Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 42
Like Tree314Likes

Wątek: LIVE: Tajlandia północ i południe w dwa tygodnie (za mało!)

  1. #1
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie LIVE: Tajlandia północ i południe w dwa tygodnie (za mało!)


    Polecamy

    Na początek może coś o sobie... Urodziłem się w lipcu, dokładnie to w połowie lipca, dokładnie to 15 (true story)...

    Odkąd parę lat temu zacząłem ćwiczyć tajski boks zacząłem się bardziej interesować Tajlandią i z czasem przesuwała się coraz wyżej na liście miejsc do odwiedzenia. Aż do momentu gdy w zeszłym roku padła decyzja - lecimy.

    Bilety kupione do BKK Turkishem. Pierwotnie był layover w IST na locie powrotnym, niestety w międzyczasie zmienili rozkład przez co mamy słabą przesiadkę 6 godzin - za mało by wyjść na miasto, dużo jak na siedzenie w terminalu, za to wylot wieczorem z BKK. Od razu było wiadomo, że punktem obowiązkowym będzie Phuket z plażą przy lotnisku i 747 na krajowym locie. Potem mnóstwo czytania (wikivoyage polecam), przeglądania i układania. Finalnie plan lotów wygląda tak:
    WAW-IST-BKK-CNX-HKT-BKK-IST-WAW



    Plan wyszedł miejscami napięty, a i tak jest niemało miejsc, które musimy sobie zostawić na kolejną wizytę (Khao Sok ).

    Na miejscu kupię lokalną kartę SIM z internetem, wi-fi też mają być powszechne, więc relację zamierzam prowadzić na żywo. Będzie to pierwszy raz, więc mile widziane uwagi, krytyka i pochwały .

    Tyle tytułem wstępu, jedziemy na Okęcie .
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  2. #2
    Awatar anthony

    Dołączył
    Apr 2007

    Domyślnie

    BKK-HKT-BKK na 747 to super sprawa, OIDP C bylo w cenie 500PLN RT

  3. #3

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez anthony Zobacz posta
    BKK-HKT-BKK na 747 to super sprawa, OIDP C bylo w cenie 500PLN RT
    Oraz na check-in można dostać miejsce w pierwszej klasie
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AT AA AB BA CX AY IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL

  4. #4

    Dołączył
    Oct 2011

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Pierwotnie był layover w IST na locie powrotnym, niestety w międzyczasie zmienili rozkład przez co mamy słabą przesiadkę 6 godzin - za mało by wyjść na miasto, dużo jak na siedzenie w terminalu, za to wylot wieczorem z BKK.
    IMHO spokojnie możecie wyjść na miasto, trzeba zainwestować w tylko w wizę. Z lotniska jest metro np do stacji Aksaray i potem tramwajem kilka przystanków i jesteście w około godzinkę z małym hakiem w Sultanahmet. Tam 2-2,5 godzinki spacerowania i zwiedzania i z powrotem. Tylko nie taksówką bo do późnej nocy są korki.

  5. #5
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez hiszpan2007 Zobacz posta
    IMHO spokojnie możecie wyjść na miasto, trzeba zainwestować w tylko w wizę. Z lotniska jest metro np do stacji Aksaray i potem tramwajem kilka przystanków i jesteście w około godzinkę z małym hakiem w Sultanahmet. Tam 2-2,5 godzinki spacerowania i zwiedzania i z powrotem. Tylko nie taksówką bo do późnej nocy są korki.
    Wiem, ale wydawanie dwudziestu paru dolarów na wizę by pozwiedzać 2 godziny po 10-godzinnym nocnym locie, to kiepski deal, w Stambule byłem dwa razy i kiedyś przyjedziemy na dłużej .

    Tymczasem ciąg dalszy:

    Dzień 1

    Podróż zaczynamy z Okęcia, przez sieć nie dało się odprawić do BKK. Podchodzimy więc do check-inu, gdzie bez problemu odprawiamy siebie i bagaż do celu i dostajemy karty pokładowe na obydwa loty. Obok odprawiają się piłkarze Jagiellonii Białystok. Przy rękawie okazuje się, że tym samym rejsem leci też drużyna Lechii Gdańsk . Normalnie nie zawracam ludziom głowy dla zdjęć czy autografów, ale są wyjątki od tej reguły:



    Czekając na boarding pykamy sobie raz w Splendor. W tle z obciętymi głowami stoją Sebastian Mila i Sławomir Peszko.



    Lecimy A321 TC-JRG - w fajnym, specjalnym malowaniu. Samolot pełen, niestety bez PTV (w 738 mieli), dwa rzędy przed nami siedzi Dusan Kuciak. Start z 15, szybko po starcie przelatujemy przez chmury i lecimy na południe. Po godzinie z kawałkiem zaczyna się serwis (jego aromaty docierają do nas wcześniej przypominając, że jesteśmy już dość głodni). Bardzo fajnie, że Turkish daje pełen serwis na lotach europejskich, do tego metalowe sztućce w klasie ekonomicznej.



    Kurczak z ryżem, nic co bym pamiętał, ale i nic co bym chciał zapomnieć . Do tego sałatka, pyszny mus kawowy i ciepła bułeczka z masłem. W zestawie też pojemniczek z wodą, przyprawy i wilgotna chusteczka. Ogólnie bardzo spoko i zdecydowanie wyróżnia się na plus w porównaniu do konkurencji.

    Wkrótce zaczynamy zniżanie do IST, lądujemy, zjeżdżając z pasa widać światła następnych 5 maszyn w kolejce. Deboarding do autobusu, ale jest zdecydowanie cieplej niż w WAW - nie ma problemu, że nie mamy kurtek. Po drodze do terminala mijamy A330, wskazuję Gosi, że "o takim będziemy lecieć", odpowiada, że może właśnie tym... I miała rację . Mamy godzinę z kawałkiem na przesiadkę, zaraz po przejściu do gate zaczyna się boarding. Lecimy TC-JNM, A330 to zdecydowanie najmilszy samolot do podróży w dwie osoby ze względu na układ 2-4-2, samolot wygląda na pełen, przynajmniej w J. Wkrótce po starcie zaczyna się serwis, do wyboru wołowina i makaron z grzybami, obydwa dania całkiem smaczne. Ponownie woda w pojemniczku, czemu tak podają???





    W łazience jest kwiat i co mi niezmiernie się podoba krem do rąk



    Bardzo fajny jest też amenity kit, oprócz szczoteczki, pasty, opaski na oczy i zatyczek do uszu są też skarpetki i kapcie .

    Patrzymy co ciekawego jest w IFE, Gosia po obejrzeniu serialu szybko układa się do snu, ja jeszcze oglądam kolejny film i też próbuję zasnąć.
    Rafal, Majus, dymiks and 19 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  6. #6
    Photo Screener
    Awatar Canon

    Dołączył
    May 2007
    Mieszka w
    WAW

    Domyślnie

    Mnie też dziwi zawsze ten łyk wody w opakowaniu

  7. #7

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Canon Zobacz posta
    Mnie też dziwi zawsze ten łyk wody w opakowaniu
    Usprawnia serwis i obniza koszty - nalanie kubka wody zajmuje za duzo czasu, a cala butelka za duzo kosztuje
    maciass, frik and Witold212 like this.
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AT AA AB BA CX AY IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL

  8. #8
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    To wyjaśnienie mnie przekonuje .

    Dzień 2

    Niestety nie udało nam się zbytnio pospać w ciągu lotu, rano śniadanie w miarę zjadliwe, potem zaczynajmy już odliczać czas do lądowania w BKK.



    Po lądowaniu kołując widać przez okno ciekawostkę, na którą polował tutaj megaloman - A340 Mahan Air. Odstajemy swoje w kolejce do kontroli paszportowej, zbieramy bagaże, wymieniamy dolary na baty (bardziej się opłaca kupić w Polsce dolary i wymienić w Tajlandii na baty niż kupować baty w Polsce!) i kupujemy lokalną kartę SIM z nielimitowanym internetem przez 15 dni za 499 THB. To jak dziewczyny tam śmigały po różnojęzycznych telefonach ustawiając każdemu klientowi konto budzi prawdziwy podziw. Potem czekamy na autobus S1 jadący bezpośrednio w okolice Khao San road za 60 THB (1 THB to 11-12 groszy), autobus podjeżdża, wsiadamy i dalej czekamy . Wreszcie pani kierowca rusza i wiezie nas szaleńczo, trąbiąc na zbyt wolne taksówki, pasy traktując bardzo umownie. My w tym czasie chłoniemy nowe widoki. Swoją drogą autostrada ma najczęściej 7 pasów, ruchu jest pełno na wszystkich, a w drugą stronę stoi...

    Dojechaliśmy do hotelu i padliśmy na dwie godzinki spać, popołudniu ruszamy na pierwsze zwiedzanie. Zaraz obok hotelu jest przystań tramwajów wodnych, które są świetnym (i tanim) sposobem transportu. Większość głównych atrakcji turystycznych jest przy rzece, można się napatrzeć na miasto z bardzo fajnej perspektywy. Tylko warto ogarnąć który tramwaj wodny gdzie się zatrzymuje (są trzy główne linie, żółta, niebieska i pomarańczowa) i zamiast turystyczną niebieską linią za 50 THB płynąć pozostałymi za 15 . Obok przystani jest niewielki park z jakąś lekko podniszczoną budowlą, do której wstęp jest odgrodzony. Na ławeczkach głównie turyści odpoczywający pewnie od zgiełku pobliskiej Khao San.





    Wysiadamy na przystani Rachjawongse i idziemy w kierunku ulicy Yaowarat - tutejszego Chinatown, skręcając w różne boczne uliczki.





    Aż docieramy do samego Chinatown:


    Snujemy się to tu, to tam, oswajając z tutejszym ruchem. W większości miejsc są światła (choć nie wszyscy je respektują, dlatego nawet wychodząc na zielonym warto patrzeć czy jakiś skuter czy tuk tuk Was nie chce rozjechać), tam gdzie nie ma najlepiej przechodzić na raty - pas po pasie ile w danej chwili można, jak w tej przedpotopowej grze . My na razie robimy to tylko za lokalsami, sami nie próbujemy. Zdecydowanie nie chciałbym jeździć po tym mieście, ruch jest potężny, setki skuterów i tuk tuków wciskają się w każdą wolną przestrzeń. Często też jesteśmy pod wrażeniem tego ile na nich są w stanie przewieźć ludzi i rzeczy:



    Rekord chyba jednak należy do pana, który skuterem wiózł dwa wielkie, zwinięte dywany wystające na boki po dobry metr z każdej strony.

    Wkrótce żołądki nam przypominają, że jedliśmy tylko śniadanie, a już jest późne popołudnie. Znajdujemy po chwili małą garkuchnię przy kanale, gdzie po krótkich tłumaczeniach zamawiany proponowanego kurczaka ze smażonym ryżem za całe 50 THB. Piwo kosztuje więcej niż jedzenie bo 65 THB. Okolica jest uroczo obskurna.



    Jedzonko w przygotowaniu:



    I już po konsumpcji, niestety byliśmy zbyt głodni by zrobić zdjęcie wcześniej .



    Oraz z obsługą:



    Ruszamy na północ, bo następna atrakcja ma konkretną godzinę rozpoczęcia, po drodze jeszcze przechodzimy przez park Rommaninat, który jest chyba jakimś lokalnym centrum fitness. WSZYSCY Tajowie tutaj biegają, rozciągają sie, ćwiczą grupowy aerobik, albo na otwartej siłowni. Jesteśmy jedynymi osobami, które po prostu idą, do tego w przeciwnym kierunku niż biegacze. Po drodze mijamy świątynię Wat Suthat.



    Wreszcie docieramy do celu, czyli stadionu Rajadamnern:



    Jest to jeden z dwóch najbardziej znanych stadionów muay thai w Bangkoku (i Tajlandii). Drugim znanym stadionem jest większy Lumpinee, który jest jednak godzinę drogi z centrum i w te dni kiedy jesteśmy w Bangkoku nie odbywają się tam walki. Obsługa sprawnie nas kieruje do okienka odbioru e-biletów i potem do wejścia. Nie można wnosić własnych napojów, ochroniarz sugeruje byśmy sobie wypili ile jeszcze mamy. Wreszcie wchodzimy, akurat na koniec pierwszej walki (każdego wieczoru jest ich 7-9), która zresztą kończy się przed czasem. Mamy miejsca drugiej klasy za 1500 THB, wg mnie najlepsza opcja, na droższych miejscach przy ringu za 2000 THB siedzą sami turyści i widać mniej niż od nas, to że siedzimy na betonowych stopniach dodatkowo robi klimat. Wyżej za siatką są miejsca trzeciej klasy za 1000 THB, sami lokalsi, często stoją, do tego lampy nad ringiem mogą go momentami przesłaniać.



    Przed każdą walką zawodnicy odprawiają Wai Kru. Jest to rytualny taniec w którym zawodnik dziękuję trenerowi, bliskim i prosi duchy ringu o pomyślność. Walki trwają 5 rund po 3 minuty z dwuminutowymi przerwami, w pierwszej rundzie mało co się dzieje, zawodnicy się rozpoznają, od drugiej, trzeciej rozkręca się dodatkowy show obok i za nami. Tajowie wstają i zaczynają się zakładać. Jest to jedno z nielicznych miejsc, gdzie hazard jest legalny i hazardują się do upadłego. Każdy wystawia w powietrze ręce z różną ilością palców co określa na kogo i ile chce się postawić (tak się domyślamy po obserwacjach), jak się złapie wzrokiem kogoś kto przyjmuje nasz zakład można się tylko upewnić, że się dobrze zrozumiało i tyle. Zauważyliśmy, że przegrany zazwyczaj sam znajduje zwycięzcę i oddaje mu kasę. Cały system oparty na zaufaniu i uczciwości - działa bez zarzutu! A jak już się założyło to można dopingować swojego faworyta, wrzawa jest niesamowita. Wszystko to się odbywa przy akompaniamencie muzyki na żywo, na czele z charakterystyczną piszczałką.

    https://www.instagram.com/p/Bd-CrbwH_Hc/

    Wychodzimy wieczorem i kierujemy się do hotelu, po drodze przechodząc przez Khao San żeby coś zjeść. Na ulicy tłumy turystów, z knajp dudni muzyka, pełno straganów i naganiaczy z najróżniejszymi towarami i usługami. Bierzemy pierwsze z brzegu jedzenie i idziemy dalej. Khao San robi ciekawe wrażenie, ale to nie nasz klimat. O wiele bardziej pasuje nam pobliska Soi Ram Buttri. Także turystyczna, pełna knajpek z samymi farangami (farang - po tajsku cudzoziemiec), masaży itp. Jednak z wyciszoną, spokojną muzyką i ogólnie atmosferą chilloutu:



    W końcu docieramy do hotelu i natychmiast idziemy spać, bo jutro czeka nas zwiedzanie od rana.
    Ostatnio edytowane przez frik ; 16-01-2018 o 03:27
    ponuryy, Optymista, Canon and 19 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  9. #9

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Khao San robi ciekawe wrażenie, ale to nie nasz klimat. O wiele bardziej pasuje nam pobliska Soi Ram Buttri. Także turystyczna, pełna knajpek z samymi farangami
    Na Soi Rambuttri mam swój ulubiony hotel.Ulica jest naprawdę ok. Pierwszy raz byłem tam w 2010 r. a ostatnio w 2014 r. i miałem wrażenie że klimat idzie w stronę Khao San.
    12wit and frik like this.


  10. #10

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Po lądowaniu kołując widać przez okno ciekawostkę, na którą polował tutaj megaloman - A340 Mahan Air.
    Zrobiłeś zdjęcie?

    Uwielbiam Bangkok i Tajlandię! Czekam na ciąg dalszy
    frik likes this.
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AT AA AB BA CX AY IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL

  11. #11
    Awatar Mateusz Janiec

    Dołączył
    Aug 2007
    Mieszka w
    Rzeszów

    Domyślnie

    Friku, świetna relacja - czytam z ogromnym zaciekawieniem!

    Natomiast musisz zrobić trochę masy w tej Azji, bo chudzinka z Ciebie ;-P
    Cani and frik like this.
    Audi RS7 '16 4.0 TFSI 720KM/800NM.
    Aer Lingus - Simply unbeatable!
    Aer Lingus - This is not just an airline, this is Aer Lingus!
    Aer Lingus - Reaching for new heights!

  12. #12
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Gryni Zobacz posta
    ostatnio w 2014 r. i miałem wrażenie że klimat idzie w stronę Khao San.
    Aż tak to nie, ale zdecydowanie turystyczne miejsce.

    Cytat Zamieszczone przez megaloman Zobacz posta
    Zrobiłeś zdjęcie?

    Uwielbiam Bangkok i Tajlandię! Czekam na ciąg dalszy
    Niestety aparat miałem w schowku... Chwilę też mi zajęło zrozumienie dlaczego irański A340 kojarzy mi się z Bangkokiem .
    Cytat Zamieszczone przez Mateusz Janiec Zobacz posta
    Friku, świetna relacja - czytam z ogromnym zaciekawieniem!

    Natomiast musisz zrobić trochę masy w tej Azji, bo chudzinka z Ciebie ;-P
    Dzięki, ale masy raczej nie przybieram, a na pewno nie tutaj . Mój ideał sylwetki to Buakaw bardziej niż Pudzian .

    Dzień 3

    Dzisiaj budzimy się rano i tylko odrobinę zwlekając idziemy znaleźć knajpę na śniadanie. Wybieramy jedna na Soi Rambuttri z menu w formie obrazków, jest smacznie i tanio.



    Po śniadaniu idziemy na przystań i płyniemy w kierunku Wielkiego Pałacu. Do całego kompleksu świątyni Szmaragdowego Buddy Wat Phra Kaew i Wielkiego Pałacu obowiązuje jeden bilet za 500 THB. Należy być porządnie ubranym (zakryte ramiona i nogi, wypożyczają za drobną opłatą okrycia). Całość kazał wybudować król Rama I po przeniesieniu stolicy z Thonburi na drugim brzegu rzeki w XVIII wieku. Zwiedzanie się zaczyna od Wat Phra Kaew, pomimo gigantycznych tłumów budynki robią ogromne wrażenie. Oprócz samej świątyni ze Szmaragdowym Buddą jest tutaj m.in. złota stupa (po tajsku chedi) Phra Si Ratana, królewski panteon, osiem prangów (wież) i inne, a dookoła kompleksu jest wymalowana cała Ramayana w 178 scenach. Szmaragdowy Budda tak naprawdę jest z jadeitu, nefrytu lub jaspisu, ale z jednego kamienia (a ma 66 cm wysokości!). Rzeźba przedstawia Buddę w pozycji jogi. Wg legend odkryto ją w XV wieku w Chiang Rai gdy piorun uderzył w chedi ujawniając wewnątrz niej stiukowy posag. Po umieszczeniu posągu w rezydencji opata zauważono, że się łuszczy, usunięto więc stiuk, odkrywając wewnątrz posąg z ciemnozielonego kamienia. W kolejnych latach zmieniał miejsce m.in. na Chiang Mai, Luang Prabang i Vientiane, z którego wreszcie zabrał go tajski generał Chao Phraya Chakri po zdobyciu Vientiane. Nawiasem mówiąc ów generał to późniejszy król Rama I . W środku nie wolno robić zdjęć i jak w każdej buddyjskiej świątyni nie należy kierować stóp w kierunku Buddy. Stopy jako najniższa część ciała stykająca się z ziemią jest uważana za najbrudniejszą. Głowa jako najwyższa jest uważana za najczystszą i najważniejszą. Dlatego np. front kick na twarz na treningu muay thai to bardzo kiepski pomysł, dla Tajów to tak jak splunąć im w twarz. Z tego samego powodu nie należy przydeptywać monet ani banknotów. Jest na nich wizerunek króla, stawianie stopy na wizerunku króla to jego obraza, a za to można trafić do więzienia. Poważnie się to zdarza, nawet wobec turystów wyciągane potrafią być ostre konsekwencje. A teraz zdjęcia:

    Ze środka nie wolno, ale przed wejściem na tak:












    Niesamowite wrażenie robią wszystkie detale:







    Następnie przechodzimy do kompleksu pałacowego. Niestety do żadnego z budynków nie ma wstępu (przynajmniej dzisiaj wg wiki w dni powszednie można zwiedzać), więc szybciej przechodzimy całość. Po całym kompleksie rozstawieni są żołnierze w galowych mundurach:



    Chakri Maha Prasat to główna sala audiencyjna wybudowana za rządów króla Ramy V. Budynek jest ciekawym kompromisem, król chciał by całość była w stylu europejskim, jego rodzina pragnęła tradycyjnej tajskiej architektury. W efekcie budynek ma neoklasyczny styl zwieńczony typowo tajskim dachem:



    Następna jest już typowo tajska sala tronowa Dusit Maha Prasat. Była to pierwsza sala w pałacu, wybudowana za króla Ramy I. Dookoła jest troszkę roślin ozdobnych, ładnie wyglądają, ale nie dają cienia. A słońce już zdrowo praży, już od jakiegoś czasu przemykamy od cienia do cienia. Do tego przy wejściu do pałacu przypomnieliśmy sobie, że nie posmarowaliśmy się żadnym filtrem przed wyjściem... Na szczęście nie zjarało nas za bardzo (piszę to kolejnego dnia rano ).





    Po tym już wychodzimy z Pałacu, idziemy dookoła murów w kierunku świątyni Wat Pho. Po drodze oprócz rządowych budynków mijamy lokalną florę:



    I faunę:



    Świątynia Wat Pho jest najbardziej znana z posągu leżącego Buddy, jednak oprócz niego to jest niemały i piękny kompleks świątyń. Duży błąd robią turyści wchodzący północnym wejściem, oglądający jedynie Buddę i opuszczający po tym świątynię. Wchodzimy południowym wejściem (głównym), bilet kosztuje 100 THB. W środku są w sumie trzy dziedzińce, na zewnętrznym są mniejsze stupy, różne budynki użytkowe, cztery większe budynki z posągami Buddy, oraz szkoła masażu, z której świątynia słynie. Z chęcią z jej usług korzystamy, masaże stóp i ciała jest droższy niż przy Khao San, ale wciąż śmiesznie tani - 260-280 THB za 30 minut.











    Przy każdej bramie stoi dwóch strażników w formie mniejszych i większych chińskich posągów. Ponoć przywiezione z Chin przez syjamskie statki handlarzy ryżem jako balast.



    Dookoła jest też sporo posągów przedstawiających ludzi w różnych pozach jogi, czy po prostu rozciągania:



    Na środkowym dziedzińcu jest pełno posągów Buddy:



    A w wewnętrznym główna świątynia, w środku niespodzianka... Budda



    Następnie przechodzimy do drugiej części kompleksu, najpierw tam gdzie stoją cztery misternie zdobione chedi upamiętniające królów Rama I, II, III i IV:







    Docieramy do ostatniej części świątyni - leżącego Buddy, znowu robi się tłoczno. Posąg jest ogromny i naprawdę piękny. Zasłaniają go trochę kolumny podtrzymujące dach, ale są trzy miejsca gdzie można podejść bliżej.







    Za jego plecami można za ofiarą 20 THB wziąć miseczkę pełną drobnych monet, które wrzucamy do stojących rzędem miedzianych dzbanów by zapewnić sobie pomyślność. Jest drzewko pieniężne jako inna forma ofiary. Na stoliku leży zszywacz, należy po prostu przypiąć kolejny banknot.



    Na tym kończymy zwiedzanie Wat Pho. Idziemy na pobliską przystań skąd promem za 4 THB płyniemy na drugi brzeg rzeki do Wat Arun. Świątynia Wschodzącego Słońca i jej wielki prang (wieża, ale nie chedi ) ozdobiony porcelaną jest jednym z najbardziej charakterystycznych punktów w Bangkoku. Jest to dawna świątynia królewska (przed przeniesieniem stolicy na drugi brzeg), przez krótki czas był tam Szmaragdowy Budda. Niedawno zakończono trzyletnią renowację pranga (prangu?). Niestety tego dnia jednak nie ma wstępu na sam prang. Nie ma żadnej informacji dlaczego, normalnie wstęp kosztuje 50 THB, w necie są opinie turystów sprzed raptem dwóch dni... Zwiedzamy przynajmniej okoliczny ogród i same świątynie, kręci się tu wyraźnie więcej mnichów.













    Tutaj jak i w całym mieście jest sporo kotów, które niewiele sobie robią z obecności ludzi:





    Z racji remontu przystani na drugim brzegu tramwaje wodne zatrzymują się tutaj, co nam bardzo odpowiada. Po raz kolejny wsiadamy na łódź u płyniemy z powrotem na Phra Athit. Jemy obiad w alejce między Soi Rambuttri a ulicą Phra Athit (strasznie drogi - 140 THB za pad thaia ) popijając piwkiem.



    Tak jak jedzenie jest kosmicznie tanie w Tajlandii, tak alkohol jest drogi, za duże piwo (0,62) płacimy 130 THB w knajpie i 60 THB w sklepie. Wracamy do hotelu na krótką drzemkę i ponownie udajemy się na przystań. Tym razem płyniemy na targ kwiatowy. Działa on całodobowo, sprzedaż jest głównie hurtowa, największy ruch jest koło 3-4 rano gdy zwożą świeże kwiaty i handlarze się zaopatrują. Turystycznie można się wybrać o dowolnej porze. Targ ma bardzo fajny, autentyczny klimat, oprócz różnokolorowych (głównie jednak pomarańczowych) kwiatów warto obserwować samych handlarzy, dostawców, panie robiące wieńce itd.









    Po targu niespiesznie kierujemy się w stronę hotelu. Po drodze mijamy plac z pomnikiem króla (któryś Rama ) i fontanną, na którym ćwiczą układ trochę taneczny, trochę aerobik.



    Dalej bierzemy w knajpce... Coś z owocami i kruszonym lodem, co dokładnie nie wiemy, może ktoś lepiej rozpozna, wzięliśmy numery 5 i 14 .



    Wracamy mijając Pałac



    Przechodzimy obok chedi z kolumną miasta.



    Oraz Salam Luang, plac miejski na którego połowie stoi stos pogrzebowy zmarłego króla Bhumibola. Przez rok od śmierci króla był budowany, aż do kremacji i uroczystego pogrzebu w październiku ubiegłego roku. Co dalej z tym zrobią nie wiem, całość jest odgrodzona.



    Na koniec jeszcze kupuję mango sticky rice (dobre, ale bez przesady ), spodnie i z trudem się powstrzymuję przed kupnem gustownej marynarki.



    To tyle na Bangkok na razie. Piszą i mówią, że to miasto się kocha lub nienawidzi. My dopiero je musnęliśmy, ale zdecydowanie bliżej nam do pierwszej grupy . Jutro z rana lecimy do Chiang Mai.
    Ostatnio edytowane przez frik ; 17-01-2018 o 09:07
    Canon, Rafal, PeK and 20 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  13. #13

    Dołączył
    May 2014
    Mieszka w
    BRS/LHR

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez frik Zobacz posta
    Wiem, ale wydawanie dwudziestu paru dolarów na wizę by pozwiedzać 2 godziny po 10-godzinnym nocnym locie, to kiepski deal, w Stambule byłem dwa razy i kiedyś przyjedziemy na dłużej .
    Na Ataturku jest muzeum lotnictwa, gdzie mają PZL P.24. Akurat na 2-3 godziny zwiedzania, chyba, że będziecie w IST po zamknięciu muzeum lub przed otwarciem.
    A306, A313, A318, A319, A320, A321, A330 (23), A343, A359, A388, AT72, B712, B737 (23478), B757 (23), B763, B77W, B787 (89), CRJ7, CRJ9, DHC3, DHC8, ER4, E70, E90, E95, F50, F70, PZL104, RJ85

  14. #14
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez Dezorientator kotow Zobacz posta
    Na Ataturku jest muzeum lotnictwa, gdzie mają PZL P.24.
    Nawet mi nic o niej nie pisz, za pierwszym razem w Stambule nie wiedziałem, za drugim byłem w poniedziałek gdy muzeum jest zamknięte... Jest ono niby przy lotnisku, ale po drugiej stronie od terminala, ze słabym dojazdem zbiorkomem.

    Dzień 4

    Dzisiejszy dzień zaczyna się wyjątkowo wcześnie. Budzimy się jeszcze przed świtem, zamawiam Ubera na BKK i jedziemy. Generalnie w Bangkoku jest wielu taksówkarzy, którzy zamiast jechać wg licznika wolą rzucić dużo wyższą kwotę turyście, który w wielu wypadkach się zgodzi (dla wielu to wciąż jest tanio, lub porównywalnie do ich krajów). Najgorzej jest w najbardziej turystycznych okolicach, gdzie taki kierowca, wie że może olać klienta który domaga się uczciwego traktowania, bo niedługo złapie innego jelenia. Stąd wybór Ubera (jest też lokalna aplikacja o identycznej funkcji Grab). Po niespełna 50 minutach wysiadamy przed terminalem i kierujemy się do stanowisk odprawy Thaia. Z pewnym zdziwieniem zauważam obok stanowisk na loty krajowe wydzielone stanowisko odprawy dla stand-by i kolejne dla non-revów opisane "staff tickets". Nie latałem nigdy non-rev, ani na stand-by, ale to chyba nie jest standardem? Po błyskawicznej kontroli (nikt nic nie kazał wyciągać z plecaków) idziemy do gate. Po dotarciu lekkie zdziwienie - gate jest autobusowy, a samolot na tym rejsie do CNX to 777! Boarding jest koniec końców mieszany, autobusy wiozą pasażerów pod rękawy przy których stoi samolot (HS-TJC), schodami z płyty na górę i rękawem do maszyny (oddzielnie Y, oddzielnie C). Po drodze taki widoczek:



    Siedzimy w rzędzie 49, czyli... Zaraz za skrzydłem . Miejsca w środku, więc nici z widoków. Są PTV, ale wyświetlają tylko mapę, albo obraz z kamery, na którym ledwo cokolwiek widać. Rejs trwa ledwo ponad godzinę, ale jest serwis. Zapiekana bułka z "thai chicken curry", w składzie też ziemniaki . Całkiem smaczna, do tego woda i napoje. Warto zwrócić uwagę, że na godzinnym, krajowym rejsie leci 777. 45 minut później jest kolejny rejs na 777, w ciągu dnia puszczają jeszcze parę rejsów m.in. na 330! A to tylko mowa o Thai, z Bangkoku (DMK i BKK) lata jeszcze Air Asia, Bangkok Airways, Nok Air i inni!

    Powylądowaniu od razu widać różnicę - są góry .



    Terminal jest niewielki, a obsługuje niemały ruch, ponad 9mln pasażerów w 2016, z czego blisko 80% w ruchu krajowym! Do starego miasta jest blisko, ale jesteśmy zmęczeni i bierzemy taksówkę. Z lotniska jest sztywna opłata 150 THB, sporo, ale wygodnie. Stare miasto to kwadratowy obszar ograniczony fosą (bok ma ok. 1,6km). Mury zachowały się tylko w kilku miejscach. W tej części miasta i bezpośredniej okolicy jest większość atrakcji i infrastruktury turystycznej. Nasz pokój jeszcze nie jest gotowy, zostawiamy plecaki i idziemy na miasto. Po drodze do jednej świątyni mijamy inną świątynię.



    Zwiedzanie zaczynamy od Wat Phra Singh, jest to jedna z najstarszych i najważniejszych świątyń w Chiang Mai.



    Wszechobecnym motywem w Chiang Mai są rzeźby węża Naga w wejściach do świątyń.


    Zupełnie inne wrażenie robią też wykonane głównie z drewna viharny i boty i ich bogato zdobione wnętrza. Przy okazji krótki przewodnik z nomenklatury. Wat to nazwa calego kompleksu danej świątyni. Bot (albo ubosot) to główny budynek modlitewny, w kształcie prostokąta z wyjściem w kierunku wschodu, tam się odbywa większość obrządków. Dookoła botu jest osiem kamieni sema (9 jest zakopany w miejscu gdzie jest posąg Buddy). Viharn jest podobny do botu, są w nim wizerunki Buddy, ale nie ma owych kamieni, więcej jest tu modłów i obrządków zwykłych ludzi. Chedi to inaczej stupa, inaczej pagoda. W formie bogato zdobionej (często złotej) iglicy wychodzącej z półkolistej lub dzwonowatej podstawy. W środku są relikwie związane z Buddą (w Tajlandii także z królami), uważana za najświętszą budowlę z watu. Potrafią mieć spore rozmiary, najwyższa na świecie Phra Pathom Chedi ma 127 metrów! Prang to zwężająca się ku górze wieża wywodząca się z architektury Khmerów. Najstarsze prangi w Tajlandii były inspirowane Angkor Wat, później ewoluowały. Najbardziej znany prang to ten w świątyni Wat Arun w Bangkoku.







    Potem kierujemy swe kroki do świątyni Wat Chedi Luang. Tutaj największe wrażenie robi nie potężne drzewo rzucające się w oczy po wejściu, nie duży, niesamowicie udekorowany bot, tylko ruiny Chedi Luang. Wybudowana w XV wieku ogromna chedi, mierzyła ponad 80 metrów, przez niecałe 100 lat był w niej posąg Szmaragdowego Buddy. W połowie XVI wieku po trzęsieniu ziemi zawaliło się najwyższe 30m budowli. Dzisiaj ta potężna ruina robi wielkie wrażenie.













    W wielu świątyniach w Chiang Mai są namioty i stoliki z szyldem "Monk chat". Można tam spotkać mnichów, którzy chcą poćwiczyć angielski i chętnie rozmawiają z ludźmi opowiadając o swojej kulturze, religii i obyczajach i pytając o to samo rozmówców z różnych stron świata. Nie mieliśmy czasu, ale warto wspomnieć .

    Po obiedzie i zameldowaniu się w hostelu wyruszamy do Doi Suthep - klasztoru na wzgórzach na zachód od miasta. By się tam dostać korzystamy z songthaew. Jest to podstawowy, lokalny środek transportu w postaci pickupa z zadaszoną paką na której są dwie ławki (nazwa oznacza dosłownie "dwa rzędy").

    W obrębie miasta kurs kosztuje 30-40 THB od osoby, do Doi Suthep trzeba negocjować (jest to jakieś 40 minut jazdy). My w końcu jedziemy najpierw pod uniwersytet, gdzie czekają songthaew by zabrać klientów do świątyni. Czekamy aż się uzbiera komplet i jazda.





    Droga na górę jest mocno kręta i stroma, ale są nawet ludzie podjeżdżający rowerami (wolno, to fakt). Na górze kierowca się z nami umawia na powrót za godzinę i można zwiedzać. Tzn. można zacząć wchodzić po schodach, których 300 prowadzi do świątyni, za balustrady robią znane już z tutejszych świątyń węże.



    Na górze jest niewielki kompleks świątynny, całkiem ładny, ale mamy już chyba powoli przesyt świątyń buddyjskich bo nie robi na nas aż tak wielkiego wrażenia. Za to widoki na miasto naprawdę fantastyczne.







    Można dostrzec kwadratowy kształt starego miasta, po prawej stronie widać lotnisko:


    Na styk docieramy do naszego songthaew (pozostali pasażerowie już są) i jedziemy na dół, wysiadka, łapanie kolejnego transportu u jedziemy na nocny bazar. Kawałek mamy jeszcze do przejścia i tak przypadkiem trafiamy na efektowną świątynię Wat Buppharam. Brama jest otwarta, więc włazimy, robimy szybką rundkę dookoła i wychodzimy. Świątynia ociekająca złotem, w nocy, oświetlona nas zachwyca. Wygląda nawet dość groźnie, pomimo kaczora Donalda na trawniku. Niewiele brakowało byśmy ją przeoczyli, a byłoby bardzo szkoda.









    Jemy po drodze kolację i trafiamy na nocny bazar. Nie jest on przesadnie interesujący, mieliśmy inne wyobrażenie, targ ciągnie się wzdłuż ulicy, nastawiony głównie na turystów, jest tłoczno. Człowiek ma co kilka stoisk wrażenie, że się powtarzają. O wiele ciekawsze, z większym wyborem i robiące bardziej autentyczne wrażenie są dwa markety obok ulicy nocnego bazaru - Kalara i Anusarn. Są w formie hal z rzędami straganów, z częścią gastronomiczną z tyłu i różnymi usługami (masaż!). Te targi możemy z czystym sercem polecić, paręset batów tam zostawiliśmy . Po krótkich zakupach i dłuższym łażeniu i oglądaniu wracamy spacerem do hostelu (pod koniec gdy dopada mnie zmęczenie po calym dniu trochę żałuję, że nie wzięliśmy tuk tuka).



    To są misternie rzeźbione mydła:




    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  15. #15

    Dołączył
    Oct 2013

    Domyślnie

    Wow relacja super! Widzę że wielu użytkowników forum m.in. KubaB Hiszpan i tygrysm (oraz wielu wielu innych) mają konkurencję w relacjach live! Oby tak dalej!

    Wysłane z mojego G620S-L01 przy użyciu Tapatalka
    frik and elza030 like this.

  16. #16
    Awatar ponuryy

    Dołączył
    Nov 2009

    Domyślnie

    Świetna relacja!!! Łezka się w oku kręci bo wróciły wspomnienia z przed roku z BKK Pięknie tam!
    frik likes this.

  17. #17
    Awatar robjag

    Dołączył
    May 2008
    Mieszka w
    FRA

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez ponuryy Zobacz posta
    Z pewnym zdziwieniem zauważam obok stanowisk na loty krajowe wydzielone stanowisko odprawy dla stand-by i kolejne dla non-revów opisane "staff tickets". Nie latałem nigdy non-rev, ani na stand-by, ale to chyba nie jest standardem?
    Różne linie różnie mają, LUfthansa na przykład tego nie ma i pracownicy muszą się w regionie DACH odprawiać przy Eco a za granicą gdzie podejdą tam ich obsłużą. LO ma takie stanowiska w WAW, QR albo EK mają nawet specjalną poczekalnie dla staff gdzie są ekrany z nazwiskami i wyświetla się na nich że zostało się zaakceptowanym na dany rejs

    Super relacja i mimo tego, że już raz spędziłem 4 tyg w Tajlandii to mam ochote tam znowu pojechać
    frik likes this.




    Networking the world.

  18. #18
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Cieszę się niezmiernie, że się podoba!

    Dzień 5

    Dzisiaj wstajemy rano, jemy śniadanie w hostelu i czekamy na transport do sanktuarium słoni Elephant Nature Park, gdzie mamy wykupioną całodniową wycieczkę. Jest to miejsce do którego trafiają słonie uratowane z różnych miejsc, takich jak cyrki, prace przy wyrębie lasów i inne. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy co się robi tym zwierzętom by zaprząc je do pracy. Procedura nazywa się phajaan i dużo mówi dosłowne tłumaczenie tego terminu, czyli "łamanie ducha". Małe słonie zabiera się od matki (często porywa się z dziczy najpierw strzelając do dorosłych pilnujących młode), związuje tak by nie mogły się ruszać, czasem także umieszcza w klatce która nie pozwala na żaden ruch. Trzyma się je tak bez jedzenia i picia, bijąc, wbijając haki, gwoździe i inne ostre przedmioty, przypalając, ogólnie torturuje się te zwierzęta na różne sposoby przez kilka dni bez przerwy by złamać ich charakter. Potem przychodzi człowiek, który nie brał w tym udziału i "uwalnia" słonia, daje mu jeść i pić. Potem zwierzę się go słucha, ale też przy każdym objawie nieposłuszeństwa w ruch idą gwoździe wbijane w uszy, albo haki w głowę... Po czymś takim można już wysłać słonia do pracy przy wyrębie lasu, albo żeby nosił na plecach (co mu sprawia ból i uszkadza kręgosłup) paręset kilo lektyki z ludźmi. Dlatego nie należy jeździć na słoniach, oglądać ich w cyrku, czy płacić za "karmienie" słonia na ulicy w mieście ("street begging" od niedawna zakazany jest w największych miastach Tajlandii, ale ciągle popularny w innych miejscach turystycznych). Robiąc tak, przykłada się poniekąd rękę do znęcania się nad tymi zwierzętami.

    Elephant Nature Park to jedno z sanktuariów gdzie tak maltretowane słonie mogą spokojnie dożyć swoich dni. Niestety w większości przypadków nie są już w stanie przeżyć same w dziczy. Sanktuarium jest parędziesiąt kilometrów na północ od Chiang Mai, rano podjeżdża po nas do hostelu bus z naszą grupą i przewodnikiem Tommym. Podróż zajmuje trochę ponad godzinę, po drodze mamy film z instrukcjami jak się zachowywać w pobliżu słoni, a jak nie. Każda grupa dostaje swój stół (oprócz naszej jest kilka innych ok. 10-osobowych grup), przy którym można zostawić rzeczy (ale te cenne należy wziąć jednak ze sobą. Po terenie kręci się sporo osób, oprócz grup i obsługi są też wolontariusze (za wolontariat w sanktuariach się płaci!), trafiliśmy też na grupę studentek weterynarii (liczyły ile bananów zjadają słonie ).

    Zaczynamyod karmienia. Obok stołów są bariery (podłoga jest jakiś metr-półtora nad ziemią) do których podprowadzane są słonie, dostajemy kosze z bananami i arbuzami, które dajemy wprost do trąby (owoce, nie kosze ).



    Schodzimy na dół i idziemy do pierwszej pary słoni. Słonie tutaj żyją w stadzie, albo dobierają się w pary, ew. trójki. To wszystko słonice, samców jest tutaj tylko trzech (dorosłych) i żyją oddzielnie. Więź tych przyjaźni jest silna, często po śmierci jednej słonicy, druga umiera wkrótce później. Słonie do których podchodzimy jedzą sobie jakieś rośliny. Jak tłumaczy przewodnik owoce to raczej deser, włókniste rośliny stanowią większość pożywienia. Słonie zjadają codziennie ok. 10% swojej wagi! A każdy waży od 3,5 do 5 ton... Możemy do nich podchodzić Nie do wszystkich, bo niektóre są np. ślepe i bliskość człowieka mogłaby je zdenerwować, lepiej nie być obok zdenerwowanego słonia . Skóra w dotyku jest zaskakująco miękka, choć bardzo gruba (2-4cm).



    Krążymy tak od jednej pary do drugiej, Tommy opowiada o poszczególnych słoniach, jak się nazywają, ile mają lat (większość ponad 50), ich histore. Na terenie jest też sporo bydła (water buffalo), ale w obliczu słoni zupełnie nie przyciągają naszej uwagi i nie mamy ani ani jednego ich zdjęcia. Krąży też mnóstwo psów i kotów. To dość nowi mieszkańcy ENP, przygarnięci po powodziach, które nawiedziły Tajlandię kilka lat temu. Jest ich ok. 600 i sukcesywnie są adoptowane przez ludzi z całego świata.

    Tutaj słoń, któremu w niewoli przedziurawiono ucho, jak przybyła do ENP sama łapała trąba kwiaty i wsadzała sobie w ucho, teraz nosi elegancki kwiecisty "kolczyk".



    Następnie idziemy na obiad. Rzeczy do wyboru jest ogromna ilość, wszystko wegetariańskie i przepyszne. Na początku nakładamy sobie pełne talerze sałatkowych dań, by po dotarciu do stolika zobaczyć kolejny rząd potraw, tym razem różnych makaronów na ciepło. Po tym obfitym obiedzie idziemy nad rzekę, przyprowadzane są tutaj dwa słonie. Słonie dostają kosze z owocami, a ludzie wiaderka, możemy spłukać ziemię pokrywającą słonie.







    Słonie przez chwilę są naturalnego, ciemnoszarego koloru. Zaraz po wyjściu z rzeki posypują się znowu ziemią dla ochłody i ochrony przed insektami, odzyskując poprzedni rdzawoczerwony kolor od tutejszej ziemi.



    Przewodnik prowadzi nas do basenu w którym siedzi jeden słoń. Podjeżdża do nas na rowerze Derek, mąż właścicielki i "facet, który buduje tutaj wszystko" jak się przedstawia. Opowiada o słonicy w basenie. Niedawno trafiła tutaj, po przymusowym kryciu, które poszło źle. U słoni w niewoli słonica jest zakuwana w łańcuchy, kłuta żeby się nie ruszała i wtedy wprowadzany jest byk. Przy takim kryciu często dochodzi do złamań i innych urazów bioder i kończyn. Do tego jest to dla słonicy ogromną traumą, Derek nazywa to wprost gwałtem. Ta słonica w trakcie krycia została przewrócona i poturbowana przez byka, ma zerwane ścięgna w łokciu przedniej łapy, dlatego wybudowano basen, by odelżyć tę nogę. Do tego boi się innych słoni, więc jest od nich na razie odseparowana.



    Następnie idziemy do samców, widzimy je trochę przez ogrodzenie, po czym podchodzimy do stada, w którym są też młode. Mają niespełna dwa lata i ważą jedyne paręset kilo . Do stada już nie podchodzimy na wyciągnięcie ręki, ale i tak wrażenie jest fantastyczne.





    To już koniec naszego dnia w Elephant Nature Park, przebywanie obok tych niesamowitych zwierząt było wspaniałym przeżyciem, gorąco polecam wszystkim.

    Zostajemy odwiezieni pod hostel, puszczamy pranie (nie ma sensu brać dużo ciuchów jak pranie kosztuje raptem parędziesiąt batów) i idziemy na kolację. Po drodze bierzemy z przydrożnego straganu szaszłyki. Prosimy o "little spicy", dostajemy cholernie pikantne, już ciut powyżej mojej granicy ostrości.



    Na właściwą kolację biorę khow soi, lokalne danie w postaci zupy curry z makaronem ryżowym, jajecznym, warzywami i zazwyczaj kurczakiem (całą pałką), do picia kokosy. Przysiada się do nas Emi towarzyska córeczka właścicielki, zagaduje, rysuje, śmieje się i zagłada mi do talerza .



    Po kolacji wracamy do hostelu, jutro ruszamy dalej na północ.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  19. #19
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie

    Dzień 6

    Dzisiaj opuszczamy Chiang Mai i jedziemy na północ. Punktualnie podjeżdża wynajęty samochód. Krótka papierologia i w drogę. Wypożyczone auto to Toyota Vios, czyli Yaris w wersji sedan (produkowany w Tajlandii, sprzedawany na rynku azjatyckim), z silnikiem 1.5. Słaby i mało ekonomiczny, ale benzyna tutaj tania, a wynajem też nie był drogi - 1200 THB za dzień. Pierwotnie chciałem wypożyczyć pickupa, bo Isuzu D-Max mieli w tej samej cenie, ale jak już wyrobiłem prawo jazdy międzynarodowe to był niedostępny (a nikt nawet na nie nie spojrzał przy wypożyczaniu!). Najtrudniejszy fragment na sam początek - ruch uliczny w Chiang Mai. Oczywiście jeżdżą tutaj po "złej" stronie. Do tego kierunkowskazy są po prawej stronie kierownicy. Jeździłem dotychczas w UK i z tego co pamiętam to były normalnie. Dobrze że gaz jest przynajmniej po prawej stronie .



    Jedziemy na północ drogą 107, dzięki internetowi w telefonie mamy dostęp do map i nawigacji, ale i bez tego nie byłoby większego problemu. Drogi są dobrze oznaczone, drogowskazy są także po angielsku, prowadzą też do atrakcji turystycznych. Nasz pierwszy cel czeka ok. 70 km od Chiang Mai. Jest to jaskinia w Chiang Dao. Chiang Dao to nazwa miejscowości i góry (całkiem sporej, trzecia co do wysokości w kraju - 2175m).



    Przed wejściem do jaskini jest świątynia, wewnątrz także jest niemało ołtarzy i posągów Buddy.



    Wejście do jaskini kosztuje 40 THB, część jest oświetlona, większość jednak nie jest. Dlatego za 200 THB wynajmujemy przewodniczkę z lampą gazową (mamy latarki, ale jest pełno tabliczek wewnątrz, że samemu nie wolno). Szefowa przewodniczek instruuje nas też, że wypada potem dać napiwek 200 THB, jest nawet odpowiednia tabliczka z kwotą . Zwiedzanie jaskini z przenośną latarnią ma wyjątkowy urok. Minusem jest to, że lampy są gazowe, więc robi się dość gorąco i duszno, ale to niewielki minus w porównaniu do widoków. Nasza przewodniczka pokazuje nam różne formacje skalne mówiąc co mają przypominać, znajdujemy także kilka własnych interpretacji. Co chwila jesteśmy ostrzegani, że jest slippy i żeby uważać na głowę. Trzy razy musimy się przeciskać przez wąskie przejścia, ale wychodzimy z tego bez żadnych zabrudzeń (kto był w tatrzańskich jaskiniach wie o co mi chodzi). Po przejściu nieoświetlonej części, zgodnie z instrukcją wręczamy napiwek naszej przewodniczce i idziemy zwiedzać oświetloną odnogę jaskini, po czym wychodzimy na powierzchnię.









    W knajpce nieopodal jemy obiad i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy kolejne parędziesiąt kilometrów na północ, po czym odbijamy na zachód i krętą drogą wspinamy się na masyw Doi Ang Khang nad birmańską granicą. Tutaj nie widzimy już żadnych białych turystów, tylko lokalsi. Jest też wyraźnie chłodniej - jesteśmy na prawie 1800m. Widoki są bardzo rozległe, niestety ograniczone przez małą przejrzystość powietrza. To chyba efekt wypalania traw, na które sezon się zaczyna. Wg przewodnika na północy potrafi to być dużym problemem, nawet w Chiang Mai powietrze się robi nieznośne do oddychania i mało widać.



    Tam dalej już Myanmar


    Po nasyceniu się widokami podjeżdżamy kawałek dalej do królewskiej rolniczej stacji badawczej (Royal Agricultural Station Doi Angkhang). Jest to projekt badawczo-rozwojowy trwający od blisko 50 lat. Głównym celem było opracowanie technologii upraw roślin, które by mogły zastąpić okolicznym mieszkańcom opium. Brzmi mało interesująco, ale w praktyce to urocza dolinka pełna ogrodów, najróżniejszych drzew i krzewów. Protip: zwiedzać najlepiej samochodem, obszar jest spory, parkingi są w kluczowych miejscach. Jak my byliśmy to nie kwitło wiele roślin, domyślam się, że w ciut innej porze widoki są o wiele bardziej spektakularne.











    W pewnym momencie zajeżdżamy nawet pod mieszkania pracownicze (chyba)


    A propos parkingów to wjeżdżamy na jeden a tam WTEM:



    No nie spodziewałem się takiej fury tutaj, na różne graty się nastawiałem i napiszę o nich później. Tłumaczę Gosi co to za samochód i dlaczego nie jest to auto często spotykane w tych okolicach, minutę później WAIT WAT?!



    Ruszamy z powrotem po serpentynach na dół by dojechać przed zmrokiem do Fang, gdzie mamy nocleg. Zdążamy, akurat by podziwiać zachód z hotelowego balkonu:



    Jest to swoją drogą pierwszy nasz nocleg, który mogę z czystym sercem polecić: Phumanee Lahu Home Hotel w Fang. Poprzednie nie były złe, ale miały jakieś mankamenty, temu nic nie możemy zarzucić, cena przez booking też absurdalnie niska - 400 THB za dwójkę. Aczkolwiek śniadanie lepiej zjeść na mieście, chyba że ktoś chce zachodnie.

    Wychodzimy już po zmroku na miasto coś zjeść. Nieopodal hotelu znajdujemy lokalną garkuchnię, gdzie nawet znajdują anglojęzyczne menu. Zamawiam standardowo pad thaia, dostaję jednego z najlepszych, a na pewno najtańszego w życiu - 30 THB . Dla pozostałych gości też jesteśmy swego rodzaju atrakcją, rzadko odrywają wzrok, a jedna z pań kucharek wprost się śmieje podając nam jedzenie.







    Robimy jeszcze krótką rundkę po okolicy, strzelamy zdjęcie z kwiatkiem (wie ktoś co to?) i wracamy spać.

    Ostatnio edytowane przez frik ; 21-01-2018 o 17:20
    przemo-19, Rafal, dak04 and 14 others like this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


  20. #20

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie


    Polecamy

    Coraz ciekawiej. Odcinek ze słoniami super!
    frik and STYRO like this.

Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •