chwilę popływać kajakami. Spokojnie mogłaby to być samodzielna atrakcja na cały dzień.









    Nocą się wypogadza i możemy sobie poleżeć na leżakach, obserwując gwiazdy i popijać piwko.
    Nowy dzień zaczyna się wcześnie rano. O 7 śniadanie i płyniemy do jednej z jaskiń. Pogoda zapowiada się dobrze, pod koniec wycieczki prawie całkowicie się wypogadza.







    Jasknia, którą odwiedzamy jest tworem typowo pod turystów. No trudno. Jednak ładnie podświetlone formacje skalne prezentują się całkiem w porządku.















    W środku spędzamy godzinę. Na powierzchni wita nas piękna pogoda.














    Na koniec jeszcze szybki obiad i z żalem żegnamy się z tym miejscem. Następnym razem będziemy próbowali zorganizować coś na własną rękę i przynajmniej 3 dni popływać w miejscach, gdzie statki wycieczkowe nie zaglądają.



    Wracamy do Hanoi. Jest niedziela wieczór. Miasto imprezuje. Połowa centrum wyłączona z ruchu. Wokół jeziora zbierają się ludzie w grupy, grając w zośkę, ścigając się na deskorolkach, układając wieże z drewnianych klocków. Atmosfera jest niepowtarzalna. Nieznajomi, dzieci z dorosłymi, bawią się, jakby znali się kilka lat.



    Swoją drogą, ktoś wie jak nazywa się ta gra, żeby kupić ją w Polsce? W Wietnami było to Aha Blocks.

    Poniżej Urząd Miasta Hanoi.



    Okazało się, że tego samego dnia w południe otwarto pierwszy McDonald's w Hanoi. Po wyglądzie okolicy skąpanej w konfetti, kwiatach i balonach, sądzę że musiała być niezła impreza.





    Wydarzenie warte odnotowania i spróbowania.




  11. #31

    Dołączył
    Apr 2010

    Domyślnie


  12. #32
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Nie, nie. To na pewno nie Jenga. Tutaj klocki są cieńsze, bardziej płaskie i jest ich wiecej.

  13. #33
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 9/16

    Dzisiejszy dzień będzie bardziej intensywny. Odpoczęliśmy dwa dni na statku, dlatego teraz dużo chodzenia, zwiedzania, a na końcu będziemy uważać, żeby nie przejechał nas pędzący pomiędzy domami pociąg.



    Zwiedzamy, spacerując. Jazdę taksówkami i środkami komunikacji publicznej ograniczamy do minimum. Dlatego też pieszo pokonujemy 3 km zanim dotrzemy do pagody Tran Quoc.



    A gdy już do niej wchodzimy, okazuje się, że jest czynna jeszcze przez pół godziny.



    Najstarsza pagoda w Hanoi, położona na Jeziorze Ho Tai.











    Lecimy dalej. Po drodze mijamy ruchome stragany z kwiatami.





    Zaglądamy też do Świątyni Niebieskiego Strażnika, która znajduje się na naszej trasie do mauzoleum Ho Chi Minha.





    Po drodze o mało nie wpadamy pod koła... no właśnie. Pogrzebu?





    Chwilę później docieramy do pałacu prezydenckiego.



    I w końcu pod miejsce bardzo ważne dla wielu Wietnamczyków. Niestety mauzoleum jest zamknięte, a sam Ho Chi Minh w sanatorium w Moskwie, gdzie jego zwłoki są konserwowane, aby niedługo ponownie można je było pokazać obywatelom.





    Teren dookoła jest ogromny i wyłączony z ruchu.



    Szybko się zmywamy i odwiedzamy kolejny punkt - One Pillar Pagoda. Podobno jest to miejsce, gdzie pary które długo starają się o dziecko mogą przyjść i poprosić o upragnione potomstwo. My jesteśmy tutaj w celu jedynie turystycznym



    Nasza droga powrotna w okolice starówki prowadzi obok ambasady RP. Łatwo ją zlokalizować, bo na ogrodzeniu wisi wiele zdjęć popularnych miejsc z naszego kraju.



    Z dzisiejszej perspektywy, ta tablica się trochę przeterminowała.







    W końcu docieramy do Świątyni Literatury. Kompleks z 1050 roku służył kiedyś do kształcenia urzędników państwowych. My przychodzimy tutaj w czasie świętowania zdanych egzaminów. Dookoła świątynię otacza zielony ogród.













    Z wielkim żalem opuszczamy mury świątyni i idziemy na ulicę, gdzie każdego dnia przejeżdżają pociągi do dworca kolejowego w Hanoi.





    Niestety tego dnia pociąg przejeżdża już po zachodzie słońca, dlatego wrócimy tutaj później.



    Trafiamy na ulicę, która specjalizuje się w sprzedaży ozdób świątecznych. Cała świeci lampkami choinkowymi i brzmi zachodnimi kolędami.









    Nie dopuszczamy głodu i po zapachu wchodzimy do małego, rodzinnego baru.





    Za chwilę wracamy na tory, aby zobaczyć przejazd pociągu. Atrakcja nie jest tak popularna jak tajski Maeklong, jednak znaleźli się chętni do prowadzenia kawiarni na środku drogi.





    Już z daleka słychać jak nadjeżdża. Ani trochę nie zwalnia, używając sygnału dźwiękowego z taką samą częstotliwością jak kierowcy skuterów.



    Dużo większy, dużo cięższy i wiele głośniejszy niż na bazarze w Tajlandii. Z tym już nie ma żartów. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo pociąg jedzie z prędkością około 50 km/h i nie zamierza zwalniać.
    Wracając do hotelu zaglądamy do marketu, gdzie kolekcjonerzy puszek i butelek Coca Coli byliby zadowoleni i mieliby w czym wybierać.




  14. #34
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 10/18

    Ostatni dzień w Hanoi to czas na zrobienie zakupów. Później nie będzie już okazji do spotkania równie niskich cen, dlatego kręcimy się jeszcze po starej części miasta.





    Polecany przez obsługę z hotelu bazar Cho Dong Xuan to ogromna hala targowa nastawiona na sprzedaż bardziej hurtową niż detaliczną. Ceny można zbić nawet o 70%, ale naszym zdaniem były one i tak wyższe niż na mieście. Trudno tu jednak robić zakupy. Jest bardzo ciasno, duszno, dlatego szybko uciekamy.



    Okazuje się, że bardziej skorzy do negocjacji są sprzedawcy w mieście. Jest tam również większy wybór pamiątek i można uzyskać korzystniejsze ceny.







    Kupujemy ostatnie wypełniacze i zwiększacze wagi naszego bagażu i idziemy się przejść, korzystając z ładnej pogody, która pierwszy raz od tygodnia zawitała nad Hanoi.







    Jeszcze tylko budynek poczty i wracamy do hotelu po bagaże.



    Z Hanoi wyjeżdżamy późnym wieczorem w stronę lotniska. Meldujemy się w hotelu, aby kolejnego dnia z samego rana polecieć na Phu Quoc.

  15. #35
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 11/16

    Budzik dzwoni o 4:30. Wkładamy zapałki w oczy i ruszamy na lotnisko. Transfer z hotelu miał czekać o 5:00, ale nie możemy nikogo znaleźć. W końcu zauważamy, że ktoś śpi w lobby przed telewizorem. To nasz kierowca. Widać, że ta pobudka nie była mu na rękę. Jedziemy w stronę terminala krajowego. Mijamy go... i jedziemy dalej. Chyba jeszcze kierowca nie wyszedł z objęć Morfeusza. Po chwili dojeżdżamy, żegnamy się i idziemy szukać odprawy VietJetAir.

    Mój ulubiony moment w każdej relacji, czyli wątek lotniczy Dzisiaj lecimy z Hanoi na wietnamską wyspę Phu Quoc. Podobno rajska, nietknięta ludzką ręką, dziewicza kraina. To się okaże...



    Terminal krajowy nowoczesny i zadbany, kilka sklepów z europejskimi cenami nie zachęca do zakupów.





    Lotnisko powoli budzi się do życia. My również.









    Trochę się obawiamy, że lot może być opóźniony, bo niestety VJ znany jest z wielogodzinnych opóźnień i braku podstawowej opieki nad pasażerem w sytuacjach nieregularnych. Jednak nas nic niemiłego nie spotkyka i na pokład wsiadamy na czas.
    Nasz lot jest obsługiwany przez A321, dziewięciotysięcznego wyprodukowanego Airbusa.



    Jedyne czym się wyróżnia na tle pozostałych to malowanie. W środku jest dokładnie taki sam, bez złotych paneli nad głowami i bez kryształowych żyrandoli. Zajmujemy miejsca w 30 rzędzie. Krótkie kołowanie i jesteśmy na pasie.



    Po starcie zaczyna się serwis. Przy rezerwacji biletu można było zakupić ciepłą porcję i wodę za 2 USD. Tak też zrobiliśmy i podczas serwisu wygłodniali czekaliśmy na jedzenie. W międzyczasie przejrzeliśmy menu.





    Wybór jest imponujący, no ale naszej paszy nie ma. Upominamy się u załogi. Twierdzą, że nic na ten temat im nie wiadomo, ale za kilka minut dostajemy małe kaserolki z makaronem, kurczakiem i jajkiem. Ku naszemu zdziwieniu porcja okazała się być całkiem niezła. Na pewno lepsza niż pierogi w Qatarze i tańsze niż kanapki na terminalu.



    Nasz lot trwał w sumie 1:45 h. Mijamy niezwykły układ chmur.



    Rozlewiska nad Kambodżą.



    I małe obłoki rozsiane po niebie.







    20 minut przed lądowaniem rozpoczynamy zniżanie.







    Gładko lądujemy na pasie 10. Terminal na wyspie jest cały czas rozbudowywany. Samo lotnisko zostało otwarte w 2012 roku i od tamtego czasu obsługuje ruch turystyczny na wyspie.

    W drodze do hotelu przejeżdżamy przez stary port lotniczy. Prawdopodobnie nie obsługiwał dużych samolotów. Infrastruktura jest dosyć zniszczona, a pas służy obecnie jako droga publiczna.





    Do hotelu dojeżdżamy przed południem i w końcu możemy odetchnąć od gwarnego Hanoi.


  16. #36
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 12/16 - tam gdzie pieprz rośnie

    Naszym małym rajem był resort The Garden House. Wciśnięty w głąb od drogi, 10 minut skuterem od plaży. Z dużymi, nieźle wyposażonymi domkami. Oprócz nas tylko kilkanaście osób, rzadko kogoś spotykaliśmy. Na basenie czasem ktoś siedział, zazwyczaj było pusto. Obsługa przemiła, jedzenie niezłe. Cena za noc lepsza niż poza sezonem nad polskim morzem.





    Przez pierwsze dwie noce mieliśmy cichego lokatora na tarasie, który przestawał być cichy nad ranem i budził nas o 5:50. Następnego dnia był chyba na obiad, bo więcej go nie spotkaliśmy.



    6 dni na wyspie upłynęło nam na lenistwie i odrobinie zwiedzania. Przeważał jednak plażing.







    Co mogę powiedzieć o wyspie. Cała się buduje, daleko jej do dziewiczych plaż, aby znaleźć coś bez ludzi trzeba się naszukać i najeździć skuterem przez różne dziwne miejsca i krzaki. Raz podczas takiego szukania spotykamy nawet makaki.

    Jednego wieczoru skoczyliśmy do stolicy wyspy Duong Dong. Bardzo turystyczne miejsce. Nocny market również mało swojski. Długo szukaliśmy jedzenia, żeby omijać szerokim łukiem pułapki na turystów, ale się udało.







    Więcej do miasta nie wróciliśmy. Następnego dnia jedziemy skuterem do wodospadu Suoi Tranh. Krótko - nie warto. Jeśli ktoś ma ochotę na kilometrowy spacer po kamieniach przez las, to jak najbardziej można rozważyć. My nastawiliśmy się na coś więcej i nas nie urzekło.





    Phu Quoc to właśnie to miejsce, gdzie pieprz rośnie. W końcu docieramy do tytułowego miejsca relacji. Znaleźć tutaj można wiele plantacji. Nie ma problemu z wejściem i zrobieniem zdjęć. Czasami stoi też ktoś i sprzedaje pieprz w paczkach. Nie wiem jak z cenami, czy są atrakcyjne czy nie. Paczkę 500 g można kupić za 100 000 dongów.









    Ale zielona i gorąca wyspa to także świadek strasznych wydarzeń. Kolejnym przystankiem były więzienia Coconut Tree Prison. Amerykanie przetrzymywali tutaj Wietnamczyków podczas wojny, poddając ich wyszukanym i wyjątkowo nieludzkim torturom. Wejście na teren muzeum jest darmowe.









    Zaraz obok obiektu jest droga, która prowadzi do plaży Khem. Kilka razy mieliśmy zawracać, bo im dalej w las tym gorzej. Mało co nie wylądowaliśmy na glebie, ale dzielnie się trzymaliśmy skutera. Było warto. Dojechaliśmy do plaży, na której nikogo innego nie było. Mieszkała tutaj tylko jedna rodzina, prowadząca knajpkę. Ceny jednak bardziej niemieckie niż wietnamskie.









    Spędzamy tutaj resztę dnia. Po drodze do hotelu zahaczamy jeszcze o słynną Sao Beach. Podobno najładniejsza plaża na wyspie. Okazała się pełna knajp, parasoli i naganiaczy. Gdyby nie cała infrastruktura to może byłoby to urokliwe miejsce. W dodatku ukradli nam tutaj kask, nie był zamknięty co prawda w schowku, no ale...









    Na następny dzień rano postanawiamy poszukać innej plaży. Zajęło nam to dobre półtorej godziny. Kilka razy odbijaliśmy się od szlabanów, okrzyków "No, sir, no!" i "No beach".
    Ale w końcu się udało. Mało ludzi, czysta woda i dużo słońca. Idealne połączenie.











    Jedna z lepszych dróg dojazdowych na plażę. Można nawet rzec, że to luksus.



    Pyszne.pl - za równowartość 2 zł możemy zjeść pysznego i soczystego ananasa, który jest obierany na naszych oczach. Do wyboru było również mango, małe arbuzy i banany.





    Bardzo fajna knajpka przy plaży Ong Lang. Prowadzona przez rodzinę, która chyba w niej mieszka. Praktycznie brak ruchu, bo obok stoi dużo większa, ale ceny również dwukrotnie wyższe.





    Tą kolacją żegnamy się z Phu Quoc. Rano zbieramy się po śniadaniu i lecimy do Sajgonu.

  17. #37
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Z Phu Quoc nie wracamy do Hanoi tylko lecimy dalej. Dzisiaj i w ciągu najbliższych trzech dni planujemy posiedzieć w Sajgonie. Na lotnisko dojeżdżamy kilka chwil przed godziną 10. Odprawiamy się i idziemy w stronę bramki.





    Terminal jak na aktualne potrzeby wydaje się być ok. Dużo stanowisk odpraw, brak kolejki do kontroli bezpieczeństwa i dużo przestrzeni. Obsługa nie dysponuje automatycznym sprawdzaniem kart pokładowych przed wejściem do security. Zamiast tego stoi dwóch smutnych panów, którzy jeszcze z bardziej smutnym wyrazem twarzy sprawdzają dokładnie dane na karcie, w paszporcie i wnikliwie porównują zdjęcie ze stanem faktycznym.
    Nasz lot jest opóźniony o około 30 minut, ale to nie przeszkadza do uformowania się kolejki do bramki zanim jeszcze ogłoszono boarding. Wszędzie te same zwyczaje.





    Dzisiaj polecimy A320 w malowaniu Revotec. Chyba niewiele jest "czystych" malowań we flocie VietJetAir.





    Zajmujemy miejsca w ostatnim rzędzie. Z tyłu jest kilka wolnych miejsc, to obok nas też pozostaje wolne. Czuję się podwójnie oszukany. Na plakatach VietJet przedstawia stewardessy w uniformach plażowych, a dwa razy trafiamy na męską załogę. Ostała się chociaż jedna pani.



    Lot przebiega spokojnie, trwa 40 minut. Po drodze lecimy nad Can Tho, największym miastem w Delcie Mekongu.



    Do Sajgonu dolatujemy kilka minut po czasie.





    Z lotniska bierzemy autobus linii 152. Z terminala krajowego odjeżdża ze stanowiska B04 i kosztuje 10 000 VND. Wcześniej pytaliśmy niewłaściwych osób (konkurencji) o dojazd do miasta. Powiedzieli, że koszt biletu to 20 000 VND, a miejski autobus nie kursuje w ogóle.



    Po godzinie wysiadamy praktycznie pod samym hotelem. Zarezerwowany dwa dni wcześniej, bo nasz poprzedni hotel zaczął przechodzić remont chwilę przed naszym przyjazdem i chcieli nas przerzucić do jakiegoś hostelu, który na bookingu był 2 razy tańszy.
    Teraz śpimy w Nest Hotelu. Pokoje małe, ale czyste i z dobrą klimą. W cichym zaułku, z dobrym dojazdem do lotniska i dojściem do centrum.

    Pierwsze co nas uderza w Sajgonie to skutery. Hanoi, Tajwan czy Bangkok to nic w porównaniu z Ho Chi Minh. Lecimy coś zjeść i poszukać wycieczki do Delty Mekongu. Z powodu braku czasu chcemy pojechać na coś zorganizowanego. Mamy świadomość, że odwiedzimy wiele różnych sklepów i stracimy masę czasu na głupoty, ale jednak się decydujemy.
    Z 25 dolarów za osobę schodzimy do 8, więc jest OK. W cenę wliczony jest transport, jedzenie, rejs łódką, statkiem. Poza tym nie wydaliśmy ani donga.







    Wieczorem idziemy na nocne zwiedzanie HCMC. Miasto jest głośne, rozśpiewane i przyjazne. Ani chwili nie poczuliśmy się niebezpiecznie. Podobno trzeba uważać, bo skuterowi rabusie wyrywają turystom z rąk telefony. My się z tym nie spotkaliśmy.








  18. #38

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Obejrzałem plakaty VietJet wyskakujące w google. Yeah

  19. #39
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 14/16

    Wycieczka za 8 dolarów nie może spiąć się cenowo dla organizatora, jeśli nie wrzuci się do niej dodatkowych atrakcji. Pierwszym punktem jest przystanek na toaletę i zupełnie przypadkowo okazuje się, że w tym czasie odbywa się prezentacja ubrań z kokosa. Z ciekawości siadamy w małej sali, gdzie mała Wietnamka z pełnym zaangażowaniem prezentuje różne cudowne przedmioty. Ze swetra robi szalik, z szalika sukienkę, z sukienki czapkę. Szok. Śmiejemy się pod nosem i wychodzimy. Chyba nie jesteśmy osobami, do których skierowane jest tego typu show.



    Drugim punktem jest pasieka. Degustacja herbaty z miodem i cytryną, cukierków miodowych, suszonych owoców. W porządku, wpadło coś na ząb, ale tu też nic nie kupujemy.



    Dalej fabryka słodyczy z kokosa. Znowu degustacja - cukierki, alkohol, owoce. Tu też bez zakupów.





    Dalej pokaz śpiewów ludowych, poczęstunek ze świeżych owoców. Gdy myślisz, że można się zbierać. Wyskakuje pani z koszyczkiem na napiwki. Wrzucamy kilka tysięcy i w końcu jedziemy popływać łódką.



    Spływ trwa z pół godziny, ładnym kanałem, 4 osobowymi łodziami. Okazja, żeby zrobić kilka ładnych zdjęć i nic więcej.





    Potem jedziemy na obiad, który wliczony jest w cenę. Całkiem smaczny i syty. Można kupić coś więcej, jeśli ma się na to ochotę.



    Jest miejsce, gdzie chętni szczują krokodyle kawałkami surowego mięsa. Zwierzęta zastygają w bezruchu i atakują kąski.



    Na koniec zajeżdżamy do pagody i wracamy do HCMC.







    Do Sajgonu wracamy wieczorem przed 18. Wycieczka z grubsza udana. Warta była dokładnie 8 dolarów - nie mniej, nie więcej.

  20. #40
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie 15/16


    Polecamy

    Już nadrabiam zaległości. Relacja napisana, a nie ma kiedy wrzucić

    Po powrocie z wycieczki idziemy się przejść po okolicy. Zaraz za hotelem znajduje się imprezowa dzielnica. Aż dziwne, że w pokoju panuje całkowita cisza.



    Na kolację jemy krokodyla. Porównanie standardowe - przeciągnięty kurczak o zapachu ryby.









    Rano na śniadanie tradycyjna zupa PHO z ulicznego stratagnu. To jest już nasz ostatni dzień w mieście i ostatnia okazja, aby zjeść zupkę na śniadanie. Dla mnie to ta forma jedzenia przebija wszystkie istniejące. Aż szkoda, że w Polsce uważa się to za danie premium i trzeba zapłacić prawie 20 złotych w wielu miejscach.






    Z ciekawości zachodzimy też do KFC. Hamburger podany na normalnym talerzu.



    Robimy też drobne zakupy na bazarze. Targować trzeba się wytrwale i mocno. Ceny do zbicia o co najmniej połowę.









    Po drodze trafiamy na otwarcie sklepu. Widowiskowe.





    I bardzo miła dla oka obsługa.



    Tym przyjemnym akcentem kończymy nasz pobyt w Wietnamie. Późnym popołudniem jedziemy na lotnisko. W sumie wielka szkoda, że pobyt w Sajgonie był tak krótki. Spokojnie możnabyło uciąć jeden dzień w Hanoi i jeden na Phu Quoc, a w zamian pojechać na dwa dni do Delty Mekongu i mieć jeszcze jeden dzień przynajmniej na zwiedzanie miasta. Pomimo tego, że nie ma w nim wiele zabytków to atmosfera miasta wciąga i chce się w nim zostać dłużej.

Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •