Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 20 z 21
Like Tree188Likes

Wątek: Namibia - coś pięknego!

  1. #1
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie Namibia - coś pięknego!


    Polecamy

    Co prawda hiszpan2007 robił niedawno relację z Namibii, ale kraj jest tak fantastyczny, że chciałem się i ja z wami podzielić moją podróżą.
    Podróż trwała od 16 czerwca i zakończyła się 1 lipca.

    Bilety kupiłem Condorem w ich promocji z marcu tego roku. Wyszło po 2200 za osobę z dogodnymi przesiadkami we Frankfurcie.

    Namibia to nie jest kraj, gdzie można podjąć spontaniczną decyzję o podróży. Trzeba dużo wcześniej załatwić samochód, noclegi oraz wizę. Ja przez długi czas chciałem wynająć sedana, ale po rozmowach z kilkoma osobami, w tym z hiszpanem u mnie na grillu , zdecydowaliśmy się na terenówkę i był to doskonały wybór. Co prawda sedan prawie wszędzie dojedzie, ale wygoda zupełnie inna, no i musielibyśmy brać ze sobą cały sprzęt kempingowy, który jest normalnie na wyposażeniu terenówki. Załatwiłem także większość noclegów na kempingach, gdzie musiałem zapłacić z góry oraz wizę w Berlinie.

    Czas ruszać. Jadę prawie jak zwykle z żoną i dzieckiem. Pakujemy się na maxa w 3 wielkie walizki, ale Condor ma ograniczenie do 20 kg, więc na lotnisku musieliśmy się jeszcze przepakowywać, żeby każda miała max 20.9kg. Na szczęście się udaje. Przy check-in LOT spędzamy sporo czasu i na koniec pani nas informuje o 50 minutowym opóźnieniu. Eh, a my mamy 1.5h na przesiadkę! Węszę kłopoty.
    Udajemy się do saloniku i z ponad godzinnym opóźnieniem opuszczamy Warszawę. Jestem już pewien, że nie zdążymy na przesiadkę. Pytałem jeszcze w transfer desku czy mnie nie przerzucą na coś innego, ale kazali lecieć. Sprawdziłem, że ewentualnie można Ethiopianem jeszcze tego samego dnia.

    We Frankfurcie wszystko jakoś w miarę szybko poszło i nasz gate był dość blisko. Jako ostatni meldujemy się do samolotu. Pytamy jeszcze na bramce czy nasze bagaże zdążą i pani nas zapewniła, że bagaż jest szybszy od nas.

    Condor na szczęście miał sporo wolnych miejsc, więc się porozkładaliśmy by jakoś przespać noc. Danie jest jedno (wege) i napoje bezpłatne. Płatne alkohole.

    Po 10h lądujemy w Windhuk. Wysiadamy z samolotu i idziemy z buta do terminala. Jest mega zimno, a ja w samej podkoszulce.



    Jest akurat wschód słońca.

    Czekamy na bagaże i czekamy i nie docierają . Tego się bałem. Zgłaszamy sprawę do biura, ale tam mówią, że dopiero po 4h będzie coś wiadomo gdzie on jest. Na szczęście zaplanowałem pierwszy dzień/noc w stolicy, więc mam nadzieję, że kolejnego dnia dotrze. Problem jednak jest taki, że Condor przyleci dopiero za 3 dni.

    Na lotnisku czekając w kolejce do bankomatu oglądam prognozę pogody - w dzień 25 stopni, a w nocy 0!!! A ja w samym t-shircie

    Z lotniska odbiera nas firma, od której bierzemy samochód i wiezie nas do biura. Po drodze mijamy guźce i pawiany :-).
    Mieliśmy odbiór dopiero o 14, ale o 10 już samochód był gotowy, więc bierzemy.

    Przez godzinę wszystko tłumaczą, sprawdzamy razem oraz demonstrują rozkładanie namiotów, po czym sam mam wszystko zrobić.



    Mamy Hiluxa z przebiegiem 250kkm, ale samochód jest naprawdę świetnie przygotowany. Jedzie się nim jak czołgiem i trochę to różnica w stosunku do mojego sportbacka na co dzień ;-)

    Jedziemy najpierw do naszego B&B, a potem do miasta na zakupy jakichś ubrań i kosmetyków. Świetne miejsce w centrum na zakupy to Wernhill.

    Idziemy potem obejrzeć tych kilka zabytków Windhuk. Najpierw mauzoleum prezydenta:



    W środku są wystawy z walk narodu o wyzwolenie.

    Obok jest słynny kościół, zwróćcie uwagę na nazwy ulic...





    W roli głównej zbrodniarze..., ciekawe.

    Idziemy z młodym na plac zabaw i oglądamy miejscowe dzieciaki.





    Trochę nasz się z nimi bawi.

    Po południu dzwonię na lotnisko pytać o mój bagaż, ale nic nie wiedzą. Zdenerwowany ich ignorancją sam piszę maila do Condora. Odpisali za godzinę, że nasz bagaż przyleci jutro Air Namibia! Z tą świetną wiadomością idziemy spać z zamiarem porannej pobudki i udania się na lotnisko.

  2. #2
    Awatar Wamo

    Dołączył
    Nov 2011

    Domyślnie

    hiszpan2007 zdaje się nie dokończył dwóch relacji, musieliście poszaleć na tym grillu

  3. #3
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Drugi dzień zaczynamy od jazdy z powrotem na lotnisko. To prawie 50 km pod miastem. Najpierw tankujemy furę, bo odebraliśmy z pustym bakiem - weszło 140 litrów . Są dwa zbiorniki i powinny starczyć na 1200 km. W praktyce potem jak sprawdzałem to palił mi 10l, więc starczyłoby na 1400 km.

    Na lotnisku bagaże już na nas czekały, więc mogliśmy szybko je zapakować i wróciliśmy do centrum handlowego zrobić zakupy jedzeniowe. Wypakowaliśmy samochodową lodówkę do pełna, zjedliśmy wczesny lunch i ruszyliśmy w stronę Rehoboth i parku narodowego Nabim-Naukluft. Pierwsze 90 km było asfaltem z dozwolonym limitem 120 kph, a potem zjechaliśmy na szutr i trochę zaskoczenie:



    Można lecieć setką . Problem jednak taki, że na większości szutrów, urządzenie monitorujące w samochodzie piszczy przy 85, ale na tej drodze akurat nie piszczał.

    Jedziemy na szlak Naukluft Olive Trail. Tego dnia nie chciałem jechać od razu 350 km, więc szukaliśmy czegoś bliżej. Zresztą przez ten bagaż i spóźnione zakupy jesteśmy do tyłu z czasem.
    Szlak jest na 4h, ale my idziemy trochę pod prąd i mamy 1.5h. Nie chciałem ryzykować jeżdżenia po nocy, zresztą jest to zabronione.







    Szlak piękny i szkoda, że całego nie przeszliśmy. Mamy jednak do przejechania jeszcze prawie 100 km do kempingu.
    Jedziemy przez busz szutrami.
    Gdzieniegdzie pojawiają się zwierzaki:





    Zachód zbliża się nieubłaganie, kolorki zaczynają się fajne



    W końcu dojeżdżamy na kemping i dostajemy świetne miejsce z widokiem.
    Mieliśmy niecałą godzinę na rozłożenie się i zrobienie kolacji, ale było to za mało. Nauczka na następny raz.

    Dzieciak miał frajdę z pierwszego spania:



    Oglądamy zachód słońca. Ja tego koloru w fotoszopie nie dodałem...



    Zachód o 19, a o 20 można iść spać ;-)
    mgab, tartal, sornat and 20 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  4. #4
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 3 - długo się zbieramy z kempingu i jedziemy w stronę Sossusvlei, czyli słynnych wydm. W sumie to kawał drogi. Zatrzymujemy się w Sesriem, gdzie jest stacja benzynowa, sklep i prawdziwa kawa z ekspresu :-)

    Jest też wystawa gratów:





    Jemy lody i jedziemy dalej autostradą:



    Mijamy kolonię wikłaczy, których jest tu pełno:



    Dojeżdżamy do bram parku, meldujemy się na kempingu, jemy obiad i postanawiamy jechać do Deadvlei. To jeszcze 90 km, ale zaraz za bramą parku zaczyna się asfalt :-)
    Mijamy fantastyczne widoki wydm po lewej i prawej stronie:



    Dojeżdżamy do końca asfaltu i tu jeszcze są ze 3 km po piachu. Włączam pierwszy raz napęd 4x4 i jedziemy pod Deadvlei.

    Jeszcze piechotka kilometr i oczom się ukazuje to:



    Zawsze myślałem, że to jest większe. Idę szybko i jestem sam. Żona z dzieckiem oglądali z daleka, a ja miałem całe zaschnięte jezioro dla siebie.

    No to trochę widoczków ;-)















    Wspinamy się na okoliczne wydmy i obserwujemy trochę widoki z góry.



    Wracamy na wieczór na mecz Polaków z Senegalem, a kolejnego dnia wrócimy na inne wydmy.
    Darecki, megaloman, Asta and 18 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  5. #5
    Awatar sprajt2

    Dołączył
    Sep 2009
    Mieszka w
    LHR

    Domyślnie

    Trzeba było nie wracać na ten mecz:-)
    tartal, myszygon and maniekklb like this.

  6. #6
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dziwnie się czułem jako jedyny kibicując Polsce :-)
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  7. #7
    Awatar mgab

    Dołączył
    Jul 2011
    Mieszka w
    Zgierz/Łódź

    Domyślnie

    Zdjęcia są idealne na tapetę w komputerze, kolory aż wylewają się z ekranu. Gratuluję udanej wycieczki!

  8. #8
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Namibia w naszym lecie jest bardzo wdzięczna do zdjęć. Nie ma w ogóle chmur. Jak się doda poranne lub popołudniowe słońce to w ogóle jest odjazd.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  9. #9
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 4. W nocy temperatura spadła chyba do 5 stopni. Najgorzej jest przed świtem. Żona tak zmarzła, że zeszła do samochodu i go odpaliła by się ogrzać. Ja się cały zapakowałem w śpiwór puchowy i było w miarę spoko.
    Po świcie temperatura podnosi się dość szybko.

    Jest rosa i mgiełka.



    Zbieramy się i wracamy do Sossusvlei, idąc tym razem na Big Daddy Dune.



    Mijamy zwierzaki:



    Powoli się wspinamy. Po piachu idzie się bardzo ciężko.







    Widoczki super. Sporo czasu nam tu schodzi, choć w dół postanowiliśmy zbiec na maxa ;-)

    Wracamy na Dune 45. Tu to dopiero ciężko było. Przeklinałem, że przed nami trafiła się chińska wycieczka, ale we przejściu 5 minut w górę wszyscy zrezygnowali ze wspinaczki i mieliśmy ją dla siebie.





    Z góry naprawdę widać przestrzeń...



    Młody miał niezłą zabawę z chyba największą piaskownicą w jego życiu.









    Po południu idziemy jeszcze do Sesriem Canyon. Jest ok, ale wrażenia wielkiego nie robi.



    Spotykamy za to małą żmiję, która jest ponoć bardzo jadowita. Wtopiła się w otoczenie.



    Jeszcze jeden obrazek z okolicy i na tym kończymy dzień.

    maniekklb, Cani, sornat and 15 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  10. #10
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 5.
    Przed nami długa droga to Walvis Bay i Swakopmund. Same szutry, a samochód piszczy jak przekraczam 85 kph. Irytujące to jest, bo nie ma tempomatu by nastawić na 84 i trzeba się pilnować. Za oknem najpierw busz, a potem pustynia.

    Robimy obowiązkowe zdjęcia ze Zwrotnikiem Koziorożca. Mój znak zodiaku.



    Przed Walvis mijamy kilka kopalni soli, ale nie wstępujemy.
    Na wjeździe do miasta jest duże centrum handlowe. Zjadamy późny lunch, bo jest już prawie 14 i korzystamy po kilku dniach z internetu bo jest darmowe wifi.
    Następnie jedziemy nad zatokę szukać flamingów. I oto one są. Wysiadamy z samochodu, a tu zimno i mega wieje.



    Są też dwa pelikany:



    Temu drugiemu zimno w szyję:



    Flamingom też zimno, bo stoją na jednej nodze ;-)



    Młody ma trochę zabawy z karmieniem:



    Po 20 minutach pakujemy się do samochodu zmarznięci. Objeżdżamy jeszcze okolicę oglądając piękne domy, które mają widok na morze. Miasto długo należało do RPA jako enklawa.

    Swakopmund jest za 30 km, szybko dojeżdżamy i meldujemy się w hoteliku. Mamy tu 2 noce i miejsce jest fajne, bo mamy dwa pokoje.
    Obok jest polski emigrant, który prowadzi piekarnię.



    Swakopmund to niemiecki kurort. Zbudowany od zera przez Niemców, którzy tu wszystko przywieźli z ojczyzny, nawet kamienie na falochrony. Pili też wodę przywożoną statkami. Ciągle jest ich tu sporo i jeżdżą całkiem wypasionymi furami.

    Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na oglądanie, bo już się ściemniało, więc resztę zostawiliśmy na następny dzień.
    Rafal, Machoni, Zaku20 and 8 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  11. #11

    Dołączył
    Oct 2011

    Domyślnie

    Na szczęście moją relację z Namibii udało się dokończyć przed wyjazdem Carta
    Twoje zdjęcie są epickie ale i tak tylko w małym fragmencie oddają piękno tych miejsc! To jest chyba najpiękniejszy kraj, który do tej pory odwiedziłem. Obowiązkowym jest chyba objechanie go takim terenowym samochodem z namiotem na dachu. W weekend majowy temperatury były jeszcze letnie, w dzień bywało pod 28C a w nocy cieplutko zwłaszcza na zachodnich pustyniach, można było spokojnie chodzić w krótkim rękawie.

    Super się czyta relację z miejsc, które dopiero co się zwiedzało Czekam na więcej.

  12. #12
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    My za rok chcemy skoczyć RPA, Botswana, Lesotho, Suazi na ciąg dalszy
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  13. #13
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 6.
    Z rana jedziemy na północ do Cape Cross Seal Reserve, gdzie jest ogromna kolonia fok.
    Zaraz za Swakopmund zaczyna się nieprzyjemna pogoda, z której słynie Skeleton Coast - pustynia i mgła nadciągająca znad oceanu. Taka pogoda utrzymuje się właściwie do południa i trzeba jechać na światłach, bo dużo nie widać.

    Kolonia fok jest fantastyczna i można by tam spędzić godziny, gdyby nie smród :-). Ostrzegano nas przed nim, ale dla mnie nie był tak zły. Synek jednak twierdził, że bardzo śmierdzi.



















    Trochę mi to przypomina obcowanie ze zwierzakami na Antarktydzie, ale tam nigdzie nie widziałem aż takiego skupiska zwierząt.

    Na obiad wracamy do Swakopmund i wcinam polecany przez hiszpana stek :-). Mniam.

    Po południu spacerujemy jeszcze po mieście:





    W życiu bym nie powiedział, że to Afryka. Jest piękna plaża i molo, ale co z tego, jak temperatura wody to tylko 14 stopni. Jest to zimny prąd i mimo szerokości geograficznej Hurghady, warunki są tu zgoła inne.

    A tych zwierzaków chodzi wszędzie pełno:



    Siadam jeszcze na browara i można zakończyć dzień.

    Machoni, Szczypu, Darecki and 10 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  14. #14
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 7.
    Opuszczamy Swakopmund i jedziemy do Spitzkoppe. Większość drogi jest asfaltowa, a że to w miarę blisko to dojeżdżamy w 2h.

    Spitzkoppe widać już z hen daleka, jak jeszcze mieliśmy ze 40km wg mapy.



    Jedziemy od razu do środka i okazuje się, że camping jest po prostu pośród tych gór. Nie ma niestety wody ani prądu, ale za to jakie widoki.



    Jedziemy pod koniec, od zachodniej strony by mieć ładny widok na zachód słońca. Okazuje się, że tu jest także dobre miejsce do obserwacji ptaków i wiewiórek. Karmimy je oczywiście.







    Robimy obiad i jedziemy zwiedzać. Widoczki super.





    Jest też łuk skalny



    Ogrom skał oddaje porównanie. Znajdziecie wspinaczy?



    Zobaczyliśmy właściwie co trzeba w 2h i z można w zasadzie było dalej jechać, no ale wszystko rozplanowane. Jedziemy kawałek do wioski, ale tam nawet sklepu nie możemy znaleźć. Wolno więc objeżdżamy całe Spitzkoppe dookoła, już za ogrodzeniem. Fajna perspektywa z drugiej strony.



    Przed zachodem słońca skałki nabierają super kolorków.





    I w takich okolicznościach przyrody idziemy spać.

    pbciderek, frik, Darecki and 13 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  15. #15
    Awatar stefann

    Dołączył
    Nov 2010

    Domyślnie

    Przedostatnia fotka jak widok z marsa w kierunku ziemi.

  16. #16
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 8.
    Dziś długo jechaliśmy samymi pobocznymi drogami do Twyfelfontein. Przy drodze czasami widać było pięknie ubrane miejscowe kobiety z ludu Herero oraz Himba. Niestety jak chciałem zrobić zdjęcie to chciały po 10N$. Niby mało, ale generalnie nie płacę za zdjęcia.
    Na parkingu przy Twyfelfontein robimy sobie obiad i w upale idziemy do wejścia.
    Płacimy za bilety i dostajemy przewodnika. On mówi, że nie jest tak gorąco - obecnie ok. 28 stopni, ostatni raz padało w lutym. W ich lecie będzie 40.

    Twyfelfontein słynie z rysunków naskalnych zrobionych przez buszmenów ok. 5-6 tysięcy lat temu. Lud wędrowny, mieszkali tutaj, co widzieli w buszu to malowali na skałach.
    Z daleka to jeden wielki kamieniołom.





    Tych rysunków jest trochę, wybrałem tylko jedno zdjęcie z lwem z ludzką dłonią na końcu długiego ogona.

    Wychodzimy już po 15, obok jest Damara Living Museum. Lud Damara chciał się w nim podzielić i pokazać część swojej kultury. Mają więc taką małą wioskę, płaci się za wstęp i oni opowiadali jak żyli. Żonie nie podobają się takie klimaty (coś jak wioski Masajów), ale dla mnie nawet całkiem całkiem.





    Jest oczywiście rozpalanie ognia



    I tańce:



    A ta pani to apteka



    Do naszego zarezerwowanego kempingu musielibyśmy się wracać 40km i potem znowu z powrotem, więc podejmujemy strategiczną decyzję, żeby zostać na campie obok. Gdy zbierałem trochę drzewa na ognisko, zobaczyliśmy ogromnego węża w norze. Trzeba jednak uważać gdzie się chodzi.
    dak04, frik, Rafal and 6 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  17. #17
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 9.
    Mamy sporo ponad 400 km do przejechania do Halali, w parku narodowym Etosha. Zbieramy się więc dość sprawnie wiedząc, że musimy zrobić po drodze jeszcze zakupy żywieniowe.
    Po drodze są znaki na Petrified Forest, czyli skamieniały las oraz na zobaczenie welwiczji przedziwnej, ale olewamy te miejsca. Olewamy też Fingerklippe, takich rzeczy to już się widziało sporo w USA.

    Do Khorixas jest 100km, ale długo nam schodzi. Tu jest supermarket i robimy sporo zakupów na kolejne dni. Natomiast za Khorixas zaczyna się asfalt! Ach jak mi go brakowało. Teraz mogę już jechać 120 kph, więc droga szybciej mija. Po drodze mijamy mnóstwo kopców termitów.

    Do bram parku dojeżdżamy już po południu. Dostajemy permit, który musimy opłacić na pierwszym campie w Okaukuejo.
    Za bramami od razu witają nas żyrafy i antylopy





    W Okaukuejo jemy obiad i jedziemy powoli w stronę Halali. Mamy 70 km do pokonania i chcemy zrobić jakieś skoki w bok na zwierzęta od razu.

    10km dalej jest znakiś znak na lewo w stronę jeziora i namalowane są lwy. Jedziemy w poszukiwaniu szczęścia. Dojeżdżamy do wyschniętego jeziora i nic.



    Jezioro jest wyschnięte i przeogromne.
    Na zawrotce kierowca macha z innego samochodu. Pyta się czy widzieliśmy lwy śpiące 3 metry od drogi!!! Powiedzieliśmy, że nie i ruszyliśmy szybko z powrotem.
    Faktycznie dwa lwy sobie spały. Czekaliśmy tam ze 40 minut, ale nie chciały się ruszyć ;-)




    Jedziemy dalej. Widzimy trochę zebr:




    Antylopy



    Zajeżdżamy pod wodopój, a tam stoi sobie słoń



    i żyrafy wychodzą z szafy



    Ja bym jeździł jeszcze długo, pomimo, że zrobiłem z 500 km dziś, ale za godzinę miało się ściemniać, a my jeszcze mieliśmy kawałek. Zasuwamy więc szybko do Halali, meldujemy się na campie, jemy kolację i idziemy nad tutejszy waterhole, który jest oświetlony i gdzie zwierzęta przychodzą się napić.

    Czekamy z pół godziny i nic. Żona z dzieckiem stwierdzili, że idą spać, a ja czekam. 5 minut po tym jak poszli, przyszły dwa nosorożce!!!



    Piszę im smsa by wracali. Wrócili i dało się jeszcze je zobaczyć. Także hienę.



    Totalnie usatysfakcjonowani idziemy spać. Mimo zaledwie 2h w parku, widzieliśmy lwy, nosorożce, hieny, żyrafy, słonia, niezliczone zebry i antylopy.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  18. #18
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 10.

    Wyjeżdżamy z samego rana na Rhino drive, czyli spory odcinek gdzie ponoć można zobaczyć nosorożce. Co prawda widzieliśmy je wczoraj przy wodopoju, ale w dzień to co innego. Jedziemy ponad godzinę, rozglądamy się wszędzie i nigdzie nie widzimy kompletnie żadnych zwierząt, nie mówiąc już o nosorożcu.
    Nastąpiło lekkie rozczarowanie, po czym na naszej drodze zobaczyliśmy coś. Myśleliśmy, że to jakaś antylopa, potem, że lew, a jak podjechaliśmy to okazało się, że to lampart!!! Bardzo ciężko jest go spotkać w naturze i kiedyś w Kenii mimo długich poszukiwań nie udało nam się. A tutaj sobie szedł!

    Byłem w takim szoku, że tylko 2 średniej jakości zdjęcia mogłem zrobić:





    Widzieliśmy go może 30 sekund, ale humory od razu się poprawiły :-)

    Jedziemy dalej. Widzimy stado zebr i jedną małą, która się odłączyła.



    Nagle przy drodze stoją 2 samochody. Po doświadczeniach z Kenii, od razu wiem, że coś się dzieje.

    A co się działo? Dwa lwy upolowały sobie zebrę i ją wcinały!!!







    Do tej pory słyszę jak chrupał kości, masakra. Dookoła było stado szakali, które czekały na swoją kolej. Spędziliśmy tu z godzinkę i trzeba było jechać dalej.

    Jeździliśmy od wodopoju do wodopoju, bo tam było najwięcej zwierząt. Nawet stado żyraw. Te większe fajnie piją wodę.





    Spotykamy też śmieszną zebrę:



    Na lunch jedziemy do Namutoni. Odpoczywamy chwilkę w towarzystwie mangust:



    Nadmienię, że nie można żadnego jedzenia bez opieki zostawić, bo one się już zaopiekują...

    Po południu udało się nam zobaczyć stado słoni z maluchami.




    Potem monotonnie jedziemy w upale, gdy moja żona wypatrzyła coś po prawej...
    To nosorożec!!!



    Postał z 10 sekund, po czym się położył i tyle go widzieliśmy...

    A ten słoń był tak blisko, że nawet w samochodzie sobie selfie z nim robiliśmy ;-)



    Gnu:



    I ciekawska żyrafka



    Co za dzień..., 4 zwierzaki z wielkiej piątki. Bawół niestety tu nie występuje.

    Wieczorem znowu idziemy nad wodopój. Tym razem starcie słonia i nosorożca. Słoń chyba go nie lubił, bo nabrał wody w trąbę i oblał nosorożca



    Czekamy jeszcze trochę i przychodzą lwy



    Nosorożec chciał je pogonić, ale zaczęły ryczeć i nosorożec zaczął uciekać. Natomiast jak potem dwa lwy się rozłączyły to sobie odbił i pogonił jednego :-)
    Wamo, Machoni, Rafal and 11 others like this.
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  19. #19
    Awatar cart

    Dołączył
    Aug 2008
    Mieszka w
    Warszawa

    Domyślnie

    Dzień 11.
    Od rana do 11 jeździmy jeszcze po parku, pomiędzy Halali a Okaukuejo, ale niestety nie widzimy już nic ciekawego... Bardzo chcieliśmy spotkać geparda, ale może to już za dużo szczęścia by było? Widzieliśmy je zresztą w Masai Mara, więc to tylko takie delikatne rozczarowanie.
    Przed Okaukuejo jest też farma, gdzie mają je w klatce, ale ja w klatce nie chce oglądać, w końcu nie przyjechałem do zoo.

    Czeka nas długa droga do Waterberg National Park, który zresztą pierwotnie nie był w naszych planach. Robiąc jednak trasę na początku zrobiłem błąd i zaplanowałem przyjechanie dzień wcześniej do Windhuk i potem próbowałem to pozmieniać.

    W drodze do Waterberg widziałem chyba najwyższy kopiec termitów...



    A przed wejściem w końcu udało się zrobić zdjęcia guźcom.



    Waterberg to stołowa góra i widać ją z daleka:



    Dojeżdżamy na camping i po południu ruszamy na dwa krótkie szlaki. Widoki w dolinie są super.



    Pytamy też o szlak na górę. Koniecznie trzeba iść z przewodnikiem i kosztuje to kilka groszy.

    Dzień 12
    Rano o 8 wychodzimy i dość szybko wchodzimy na górę.
    Stąd jest fantastyczny widok na Kalahari...



    Krążymy dość sporo po górze. Przewodnik po odchodach i śladach mówi o żyrafach, nosorożcach..., trochę się dziwię, że tu są. W każdym razie jest tu Rhino Drive dla tych co chcą zapłacić sporą kasę i je obejrzeć. My się napatrzyliśmy w Etosha :-)

    Przed zejściem z powrotem udaje się zrobić ładne zdjęcie na dolinę:



    Po powrocie ze szlaku jedziemy do Erindi Private Game Reserve i docieramy tam na wieczór. To taki prywatny park, gdzie spodziewaliśmy się sporej ilości zwierząt. Mamy tu świetny camping, za który musiałem z góry zapłacić 850 zł za 2 noce...
    Mają własny 3-h game drive za 300 N$ od osoby, ale my mamy własny samochód. Za permit i mapę do jeżdżenia własnym samochodem trzeba zapłacić też 300, ale za cały samochód i cały dzień.

    Mają tu też swój waterhole. Zwierzaki na pewno sprowadzali.
    Jest krokodyl:



    I 3 hipki, jeden nawet chciał mnie zjeść:




    Przyszedł też słoń:





    Dzień 13.
    Od rana jeździmy po parku i zaliczamy wszystkie drogi. Zwierząt niestety jest bardzo mało, a te co udaje się widzieć są bardzo płochliwe i uciekają od nas. Zupełnie inaczej niż w Etosha. Po 4h jazdy jesteśmy bardzo rozczarowani i wracamy na obiad.

    Po południu jedziemy nad inny waterhole i coś tam widać.








    Tam też są hipki i sobie śpią:





    Gdy wracamy zniesmaczeni na camping, nagle drogę nam przebiega to coś!!!





    W pełnej okazałości!!!
    Zatrzymał się na chwilę i poszedł dalej...

    Dzień 14.
    Powrót do Windhuk. Jesteśmy tam w południe i oddajemy samochód. Dziękujemy bardzo za to jak się świetnie sprawował. Przejechaliśmy 3450 km.
    Podwieźli nas do centrum handlowego, gdzie jemy obiad i wracamy na kwaterę. O 5 rano mamy jeszcze podwózkę przez nich na lotnisko i czeka nas 10h podróż do Frankfurtu. W ciągu tego czasu przeczytałem książkę o Namibii - Witamy w Białej Afryce. Polecam.

    We Frankfurcie znowu bieg do samolotu na drugi koniec lotniska, a w Warszawie wyjechały dwie z trzech walizek. Musieliśmy znowu zgłosić zgubienie bagażu.

    Czas planować następną podróż, choć o dziwo nie mam kupionego żadnego biletu lotniczego, nawet służbowego ;-)
    Moje podróże - http://www.piotrwasil.com


  20. #20
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie


    Polecamy

    Wszystkie zdjęcia już niedostępne
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •