Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 21 do 40 z 42
Like Tree314Likes

Wątek: LIVE: Tajlandia północ i południe w dwa tygodnie (za mało!)

  1. #21
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie


    Polecamy

    Dzień 7

    Dzisiaj śpimy do oporu, niespiesznie schodzimy na śniadanie (jak się okazuje hotel ma jakiś minus, śniadanie w lokalnym wydaniu jest słabe) i jedziemy dalej. Najpierw nieopodal do Thaton, gdzie zwiedzamy malowniczo położoną świątynię Wat Thaton. Jest położona na wielu wzgórzach nad miasteczkiem i rzeką Kok, trzeba jeździć po poszczególnych poziomach. Na pierwszym jest trochę budynków dla wierzących (w jednej sali mnich o czymś opowiada grupie) i turystów (toalety ). Jest też przedsmak widoków na miasto, rzekę i dolinę, już tutaj są świetne, a jedziemy jeszcze wyżej.





    Kolejny przystanek to wielki posąg Buddy. Widoki coraz rozleglejsze, ale jesteśmy jak kobiety w żarcie o sklepie z mężczyznami - nie wystarcza nam to i idziemy (jedziemy) wyżej .



    Po drodze mijamy kwatery mnichów:



    Wjeżdżamy na najwyższy poziom gdzie znajduje się chedi i posągi smoków. Chedi przypomina trochę porcję lodów. Można wejść do środka i na tarasy skąd się roztacza najlepszy widok.

















    Zjeżdżamy na dół, kawałek za rzeką wpada nam w oko garkuchnia, przy której stajemy na obiad.



    Dalej jedziemy główną drogą, co jakiś czas są checkpointy policji (w końcu rejon przygraniczny i to słynący z produkcji i przemytu narkotyków), ale na widok farangów w samochodzie tylko machają by jechać dalej. Odbijamy wkrótce na północ, w góry, w kierunku wioski Mae Salong. Osada została założona przez część jednej dywizji Kuomintangu uchodzącej z Chin po przegranej wojnie domowej. Z początku funkcjonowała praktycznie jak obóz wojskowy, czekając na odbicie Chin komunistom, finansując zakupy uzbrojenia hodowlą opium. W latach 70 rząd tajski porozumiał się z nimi uznając ich obecność, przyznając obywatelstwo w zamian za pomoc w walce z tajską komunistyczną partyzantką i rezygnację z produkcji opium na rzecz herbaty, z której teraz region słynie. Z wyglądu bardzo nie różni się od innych tajskich wiosek, ale jednak jest pełno ozdób chińskich, chińska kuchnia w knajpach, pomnik ku pamięci poległych żołnierzy Kuomintangu i grób generała Tuan.

    W nawigację wpisałem jedną świątynię i jedziemy. Droga robi się coraz bardziej kręta i dzika, coraz rzadziej jest nawierzchnia betonowa. Wg przewodnika powinna być kręta i stroma, ale to już trochę hardkor, a wg mapy mamy jechać pozostałe 16km przez 40 minut! Po minięciu szlabanu z kozłami ustawionymi w slalom zatrzymujemy się. Na mapie obok jest Mjanma, nie chciałbym przypadkiem nielegalnie przekroczyć granicy. Patrzę ponownie w nawigację i okazuje się, że Phra Borommathat Chedi do której jedziemy to INNA chedi niż podpowiedziana przez google mapsy Phra Boromma That Chedi . Dzieli je kilka kilometrów w linii prostej i jakieś 20km wąskich górskich dróżek . Raptem jedna spacja, a różnica dość istotna .









    Z ulgą zawracamy i po 20 minutach meldujemy się na właściwym parkingu. Chedi ładna, viharn obok poświęcony Królowej także, ale to widoki na miasteczko i okoliczne góry są wspaniałe.





    Zjeżdżamy na dół zatrzymując się jeszcze przy punkcie widokowym w kierunku Mjanmy.





    W Mae Salong kupuję na targu herbatę, oglądamy lokalne stroje, spacerujemy chwilę i wsiadamy do samochodu by zdążyć przed zmrokiem do naszego hostelu. Dzisiaj śpimy w wiosce plemienia Akha. Po odbiciu z głównej drogi wjeżdżamy do niej po paru minutach. Klimat jest tutaj wyjątkowy, po prostu zwyczajna górska wioska, czyli dla nas totalna egzotyka. Pokoje są też na zboczu z oszałamiającym widokiem na góry. Akha Mud House bardzo gorąco polecamy!







    Udajemy się na krótki spacer, podglądać mieszkańców. Nie sposób przejść niepostrzeżenie, rzucamy się bardzo w oczy, ale każdy reaguje serdecznym uśmiechem, ew. odrobiną zakłopotania, zero nieufności.





    Po zmroku idziemy pod główny dach na tradycyjną kolację, obok do tego samego posiłku zasiada czwórka... Polaków . Ogólnie w Tajlandii kilka razy dziennie możemy usłyszeć ojczystą mowę, jest nas tutaj niemało, jednak w tym miejscu już Europejczyk jest rzadko spotykany, a co dopiero rodacy . Ale wracając do kolacji, jest to zupa z "jungle vegetables", wieprzowina z ziołami, inne warzywa z mięsem (ostre), omlet i ryż podane w miskach z bambusa. Gospodarz oferuje nam też welcome drink, który nazywa Akha whisky, pędzona z ryżu i z różnymi ziołami, niezła ale poprzestajemy na jednym kieliszku . Dostajemy zupełnie inne jedzenie niż przez cały poprzedni pobyt, niektóre smaczne, inne mniej, całość spoko, a dokładki donoszą ile wlezie, więc nikt głodny nie wyjdzie . Po kolacji przysiada się gospodarz i gawędzi o swojej edukacji, drodze do założenia tego hostelu, jak angażuje lokalną społeczność, bardzo pozytywnie. Baliśmy się komerchy turystycznej po rezerwacji, a okazuje się, że to owoc pasji przedsiębiorczego chłopaka (budował pierwsze domki mając 24 lata), z pasją dla swojej tradycji i społeczności. Po tym już idziemy spać, bo budziki nastawione na wschód słońca .



    PeK, pawel111, tartal and 23 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  2. #22
    Awatar Rumun

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    LSZK

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    strzelamy zdjęcie z kwiatkiem (wie ktoś co to?)
    To "wiszące szczypce homara" albo "fałszywy rajski ptak" czyli Helikonia dziobata.
    pozdrawiam,
    Rumun

  3. #23
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Muszę podgonić, bo relacja się zrobiła live -3 dni. Jestem pełen podziwu jak niektórzy znajdują czas by podróżując i zwiedzając jeszcze pisać regularnie.

    Dzień 8

    Budzik dzwoni o szóstej, krótki rzut oka za okno - można jeszcze ciut pospać, ale już przed 6:30 jak wychodzimy przed pokój widnokrąg na wschodzie płonie czerwienią postrzępioną konturami szczytów gór. Efekt piorunujący.



    Aż jasna piłka słońca wyskakuje znad łańcucha górskiego i szybko nabiera wysokości, kolory jeszcze różowawe, ale już robi się zwyczajnie jasno i magia chwil przed wschodem już się ulotniła, pozostały wspomnienia, no i oczywiście zdjęcia .



    Na śniadanie dostajemy niespecjalną ryżową polewkę i całkiem smaczne coś między jajecznicą a omletem. Potem idziemy do kościółka zobaczyć jak dzieciaki śpiewają sobie (większość mieszkańców to protestanci), później jest msza i zaraz potem przyjeżdża obwoźny sklep - pickup załadowany i obwieszony najróżniejszym jedzeniem i towarami.



    Z uśmiechami żegnamy wioskę Akha i ruszamy w kierunku Doi Tung. Jeszcze ostatni rzut oka na wioskę:



    Wracamy do głównej drogi, na chwilę wjeżdżamy na drogę nr 1 łącząca Bangkok z nadgranicznym Mae Sai, by znowu odbić w góry. Doi Tung to góra przy granicy z Mjanmą, gdzie do końca życia rezydowała Księżniczka Matka Srinagarinda (matka zmarłego króla Bhumibola, aktualny król to jej wnuk). Rezydencja to mieszanka szwajcarskiego górskiego domku z architekturą Lanna. Księżniczka dużo uwagi i środków poświęcała na polepszenie bytu północnych plemion, ciesząc się wśród nich wielkim uznaniem. Parkingi są u podnóża góry, do samej rezydencji jeżdżą darmowe songthaew. Na górze zwiedzamy ogród i willę (90 THB każde, można też kupić spacer po drzewach za 150, my odpuszczamy). Ogród ładny, ze względu na łagodniejszy górski klimat rosną tutaj rośliny niespotykane w Tajlandii, często są to jednak kwiaty popularne u nas, więc dla nas nie są tak niezwykłe. Na środku ogrodu jest rzeźba o nazwie "Ciągłość" ("Continuity").





    Po wyjściu z ogrodu przechodzimy wzdłuż straganów z jedzeniem, bierzemy przepyszne banany smażone w cieście.



    Do willi docieramy gdy trwa "housekeeping", musimy poczekać 10 minut. W środku niestety nie wolno robić zdjęć, za to każdy dostaje audio przewodnik. Rezydencja jest ładna, dużo jest o samej Księżniczce, jej życiu w willi, fundacjach dla okolicznych mieszkańców itd. Z balkonów roztaczają się piękne widoki na okoliczne góry, chedi po drugiej stronie doliny i Mjanmę - granica przebiega nieopodal. Po wyjściu jeszcze ostatni rzut oka na rezydencję, widoki na dolinę i idziemy do busika na parking by jechać dalej.





    Opuszczamy już góry na dobre i jedziemy do Złotego Trójkąta, miejsca gdzie nad Mekongiem zbiegają się granice Tajlandii, Mjanmy i Laosu. Nie jest to nic specjalnie ciekawego, ale nie widzieliśmy wcześniej Laosu, a jest prawie po drodze . Jeszcze po drodze ostatni rzut oka na góry:



    No i trójkąt jaki jest każdy widzi, po prawej (patrząc na zdjęcie) stronie rzeki jest Laos, Mjanma jest na lewym brzegu Mekongu oddzielona od Tajlandii mniejszą rzeką (widać jej brązowy kolor inny od ciemnych wód Mekongu). Nie jest to może konfluacja na miarę tej w Manaus, ale przynajmniej widać .



    Stamtąd jedziemy do Chiang Rai gdzie mamy dzisiaj nocleg. Po drodze spotykamy kolejne imponujące przykład sztuki ładowania samochodu, przykładowe zdjęcie:



    Zanim docieramy do Chiang Rai zjeżdżamy z głównej drogi by odwiedzić muzeum Baan Dam, znane także jako Black House. Założył je Thawan Duchanee, tajski artysta. W środku jest wiele czarnych domków w różnych stylach, w których są zgromadzone jego prace. Bilet kosztuje 50 THB. Tak jak architektura jest ciekawa, tak eksponaty już mniej. Są to najróżniejsze kości i skóry zwierząt, oraz przedmioty i kompozycje z nich wykonane, fotele z bawolich czaszek z rogami, pełno skór krokodyli, wężów. Całość daje dość ponure wrażenie i trudno mi się w tym dopatrzeć głębszej myśli, w takim nagromadzeniu sprawia to wrażenie epatowania śmiercią i nic poza tym.







    Po tym jedziemy już do naszego hostelu. Zostawiamy samochód i idziemy piechotą w kierunku centrum miasta. Odwiedzamy świątynię w której chedi odkryto Szmaragdowego Buddę i gdzie z początku się znajdował. Świątynia nazywa się tak samo jak ta przy Pałacu w Bangkoku - Wat Phra Kaew. Dzisiaj znajduje się w niej niemal identyczna replika rzeźby (ponoć milimetr niższa - ja nie dostrzegłem różnicy ). Kluczowa różnica jest taka, że temu można robić zdjęcia .





    Swoją drogą, jeśli ktoś wcześniej czytał uważnie to może pamiętać, że wejścia do botów, ubosotów i viharnów są od wschodu. Więc zwiedzanie świątyń późnym popołudniem to kiepski pomysł, jeśli zależy nam na zdjęciach . Wiele mówi o naszym nasyceniu świątyniami mój komentarz jak weszliśmy do tego kompleksu "o, jaka skromna". Jak widać na poprzednich zdjęciach ociekających złotem - bieda aż piszczy . Dalej jeszcze szybko by zdążyć przed zmrokiem idziemy do Wat Phra Singh (tak samo się nazywa świątynia w Chiang Mai, naprawdę powinni jakoś ogarnąć to nazewnictwo ).





    Po drodze między tymi świątyniami mijamy jeszcze dwa ciekawe obrazki. Świątynię w budowie:


    Oraz kontrast, który jest tutaj w wielu miejscach:


    Przechodzimy przez lokalny targ, towary spożywcze, zero turystów, fajny klimat do podejrzenia. Np. sztukowanie mięsa na straganie na ulicy, nasi inspektorzy sanitarni by padli na zawał.





    Mijamy tutejszy symbol jakim jest wieża zegarowa:



    Docieramy na nocny targ. Ten jest bardziej zorientowany na turystów, ale jednak nie w 100% jak w Chiang Mai. Oprócz wielu straganów z najróżniejszymi rzeczami (głównie ubrania, ale nie tylko) jest duży plac pełen stolików otoczony różnymi budkami z jedzeniem bierzemy rzeczy smażone w panierce i zupę tom yum. Smażone rybki okazują się zbyt rybne, reszta jest ok. W tom yum mam całe krewetki, jak pancerzyki przy ogonie mogę schrupać, tak główki, czułki i nóżki jednak są dla mnie ble i zawsze przyozdabiam talerz makabrycznymi resztkami. Robię coś źle? Coś tracę? Na krańcu placu jest scena, na której w pewnym momencie zaczyna się występ tradycyjnego tajskiego tańca (zakładam że to tradycyjny taniec po strojach ).







    Po tym najedzeni i z kolejną porcją zakupów wracamy do hostelu, tam jeszcze chwila chillu na hamaku i idziemy spać.
    przemo-19, Wamo, PeK and 12 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  4. #24

    Dołączył
    May 2011
    Mieszka w
    Opole

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    nasi inspektorzy sanitarni by padli na zawał.
    Nie muszą tak daleko jechać, wystarczyłoby ich wpuścić do Hiszpanii, Grecji czy Włoch
    Z tymi krewetkami to podziwiam - dla mnie ogonek to... a reszta to już całkiem nie do spożycia.
    STYRO likes this.

  5. #25
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Dzień 9

    Po przebudzeniu (chłodno, raptem 14 stopni!) wychodzę na zewnątrz... Wziąć prysznic . W Banban Homestay (polecamy!) prysznic jest ogrodzony bambusem na podwórku, nikt nie zagląda do środka, za to ciekawe wrażenia przy kąpieli. Gdyby tylko nie było tak zimno, woda na mnie paruje... Ale w sumie nie narzekam, z minuty na minutę robi się cieplej, a w ciągu dnia temperatura spokojnie dobije do 28-30. Jemy pyszne śniadanie i ładujemy się do samochodu.



    Wracamy do Chiang Mai, ale po drodze zajeżdżamy do Wat Rong Khun, znanej jako Biała Świątynia (White Temple). To stosunkowo nowa świątynia, ma raptem 20 lat i jak się łatwo domyśleć jest biała . Ale ten suchy fakt zupełnie nie oddaje tego jak efektownie wygląda w słońcu. Mała uwaga, najlepiej przyjechać tutaj z samego rana - słońce najlepiej oświetla i jest stosunkowo mniej ludzi (okulary przeciwsłoneczne obowiązkowo). Wejście jest płatne 50 THB. W przewodnikach uprzedzają, że jest to miejsce nastawione na turystów, że popędzają itd. My niczego takiego nie doświadczyliśmy. Oczywiście wejście dla cudzoziemców jest płatne, jest sporo ludzi, ale nie odbiega to ani trochę od innych popularnych świątyń. A świątynia jest iście olśniewająca.











    Wewnątrz są równie słynne malunki na ścianach przedstawiające zło człowieka, jego upadek moralny i fałszywych bożków. Oprócz obrazów przedstawiających wojny, zamachy terrorystyczne, znajdziemy także m.in. Neo z Matrixa, Terminatora, Michaela Jacksona, Batmana czy Harry'ego Pottera. Świątynia jest prywatną własnością, pan który jest właścicielem przeznaczył już 40 milionów bahtów na ten cel, planuje ukończyć budowę w 2070. Traktuje to poniekąd jako inwestycję, wierzy, że taka ofiara zapewni mu wspaniałą karmę .

    Tymczasem my ruszamy w ostatni odcinek podróży samochodem, z powrotem do Chiang Mai. Pierwotny plan był na zwiedzanie Tango squadron, czyli zabytkowych samolotów na lotnisku CNX (mają nawet oryginalny wrak P-40 z AVG!). Maszyny są w hangarze na terenie lotniska, w wojskowej części. Informacji konkretnych bardzo mało i to się zemściło. Numer telefonu znaleziony w sieci nie odpowiada (post był sprzed półtora roku). W informacji lotniskowej każą zapytać żołnierza na bramie. Żołnierz ni w ząb po angielsku, łapie jakiegoś dostawcę na skuterze, ale ten odsyła do muzeum sił powietrznych w Bangkoku... Irytujące, bo było tak blisko, tylko nie udało się trafić na odpowiedniego człowieka, który by wiedział chociaż do kogo zadzwonić. Na dokładkę wyjeżdżając z lotniskowego parkingu zarysowałem lekko próg o wysoki krawężnik :/. Okazuje się, że mamy więcej wolnego czasu, jedziemy więc na stare miasto, parkujemy samochód i sobie chodzimy. W międzyczasie jem ostatniego khow soi, zapuszczamy się w uliczki gdzie nas jeszcze nie było, albo zasiadamy w knajpie na owocowego shake'a, tudzież polujemy z aparatami na skutery z nadprogramową liczbą pasażerów. Ja czasem jeszcze wyłapuję i fotografuję różne graty i rzadziej klasyki, ale o tym w innym wpisie . Ogólnie mamy relaks.









    Wreszcie jedziemy na lotnisko, tankując po drodze. Jak już się wyjechało z gór to jednak Vios okazał się w całkiem ekonomiczny, 6,5l/100km normalniej jazdy mieszanej trasy, w górach spalił 8,5 . Na szczęście pan z wypożyczalni stwierdza, że zarysowanie to "no problem". W tym miejscu chciałbym polecić wypożyczalnię North Wheels, biorą tylko 5000 THB depozytu, o wyznaczonej godzinie samochód podstawiony pod hotel, wszystko gra. Na lotnisku jemy najdroższe i najgorsze jedzenie z całego wyjazdu (jak na razie). Mogliśmy się wrócić do miasta, bo to raptem 2,5km, ale że wszystkimi bagażami już nam się nie chciało. Lecimy na Phuket z Air Asia. Niedawno przy odprawie online (możliwa z dużym wyprzedzeniem) okazało się, że nasz rejs został przesunięty pół godziny później na 22:15. Bywa. Szkoda że nie dostałem nawet maila na ten temat. W rezultacie na lotnisku HKT mamy być 20 minut po północy. Nasz nocleg na Phuket jest raptem 25 minut spacerem z terminala wg google maps, więc bez tragedii, w bookingu zaznaczam, że będziemy między północą a pierwszą, odpowiedź z hostelu to lakoniczne "ok". Niestety nasz rejs jest opóźniony o godzinę (nie tylko nasz, chyba coś się działo bo inne linie też mają obsuwy podobne na wielu rejsach). W rezultacie do samolotu wsiadamy już po 23 (lot trwa dwie godziny rozkładowo). Irytujące bo rejs który kupowałem miał lądować 23:50... A był Thai Smile ciut drożej w podobnych godzinach i nie był opóźniony... Na pokładzie natychmiast zasypiamy, budzi nas na chwilę obwieszczenie kapitana, że pokręcimy się w holdingu 20-30 minut ze względu na pogodę na miejscu. Cudnie, w oczy zagląda lekko widmo diverta i wywrócenia planów i rezerwacji do góry nogami. Na szczęście pogoda pozwala jednak wylądować, w momencie gdy wysiadamy z samolotu jest już po drugiej w nocy, do tego leje deszcz... Po odbiorze bagażów pytamy o taksówkę, w punkcie na lotnisku krzyczą 400 THB do Nai Yang. To jest bardziej niż skandalicznie drogo (dystans to jakieś 7 minut jazdy samochodem, w Warszawie byłoby taniej w nocy). Czytałem o tym, że taksówki na Phuket to niereformowalna mafia. Moglibyśmy to olać, gdyby nie ten deszcz... W końcu wkurzeni i zmęczeni płacimy te bandycką stawkę i przed trzecią zajeżdżam do naszego hostelu. Na szczęście po chwili z jednego domku wychodzi pan i daje nam klucze do naszego domku, padamy nieprzytomni spać. Z tyłu głowy jeszcze radość, że kajaki na jutro jednak wykupiłem na popołudnie, a nie rano . Cały czas leje deszcz. Phuket które miało być relaksem na koniec z początku robi złe wrażenie. Jutro na szczęście się to odmieni.
    Ostatnio edytowane przez frik ; 25-01-2018 o 15:45
    12wit, walusinsky, dak04 and 14 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  6. #26
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Dzień 10

    Pomimo krótkiej nocy budzimy się dość wcześnie. Tak jak po przylocie jest naprawdę parno. Temperatury niby podobne (w nocy spadają tylko do 24-26), ale wilgotność od 70% do 100% i to robi kolosalną różnicę. Już podczas krótkiego spaceru na plażę spływa po nas pot. Idziemy oczywiście na słynną plażę przy lotnisku, niestety tego dnia lądują od strony lądu, zostaje nam zobaczyć parę startów zanim wracamy do hostelu.



    Po drodze jemy najostrzejszego pad thaia, chłopak aż nas przeprasza, że zapomniał dostosować ostrość do turystów. Zjadamy do końca, choć nie jestem pewien jak smakowało . Mija nas dostawca lodu:



    Punktualnie o 12 podjeżdża po nas samochód który ma nas zabrać do portu skąd wypływamy na kajaki. Wykupiliśmy wycieczkę kajakową do zatoki Phang Nga ze strony seacanoe.com, dokładnie "Phang Nga sunset self paddle trip". Można wziąć ciut drożej taką gdzie mamy w kajaku przewodnika i to on wiosłuje, wg mnie zupełnie bez sensu, o wiele fajniej wiosłować samemu. Wsiadamy na statek, oprócz nas jest 5 innych par. Otrzymujemy krótki instruktaż, worki wodoodporne na rzeczy, pary samowiosłujące dostają także latarki czołówki (będziemy wpływać do jaskiń). Do naszej dyspozycji jest woda, cola, gorąca woda do herbaty i kawy, podany jest także lekki lunch. Płyniemy do wyspy Ko Panak, trwa to niespełna godzinę. Już z daleka widać charakterystyczne kształty wapiennych wysp. Bezbłędną stylówę ma nasz szyper Bob Marley jak żywy.





    Dopływamy do pierwszej jaskini, schodzimy na kajaki i wpływamy do środka. Fale w zatoce są łagodne, nie ma z nimi najmniejszego problemu. W środku jaskini miejscami ciężko się macha by nie zaczepiać z drugiej strony o sufit. Później robi się jeszcze ciaśniej, kładziemy się w kajaku i przesuwamy rękami przez przewężenie, w jednym miejscu pomaga jeden z przewodników, który zszedł do wody. Z jaskini wpływamy do laguny wewnątrz wyspy. Woda jest turkusowa (ale mętna), na środku rosną drzewa namorzynowe, a całość otaczają wysokie, pionowe skały porośnięte najróżniejszą roślinnością. Do tego słychać różne ptaki, czy inne zwierzęta. Coś wspaniałego. Kręcimy się trochę po tej lagunie zachwycając się tym miejscem i kierujemy się do wyjścia.









    Kajaki z przewodnikiem ładują się na statek, a my razem z dwoma przewodnikami w jedynkach płyniemy sami wzdłuż brzegu do następnej jaskini.





    Tutaj zostawiamy kajaki na brzegu, do jaskini wchodzimy na piechotę. Na jej końcu jest okno w skale na lagunę, do której nie znaleźli jeszcze jaskini która by pozwała wpłynąć. Jakieś są, bo woda w środku jest morska, ale może być poniżej nawet najniższego poziomu wody.



    Ponownie wskakujemy do kajaków i wiosłujemy wzdłuż brzegu, pod potężnymi nawisami skalnymi do kolejnej jaskini. Tutaj jest naprawdę ciasno pod koniec, leżąc w kajaku sufit jest o centymetry od naszych nosów. Wewnątrz kolejna oszałamiająca laguna. Do tego na skałach udaje się wypatrzeć siedzące małpy.







    Przeciskamy się ponownie (ciut łatwiej - poziom wody opada). Machamy wiosłami kierując się do ostatniej jaskini, w której żyją nietoperze. Jak dopływamy poziom wody jest zbyt wysoki by wpłynąć do laguny, ale wpływamy do jaskini obejrzeć nietoperze. Jaskinia jest większa od poprzednich, z sufitu zwieszają się gacki, po zapachu też można się domyślić ich obecności. Czasem któryś spłoszony światłem latarki zrywa się do lotu i krąży nad głowami. Wypływamy na zewnątrz i wracamy na statek - jeszcze 40 minut zanim będzie można wpłynąć. Wypijamy herbatę, sycimy się okolicznymi widokami i patrzymy na wycieczkę Chińczyków, która przypłynęła w międzyczasie. Oni wpływają tylko zobaczyć nietoperze, ale jest ich mnóstwo, nasze 7 kajaków to bardzo kameralna grupa w porównaniu. Wreszcie jak odpłynęli, my schodzimy na wodę i wpływamy do środka. Skały przy wejściu do jaskini wystają wyraźnie wyżej nad wodę niż wcześniej. Ale i tak jeszcze jest ciasno. Do tego stopnia, że trzeba wyskoczyć z kajaka i samemu przepłynąć do laguny. Przewodnicy pomagają przepchać kajaki i z powrotem do nich wsiąść. Ta laguna jest największa, ma dwie części oddzielone wąskim przesmykiem. Snujemy się po niej rozkoszując się widokami.







    Niestety wizyta dobiega końca, wracamy do wylotu jaskini. Odpływ na tyle postąpił, że jesteśmy w stanie się przecisnąć leżąc w kajakach. Ostatni rzut oka na nietoperze i wsiadamy na statek. Nie płyniemy jeszcze od razu do portu, w połowie drogi stajemy na obiad przy zachodzącym słońcu. Do tego po drugiej stronie mamy tęczę. Po prostu bajecznie . Jedzenia też w bród i jest pyszne.

















    Już po zmroku dopływamy do przystani Ao Po skąd wypłynęliśmy, wsiadamy do podstawionych samochodów, które rozwożą ludzi po hotelach. Jeśli będziecie w okolicy (organizują też wycieczki kajakowe z Ao Nang, Krabi) to koniecznie spróbujcie takiego zwiedzania. Niezapomniane wrażenia, przepiękne krajobrazy i praktycznie zero innych turystów.
    Rafal, PeK, dak04 and 15 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  7. #27
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Dzień 11

    Idziemy na lotnisko wypożyczyć samochód. Drogę za którą półtorej doby temu zapłaciliśmy 400 THB pokonujemy w jakieś 20 minut na piechotę... Wypożyczenie się przedłuża (dokładnie to poprzedni klient później oddał), wreszcie wsiadamy do Yarisa (w sumie to samo co wcześniejszy Vios, tylko hatchback ). Jedziemy w południowe rejony wyspy. Trwa to wbrew pozorom dość długo - średnia prędkość to 30-40. Najpierw zatrzymujemy się na punkcie widokowym Rang hill. Widok głównie na Phuket Town i okoliczną zatokę. Z boku widać wielkiego Buddę, pojedziemy tam później.







    Jest tam też toaleta zdecydowanie warta opłaty 5 THB. Aż się chce posiedzieć .



    Można też tutaj kupić lody z czego korzystamy. Gosia odważnie bierze jedną kulkę o smaku duriana. Aromat ma absolutnie autentyczny, śmierdzi też z pewnej odległości. W smaku całkiem spoko, ale ten aromat... Ze wzgórza zjeżdżamy do świątyni Wat Chalong, najważniejsza na wyspie. Potwierdzamy u siebie przesyt świątyń (pomimo krótkiego odwyku!), oglądamy ją już bardzo automatycznie i na zasadzie "odhaczone". Tutaj jemy też obiad, całkiem spoko.







    Następnie wjeżdżamy pod Big Buddę. Jest faktycznie duży, widok spod niego też rozległy, niestety pogoda mniej dopisuje.





    Można się wpisać do księgi gości, ale po co przeszkadzać...



    Po tym wszystkim jedziemy na główny punkt dzisiejszego programu - do Phuket Top Team. Ten gym obok plaży i 747 Thaia to były powody wyboru tej wyspy. Najpierw zakupy, sprzęt jest tu dwa razy tańszy niż w Polsce, więc nie było sensu wieźć że sobą. Potem trening. Trwa dwie godziny, jest na otwartym powietrzu pod wiatą, najpierw indywidualne rundy z trenerem na tarczach, potem na worku, sparingi, klincz, wreszcie trening siłowy. Super doświadczenie, coś nowego, no i trenować tajski boks w Tajlandii to jest to. Można tutaj przyjechać też na dłużej (spotkałem kilku Polaków), jeśli ktokolwiek się zastanawia - opór polecam! Ludzie są z bardzo różnych poziomów, odpowiednio dobierani w pary sparingowe, nie jest tak, że wymagane jest jakieś gigantyczne doświadczenie.

    Łatwo mnie rozpoznać - ten najbladszy


    Po tym wracamy do hostelu, wychodzimy na miasto na kolację. Zjadam drugiego najlepszego pad thaia tego wyjazdu (najlepszy wg mnie był w Fang), piwko i można iść spać - jutro plażowy spotting .

    Niestety nie udało się nadrobić zaległości, tego posta wysyłam z A330 Turkisha, którym wracamy do domu, po drodze będę pisał. W niedzielę zamieszczę ostatnie trzy dni.
    Rafal, Canon, PeK and 11 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  8. #28
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Dzień 12

    Dzisiaj wreszcie po raz pierwszy w tej podróży odpoczywamy. Żadnego zwiedzania, ruszamy się tylko na pobliską plażę. Oczywiście nie jest to zwykła, piękna plaża jakich wiele w tym kraju. Jesteśmy na plaży Nai Yang słynnej z podejścia na pas 09 lotniska Phuket. Jak na złość rano operacje są z 27, czyli startują nad plażę, a lądują od strony wyspy. Też fajne kadry ze startu można zrobić, no ale to nie to na co przede wszystkim liczyłem :/. 747 Thaia ląduje od strony lądu, ale przynajmniej przy starcie się go złapie. Jedziemy oddać samochód by zdążyć z powrotem na start Jumbo. Po drodze bierzemy jeszcze smażone banany w cieście. Niezmiernie nam zasmakowały, trzeba będzie spróbować zrobić je w domu. Docieramy z powrotem na plażę akurat na kwadrans przed startem 747, tylko po to by zobaczyć, że teraz lądują znad morza... Grrr... Lotniska w Tajlandii mają bardzo fajne strony z przylotami/odlotami, wraz z linkami do flightstats, można łatwo sprawdzić na jakim typie jest dany rejs planowany/wykonywany. Ale oprócz tego zerkam w fr24, bo sporej części rosyjskich czarterów nie ma na stronie lotniska. Np. dostrzegam w pewnym momencie, że Rossiya ewidentnie podchodzi do do HKT, choć nie ma planie na fr24 lotniska docelowego. Do tego to tygrysi 747 . Thai jest moim zdaniem piękniejszy i na niego najbardziej liczyłem, ale absolutnie się nie obrażam na tygrysiego Jumbo nad plażą . W międzyczasie przemieszczamy się pod samo podejście. Tutaj stoi więcej ludzi (plaża ogólnie pustawa), przy każdym lądowaniu jest poruszenie, szukanie miejsc i pomysłów na selfie z samolotem. Gorzej jest przy startach, niektórzy wdrapują się po kamieniach pod płot, ale najgorzej jest na plaży. Po starcie 777 i towarzyszącym mu biczowaniu piaskiem przesuwany się paręnaście metrów obok. To był hardkor, drobiny piasku wbijające się w ciało, ludzie z krzykiem zbiegający do morza (oceanu), latające ręczniki, czapki i inne części dobytku, potem płacz dzieci. Nie było to nic fajnego, warto o tym pamiętać na takich plażach, zwłaszcza jak się zabiera na nie dzieciaki.

    Na obiad idziemy kawałek na północ od lotniska, by nie drałować za dużo. Jest tam parę straganów, jedną garkuchnia i mrowie Rosjan. Pani z dwoma pomocnikami uwijają się jak w ukropie (który zresztą panuje). W kolejce atmosfera niemiła jak nigdzie wcześniej w Tajlandii. Wszyscy tutaj zamawiają po kilka porcji (dla całej rodziny) i potem stoją wkurzeni, że nie dostają ich od ręki. Przez nasz czas w Tajlandii zawsze bez problemu dogadywaliśmy się z każdym Tajem uśmiechem i łamaną angielszczyzną (czasem tylko uśmiechem ). Nawet jak się zdarzyło obsłudze zapomnieć o posiłku dla jednej osoby (a byłem głodny! ). Tym bardziej naburmuszone twarze Rosjan sztorcujących obsługę po rosyjsku (co częściowo rozumiemy) budzą w nas niechęć i zwyczajnie nie pasują do tego miejsca. Po dłuższym czasie dostajemy swoje pad thaie, szybko jemy i wynosimy się z powrotem na plażę. Tak jak nie cierpię stereotypów i uogólnień, tak tutaj same cisną się do głowy.

    Po powrocie na plażę już mniej ciekawego ruchu, większość wąskokadłubowych (choć nawet najpopularniejsze Air Asia, Bangkok Airways i inne Nok Air są dla człowieka nowe i ciekawe). Trochę sobie w międzyczasie pływamy w morzu, ale nie wypływamy ze względu na ostrzeżenia o prądach, na naszym odcinku nie ma ratownika. Do tego nie mając masek i tak nic nie obejrzymy pod wodą. Smarowaliśmy się kremem, ale chyba niewystarczająco często, bo popołudniu jesteśmy strzaskani jak raki, nawet na stopach . Późnym popołudniem znowu operacje zmieniają pas (Qatar Oneworld i Etihad mi przepadły ), niebo się trochę chmurzy, więc decydujemy się nie czekać do zachodu którego nie będzie zbytnio widać i wracamy do hostelu jedząc po drodze kolację.

    Zdjęć mało, bo większość jest na aparacie i czeka na obróbkę, będę tutaj zamieszczał próbkę i linki do właściwych tematów zdjęciowych na forum w miarę obrabiania i umieszczania w galerii





    Rafal, PeK, Wamo and 16 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  9. #29

    Dołączył
    Nov 2009
    Mieszka w
    EPWA, choć bliżej do EPMO

    Domyślnie

    Piękna relacja... i znakomicie pomaga mi w moim obecnym zajęciu... czyli planowaniu Tajlandii w lipcu
    frik likes this.
    -----
    Nienawidzę polskiego malkontenctwa.



  10. #30
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Lipiec to trochę hardkorowo może być z temperaturami. Na pewno dorzuć, a przynajmniej weź mocno pod uwagę Khao Sok - tego najbardziej żałuję, że nie byliśmy w stanie zmieścić, koniecznie na 2-3 dni w tym nocleg w domkach na jeziorze.

    Dzień 13

    Dzisiaj czujemy wyraźnie, że wyjazd zbliża się ku końcowi. Pakujemy się po raz któryś już podczas wyjazdu, ale czeka nas tylko lot do Bangkoku skąd kolejnego dnia wylatujemy z powrotem do Europy. Dwa tygodnie zleciały z jednej strony błyskawicznie, z drugiej pierwsze dni w BKK wydają się niesamowicie odległe. Mnóstwo było wrażeń, widoków i doświadczeń pomiędzy. Opuszczamy SoodSoi Resort w którym spędziliśmy parę ostatnich nocy (najwięcej w jednym miejscu z całego wyjazdu ). To też jest jedno z miejsc które z pełnym przekonaniem mogę polecić. Przeuroczy domek, poza dużym łóżkiem i małą lodóweczką na wodę nie ma zbytnio miejsca (choć na ścianach udało się zmieścić TV i wiatrak). Ale razem z werandą i otoczeniem jest niezmiernie przyjemnym miejscem i po prostu dobrze się tu przebywa, łazienka jest obok i jest oddzielna dla każdego domku. Za dnia są dwa przyjazne pieseły, nocą po ścianach głównego budynku śmigają jaszczurki. Cena za dwuosobowy domek to 700 THB za noc, można dokupić śniadanie z 100 THB, my nie korzystaliśmy, jedliśmy na mieście. Mają też darmową taksówkę z i na lotnisko (na przylocie w nocy nie mieliśmy jak ją umówić), teraz wolimy się przejść.







    Drepczemy sobie z plecakami na lotnisko, w przedpołudniowym upale nawet te 20-parę minut wystarczy by się napocić. Po dotarciu na lotnisko odprawiamy się, dostajemy miejsca 51J i K co by wskazywało na 747. Rzut oka na fr24 pokazuje jednak, że 747 leci na wcześniejszym rejsie – TG201/2, normalnie planowanym na 777 . Wielkieś mi uczynił pustki w logbooku moim, drogi Thaiu tą podmianką swoją. Dwa dni wcześniej było podobnie, na co zwróciłem uwagę, ale już poprzedniego dnia było wg rozkładu, czyli TG201/2 na 777 i TG203/4 na 747 (jak na złość, bo ze względu na kierunek operacji i oddanie samochodu tego drugiego rejsu nie zobaczyłem, ani nie sfociłem). Warto o tym pamiętać rezerwując bilet, żeby uniknąć rozczarowania, które mi się przytrafiło. Jak zerknąłem na ich stronę, to na listopad obydwa poranne rejsy są wpisane na 747 (a także na wieczornym TG221/2). Smuci mnie ta sytuacja niezmiernie, bo nie wiem czy w ogóle uda mi się przelecieć jeszcze 747. Dość rzadko podróżuję gdzieś dalej, a coraz mniej ich w służbie, a jedną z motywacji wyboru Phuket na wypoczynek w tej podróży był właśnie lot Jumbo. Do tego 747 Thaia widuję w czasie tej podróży jedynie przez okna terminali, albo samolotów. Ani na plaży HKT nie udało się go złapać, ani kolejnego dnia podczas spottingu w BKK :/. Jakby tego było mało, teraz już z rana lądują od plaży, łącznie z tym wcześniejszym 747 potęgując tylko mą frustrację ;]. No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz? Pozostaje tylko obejrzenie lądowania przez okno. 747 podkołowuje gate obok, ale ma opóźnienie i wypychają go na krótko przed naszym rejsem. Po nas przyleciał HS-TJC - ta sama maszyna którą lecieliśmy do CNX. Tym razem mamy miejsca z prawej strony, a zamiast buły z curry dają sałatkę i owoce - szału nie ma. Z drugiej strony to tylko krajowy lot trwający godzinę z kawałkiem, więc i tak bardzo spoko. Idą w koszty i zamiast łyka wody w opakowaniu dostajemy małe buteleczki .



    Po lądowaniu szybko odbieramy bagaże i szukamy busika do naszego hotelu. Śpimy dzisiaj w Phoenix hotel, o którym pisał megaloman w swojej relacji. Kluczowa jest lokalizacja hotelu na podejściu do 19R i otwarty dach . Zostawiamy bagaże w hotelu i zamawiamy Graba (lokalny Uber, ciut tańszy) na dworzec autobusowy Sai Tai Mai. Z tego dworca odjeżdżają busy na południe i zachód. Po przejściu przez budynek dworca wychodzimy pod wiatę przy której siedzą rzędem sprzedający bilety, kierunki są wypisane także po angielsku. Sprzedający zresztą szybko pytają gdzie chcemy jechać i kierują do właściwego stoiska. Jedziemy na pływający targ w Amphawa, ma być bardziej autentyczny i mniej nastawiony na turystów niż najpopularniejszy Damnoen Sudak. Jednak warto mieć na uwadze, że te pływające targi zostały tak naprawdę stworzone na nowo jako atrakcja turystyczna. Bilet na busa kosztuje 70 THB w jedną stronę. Jesteśmy skierowani do właściwej Toyoty Hiace i czekamy na komplet pasażerów. Po paru minutach ruszamy, po drodze jeszcze tankując. Jazda zajmuje ok. półtorej godziny, przejeżdżamy też przez miejscowość Mae Klong (zaraz obok Amphawy), gdzie jest słynny targ na torach, ale ostatni pociąg już przejechał. Zresztą w relacji Canona było jasne, że przez natłok turystów tamten targ stracił dużo ze swojego uroku. Targ w Amphawa jest weekendowy i raczej wieczorny (zaczyna się w piątek popołudniu). Pierwsze co robimy po wyjściu z busika to… kupienie biletu na ostatni powrotny kurs o 20. Bardzo istotne by zrobić to od razu, ilość kursów i miejsc w nich jest ograniczona. Czekając na odjazd widzieliśmy jak parę osób ze zdumieniem się dowiadywało, że nie mogą po prostu kupić biletu, bo nie ma wolnych miejsc. Po załatwieniu tej kwestii idziemy nad kanał. Targ się nazywa pływającym, jednak tak naprawdę to jest na dwóch brzegach kanału, połączonych kilkoma kładkami. Na niektórych przycumowanych łódkach znajdują się kuchnie obsługujące stoliki na brzegu. Po kanale ciągle pływają łodzie z wycieczkami. Do wykupienia są dwie (wycieczki, nie łodzie ) – za dnia po okolicznych świątyniach i zoo, po zmroku na świetliki. Kosztują 50-60 THB od osoby i trwają ok. półtorej godziny. Niestety z racji czasu do ostatniego busa z żalem odpuszczamy wycieczkę i zamiast tego zwiedzamy sam targ. W pierwszej kolejności jednak siadamy coś zjeść. Pad thaia nie ma, wskazujemy na wyblakłym menu zdjęcie czegoś gdzie chyba jest ryż . Dostajemy ryż z owocami morza, tzn. krewetki i kalmary. Za tymi ostatnimi nie przepadamy szczególnie, ale zjadamy wszystko wygłodniali.



    Z pełnymi żołądkami już można zacząć się przechadzać i oglądać co też dają na tym targu. Oferta dość podobna do innych, które odwiedziliśmy, jednak mniej nastawiona na zagranicznych turystów niż np. nocny market w Chiang Mai. Dookoła też w większości Tajowie, ale turyści z Azji i zachodni wcale nie są rzadkim widokiem. Z początku jesteśmy ciut rozczarowani, wraz z zapadającym zmrokiem targ zyskuje jednak na uroku. Zawędrowaliśmy ciut w górę kanału, gdzie już się kończą stoiska (tzn. są, ale pozamykane wszystko), a po drugiej stronie już są domki i lokale, do których można się dostać łódką. Robimy niewielkie zakupy, głównie pamiątki dla rodziny i znajomych, mydła różnych zapachów i kształtów (na Chatuchak następnego dnia były trochę tańsze), czy maść tygrysią (nie ma nic z tygrysa poza logiem ). Jemy jeszcze pad thaia siedząc nad kanałem i wracamy na przystanek busów. Toaleta przy przystanku jest najbardziej obskurną i cuchnącą z płatnych toalet jakie widziałem w Tajlandii, warto skorzystać z innej na targu.







    Trafiamy też na sesję ślubną:




    Okazuje się, że z powrotem jedziemy z tym samym kierowcą. Zajmujemy tym razem wygodne miejsca w pierwszym rzędzie za kierowcą, żeby mieć jakiś widok i miejsce na nogi (poprzednio siedzieliśmy w ostatnim, gdzie jest mniej miejsca na nogi i mniej widać). Chwilę przed odjazdem docierają jeszcze dwie Chinki, w busie jest jedno wolne miejsce (obok mnie). Obsługa więc prosi byśmy się ścisnęli, żeby wszyscy mogli pojechać. To by było na tyle jeśli chodzi o wygodne miejsca . W drodze powrotnej jedziemy nie na dworzec autobusowy, a do stacji BTS Bang Wa. BTS inaczej Skytrain, to miejska kolejka na estakadzie. Nam to w sumie na rękę, bo BTSem o wiele łatwiej dojedziemy do kolejki na lotnisko niż autobusami z Sai Tai Mai wieczorem. Kupujemy bilety w automacie (podajemy do której stacji chcemy jechać, przesiadki pomiędzy dwoma liniami BTS odbywają się na tym samym peronie). Jedziemy na Siam, tam przesiadamy się na drugą linię i podjeżdżamy do Phaya Thai skąd ruszają pociągi na lotnisko. Tutaj bilet ma formę żetonu, który przystawiamy do czytnika bramki jak kartę (z początku nie domyślamy się tego i dopiero obsługa nam to musi pokazać ). Tak bilety, jak żetony „połykane” są przez bramki przy wyjściu. Wysiadamy stację przed lotniskiem (Lat Krabang) i idziemy do hotelu. Od hotelu oddziela nas kanał. Główna droga obok stacji, która nad nim przebiega to autostrada bez chodnika, więc gugiel mapsy prowadzą nas wyjątkowymi opłotkami (momentami wręcz chodnikiem między domkami nad kanałem), za pobliską świątynią, aż do kładki pieszo-skuterowej skąd już mamy rzut kaszkietem do hotelu.
    PeK, Rafal, Canon and 11 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  11. #31

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Nie mieli miejsc na tym wcześniejszym rejsie 747? Skoro był opóźniony może trzeba było próbować się przenieść
    megaloman likes this.

  12. #32
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez shiver Zobacz posta
    Nie mieli miejsc na tym wcześniejszym rejsie 747? Skoro był opóźniony może trzeba było próbować się przenieść
    Myślałem o takiej opcji, ale miejsca mnie przekonały, że będzie dobrze, a to co startuje z BKK zobaczyłem już po odprawieniu i kontroli bezpieczeństwa. Nie miałem też pojęcia jak miałbym to zrobić . Poza check-inem gdzie należałoby próbować załatwić takie przeniesienie?
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  13. #33
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Poza check-inem gdzie należałoby próbować załatwić takie przeniesienie?
    Spokojnie przez gate można coś takiego załatwić. Z 4 lata temu leciałem CDG-FRA-WAW. Przylecieliśmy nieco wcześniej i podszedłem do gate się zapytać czy da radę, abym poleciał wcześniejszym rejsem. Bez problemu. Możliwe, że na kolejnym był overbooking albo coś i było im to nawet na rękę.

  14. #34
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Tom_EPKK and robjag like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  15. #35

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    Damn! Jak Canon napisał - trzeba było pytać na gate - jeśli mieliby wolne miejsca, polecielibyście 747. Niestety podmianki samolotów zdarzają się często

    Jak spotting z Phoenix Hotel w BKK?
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AT AA AB BA CX AY IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL

  16. #36

    Dołączył
    Oct 2011

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez megaloman Zobacz posta
    Damn! Jak Canon napisał - trzeba było pytać na gate - jeśli mieliby wolne miejsca, polecielibyście 747. Niestety podmianki samolotów zdarzają się często
    No nie do końca. Zależy to od taryfy, w której był kupiony bilet. W najniższej nie będzie możliwości przeniesienia na wcześniejszy rejs nawet za słoną dopłatą (miałem tak niedawno we FRA - musiałem kiblować 6h bo taryfa nie pozwoliła na wcześniejszy lot)
    Także Frik - nie załamuj się, pewnie i tak by Was nie zabrali.....
    shiver likes this.

  17. #37

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Właśnie, nie do końca. Mogli chcieć albo mogli nie chcieć. Mogło im się na przykład nie chcieć szukać i przetagowywać bagażu.

  18. #38
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez megaloman Zobacz posta
    Jak spotting z Phoenix Hotel w BKK?
    Mahan jest i to najważniejsze

    Spisuję ostatnie półtora dnia, później też wrzucę podsumowanie wydatków.
    megaloman and przemo-19 like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  19. #39

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez hiszpan2007 Zobacz posta
    No nie do końca. Zależy to od taryfy, w której był kupiony bilet. W najniższej nie będzie możliwości przeniesienia na wcześniejszy rejs nawet za słoną dopłatą (miałem tak niedawno we FRA - musiałem kiblować 6h bo taryfa nie pozwoliła na wcześniejszy lot)
    Także Frik - nie załamuj się, pewnie i tak by Was nie zabrali.....
    W Europie owszem - na 90% nie ma szans na to, ale w Azji to zupełnie inna historia... mi China Airlines zmieniła bilet w dniu wylotu bez gadania i za free mimo, że bilet był niezmienialny
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AT AA AB BA CX AY IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL

  20. #40
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie


    Polecamy

    Dzień 14 i 15 (ostatni)

    Budzę się zaraz po świcie, rzucam okiem na telefon, szybko się ubieram, łapię za aparat i lecę na dach – ląduje 747 Air China Cargo. W pierwszej chwili jednak obraz w wizjerze jakiś zamglony, ki diabeł? Okazuje się, że po tym jak aparat z obiektywem spędziły blisko dobę w klimatyzowanym pokoju natychmiast zaparowały po wyciągnięciu na gorące i wilgotne powietrze . Cośtam się na szczęście udało złapać . Oprócz mnie na dachu wkrótce pojawia się dwóch Anglików z aparatami, czasem też zachodzi jedna rodzina, tutaj głównie dzieciaki oglądają z tatą lądujące samoloty. Hotel jest na lewo od osi podejścia na 19R – idealnie na poranne zdjęcia, aczkolwiek wszystko na tle nieba. Z początku jest pochmurno, ale z czasem zaczyna się przejaśniać. Znowu nie trafiam na tajskiego 747, ale nie ubolewam tak nad tym tego dnia. Ruch jest nieprzerwany, co chwila też jest coś ciekawego, rzadko spotykanego w Europie, albo i w ogóle rzadkie np. laotański ATR, czy maszyny z Mjanmy. Perełką jest zdecydowanie irański A340 Mahan Air (w flightstats na tym locie planowany był A310). Od pewnego czasu za sprawą jednego znajomego, mam dodatkową sympatię dla 767, więc cieszą mnie niezmiernie japoński 762 cargo i Air Astana z wingletami. Rano ciekawostek jest tyle, że muszę coś poświęcić, by zjeść śniadanie. Powoli przyzwyczajając się do powrotu bierzemy jajecznicę i jaja sadzone z tostami (była też ryżanka, ale już dwie szansy jej daliśmy w innych miejscach i trzeciej nie zamierzamy ). Zamówiliśmy wcześniej hotelowego busika na 10, więc po 747 NCA kończę spotting i schodzimy na dół. Jedziemy na terminal, gdzie zostawiamy bagaże w przechowalni (100-150 THB za dobę zależnie od rozmiaru, nasze plecaki wyszły za 100 i 120). Z podręcznym bagażem jedziemy dopełnić ten rejestrowany – czyli na zakupy . Pierwszy cel to targowisko Chatuchak, największe weekendowy targ w Bangkoku. Jedziemy lotniskową kolejką i metrem. W metrze też są żetony, ale inne niż w pociągu z lotniska. Niestety system komunikacji zbiorowej w BKK jest zupełnie niezintegrowany ze sobą, na wszystko trzeba oddzielnie kupować bilety (BTS, metro, autobusy, tramwaje wodne, Airport Link). Wysiadamy z metra na stacji Chatuchak Park (można też na kolejnej – targ się rozciąga pomiędzy nimi, obok jest też stacja BTS Mo Chit) i zagłębiamy się w wąskie alejki. Różnorodność asortymentu jest niewyobrażalna, od typowych pamiątek, ubrań, jedzenia przez sklepy spożywcze, mydła, artykuły AGD, zabawki do dzieł sztuki i narzędzi elektromechanicznych. Całość jest zadaszona, z dwoma odkrytymi uliczkami biegnącymi środkiem – tam znajdziemy różne garkuchnie, stoiska z przekąskami, lodami itp. Jak przytomnie zauważył Canon jeśli coś ci się podoba i cena jest ok – kupuj, bo nie wrócisz. Gąszcz alejek jest w zasadzie numerowany, ale nie jest to intuicyjne, szansa na powrót do danego stoiska jest bardzo mała. Widziałem reklamy jakiejś marketowej aplikacji, ale nie korzystaliśmy, przemieszczaliśmy się na azymut. Mieliśmy skromną listę rzeczy do kupienia i niewielki zapas bahtów, więc bardziej sobie oglądaliśmy i zwiedzaliśmy. W międzyczasie zjedliśmy obiad. Jeśli chodzi o zakupy to ceny zdecydowanie były najlepsze ze wszystkich targowisk i bazarów jakie odwiedziliśmy, wybór też przeogromny. Jeśli chcecie kupić różne mniej i bardziej praktyczne pamiątki, to jest zdecydowanie idealne miejsce. Pamiętać trzeba tylko, że działa w weekendy. Na targu jem też całkiem smacznego pad thaia za jakieś 50 THB.











    Wychodzimy wreszcie z Chatuchaka i udajemy się na poszukiwania tuk tuka, by się choć raz przejechać. Każdy kojarzy trójkołowe otwarte woziki z których Tajlandia i zwłaszcza Bangkok słyną. Jednocześnie wszędzie odradzane turystom, gdyż królują tam naciągacze. Standardowo powinny być trochę tańsze od taksówek, w praktyce kierowcy śpiewają sobie ceny kilkukrotnie wyższe. Czasem można stargować do rozsądnego poziomu, ale przy atrakcjach turystycznych nikłe na to szanse – bo zaraz przyjdzie inny jeleń z Zachodu i zapłaci te 500 THB za 15 minutową przejażdżkę. Bardzo popularne jest też obwożenie turystów po sklepach z garniturami i fałszywą biżuterią. Wielu nieuczciwych kierowców wciska ściemy, że dana atrakcja (do której się chce jechać) jest zamknięta bo jest państwowe/buddyjskie święto (w 99% bzdura), ale on zawiezie do innej super świątyni i… Kup pan garnitur, albo szkiełka. W przewodnikach podają by nie brać tuk tuków przy samych atrakcjach turystycznych (ani z okolic Khao San), tam jest najwięcej nieuczciwych kierowców polujących na naiwnych farangów. Lepiej jest przejść kawałek (przecznicę, dwie) dalej i najlepiej łapać jadącego, a nie czekającego przy krawężniku. Tak robimy. Po drodze jeszcze przechodzimy przez malutki targ staroci, trafił się akcent lotniczy:



    Pierwszy kierowca jak słyszy, że nie chcemy jechać na market obok macha ręką i jedzie sobie. Oddalamy się więc od Chatuchaka i wypatrujemy tuk tuków na ulicach. W końcu jednego łapiemy, nazwa Lumphini Park nic mu o dziwo nie mówi, ale pokazuję na mapie. Negocjacje zaczynają się od 600 THB (wg Gosi powiedział 60, na pewno pokazał 6 palców ), od razu schodzi do 500 i godzi się na 100. Zadowoleni wsiadamy i ruszamy. Ruch jak to w BKK – tłoczno, korki przed skrzyżowaniami w tuk tuku głośno (i tak dobrze, że nie ma przelotowego tłumika jak wiele innych) i śmierdzi spalinami. No ale głupio tak nie przejechać się ani razu. Robimy sobie fotki, nagrywamy filmiki, kierowca nas czujnie obserwuje w lusterkach. Po chwili skręca gdzieś w bok… Po chwili lekkiego niepokoju zajeżdża pod hotel Lumphini Place. Wyjaśniamy mu, że my chcemy do parku, który jest spory kawałek dalej. Wreszcie załapuje i stwierdza, że to za daleko i żebyśmy sobie taksówkę wzięli. Ale za swoją przejażdżkę nie chce od nas kasy. My już mamy jazdę tuk tukiem odhaczoną, więc idziemy do BTS .



    Po krótkiej przejażdżce klimatyzowanym pociągiem wysiadamy nieopodal parku Lumphini. Jest to duży publiczny park ze sztucznym jeziorem w środku Bangkoku, blisko dzielnicy biznesowej i tego, co można nazwać centrum. Jak w innych parkach jest sporo biegaczy (ale nie tylko oni, choć to może kwestia godziny w środku dnia). Jest nawet wydzielony pas rowerowy z… ograniczeniem prędkości do 20km/h w ciągu dnia! Można wynająć rower wodny, pełno jest ławek, są stoliki do gry w szachy i młynek (chyba) itp. Park jest też popularny ze względu na dużą ilość waranów paskowanych, które go zamieszkują. Są to całkiem spore jaszczurki (dorastają do 2,5m i 30kg). Przyznam, że trochę nieswojo człowiek się czuł siedząc na ławeczce, jak w krzakach obok buszują sobie takie jaszczury. Warany same z siebie nie atakują ludzi, ale w obronie mogą ugryźć. Ich ugryzienia są wyjątkowo nieprzyjemne ze względu na ostre i dość długie zęby w połączeniu z toksynami, które mają w ślinie. Oglądamy więc z bezpiecznego dystansu pilnując, by przypadkiem któryś nie podszedł na tyle blisko, by się przestraszył. Potrafią całkiem szybko biegać (choć nie wyglądają), do tego pływają i mogą wspinać się na drzewa uciekając przed drapieżnikami (i skaczą z nich do wody!).





    Po krótkim odpoczynku w parku (jest jednak gorąco) wychodzimy z drugiej strony i idziemy w kierunku ostatniego punktu zakupowego. W planach były dwa po drodze, ale pierwszy sklep okazał się zamknięty. Drugi jest otwarty i bogactwo oferty aż przyprawia o zawrót głowy. Zaś patrząc na metki człowiek czuje się jakby była Gwiazdka . Chodzi o sklep Super Export Shop z wszelkimi możliwymi akcesoriami do muay thai. Wszystkie topowe marki, mnóstwo modeli spodenek, rękawic i innych w najróżniejszych w ofercie, a ceny dwukrotnie niższe niż w Polsce. Jeśli chcecie zrobić takie zakupy – ten sklep będzie do tego zdecydowanie najlepszy w Bangkoku i pewnie w całej Tajlandii (doliczają 3% za płatność kartą).



    Po drodze do sklepu mijamy targ Khlong Toei (w sumie to przechodzimy jego skrajem). Zdecydowanie oferta skierowana do lokalsów, widzieliśmy praktycznie tylko artykuły spożywcze. Na początku wygląda atrakcyjnie i ładnie, ale dość szybko zmienia oblicze. Warzywa i owoce zastępują różnego rodzaju zwierzęta – żaby obdarte ze skóry (obok worki pełne żywych), miotające się żywe ryby w wielkich tacach, klatki wypchane kurami, a nawet pieczone szczury! Planowaliśmy tutaj coś zjeść, ale jakoś apetyt nam na pewien czas przechodzi. Po zakupach w super eksportowym sklepie idziemy od razu do metra którym podjeżdżamy do stacji Makassan kolejki lotniskowej.







    Najpierw zachodzimy między stragany przy torach (pod linią lotniskową biegnie też jeden tor naziemny lokalnej kolejki). Tam jednak nie znajdujemy żadnej jadłodajni. W jednym przybytku pan nas kieruje dalej wzdłuż ulicy na północ. Idziemy do estakad autostrady stwierdzając, że jak tam nic nie będzie to wracamy i jemy na lotnisku. Trafiamy jednak na jakiś lokal, pusty, ale jest 15-16 i pani dopiero rozstawia wszystko i sprząta. Z tego co kojarzę, jak wyglądały uliczne knajpki, to lokalsi jedzą zdecydowanie później. Siadamy, zamawiamy ostatniego pad thaia, zmęczeni wskazujemy na „seafood” zamiast standardowego shrimpa czy zwykłego chickena. Dostajemy więc oprócz krewetek także kalmary. Jakoś nam te mniej podchodzą niż wczorajsze w Amphawie (albo nie jesteśmy tak głodni) i większość jednak odkładamy na bok jedząc ze smakiem resztę.







    Po tym idziemy już na pociąg na lotnisko. Tam odbieramy bagaże i je od razu nadajemy, przechodzimy przez kontrole bezpieczeństwa i paszportową i czekamy na odlot. Zaraz po przejściu do części airside wzrok przykuwa ogromna rzeźba przedstawiająca scenę "ubijania oceanu mleka" z hinduskiej mitologii.



    Na terminalu jest pełno punktów do ładowania, ale mają tutejsze gniazdka. W większości wypadków europejskie wtyczki pasują bez problemów, ale tutaj w każdym punkcie wtyczki wypadają i trzeba je trzymać. Z tajskimi wtyczkami jak zauważam jest ten sam problem – czyli gniazdka jakieś wyeksploatowane. Na lotnisku wydajemy jeszcze ostatnie bahty na kadzidełka, uzupełniamy wodę w punkcie z pitną wodą (przy toaletach są poidełka) i czekamy na odlot. Czeka na nas A333 TC-JNJ, szybki rzut oka na zdjęcia z hotelu potwierdza moje podejrzenie – sfotografowałem go rano . Zajmujemy miejsca, ponownie doceniając układ z dwoma miejscami pod oknem. Wkrótce po starcie zaczyna się serwis. Na kolację do wyboru kurczak z penne i łosoś z ziemniakami. Obydwa dania doskonale nijakie i przeciętne, podobnie sałatki . Czekoladowe ciastko za to jest bardzo dobre - desery mają cały czas pyszne.





    Gosia sobie śpi, ja noc spędzam głównie oglądając filmy. Czasem przerywam i patrzę za okno. Fascynuje mnie widok skrzydła oświetlonego światłem księżyca, morze gwiazd nad nami, rozświetlone miasta Indii poniżej i jednostajny szum silników, potężny i jednocześnie kojący. Wszystko to wprawia człowieka w specyficzny nastrój. Ciężko mi go trafnie opisać, jest to coś w rodzaju cichego zachwytu i zadumy. Gdzieś nad Iranem przysypiam też na dwie godzinki. Przed lądowaniem jest serwowane śniadanie, przyzwoity omlet z ziemniakami, sery i owoce.



    Lądujemy ok. 5:30, trochę przed rozkładowym czasem, co akurat nas mało cieszy, bo oznacza dłuższy czas oczekiwania na lot do Warszawy, który mamy dopiero po 13. W sumie czasu byśmy mieli dość, by pojechać obejść Sultanahmet, ale jesteśmy zbyt zmęczeni na zwiedzanie. Temperatura w Stambule oscyluje w okolicach zera, nasze ubrania zdecydowanie nie są odpowiednie, by wyjść na miasto . Obczajamy wszystkie krańce terminala, po czym udajemy się na koniec jednego z pirsów, by się zdrzemnąć. Po przebudzeniu ludzi jest zdecydowanie więcej niż było o szóstej rano, wręcz tłoczno i ciasno się robi. Chodzimy po terminalu czekając na informację, z której bramki będziemy lecieć. Na obiad już nie szukamy niczego ciekawego, ani lokalnego, tylko jemy w Burger Kingu. Gramy sobie w grę i jakoś tak czas mija do boardingu. Podobnie jak w poprzednią stronę lecimy A321, posiłek na pokładzie, też ten sam - mielone mięsko z ryżem i warzywami.



    Po krótkim locie lądujemy na 33 i znajome widoki Okęcia uświadamiają, że podróż dobiegła końca...
    Gryni, Tom_EPKK, shiver and 15 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •