Strona 3 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3
Pokaż wyniki od 41 do 45 z 45
Like Tree244Likes

Wątek: Kraj wschodzącego słońca - 日本 2018

  1. #41
    Awatar Nagano

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    LCJ/EPLL - Łódź

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez kaspric Zobacz posta
    Widzę, że jednak strofy Kuby trochę podziałały . Chińskie kąski całkiem smakowite
    No nie bardzo, już wcześniej pisałem, że pojawią się w 7 dniu relacji. Chyba będziecie musieli poprosić adminów o osobny dział na forum...
    Wamo likes this.
    "Podoba mi się, w jaki sposób Łódź wygląda w dzień, i jak prezentuje się w nocy. Łódź sprawiła, że zacząłem marzyć"
    David Lynch

  2. #42
    Awatar Nagano

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    LCJ/EPLL - Łódź

    Domyślnie

    Dzień 8

    Kioto jest miastem, którego nie ma jak zwiedzić w 1 dzień. Postanowiliśmy, że nadrobimy te zaległości i wyruszymy ponownie kilkadziesiąt km na północ żeby zwiedzić tym razem zachodnią cześć dawnej stolicy.

    Po przyjeździe z samego rana na główny dworzec udaliśmy się do pobliskiej świątyni Higashihonganji. Jest to kompleks kilku budynków należących do buddyjskiego odłamu Shin-Buddyzmu.

    Centrum kompleksu stanowią 2 osobne hale: Goeidō i Amida. Do obu można wejść (po uprzednim zdjęciu butów) jednak nie wolno w nich fotografować, czyli w sumie jak wszędzie. Więc jak to wygląda w środku? Jest to duża przestrzeń wyłożona bambusowymi chodnikami na końcu której, na całą szerokość budynku jest poprowadzone coś w stylu "złotego ołtarzu". Za drewnianą palisadą są porozstawiane buddyjskie rzeźby, do których wierni mogą się modlić z pozycji klęcząco-siedzącej.



    Na ganku łączącym oba budynki jest wystawione kilka staroci. Między innymi ta lina upleciona z ludzkich włosów kilkaset lat temu...





    Na pewno wrażenie robi brama do tego kompleksu, która ma.... 29 metrów i jest wyższa niż oba budynki. Swoją drogą jest śliczna.



    Naszym następnym celem na mapie było Tō-ji, bardzo charakterystyczna pagoda z VIII w. Na mapce wydawało się, że jest blisko, więc poszliśmy z buta, co było jednak nie prawdą i okazało się, że to dopiero rozgrzewka przed dalszymi wędrówkami tego dnia :P

    Po kilkukilometrowym spacerku okazała nam się z daleka



    Sama pagoda jest tylko częścią większego kompleksu świątynnego w założeniu parkowym. Znajduje się tu dużo więcej historycznej zabudowy. Aby się jednak dostać do pagody trzeba zapłacić za bilet.

    Tak wygląda bliżej



    I jeszcze bliżej...



    Nieopodal świątyni stały 2 starsze Japonki ze swoim kramikiem. Częstowały odwiedzających filiżanką... no właśnie, czego? Był to podgrzany napój o barwie różowej na bazie minerałów? Pływały tam jakieś złote opiłki, a same minerały wyglądały jak bursztyn. W smaku przypominało w cholerę słoną wodę leczniczą takie jak można spotkać w polskich sanatoriach. Koszt takiej małej paczuszki to było coś koło 900 jenów.



    Po obejrzeniu pagody poszliśmy obczaić resztę kompleksu.

    Ciekawe czym się wzorowali twórcy Blastoise'a z Pokemonów :P



    Był też Raiden z Mortal Kombat



    Wychodząc już z tego miejsca zobaczyliśmy na niebie takie wiszące w miejscu smugi. Co to jest? Wygląda jak lecące obok siebie rakiety, albo myśliwce. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać czy Kim coś nie rozrabia



    Przy świątynnym murze nie mogło oczywiście zabraknąć czapli



    2 świątynie zaliczone, czas zawinąć na stację i zbieramy się na zachód

    Po drodze mijamy takie karty rodem z Mario, niestety za późno wyjąłem aparat.



    Mówiłem już coś o tym, że Japończycy próbują upchać jak najwięcej rzeczy na małej powierzchni?



    Wchodzimy na stację, kupujemy bilet, szybki kurs do pociągu, parę przystanków i jesteśmy - kolejne miejsce pielgrzymek wielu turystów - Arashiyama.



    Jest to malowniczy region Kioto, w którym główną rolę odgrywa natura - wzgórza, rzeka, flora i fauna.
    Jako już doświadczeni wspinacze kupujemy bilecik i wchodzimy na zbocza góry Karasugadake.

    Jest tam malownicza panorama Kioto...


    A także "Monkey Park" Tak, w Kioto żyją naturalnie makaki. Po drodze na górę co jakiś czas widoczne są tablice, które udzielają informację o tych małpach. M.in. ostrzeżenia o tym, żeby nie patrzeć im w oczy podczas fotografowania i zalecenia, żeby trzymać się ok. 3 metrów od nich. Im wyżej się wchodziło tym ostrzeżenia były coraz groźniejsze, jakbyśmy co najmniej wchodzili do klatki lwa

    Śmianie się z ich czerwonych tyłków mogłoby być powodem do agresji



    Małpy można było karmić przez kraty po wejściu do specjalnego pomieszczenia.



    Niektóre małpy wolały trzymać się dalej od ludzi









    Tak to wygląda z poziomu "back office"











    Skoro fauna zobaczona to teraz czas na kolejną florę Po zejściu z góry musieliśmy się tylko przetoczyć przez strasznie zatłoczony turystami most i idąc brzegiem rzeki Katsura podziwiać jej szmaragdowe piękno...







    Chciałoby się w niej popływać... Czas jednak naglił, więc udaliśmy się do rosnącego nieopodal słynnego bambusowe lasu. No właśnie... nawet zbyt słynnego, bo zrobienie tam dobrego zdjęcia było mniej więcej tak samo prawdopodobne jak na początku Fushimi Inari. Masy turystów przewijały się ścieżką utrudniając poruszanie się. Mogliśmy jeszcze odbić dalej w las, ale kilometry, które mieliśmy już w nogach oraz parę atrakcji, które sobie zostawiliśmy na później sprawiły, że zaniechaliśmy dalszego buszowania po lesie.





    Po wyjściu z lasu udaliśmy się w stronę jednej z dwóch stacji kolejowych Arashiyama, bo na celowniku mieliśmy znajdujące się obok "Kyoto Bengal Cat Forest". Jest to jeden z japońskich wymysłów, czyli otwieranie jakiejś kawiarni ze zwierzętami w środku. Zazwyczaj są to koty lub sowy. W tym przypadku były zarówno jedne jak i drugie, jednak można było kupić osobne bilety, bądź łączone na zobaczenie tych i tych. Ponieważ pogłaskanie sów i kotów jawiło się, jako jedno z najsłodszych wydarzeń w życiu to kupiliśmy bilet łączony i wiecie co? Jestem trochę w rozsypce po tym co zobaczyłem... Z jednej strony fajnie, że można pogłaskać sowy, ale... te piękne ptaki są przywiązane łańcuchem do gałęzi na małej przestrzeni, gdzie przez kilka godzin dziennie są obmacywane przez rzesze turystów. Teoretycznie po zamknięciu są one rozkuwane, ale są one zwierzętami nocnymi, a w ciągu dnia nie mają okazji pospać, po drugie jest tam mała i niska przestrzeń to jak mają latać? No i w końcu pewnie przeżywają spory stres każdego dnia, gdy ciągle ktoś chce je dotykać, a dzieci krzyczą















    Po wyjściu od sów mieliśmy bardzo mieszane uczucia. Po prostu szkoda nam tych zwierząt...
    Reputację kawiarni miały poprawić koty bengalskie. Tutaj warunki są znacznie lepsze. Przed wejściem do środka należało zmienić obuwie na papcie. Przy wejściu pracownik zapisywał nas w notesiku i w cenie biletu mieliśmy 30 minut na zabawę z kotami oraz jeden darmowy napój z dwóch wielkich maszyn.



    Kotów było tam może z 10, ale tylko 2 okazywały jakieś chęci do zabawy. Biorąc pod uwagę, że ludzi chętnych do zabawy było więcej to zaczęły się względy o kocią uwagę za pomocą różnych gadżetów :P Większość kotów miała jednak wszystkich gdzieś, czyli standardzik :P















    Niestety za dużo się z nimi nie pobawiliśmy. Za słabo przyciągliśmy ich uwagę...

    30 minut minęło dosyć szybko. Dosyć nerwowo patrzyliśmy na zegarki, bo mieliśmy jeszcze jedną atrakcję znajdującą się na północy miasta. Wsiedliśmy do jakiegoś retro pociągu, który miał nas zawieźć w odpowiednie miejsce. Takie wyjątkowe uchwyty były w środku





    Pojechaliśmy w głąb miasta i wysiedliśmy na Kitanohakubaicho. Nasze żołądki już dawały całkiem niezły koncert, ale w Arashiyamie były takie tłumy, że nic tam nie zjedliśmy. Pomyśleliśmy, że przechytrzymy system i zjemy w takim miejscu gdzie nie ma turystów. Po wyjściu ze stacji okazało się, że jedynym punktem gastronomicznym jest KFC. W środku oczywiście wszystko po japońsku, ale na szczęście były zdjęcia produktów na menu, więc można było mniej więcej sie zorientować co kupujemy. Pani przy kasie ni w ząb nie ogarniała angielskiego i poprosiła kolegę z kuchni o pomoc. Złożyliśmy zamówienia i jakoś poszło. Żarcie podobne do tego z naszego KFC, ale Pepsi smakowała zupełnie inaczej. Śmieszki zaczęły się jak poszedłem do toalety i chciałem spuścić wodę. Było chyba ze 20 przycisków i jeden duży zielony, więc pomyślałem, że to spłuczka. Naciskałem, ale nic się nie działo. W sukurs przyszedł mi mój google translate offline, na który ściągnąłem sobie słownik japońsko-angielski. Przejeżdżałem aparatem po napisach i mi tłumaczyło live lol. Jeden mały przycisk miał opis "eco flush" i się okazało, że to ten :P Dodam, że nie wyróżniał się wśród innych.

    Po uspokojeniu żołądków ruszyliśmy pod górę, aby dotrzeć do świątyni Kinkaku-Ji, złotej świątyni, która teraz przy powoli zachodzącym świetle musiała wyglądać obłędnie. Przed wejściem do parku dało się zobaczyć na zboczu góry jeden z ogromnych znaków, które są podpalane na jedno ze świąt.



    Podchodzimy do bram wejściowych, a tam.... ZAMKNIĘTE. Była godzina 17:10, a świątynia jest otwarta do 17:00. Pozostało nam tylko usiąśc na ławce i odpocząć...



    Dla zainteresowanych jak wygląda Kinkaku-Ji.
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82oty_Pawilon

    Tego dnia mieliśmy największy przebieg. Po powrocie do Osaki moja aplikacja na telefonie wskazała 24 km pieszo... Szkoda złotego pawilonu, ale nie ma tego złego. Zobaczyliśmy ponownie mnóstwo ciekawych rzeczy, które nie wiadomo czy będzie nam dane jeszcze kiedykolwiek zobaczyć.

    CDN.
    dak04, myszygon, mathew and 13 others like this.
    "Podoba mi się, w jaki sposób Łódź wygląda w dzień, i jak prezentuje się w nocy. Łódź sprawiła, że zacząłem marzyć"
    David Lynch

  3. #43

    Dołączył
    Feb 2008
    Mieszka w
    CTR warszawa
    Wpisów
    109

    Domyślnie

    Temu koteckowi z wyciągnięta łapką brakuje tylko jednego..... wystającego pazura
    Nagano and myszygon like this.

  4. #44
    Awatar Nagano

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    LCJ/EPLL - Łódź

    Domyślnie

    Dzień 9

    To był nasz ostatni pełny dzień w Japonii, który poświęciliśmy w pełni zakupom dlatego dzisiaj będzie krótko.

    Zostawiliśmy nasze aparaty w domu i wróciliśmy do paru handlowych miejsc,w którym nakupowaliśmy pamiątek dla siebie, rodziny i znajomych. Osobiście polecam sklepy Don Quijote, które są wielkie (ale nie ogromne) i można znaleźć tam naprawdę wymyślne rzeczy. Polecam również lokalne stragany, które tworzą coś na wzór naszych ryneczków tylko wygląda to bardziej nowocześnie.

    Co warto kupić na pamiątkę lub podarunek? Na pewno żywność jest tu świetnym wyborem. Japończycy robią chyba praktycznie wszystko z zielonej herbaty, więc będzie to na pewno oryginalny prezent. Ja kupiłem sobie np. pianki z zielonej herbaty. Na podarunek dla znajomych z pracy wziąłem "Pretz" czyli paluszki o niezliczonej ilości smaków. Mój 9-pak paluszków zawierał takie smaki jak np. takoyaki (ośmiornica w panierce), wasabi czy po prostu o smaku mięsa. Jeśli już jestem przy dziwnych smakach to świetnym wyborem będą Kit-Katy. Nestle urządziło sobie w Japonii prawdziwy poligon doświadczalny. Dotychczas wyszło już ok. 300 smaków, a obecnie w sprzedaży jest ok. 40.

    Z rzeczy, które mogą być fajnym prezentem są np. znane z jakości noże, a także elegancko wykonane pałeczki lub wachlarze. Jeśli są tu jakieś panie, które orientują się dobrze w kosmetykach to Japonia ma kilka uznanych marek, które warto wypróbować.

    Powiem tak, każdy ma jakieś swoje upodobania i zainteresowania i na pewno każdy coś dla siebie znajdzie

    No to teraz kilka zdjęć z naszych aparatów i telefonów. Pozbierałem parę ciekawostek z różnych dni

    Na pierwszy ogień Jim Beam w puszce z dodatkiem cytryny. Dosyć lekkie w smaku, tak akurat dla japońskich głów 5%



    Kupiłem sobie w automacie taką ładnie wyglądająca puszeczkę, otworzyłem, przechyliłem i... poleciało kilka kropelek. Nie zwróciłem uwagi, że trzeba to najpierw porządnie wstrząsnąć. Otóż była to galaretka winogronowa, która po wstrząśnięciu zmieniała się w napój o konsystencji gęstszego aloesu.



    Pokemon Centre Osaka. Kupiłem tu kilku dzieciakom z Polski maskotki



    Kolekcja Kit-Katów (to jeszcze nie były wszystkie)
    O smaku Wasabi - próbowałem, fajnie wiercą na języku, czasami nawet w nosie
    Sake - jabłkowe i zwykłe. Mają małą zawartość alkoholu i batoniki są zapakowane w dodatkowych torebeczkach, które po otworzeniu wydzielają zapach alkoholu.
    Zielona herbata - no wiadomo, smakują tak jak większość słodyczy w Japonii
    Amazake - to smak tradycyjnego ryżowego napoju alkoholowego. Nie próbowałem.
    Sernik truskawkowy - Pudełko w kształcie góry Fuji. W pracy je rozszarpali, nie spróbowałem
    Pudding toffi-kawa - Edycja halloween. Słodkie i całkiem dobre.
    Lody truskawkowe - Nie próbowałem.
    Truskawkowe - Słodkie, z posypką truskawkową na górze.

    Kupowałem też jakieś specjalne edycje - pojedyncze batony, które kosztowały tyle co paczki powyższych. Bez rewelacji.



    Kupowaliśmy różne Sake w Japonii. Nie jest, aż tak bardzo drogo jak myślałem. Tutaj wersja w słoiczku. W sam raz na kolację.



    Herbata z mlekiem tej marki była zdecydowanie najlepsza, z tych które próbowaliśmy.



    Napoje Sangaria. W automatach spotykaliśmy bananowe i truskawkowe z czego te drugie są smaczniejsze.



    Japońskie energetyki. Mówi się, że są mocniejsze niż gdziekolwiek indziej na świecie. Mirek z Mirabelką je pili, ale nie odczuli jakiegoś mega kopa.



    Piwko z pubu otwartego do 26:00



    Bonus: Fauna z Kobe



    CDN.
    "Podoba mi się, w jaki sposób Łódź wygląda w dzień, i jak prezentuje się w nocy. Łódź sprawiła, że zacząłem marzyć"
    David Lynch

  5. #45
    Awatar Nagano

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    LCJ/EPLL - Łódź

    Domyślnie


    Polecamy

    Dzień 10

    Budzik o 5 rano zrywa nas z łóżek, za 4 godziny mamy opuścić Osakę, którą mimo swojej złożoności i betonowego wyglądu polubiliśmy.

    Powrót na lotnisko Itami zaliczyliśmy tą samą trasą, czyli metrem i dalej koleją jednoszynową. Tym razem już bez żadnego gubienia się, po ponad tygodniu mieliśmy komunikację opanowaną na dobrym poziomie



    Podróż z Japonii do Europy jest łatwiejsza niż w drugą stronę. W Polsce udało się odprawić tylko do Tokio, gdzie trzeba było odebrać bagaż i przejechać jeszcze spory kawałek do terminala krajowego. Tutaj udało się odprawić w Osace prosto do Warszawy. Na Itami odprawiliśmy się, pożegnałem mój wgnieciony bagaż trzymając kciuki, żeby dojechał cały do Polski i poszliśmy do naszej bramki.

    Mamy szczęście do specjalnych malowań, bo przy bramce czekał na nas JA741A, 6,5 letni 772 w malowaniu "HELLO 2020 JET" na Igrzyska Olimpijskie. Swoją drogą trochę mnie to dziwi, że malowanie, które ma reklamować IO zrobili na "krajówce".





    Kulisy powstawania



    Na ten lot stawili się praktycznie sami panowie w garniturach i 3 gaijinów z Polski Na plus na pewno ilość miejsca w poczekalni. Samolotem miało lecieć blisko 400 osób, ale nie czuć było tłoku.



    Na tą krótką trasę standardowo kubeczek napoju dla każdego.



    Miejsce niestety po środku...



    Lot minął oczywiście bardzo szybko, bo ok. 45 minut, ale lądowanie było chyba najgorszym z moich dotychczasowych doświadczeń. Przy podejściu do pasa na Hanede mieliśmy przed progiem uskok wiatru co spowodowało, że zbliżyliśmy się niebezpiecznie do tafli wody. Pilot nie przerwał lądowania i za chwilę mieliśmy długie przyziemienie, bo dotknął lewymi kołami podłoża i przejechał tak spory kawałek, aż położył resztę samolotu na pasie. Nie miałem jak tego obserwować z okna, więc nie do końca miałem jak ocenić sytuację i poziom zagrożenia.

    Po wylądowaniu udaliśmy się prosto na transfer. Tutaj zmiana w stosunku do tego co było przy przylocie do Japonii. Wtedy wsiedliśmy w autobus, który wiózł nas na zewnątrz lotniska. Tym razem odbywało się to w środku

    Ostatni rzut oka na naszego 2020.



    Transfer odbywał się w taki sposób, że po lotnisku jeździł autobus, który co 15 minut podjeżdżał pod wyznaczone przystanki. Zanim pozwolono przejść do pojazdu to odgradzano możliwość wejścia na płytę. W środku jechało niewiele osób.



    Podczas jazdy udało się zrobić fotki paru maszynom. Zawsze mi się podobało malowanie Vietnamu, może kiedyś, gdzieś, coś...?



    Azjatycko



    A350 w malowaniu Thai wygląda zdecydowanie korzystnie



    Po ponad 10 minut dojechaliśmy do International. W sklepach zobaczyłem kolejne smaki Kit-Katów, których nie było w Osace, ale się opanowałem

    Szybkie security i idziemy do naszej bramki. W Tokio gejty są poustawiane w sumie pomysłowo. Mianowicie terminal ma 2 poziomy, na jednym i drugim są bramki. Te na górze są dla samolotów, które są podpięte pod rękaw, a te na dole dla samolotów, które stoją na płycie i trzeba do nich podjechać autobusem.

    Nasz kolejny cel - Paryż!



    Medycyna zna przypadki tzw. "Syndromu paryskiego". Występuje on głównie u turystów japońskich, którzy lecą zobaczyć Paryż mając ogromne oczekiwania. Wpadają w depresję, gdy się rozczarowują na miejscu. Syndrom ten działa również w inny sposób - gdy na miejscu nadmiernie się ekscytują co ich za bardzo pobudza....

    W każdym razie, żadnych osób z wypiekami na twarzy nie widzieliśmy

    Tego dnia do Europy miał nas zabrać 3-letni JA875A - Boeing 789, tym razem bez specjalnego malowania. Pech chciał, że mieliśmy dolną bramkę, więc do samolotu podjechaliśmy autobusem.



    Dla podróżujących poduszka, kocyk, słuchawki i miejsca na nogi tyle, że mogłem je sobie swobodnie rozprostować Przy kupnie biletów zrobiłem sobie rezerwację przy oknie - 33K.



    Jak już jesteśmy na płycie to warto trochę pospoterować

    777 Garuda



    Jumbo Lufthansa



    Kołujemy



    Do zobaczenia Japonio





    Czekało nas blisko 12 godzin lotu.
    To mój pierwszy lot Dreamlinerem. Na minus - brak kamerek live, jak w A350



    Kilkanaście minut po osiągnięciu odpowiedniej wysokości zaczął się serwis napojów. Poszedłem w nieznane i poprosiłem o "kabosu". Był to sok z pewnego japońskiego cytrusa o tej samej nazwie. Smakowało, jak taka słodsza i mniej kwaśna limonka. Jeszcze nie dopiłem swojej porcji, a stewardessa już spieszyła mi z kolejnym kubeczkiem, najs!

    Chwilę potem zaczął się serwis przekąsek. Były to chrupki ryżowe o smaku owoców morza. Niektóre nawet przypominały nigri



    Popatrzyłem sobie na mapkę. IFE pokazuje najważniejsze miasta w Polsce - Koszalin, Warszawę i Bytom Zwróćcie uwagę na trasę przelotu, bo później nam się trochę zmieniła.



    Wkraczamy nad Rosję



    Po wleceniu nad kontynent zaczął się serwis. Wybrałem wieprzowinę z jajkiem i ryżem.
    Takiej ilości jedzenia to ja się szczerze nie spodziewałem.... Jak mi miła pani przyniosła tackę to nie mieściła mi się cała na stoliczku Miałem autentycznie problem żeby niczego nie wywalić na podłogę, a swobodnie zjeść. No to tak, oprócz wspomnianego głównego dania w zestawie była jeszcze sałatka, druga sałatka (mięsko, glony i jakaś zielenina), sushi, groszek, ciastko budyniowe z zielonej herbaty, bułka z zielonej herbaty, masło, serek, sosiki i butelka wody mineralnej. Dużo tego jak na ekonomik!



    Wcinam, aż mi się uszy trzęsą a tu już do nas biegną kolejne stewardessy z kolejnymi niespodziankami. Czy ja jestem w niebie? No w sumie tak

    Do zestawu dorzucili jeszcze pyszne lody, zupę kukurydzianą i czerwone wino, które było tą wisienką na torcie Szanuję serwis ANA. Daję 6 na 5!



    Rzut okiem na kabinę z końca samolotu. Wystrój standardowy w neutralnych kolorach. Można byłoby dodać więcej barw.



    W 787 jest jedna irytująca rzecz. Ponieważ lecieliśmy cały czas dzień to załoga w pewnym czasie po obiedzie automatycznie przyciemniła wszystkie szyby... a ja chciałem sobie patrzeć! Ponieważ nie było też kamerek live to nie pozostało mi nic innego jak sprawdzić system IFE. Tutaj też nie mam się do czego przyczepić, był podobny do tego z Lufy. Dokończyłem sobie oglądać Avengersów, których zacząłem w locie Lufą do Tokio, a także film o jakiejś legendzie Sumo. Próbowałem zasnąć, ale nie wiem, no nie potrafię tak w samolocie. Raz w życiu mi tylko odcięło prąd jak leciałem do Mediolanu, ale nad Alpami się obudziłem żeby popatrzeć na widoki ;p

    Śniadanie - jakieś 2,5-3 godziny przed przylotem zaczęli je nam serwować. Coś z tymi śniadaniami w samolotach jest, bo nie smakują jakoś wyjątkowo. Te w Lufthansie było słabe, a w ANA po prostu przeciętne. Na plus kiełbasa, owoce i jogurt.



    Mieliśmy lecieć nad Finlandią, ale trasa się trochę zmieniła. Przepraszamy, można tu wysiąść?



    Gdy zbliżaliśmy się powoli do Francji jednej z pasażerek zaczęło coś kapać z góry. Stewardessy zatamowały przeciek w statku powietrznym



    Zbliżamy się do CDG. W oddali ledwo widoczna wieża Eiffel'a.



    I już na ziemi. W porównaniu do Japonii to jesień już w pełni.

    Eurowings



    Francuska rządówka



    Wiele się nasłuchałem o lotnisku De Gallue'a, przede wszystkim tych negatywnych opinii, więc podchodziłem do niego z pewną rezerwą. Po wylądowaniu udaliśmy się na transfer.



    Faktycznie trochę pokluczyliśmy, ale znaleźliśmy fajną interaktywną mapkę, która nam pokazała gdzie mamy się udać. Nasza bramka to 65. Znajdowała się ona w pewnej, mniejszej odnodze terminala. Najpierw skrupulatne security, gdzie sprawdzali mnie pod kątem ładunków wybuchowych. Przeszliśmy kontrolę i dalej naszym oczom ukazało się kilka bramek upchniętych obok siebie. Oczywiście z każdej miał w podobnym czasie być obsługiwany samolot... Było chyba z 5 lotów Lufy do Niemiec, 1 do Zurychu Swissa i nasz LOT do Warszawy.

    Liczba ludzi na tej małej przestrzeni była tak duża, że pomijając to, że nie było gdzie usiąść to kolejka do kawiarni nachodziła na kolejkę ludzi czekających w kolejce do samolotu...



    Czas mijał, a naszego Benia nie ma...

    MD-11. Jeden z moich ulubionych samolotów, szkoda, że nie dane było mi nigdy polecieć wersją pasażerską



    Embrion Swissa



    W międzyczasie jak robiłem zdjęcia wywołano nas przez głośniki do stawienia się w bramce. Ok? Nagle pojawiły się w głowie pytania, czy coś przeskrobaliśmy, czy nasze bagaże doleciały, czy w ogóle odlecimy? Pani przy bramce wypytała nas czy lecimy z Tokio, czy mieliśmy ze sobą bagaż (co tylko potęgowało domysły) i przewertowała nasze karty pokładowe z każdej strony. Jeszcze z kimś rozmawiała przez telefon. Ok? Na pytanie o co chodzi - powiedziała, że to tylko kontrola i nas puściła. No cóż...

    Nasz Max przyleciał z Warszawy z ponad półgodzinnym opóźnieniem. To nie była dobra wiadomość. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy wyrobimy się na nasz bus do Łodzi. Na plus (znowu) specjalne malowanie. Tym razem krwawy SP-LVD.



    Deboarding był ślamazarny... Przy opóźnieniu nie wyglądało to dobrze. W bramce zaczęli przepuszczać priority i business. Co im po tym skoro i tak musieli czekać, aż pozwolą im wejść do samolotu. Strata pieniędzy...

    Przy bramce karty pokładowe nam sprawdzała tym razem inna pani. Wstrzymaliśmy kolejkę, bo mieliśmy inne karty niż wszyscy (nasze były jeszcze z Osaki). Jakby opóźnienie nie było już za duże to jeszcze musiała się skonsultować z koleżanką i dopiero nas puścili.



    W krwawym dostałem miejsce 14B. Może nie było miejsca przy oknie, ale za to było przy wyjściu awaryjnym, więc też na plus. Za mną siedział Mirek, a za nim Mirabelka. To jak rozbita rodzina Przed startem przyszła do nas stewardessa i tłumaczyła nam zasady siedzenia przy wyjściu awaryjnym. Jeśli chodzi o załogę to zajmowały się nami dwie stewardessy, jedna miła i uśmiechnięta, druga chyba poirytowana opóźnieniem i jako 3 pan steward, na którego nie zwracałem uwagi :P

    Mieliśmy wystartować o 19:10, ostatecznie odbiliśmy się ok. 19:50.... Samolot nie nadrabiał za bardzo tego opóźnienia w powietrzu choć kapitan robił co mógł. Sporo pasażerów lecących do Polski miało później przesiadki na krajówki. Stewardessy zbierały dane, kto będzie się przesiadał i piloci poinformowali Warszawę. Część tych pasażerów, którym najbardziej zależało na czasie przesiadało się do klasy business żeby być bliżej wyjścia.

    Gdy wylądowaliśmy na Okęciu to już wiedziałem, że nie zdążymy na nasz bus do Łodzi. Od wyjścia z samolotu do taśm bagażowych trzeba było jeszcze przejść prawie cały budynek... W momencie, gdy powinienem już jechać do domu to o 22:40 czekaliśmy na nasze walizki

    Właśnie walizka. Na początku relacji pisałem, że w Tokio wyjechała na taśmie z wgniecionymi rogami. Teraz oprócz tego, że wyjechały z wgniecionymi rogami to jeden z nich miał pęknięcie... Ale! Na rączce ANA przyczepiła mi "Fragile"

    Ostatecznie udało nam się pojechać następnym busem po północy, choć nie mieliśmy gwarancji, że się zmieścimy.

    PODSUMOWUJĄC

    To była naprawdę fajna podróż i świetnie doświadczenie. Japonia jest krajem na pewno wartym zwiedzenia i mogę ją polecić z ręką na sercu. Choć trzeba się jakoś wpasować między katastrofy naturalne...

    Ta wyprawa tylko wyzwoliła we mnie głód następnych podróży. Następna, krótsza odbędzie na sylwestra. 2019? Już mam kilka pomysłów

    Pisanie relacji to nie jest taka łatwa sprawa, zajmuje sporo czasu, ale sprawia satysfakcje!

    Mam nadzieję, że jednak podobało wam się i może was natchnąłem do odwiedzenia KRAJU WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA?
    Zdun, WaldekK, walusinsky and 17 others like this.
    "Podoba mi się, w jaki sposób Łódź wygląda w dzień, i jak prezentuje się w nocy. Łódź sprawiła, że zacząłem marzyć"
    David Lynch

Strona 3 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •