Pokaż wyniki od 1 do 10 z 10
Like Tree57Likes
  • 10 Post By FighterMan
  • 15 Post By FighterMan
  • 15 Post By FighterMan
  • 16 Post By FighterMan
  • 1 Post By frik

Wątek: Samolotem, busem, łodzią, skuterem, pociągiem po Azji Pd-Wsch

  1. #1
    Awatar FighterMan

    Dołączył
    Mar 2019

    Domyślnie Samolotem, busem, łodzią, skuterem, pociągiem po Azji Pd-Wsch


    Polecamy

    Skoro tak dobrze się przyjęła relacja z Nepalu, postanowiłem zamieścić też zaległą- z pierwszej podróży do Azji. Mam nadzieje że nie macie nic przeciwko że wrzucam relację sprzed 1,5 roku- ale moim zdaniem też może się spodobać


    Oto mapa naszej podróży z Września 2017- trwała 24 dni.



    Odcinek 1: Północna Tajlandia.

    Jeszcze nim wylecieliśmy zaczęły się przygody- kupione w połowie lutego bilety TXL-KBP-BKK w czerwcu zostały skasowane, w sumie to nie wiadomo czemu- po prostu przyszedł mail że rezerwacja skasowana. Jedyna opcja dla nas- zwrot pieniędzy. Problem w tym, że zostaliśmy i bez pieniędzy, i bez biletów. Na początku lipca, dalej czekając na zwrot kasy kupiliśmy nowe bilety (RT WAW-BKK EK za 1800zł)- nie było sensu dłużej czekać, gdyż cena szła w górę. Ostatecznie pieniądze wróciły jak już byliśmy w Wietnamie, czyli po ponad trzech miesiącach (i to pewnie tylko dlatego, że wszczeliśmy procedure chargeback w banku). Komfort Emirates w porównaniu do UIA nieporównywanie lepszy, natomiast szkoda mi było lotu 767 (brakuje mi do kolekcji, leciałem już 717, 737, 747, 757, 777 a w maju będę pierwszy raz lecieć 787). (update 03.2019- ostatecznie 767 udało się polecieć rok później- SCL-IAH by UA)

    Kolejna przygoda była przy załatwianiu Wietnamskiej wizy. Potrzebowaliśmy mieć ją wbitą w paszport, bo zamierzaliśmy wjechać lądem, a Visa on Arrival jest możliwa do uzyskania tylko na kilku lotniskach. Pojechaliśmy więc pociagiem do Warszawy wcześnie rano, bo podobno procedura wyrabiania wizy jest jednodniowa. Na miejscu się okazało że za standardową opłatę (250zł) czeka się trzy dni, a żeby dostać wizę nazajutrz trzeba dopłacić kolejne 100zł. Nie ma natomiast opcji żeby ją dostać jeszcze tego samego dnia. Asia wróciła pociągiem do Wrocławia, ja natomiast pojechałem na okęcie na spotting do późnego wieczora, po czym przenocowałem na terminalu nie mając zupełnie nic ze sobą- spałem na podłodze, na bluzie. Na szczęście następnego dnia wizy były już do odebrania i mogliśmy ruszać w autostopowego tripa na Bałkany (dlatego nie chcieliśmy czekać trzech dni na standardową procedure).



    Plan podróży z Wrocławia do Chiang Mai wyglądał następująco:


    2017.09.05 WRO-WAW FR 738 06:50-07:50

    2017.09.05 WAW-DXB EK 77W 15:00-22:45

    2017.09.06 DXB-BKK EK 77W 03:40-13:15

    2017.09.06 BKK-CNX TG 772 17:20-18:30


    Podróż na trzech oddzielnych rezerwacjach, stąd takie spore widełki czasowe. Poniżej fotorelacja z tych dwóch dni w podróży:











    W DXB deboarding i boarding po schodkach.

















    Podczas BKK-CNX buła z kurczakiem teriyaki na ciepło, do tego gorące napoje.








    2017.09.07: Dzień 3

    Pobudka po raptem jedenastu godzinach. Jedynie tylu, bo przypomnę, że nasza podróż trwała 36 godzin, a ja mam problem ze spaniem w samolotach (udało się kimnąć na maks. 3 godziny łącznie). Schodzimy na śniadanie- ku zadowoleniu naszych wnętrzności- podane w formie bufetu i "po europejsku". Na egzotyke jeszcze przyjdzie czas, a my musimy się powoli przestawić.





    Już o poranku pierwszego dnia odstawiłem coś, co mogło przekreślić dalszą część podróży. Przyjechałem do Azji przeczulony na to, aby nigdy nie zostawiać cennych rzeczy w pokoju. Dlatego spakowałem wszystko co cenne do torby z aparatem- moją lustrzanke z dwoma obiektywami, mój pierwszy portfel z 800$ w środku, Asi portfel z 500$, dwa paszporty, polise ubezpieczeniową itp. Jedyne co w pokoju zostało, to mój zapasowy portfel na dnie plecaka, gdzie było 500$ "na czarną godzinę". A więc jemy śniadanko, pijemy kawę itp- swoją torbę położyłem pod stołem, w takim wycięciu na książki w ścianie działowej. Gdy już pojedli, popili, idziemy do pokoju. Zdążyłem się już legnąć na łóżku gdy dostałem zawału serca- zostawiłem tę torbę na śniadaniu. Nie mówiąc nic, wychodzę z pokoju i biegnę na dół, modląc się w duchu abym i tym razem został ocalony od swojej głupoty. Na szczęście w hotelu byliśmy jednymi z niewielu gości i nawet nasz stolik jeszcze nie został uprzątnięty, torba leżała tam gdzie ją zostawiłem. Dzień wcześniej kupiłem sobie Red-Bulla w szklanej buteleczce aby pobudził w przypadku jetlaga- nie był już potrzebny.

    Po odleżeniu obowiązkowej godzinki idziemy na miasto. Hotel mamy wewnątrz kwadratu otoczonego fosą, wszędzie blisko dlatego wpierw idziemy z buta do najbliższej świątyni. Niesamowite jest to jak szybko się człowiek nudzi nawet najbardziej odmiennymi rzeczami jeśli jest ich pod dostatkiem. Swoją pierwszą Buddyjską świątynie obfotografowałem z każdej strony i byłem zachwycony. Zainteresowanie kolejnymi malało liniowo przez kolejne pare tygodni, jednak ze wszystkich krajów jakie odwiedzilismy podczas tej podróży, w Tajlandii są najładniejsze świątynie. Hotel mieliśmy przy Wat Phra Singh, które uchodzi za jedną z najpiękniejszych w mieście.






















    Move on. Musiałem trochę przekonać Asię (oraz samego siebie, i to chyba bardziej) do tego pomysłu- wypożyczenia skutera. Moje doświadczenie na dwóch kółkach do tej pory to kilka tysięcy km na rowerze i raptem kilkadziesiąt skuterkiem (Jej ojczym dał mi swój skuter aby trochę pozwiedzać okolicę na Florydzie rok temu). Punktów wypożyczeń przez te kilkaset metrów które przeszliśmy widzieliśmy już parę, wszystkie oferują tę samą cenę- 150 baht (15zł) za cały dzień. Powiem szczerze, że ze wszystkich wypożyczeń jakie miałem przez dalszą część podróży, ta zawierała najwięcej formalności- nawet chcieli żebym zostawił paszport (oczywiście popukałem się w głowę, stanęło na kserze pierwszej strony i 100$ depozytu). Gdy już dostaliśmy maszynę, patrzę na wskaźnik poziomu paliwa (praktycznie pusty) i sie pytam gościa czy jest zepsuty- "yes yes sir, fuel ok". Zaglądam do baku- chlupocze tam sporo płynu, no to pewnie jest zalany do pełna a wskaźnik po prostu nie działa, zresztą ile taki skuterek może palić. Jedziemy przed siebie, bez żadnego planu, gdzie nam się spodoba tam się zatrzymujemy.





    Przed wejściem do każdej świątyni obowiązkowo się ściąga buty.




    Na zdjęciu (z samowyzwalacza) klęczymy z szacunku do mnichów, a nie dla buddy







    Plan jest taki aby dojechać do dworca i ogarnąć o której mamy stamtąd jutro autobus do Chiang Rai. Jako świeżo upieczony sympatyk kolei (lotnictwem się jaram od około 13 roku życia, natomiast od mniej więcej roku zaczęła mnie interesować także kolej) zaliczamy dworzec, gdzie stoi akurat skład który rusza wieczorem do Bangkoku. Patrzyłem na tą opcję ale przedostawanie się z BKK na dworzec przez jedno z największych miast świata, prosto po podróży z Polski, tylko po to by zaoszczędzić 10$ a zmarnować 10 godzin- nie było dobrym pomysłem. Za te 10$ więcej polecieliśmy bezpośrednio z BKK do CNX 772 Thai Airways i byliśmy na miejscu po godzinie a nie po jedenastu.









    Pojeździliśmy trochę po mieście, po czym wracamy do hotelu bo zaczyna trochę kropić, a nas dopada zmęczenie. Po godzince ruszamy do Doi Suthep- czyli tam, gdzie Wojciech Cejrowski kręcił odcinek Boso Przez Świat.


    Od hotelu do klasztoru było jakieś 25km, z czego jakieś 10 mocno pod górę. Jesteśmy na tym górskim odcinku, mniej więcej 5 kilometrów od Doi Suthep- cyk, cyk- motor zgasł. Pamiętacie jak przy wypożyczeniu pytałem się o wskaźnik paliwa? No to się okazało że jednak nie był zepsuty





    Miesiąc wcześniej wróciliśmy ze autostopowego tripa po Bałkanach (Serbia-Macedonia-Albania-Kosowo-Czarnogóra-Chorwacja-Bośnia stopem w trzy tygodnie- że się pochwalę :P) także szybko przypomniałem sobie jak się łapie- tym razem jednak nie po to by gdzieś pojechać, tylko popytać się ludzi czy nie mają jakiegoś kanisterka. Zatrzymałem trzech biednych kierowców zanim zorientowałem się że to bez sensu Będę musiał chyba jednak pojechać z kimś z powrotem w dół do stacji, zalać trochę do jakiejś butelki i wrócić, ale czekaj... ktoś się zatrzymuje do nas...

    Młoda dziewczyna, również na skuterku, zauważyła nas na poboczu i domyśliła się że coś nie tak. Zaoferowała, że podjedzie na stację benzynową i nam przywiezie troche paliwa. Dałem jej 150 bahtów, po pół godziny przywiozła nam ponad 2 litry paliwa i dwie zimne wody do picia i nawet chciała oddać resztę. Super kobita, na pamiątkę zrobiła sobie z nami zdjęcie:





    No to po 50-minutowej przygodzie dojechaliśmy w końcu do takiej Tajskiej Częstochowy. Mocne wrażenie robi wejście po kilkuset schodach w górę, z poręczami stylizowanymi na smoka (częsty motyw).




















    Gdy zwiedzaliśmy Doi Suthep zaczęła się ulewa, tak mocna że nie dało się wyjść spod zadaszenia, a cała podłoga zmieniła się w kałużę. Gdy po pół godziny deszcz nieco ustał i zaczynało się ściemniać, postanowiliśmy z duszą na ramieniu wrócić do Chiang Mai- dopiero szlifowałem swoje umiejętności jazdy na zmotoryzowanych dwóch kółkach. Co zrobiliśmy nie tak? Zostawiając skuter, pozostawiliśmy kaski na kierownicy. Spoko, wszyscy tak robią. Ale nie zwróciłem uwagi/nie pomyślałem, żeby powiesić kaski "nabijając" na lusterka, a nie wieszając za pasek. Różnica? Zastaliśmy małe zbiorniki wodne w obu kaskach. Cóż, peleryny na siebie i jazda!





    Jedziemy gdzieś zjeść. Konkretnie, na ulicy z ok. 100 stoiskami streetfoodu. Obowiązkowo noodle soup, cena: 25 baht (2,50zł).





    Świeżej sie nie da





    Na dobranocke jeszcze Wat Suan Dorg z kilkudziesięcioma pomnikami nagrobnymi.










    2017.09.08: Dzień 4

    W Chiang Mai było super, ale już o wybieramy się do Chiang Rai, jeszcze bardziej na północ Tajlandii. Rano, po śniadaniu- kupiłem bilety przez internet (z aplikacji przewoźnika), kasa zeszła z konta- dlatego postanawiamy się w spokoju przejść na dworzec z niewielkim zapasem czasowym, podpatrując po drodze "zwykłe życie" Tajów.











    Doszliśmy na dworzec autobusowy, szukam maila z potwierdzeniem, pokazuje je na telefonie- typiara w oknie chce co innego, to co mam to nie wystarcza, mam pokazać rezerwację z aplikacji. Wchodzę w apkę, a tam pusto. Dobra, daje paszporty, niech poszuka rezerwacji po nazwisku na daną godzinę- oczywiście nie znajduje naszej rezerwacji. O tyle, co cena biletu nie była bardzo wysoka (350 baht~ 35zł) to jednak bardziej boli fakt, że nie możemy kupić biletów na 13:30 (brak miejsc w systemie) tylko dopiero na 14:40. Cóż, tak to bywa w podróży. Mam przynajmniej czas zjeść sobie zupkę:





    Czas przejazdu do Chiang Rai- około 4 godziny. Bardzo przyjemna jest kultura przewoźników z tamtego regionu- czym byś nie jechał, na powitanie dostajesz butelkę wody i przekąskę.








    Po drodze ulewa, dokładnie o tej samej porze o wczoraj. Jest pora deszczowa.

    Dojeżdżamy na miejsce i wita nas taki nieco Ukraińsko-Gruziński krajobraz:







    Około 40 minut się błąkaliśmy bo nie mogliśmy znaleźć naszego zakwaterowania, ani osoby z którą moglibyśmy się bardziej porozumieć. W końcu trafiliśmy, nieco na czuja. Nocleg rezerwowany rano z booking.com, pokój dwuosobowy ze śniadaniem 240baht (24zł).

    Wieczorem idziemy jeszcze coś zjeść, było dobre, ale ja potem musiałem (po raz pierwszy) uruchomić zestaw leków jakie wziąłem ze sobą







    2017.09.09: Dzień 5

    Dziś napięty grafik i z góry założony plan, który należy wykonać. W skrócie- nie spać, zwiedzać, resztę dokończ sam. Z rana- odrobina Chiang Rai:



















    Po czym znowu wypożyczamy skuter, i jedziemy do "White temple". Po drodze ulewa.











    White temple/Wat Rong Khun- jedna z najpiękniejszych budowli jakie w życiu dane mi było widzieć, podstawowy materiał budowlany: Azbest. Architektura w bardzo dosłowny sposób przedstawia drogę do zbawienia- przechodzi się mostem nad czysćcem/piekłem, ciężko stwierdzić. Dla obcokrajowców 50 baht za wejście.
















    W środku jest po prostu skromna figurka Buddy, której nie wolno fotografować. Bardziej zdobione wnętrze niż to znajdziecie w byle świątyni na rogu.

    Odniosłem wrażenie, że w Buddyźmie bardzo dużo uwagi się przykłada do różnych symboli, gestów poprzez które człowiek się w jakiś sposób modli, bądź chce mieć poczucie spełnienia religijnego obowiązku. Jestem inżynierem, nie religioznawcą, więc na tej myśli skończę. Wszyscy pisali różne rzeczy (intencje) na serduszkach ze srebrnej blaszki, które później są wieszane w formie drzewek, lub tunelu.

















    Co dalej- było White temple to teraz jedziemy do Black temple, 30km na północ.





    Black temple (Baan Dam) nie jest świątynią, choć sprawia takie wrażenie- to jest muzeum, stworzone przez pewnego artystę, jako dosłownie lustrzane odbicie tego Wat Rong Khun. Chodząc po Baan Dam miałem dziwne poczucie grozy, jakiejś złej energii jaka tam panowała..bardzo dziwne miejsce. Wszystkie szczątki zwierząt wykorzystane w "instalacjach" pochodzą podobno z padliny.


























    Teraz prędko wracamy do miasta odebrać plecaki z kwatery, oddać skuter i ruszamy na dworzec bo niedługo odjeżdża nas autobus do Huay Xay, na granicy Tajsko-Laoskiej. Nie odbyło się bez problemów, pieniędzy (Tajskich) nam nie starczyło, nie mogliśmy znaleźć ani kantoru, ani bankomatu więc dolary wymieniliśmy u przypadkowej osoby (na dworcu autobusowym), pokazując przelicznik wzięty z neta. W autobusie do Huay Xay (znajdującego się już po Laoskiej stronie)- sami backpackerzy- trzech niemców, dwóch japończyków i my. Wkurza mnie że wszędzie wymagają od nas wszystkich danych z paszportu- nawet przy kupnie biletu autobusowego lub wymianie waluty.











    Transport do HuayXay jest sporo droższy niż do samego Chiangkhong ale plus jest taki, że bus czeka na wszystkich pasażerów podczas wyrabiania wiz. Moment przekraczania granicy był bardzo emocjonujący, bo poza ulewą jakiej prawie nigdy nie doświadczy się w Polsce, w tym samym momencie wszystkie muszki w promieniu 1km zleciały się do jednej lampki, znajdującej się dokłądnie nad okienkiem imigracyjnym. Dosłownie- złapałem pare do ust gdy wymieniałem dwa słowa ze strażniczką. Wiza do Laosu: 30$, wyrabiana na granicy.


    Pięć minut od przekroczenia granicy autobus się zatrzymuje i wysadza wszystkich pasażerów, wciąż będąc spory kawałek od centrum Huayxay. Wszyscy zrzuta na tuk-tuka, i lecimy do hotelu. My sobie zarezerwowaliśmy rano z booking.com, pozostali stwierdzili że skoro my wiemy gdzie jechać to oni jadą do naszego hotelu Idziemy lulu już z widokiem na wesoło powiewające flagi z sierpkiem i młotkiem na ulicy.





    Koniec części pierwszej.

  2. #2

    Dołączył
    Apr 2012

    Domyślnie

    Czy Biała Świątynia na pewno zbudowana jest z azbestu, a nie z alabastru?

  3. #3
    Awatar FighterMan

    Dołączył
    Mar 2019

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez siarka Zobacz posta
    Czy Biała Świątynia na pewno zbudowana jest z azbestu, a nie z alabastru?
    Opierałem się na pierwszym lepszym wyszukiwaniu z wujka:
    4. The principle construction material of the temple is asbestos. It explains its whiteness and represents the purity of Buddha.

  4. #4
    Awatar FighterMan

    Dołączył
    Mar 2019

    Domyślnie

    2017.09.10: Dzień 6

    Pobudka w Laosie. Na zewnątrz cały czas pada, od wczorajszego wieczoru. Hotel miał świetny stosunek ceny do standardu- do pełni szczęścia zabrakło tylko śniadania. Ale zaraz, po co myśmy tutaj w ogóle przyjechali? Otóż dziś wsiadamy na pokład łodzi, która nas przez dwa dni będzie transportować rzeką Mekong aż do Luang Prabang. Stąd też ta cała baza hotelarska na tym kompletnym zadupiu, "longboat" jak to wszyscy nazywają to popularny środek przemieszczania się turystów po Laosie. Zakładamy na siebie i plecaki ochronę przed deszczem, i ruszamy pozałatwiać parę spraw przed wypłynięciem w drogę: znaleźć bankomat, zrobić zakupy na podróż, kupić sobie jakieś śniadanie, w końcu znaleźć "port" i kupić bilety.


    Największy cyrk się pojawia przy dostawaniu miejscowej waluty: KIP. Najlepiej by nam było wymienić $$ w kantorze, bo jak tylko się da unikamy wybierania pieniędzy z bankomatów- dla uniknięcia prowizji i podwójnych przewalutowań. Niestety jest niedzielny poranek, i w tym socjalistycznym kraju możemy co najwyżej pomarzyć o kantorze, dlatego też musimy udać się do bankomatu. Ale z tym wiąże się spore ryzyko; często w Laosie bywa tak, że wpisujesz pin, wklepujesz ile chcesz wybrać, pokazuje się przetwarzanie... i wyskakuje "connection error", po czym karta zostaje zwrócona, bez pieniędzy. Wszystko fajnie, tylko te pieniądze jednak znikają z konta. Głupi turysta idzie do kolejnego bankomatu, a tam taka sama historia. I tak w kółko, po czym się okazuje że wybrał 5x po 100$ i po powrocie musi tłumaczyć w banku że bankomat w Laosie nie wydał mu kasy. Dlatego mądry czyjąś szkodą, nagrywam telefonem cały proces wybierania pieniędzy, aby ułatwić sobie ewentualną procedurę zwrotu po powrocie. I rzeczywiście, za pierwszym razem dzieje się dokładnie to o czym czytałem, natomiast w kolejnym bankomacie kilkanaście metrów dalej wszystko odbywa się jak powinno. Jak się później okazało, pieniądze z pierwszej operacji nie zeszły jednak z konta, ale to o czym wcześniej pisałem to historia z pierwszej ręki, my mieliśmy zwyczajnie szczęście.



    Po ogarnięciu gotówki na podróż, jesteśmy MILIONERAMI. 1$=8270KIP.
    Potrzebujemy 840 000 na bilety, musimy mieć też zapas na nocleg w miejscowości w połowie drogi, oraz na żarcie. Zaopatrzenie sklepów dupy nie urywa, ale i tak jest nieźle jak na komunistyczny kraj- większość towarów z importu (przekąski), ale też każdy orze jak morze i każdy z trzech otwartych o tej rannej porze sklepów, ma w ofercie również "fresh sandwich". Kupujemy wpierw prowiant w postaci sucharów i innych niezdrowych pierdół na podróż, oraz dwóch przepysznych kanapek na śniadanie, po czym udajemy się kupić bilety.





    W "porcie" już widać paru backpackersów. Pomimo pytania się kilku osób, nikt nie był w stanie nam powiedzieć o której ta łódź ostatecznie odpłynie- zakładamy najwcześniejszą godzinę jaką usłyszeliśmy, 9:00 rano, tak też stawiamy się na doku o 8:50. Oj, głupi my, jesteśmy przecież w Azji.





    Po drugiej stronie rzeki jest Tajlandia. Co chwila przypływają łodzie z "towarami importowymi".



    Głupi my że stawiliśmy się tutaj o tej godzinie. Oficjalnie, łódź jednak ma odpłynąć o 11:00 (info o czym nie było nigdzie wywieszone, dowiedzieliśmy się tego od innego pasażera, który z kolei dowiedział się o tym ze swojego hotelu), a ostatecznie odbiliśmy od brzegu o 11:40. Mogliśmy w spokoju obserwować, jak nasza Longboat sie zapełnia białasami z plecakami, szukającymi wrażeń w Azji Południowo Wschodniej.





    W końcu ruszamy w drogę.











    Nasza łódź pełni także funkcję taksówki między brzegami i osadami, co chwila się zatrzymujemy żeby zabrać lub wysadzić kogoś z lokalsów. Pozwala to trochę podejrzeć prawdziwy Laos.







    Mekong na całej długości jest brunatno-mętny. Nie śmierdzi, ale co chwila widać jak nasi lokalni współpasażerowie wyrzucają śmieci za burtę. Dzięki temu wszystkie wiry na rzece są dokładnie oznaczone, bo łatwo można je zidentyfikować pod postacią "wyspy śmieci" na powierzchni.





    Po około 7 godzinach rejsu dopływamy do miejscowości Oudomxay, gdzie nie ma dla nas miejsca i nasza łódź musi się wepchać pomiędzy inne Longboats. Na brzegu czeka na nas już chmara naganiaczy, którzy prawdopodobnie w ciągu dnia pracują jedynie przez te 15 minut kiedy przypływa łódź. Wsiadamy na pakę i jedziemy do hotelu- całe dwie minuty drogi.







    Tuż po odebraniu kluczy od pokoju, kierowca/właściciel domku, pyta sie nas czy chcemy zioła, prosto z Wietnamu. Straszny sztywniak ze mnie, odmawiam za nas obojga, ale miło że spytał

    Wieczorem idziemy się przejść wzdłuż głównej drogi aby coś zjeść- oczywiście noodle soup. I tutaj kolejne rady jak nie dać się okantować w Laosie: zawsze sprawdzaj dokładnie wydawaną resztę (20 000 zapisane ichniejszą czcionką wygląda na 60 000) oraz gdy płacisz większym bilonem i oczekujesz reszty, jest szansa że jej nie dostaniesz nim się nie upomnisz.

    2017.09.11: Dzień 7

    Znowu trzeba kupić prowiant na większą część dnia, gotówki nam starcza praktycznie na styk, bankomatu ni ma. Wszystko tu 30% droższe niż w HuayXay, a ponadto dostaje się mniej/gorzej. Wczoraj za sandwicza przygotowanego na moich oczach (z szynką, serem, sporą ilością warzyw i sosem) zapłaciłem 10 000 kip, dziś za sflaczałą bułę posmarowaną serkiem roztopionym 15 000 (wyboru nie było). Jesteśmy na Laoskim zadupiu, a sprzedawczyni ogląda serial z internetu na smartfonie.



    Ładujemy się na łódź i płyniemy w dalszą część drogi. Nakupiliśmy sobie kilka opakowań najsilniejszej Muggi przed wyjazdem, męczymy się w długich nogawkach i rękawach; niepotrzebnie, zupełnie brak jakichkolwiek insektów, nawet po zmroku.









    Po 16 dopływamy powoli do Luang Prabang. Po zadokowaniu ta sama śpiewka z naganiaczami, i nie miła niespodzianka gdyż lądujemy kilka kilometrów od centrum, musimy więc wziąć tuk-tuka. Przekonuje nas do siebie Amerykanin który mieszka w LP od kilku już lat, jedziemy do jego hostelu.









    Luang Prabang to stety/niestety najbardziej turystyczna mieścina w Laosie. Po odpoczynku idziemy na night bazaar i jakąś szamę. Ja uzupełniam swoją kolekcję browarków o kolejny kraj.







    2017.09.12: Dzień 8

    Z rana wypożyczamy skuter, dla bezpieczeństwa- z własnego hotelu. Dziś jedziemy do jaskini Pak Ou, oraz wodospadów Kuang Si. Tak jak do Kuang Si można sie spokojnie wybrać skuterkiem, tak do Pak Ou... cóż, większość osób jedzie tam tuk-tukiem, bo od połowy droga robi się nieciekawa. Cóż, my zaryzykowaliśmy i pojechaliśmy na dwóch kółkach.

    Rytmika w szkole podstawowej:



    Droga do Pak Ou:

    https://www.youtube.com/watch?v=c0l1qfgZYzs

    https://www.youtube.com/watch?v=gdkFKaytxP0







    Po drodze mija się rezerwat ze słoniami. Mimo że egzotyka kusi to nie powinno się wspierać takich miejsc, dlatego nie wstępujemy.







    Jaskinia znajduje się po przeciwnej stronie Mekongu niż miejscowość Pak Ou, bilet zawiera w cenie również wstęp do jaskinii, i kosztuje z tego co pamiętam około 15 000 kip.







    Jaskinia dolna to tak naprawdę szeroka grota z setkami posągów Buddy poustawianymi tu i tam. Moja ocena- 4/10, nie warte specjalnej podróży.Natomiast wchodzi się ok. 5 minut do górnej jaskinii...



    A tam już naprawdę warto przyjechać. Mocne 8/10. Całkiem głęboka jaskinia, zupełna ciemność, i również poustawiane figurki Buddy. Na zdjęciu poniżej, to żółte źródło światła to... mała świeczka.



    Zwiedzając, cały czas się zastanawiałem skąd my weźmiemy paliwo do skuterka, bo wzięliśmy go zatankowanego na 3/4, a gdy tu dojechaliśmy było poniżej 1/4 baku. Chwile się pokręciliśmy po Pak Ou, i całe szczęście znaleźliśmy "stację benzynową"- na słońcu wystawione buteleczki 0,5L z mieszanką paliwa z olejem- w sam raz do dwusuwa. Tylko cena za litr prawie jak w Wielkiej Brytanii, ale motor pić musi.



    Do przejechania mamy prawie 60 km.







    Wodospady Kuang Si. W trzech miejscach można było wejść do wody, jednak z perspektywą jazdy na skuterze zaraz po kąpieli, baliśmy się przeziębienia- więc obeszło się bez.











    W drodze powrotnej Asia prowadziła, a ja porobiłem trochę fotek w pięknym, popołudniowym słoneczku.











    Do LP dojechaliśmy już po zmroku, po drodze natrafiając na wieczorną mantrę mnichów:



    2017.09.13: Dzień 8

    Dzień niestety rozbity bo do 12:00 musimy opuścić pokój, a busa mamy dopiero o 18:00. Busa dokąd? Do Hanoi. Dzień spędzamy w samym Luang Prabang.

    Mamy sporo wolnego czasu, więc z nudów planujemy dalszą część podróży. Przed wyjazdem, mieliśmy w planie przejazd pociągiem z Hanoi do Sajgonu aby zobaczyć jak najwięcej Wietnamu- ale zdaję sobie sprawę że to bez sensu. Zamiast znów marnować cały dzień na przemieszczaniu się (i to nawet więcej, bo pociąg jedzie aż 35 godzin) tylko po to by zaliczyć delte Mekongu przed udaniem się do Kambodży, lepiej będzie jeśli spędzimy w Hanoi więcej czasu i potem polecimy bezpośrednio do Siem Reap, a południowy Wietnam i Phnom Penh zostawimy sobie na następną podróż.







    Rzadki okaz: MA-60 (chińska przeróbka An-24)



    Idąc główną ulicą Luang Prabang (tam, gdzie późnym wieczorem zaczyna się Night Bazaar), lokale w kamieniczkach to: biuro podróży, restauracja, kantor, powtórz. Warto się przejść po wielu biurach podróży jeśli chcecie gdzieś pojechać, była duża rozbieżność cen i usług za w zasadzie to samo: 24 godzinny bus do Hanoi. Nam udało się znaleźć za 380 000/os bus + transport z hotelu na dworzec, a byliśmy w takim biurze gdzie chcieli 450 000 za samego busa.

    Dlaczego będziemy sobie to robić, czyli jechać równe 24 godziny ze środkowego Laosu do byłej stolicy Północnego Wietnamu? 1. Lot kosztuje 3x tyle, 2. Będzie to na pewno niezapomniane przeżycie, 3. Widoki po drodze, 4. I tak już mamy wizę na wjazd lądem i trzeba ją wykorzystać, 5. Nie interesuje nas Vientiane, a chcąc uniknąć i busa i lotu, musielibyśmy tam spędzić kilkanaście godzin. Znowu się musimy zaopatrzyć w prowiant na podróż, oraz jak się okazuje: stalowe nerwy i dużą dozę cierpliwości.



    Nasz autokar. Odjechaliśmy pół godziny po czasie bo coś w nim grzebali...



    A gdy już ruszyliśmy, przez pierwsze 4 godziny stawaliśmy dosłownie co pół godziny i coś grzebali w silniku- wszystko działało, ale brakowało mocy. Komfort był zadziwiająco dobry, mówię o samej leżance bo do tego dochodzi jeszcze hałas silnika, i telepawka na drodze.



    Koniec części drugiej

  5. #5
    Awatar FighterMan

    Dołączył
    Mar 2019

    Domyślnie

    W busie Luangprabang (Laos)- Hanoi (Wietnam)

    Załoga naszego busa była dokładnie tak liczna jak ilość turystów w środku- 8 osób. Z opowieści na różnych stronach wyczytałem, że autobus jedzie do granicy z Wietnamem gdzie dojeżdża ok. 4:00 nad ranem, po czym czeka się do 7-8 rano kiedy posterunek jest otwierany. W naszym przypadku- było inaczej. O 1:00 w nocy nagle staneliśmy niewiadomo gdzie (nie szło nawet się zorientować, bo na zewnątrz zupełnie ciemno a szyby zaparowane), zgasły wszystkie światła i motor. Myślałem wpierw, że znowu się popsuł- nikt nic nam nawet nie próbował powiedzieć co i jak.

    Ruszyliśmy o 7:00 rano, okazało się że to była przerwa na spanie. Czyli zaraz granica, tak? Chciałbyś.

    O 7:30 pierwsza przerwa na siku (OD ODJAZDU O 18:00 POPRZEDNIEGO DNIA), dosłownie pośrodku pola. Faceci wiadomo nie mają problemu- laski się momentalnie zapoznały idąc razem w krzaki.

    I gdzie ta granica??? Jedziemy i jedziemy... dochodzi 12:00... Tak, dokładnie- na granicę z Wietnamem dojechaliśmy o 12:00, zamiast o 4:00 nad ranem. Coś czarno widzę ten przyjazd do Hanoi o czasie.

    Na granicy wysiadasz dosłownie ze wszyskim- w środku można było zostawić co najwyżej suchy prowiant. Przechodzimy z jednego do drugiego kraju, gdzie sierp i młot powiewa na ulicach. Dlatego to przejście graniczne nie miało prawa być szybkie. Pomimo, że nasza grupa była jedyna- zajęło nam to 45 minut. Super że nie ryzykowaliśmy i wyrobiliśmy sobie wizy wcześniej, jakaś para z Francji (nie jechali z nami) tkwiła na granicy już od wczoraj, próbując załatwić sobie wjazd (myśleli że dostaną ją na granicy). Wsiadamy spowrotem do naszej karocy. Czekając na nasze paszporty, zapoznajemy się z pozostałymi parami- jedni ze Stanów, drudzy z Argentyny, trzeci z Japonii (oni to prawie lokalsi w porównaniu do reszty ).



    Zatem, GOODMORNING VIETNAM nie pasowało bo już było po południu. Ale nic, życie się toczy dalej, nasz autobus jakimś cudem również Kolejne pare godzin to już coraz intensywniejsze wyczekiwanie celu podróży. Stajemy na postój, jest jakieś Wi-Fi, w końcu można ogarnąć gdzie jesteśmy. Okazuje się, że przekroczyliśmy granice w zupełnie innym miejscu niż się spodziewaliśmy, i kierujemy się obecnie do Vinh, czyli miasta 200km na południe od Hanoi. Powiem szczerze, że było mi to już obojętne. Ważne by kiedyś w końcu tam dojechać.


    Jakiś kawałek drogi dalej, autobus staje, wchodzi koleś z załogi i nas wszystkich dosłownie zaczyna wyganiać. Po 19 godzinach razem, myślałem że coś nas już łączy i chociaż dostaniemy jakieś kwiaty na pożegnanie Wygania nas na pobocze autostrady. Chwile trwało, nim ogarneliśmy że chodzi mu o to że ten autobus jedzie do Vinh, a my się teraz mamy przesiąść do autobusu do Hanoi, kierowcy przekazał już pieniądze za nas przejazd.


    Wchodzimy więc całą, nowopoznaną ekipą do drugiego autobusu. Okazuje się on być wykończony w dużo lepszym komforcie, natomiast pierwsze minuty po wejściu są bardzo nerwowe. Wszyscy zajeliśmy dowolne, wolne miejsca, a kierowca podchodzi do nas i pokazuje że mamy zająć miejsca na samym tyle- z tym że siedzi tam już jakichś dwóch grubych, spoconych kitajców, a my mamy zająć miejsca między nimi. Takiego wała, nie idziemy tam. Ten się wkurza na niesubordynacje pasażerów (tutaj wychodzi różnica kulturowa) i zaczyna szarpać najbliższą niego ze wszystkich "nowych osób"- Argentynke. Silna baba, gestowo mu tłumaczy że jeszcze raz ją dotknie a się to dla niego źle skończy. Ja postanawiam że jeśli ten kurdupel zaraz dotknie Asie to mu walne z barana nie patrząc na konsekwencje. W końcu gość daje sobie spokój i rusza w końcu tym cholernym autobusem.



    Do tego drugiego autobusu wsiedliśmy o 18, czyli o godzinie o której powinniśmy być już w Hanoi.



    Po 21 przechodzi jakiś zwerbowany pasażer i pyta się naszej całej ósemki naraz- gdzie chcemy wysiąść. "City centre" oczywiście odpowiadamy. Po chwili kierowca zatrzymuje autobus na zatoczce przy autostradzie i każe nam wysiadać. Rzeczywiście, to chyba już Hanoi, ale zdecydowanie nie centrum. Nieważne, weźmiemy taxi, byleby zaraz wziąć prysznic i się położyć w nieruchomym łóżku. Nasze plecaki wychodzą z luku śmierdzące uryną oraz oblepione szerszeniami:



    Bierzemy się za łapanie taxi. Problem taki, że nikt z nas nie ma ani trochę Wietnamskiej waluty. Amerykańska para udaje się do bankomatu, natomiast my z Argentyńczykami pakujemy się do taksówki i ustalamy że zapłacimy w $$. Jesteśmy w Wietnamie! Przez to jak wyglądała nasza podróż z Laosu, czuje,y się prawie tak jakbyśmy przyjechali tu na stopa.



    Jeszcze tylko ponawigować do hotelu, na szczęście pobrałem mapy offline Hanoi jeszcze w Laosie. Udało się znaleźć. Meldunek, prysznic, dobranoc.

    2017.09.14: Dzień 9

    Dla mnie, nie ma nic lepszego w podróży niż świadomość z rana że masz w cenie hotelu śniadanie, oraz że nie musisz się wynosić przed 12:00 bo spędzasz tu jeszcze (przynajmniej) kolejną noc. Tak właśnie było, a restauracja hotelowa okazała się być na 9 piętrze, odsłaniając szarą panorame miasta.







    Po śniadaniu idziemy poczuć klimat Hanoi.







    Szczerze, to zanim tu przyjechałem to te słomiane kapelusze uważałem jedynie za stereotypowy archetyp azjaty, i myślałem że w rzeczywistości używane są tylko na polach ryżowych. Jak widać się myliłem!



    Wchodzimy do muzeum kobiet.



    Socjalistyczne plakaty zachęcające kobiety do wstąpienia w szeregi:



    Ohaguro: malowanie zębów na czarno przez zamężne kobiety.



    Potem idziemy na jakieś żarcie, a nasz stolik obsługuje dziewięciolatka:







    2017.09.15: Dzień 10



    Mamy farta i akurat cyklon zbliża się Wietnamu (najciężej było kilkaset kilometrów na południe, tam zginęło kilkadziesiąt osób), my doświadczamy jedynie niekończącego się deszczu. Przez niego, chwilowo nie mamy pomysłu co tu porobić do wieczora, kiedy startujemy w strone Sapy. Idziemy więc znów w miasto- głównie po to by zobaczyć pociąg do Sajgonu.



    Brud. Spuchnięte, zdechłe szczury i ryby pływają po powierzchni jeziora, a gościu w tym łowi ryby.













    Rano wykupiliśmy w jednym z tysiąca biur podróży przejazd do Sapa, wraz z odbiorem z hotelu. Oszczędzamy w ten sposób na jednym noclegu bo jedziemy nocnym busem. Niestety odległość jest niewystarczająca by podróż zajęła całą noc- wedle moich obliczeń do Sapy zajedziemy już o 3:30 rano, najpierw jedziemy jednym busikiem kilkanaście minut, następnie wsiadamy do takiego sleepera jakim jechaliśmy z Vinh do Hanoi.

    Niepotrzebną część bagażu zostawiliśmy w przechowalni naszego hotelu, co nam bardzo ułatwi poruszanie się po Sapa.



    2017.09.17: Dzień 13

    Obliczenia się sprawdziły i rzeczywiście zajechaliśmy do Sapa o 3:30 rano. Przypomniały mi się mega nieprzyjemne nocne jazdy PolskimBusem kiedy to człowiek rozespany musi w środku nocy wysiąść na pizgawicę. A tu niespodzianka- autobus stanął, zgasił motor i pozwolili wszystkim pospać jeszcze dwie godziny i pół godziny. Dzięki temu mogliśmy się udać od razu na wschód słońca, a nie włóczyć bez celu. Jesteśmy około 20 km od granicy Wietnamsko-Chińskiej.





    Pojechałem tam dla jednego widoku. I jest. Dla mnie- kwintesencja Wietnamu.







    Śniadanie z takim widokiem...



    Obowiązkowo kawa po Wietnamsku: smak mi zapadł w pamięć, ale jednak nie trafiła za bardzo w mój gust...



    Nie decydujemy się na trekking z przewodnikiem po przygotowanych pod publikę wioskach (nie można wejść samemu), za to wjeżdżamy na najwyższy szczyt Indochin: Fansipan. Pozwala to nam na oglądanie tych wszystkich pól tarasowych z powietrza, i to tak naprawdę mnie bardziej zajarało niż sama góra... Wjazd był bardzo drogi, bo aż 600 000 VND od osoby. Kolej linowa została uruchomiona w 2013 przez (oczywiście) Dopplemayr. Szczerze- chciałbym kiedyś dla nich pracować. Konstrukcja dzierży dwa rekordy Guinessa: największa różnica między stacjami (1410m) oraz najdłuższy odcinek liny niepodparty masztem (6295m).





    Na szczycie ogromny zawód- mimo wzniesienia się o 1,4km w górę, dalej nie wyszliśmy ponad chmury (które zdawały się być nisko) tylko jesteśmy pomiędzy nimi- efekt mimo wszystko bardzo ciekawy. Po raz pierwszy od wylotu z Warszawy zakładamy na siebie wierzchnie okrycie.







    Na szczycie również znajduje się kilka świątyń, nie mogę sobie wyobrazić jak one zostały tu postawione.



    Jedzenie w kościele? Tak- to są dary od wiernych dla "Matki" którą się czci w Wietnamie- głównie towary mniej lub bardziej luksusowe jak piwo, cola, ciastka, papier toaletowy...





    Zjazd w dół





    Nocujemy w Sapa, nasz hotel prowadzi matka z córkami i są niesamowicie miłe. Zastanawiało mnie przez cały okres pobytu w Wietnamie, gdzie się podziali wszyscy faceci- większość populacji z którą się spotkaliśmy to były kobiety. Dzieci gospodyni były za małe żeby móc powiedzieć że ich Tata zginął na wojnie, jednak wieczorem ani rano nie było go widać. Pewnie pracuje na jednym z tych wielkich projektów inżynieryjnych...

    Gdy wybraliśmy się późnym wieczorem na kolację, podejrzeliśmy trochę miejscowego życia- spodobał mi się sposób w jaki grupa zamawiała posiłek; każdy zamówił po jednej potrawie i misce ryżu, po czym ustawili wszystko na środku i mieli urozmaicone jedzenie.



    My z kolei zamówiliśmy "Chicken Soup" licząc na ten boski przysmak do którego już przywykliśmy. Przynieśli nam natomiast miskę ze wszystkim czego się spodziewaliśmy (kawałki kurczaka, kiełki, pac-choi) ale zamiast rosołu był... rozwodniony, rozgotowany ryż. Pierwsza reakcja- nie tkne tego. Było bardzo dobre.

    2017.09.18: Dzień 12

    Z Sapa wyjeżdżamy o 8 rano. Dzisiaj pogoda dużo lepsza...





    Nasz skoncentrowany kierowca busa:



    Z powrotem w Hanoi.Wróciliśmy z Sapa do Hanoi.

    Uliczny sklep mięsny:



    Uliczny zmywak kuchenny:





    Nocleg w innym hostelu niż ostatnio. Co nas cieszy, to oprócz śniadania rano także "happy hour" wieczorem i nielimitowany browar. Średniej jakości, ale kogo to obchodzi Nad ranem jedziemy na Cat Ba: ale na samą wyspę, a nie rejs promem po zachodzie.

    2017.09.19: Dzień 13

    Wyruszamy nad ranem, znów zostawiamy większość bagażu w Hanoi. Bardzo polecam tego przewoźnika (Daichi travel). Przejeżdżamy przez Hajfong- znajduje się tu jeden z największych portów kontenerowych w południowo-wschodniej Azji. Wietnam przeżywa obecnie taki boom ekonomiczny jak Chiny kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu.







    Gdy tylko przyjechaliśmy to zostawiliśmy rzeczy w hotelu i ruszyliśmy do jakiegoś biura podróży aby jeszcze znaleźć coś ze startem od 13:00. Znaleźliśmy opcję kajaki + wyspa małp z dowozem do portu, była mowa o grupowej wycieczce, okazało się że byliśmy jedynymi chętnymi. Wycieczka kosztowała nas 300k VND od osoby (13$)







    Na kajak mamy półtora godziny- trzeba uważać żeby się nie zgubić bo większość gór wygląda tak samo.











    Następnie zabiera nas na wyspę małp gdzie mamy kolejne 1,5 godziny luzu.















    Gdy wracamy, w naszej łodzi psuje się ster. Biorą nas na hol.



    Wieczorem obiadek i zachód słońca. Noodle soup, sajgonki, ryż z krewetkami na ostro, i to co tygryski lubią najbardziej- darmowe piwo do obiadu









    2017.09.20: Dzień 14

    Wcześnie rano wypożyczam skuter- zero formalności, dosłownie wymieniam kasę na kluczyki do skuterka. Niestety bak prawie pusty i trzeba najpierw znaleźć stację benzynową, a o dziwo ciężko jakąś znaleźć. Jedziemy wpierw do fortu z wojny Wietnamskiej:













    Następnie na plaże- po raz pierwszy i ostatni podczas tej podróży. Nie przepadam za takim sposobem spędzania urlopu, ale chociaż raz trzeba



    A później jedziemy zwiedzić samą wyspę...













    No i znowu wracamy do Hanoi.







    Wracając do hotelu, super niespodzianka bo spotykamy znajomych Argentyńczyków z którymi jechaliśmy z Luang Prabang tym busem przez 27 godzin. Zapraszamy ich do swojego hotelu (ten sam co ostatnio) bo akurat się zbliża happy hour- siedzieliśmy razem przy piwku ponad 2,5 godziny.


    2017.09.21: Dzień 15


    To już ostatni dzień w Hanoi, o 16:00 lecimy do Kambodży Vietjetem. Przez ten huragan na początku, nie udało się zrealizować całego planu na północny Wietnam- nie wybraliśmy się do Ninh Binh.
    Z rana, po śniadaniu, jedziemy jeszcze do muzeum lotnictwa komunikacją miejską. Przejazd kosztuje dosłownie kilkanaście groszy. Po raz pierwszy wyjechaliśmy poza Old Quarter- i widzimy jakie paskudne jest życie w godzinie szczytu w zwykłych dzielnicach miasta.







    Mig-21:



    Zestrzelony F-4:



    Przechwycony UH-1:



    Wielki jak skur*** Mi-26:



    Mig-21, Mig-15, Su-22



    Blok wschodni:



    Kokpit egzemplarza Mig-21 który zestrzelił dwa B-52:



    Jedziemy na lotnisko. HAN-REP z bagażem rejestrowanym kupiliśmy na tydzień przed podróżą, kosztował ok. 220zł. Odrobinę więcej by nas wyniósł pociąg z Hanoi do Sajgonu i przemieszczenie się z Sajgonu do Siem Reap- a zajęłoby to trzy dni, a nie dwie godziny. Przed odlotem mam trochę czasu na spotting.





    Przy odprawie przykry widok małego tłumu współpasażerów którzy muszą płacić po 80$ za wykupienie bagażu rejestrowanego przy odprawie- nieobyci z realiami tanich linii lotniczych poszli do ulicznego biura podróży i kupili bilety na lot. Nie dość, że biuro pewnie przygarnęło sporą marżę to jeszcze nie wykupili bagażu, a wiadomo że tutaj każdy turysta ma ładunek wykraczający poza kabinówkę. Cóż, następnym razem będą mądrzejsi!


    Miałem nadzieję na nowe A32B Vietjeta, niestety podstawili jakiegoś wynajętego A320 (cały biały). Na pokładzie spotykamy Polaka który od 11 miesięcy mieszka w Hanoi i uczy angielskiego- co trzy miesiące wyjeżdża gdzieś na wycieczkę, po to aby sobie przedłużyć wizę.



    Lądujemy w Siem Reap. Na płycie zauważam samolot Small Planet Polska! Od wielu lat współpracują z Cambodia Angkor Air i pożyczają sobie samoloty nawzajem, co pozwala zwiększyć utylizację w niskim sezonie. Tak samo robi np. Transavia i SunCountry.

    Jeszcze w samolocie zostały rozdane formularze do wizy- kosztuje ona 30$ i dostaje się ją od ręki. Pomimo jednoczesnego przylotu dwóch A320 (360 osób), procedura idzie zadziwiająco szybko- kilka osób siedzi obok siebie i pracują w trybie taśmowym- każdy wykonuje inną czynność. Gdy paszport przejdzie tę ścieżkę zdrowia, wyczytywane jest nazwisko i paszport odkładają na ladę. Kto go weźmie, to już ich za bardzo nie obchodzi.



    Hotel który zarezerwowałem zapewniał transport z lotniska. Zauważyłem, że w każdym kraju forma transportu pomiędzy skuterem a samochodem jest inna- w Tajlandii i Laosie był to typowy "tuk-tuk", w Wietnamie to motocykl z nadbudówką, natomiast w Kambodży wiózł nas motocyklem z przyczepą. Zdziwiły mnie spore odległości pomiędzy budynkami w Siem Reap- bardzo luźna zabudowa, szczególnie odczuwalna ponieważ właśnie przylecieliśmy z Hanoi.

    2017.09.22: Dzień 16

    Ciekawostka na śniadanie- podana "zupka chińska" z jajkiem sadzonym. Tak mi to posmakowało, że niejednokrotnie sobie takie robiłem po powrocie do Polski



    Nie ma wątpliwości co do tego, po co tu przyjechaliśmy- oczywiście aby odwiedzić Angkor Wat. Bilety wstępu są 1,3 lub 7 dniowe- nie mamy na tyle czasu by spędzić tu aż trzy dni, decydujemy się na opcję jednodniową. Na szczęście bilet jednodniowy (37$) zaczyna obowiązywać dzień wcześniej od 17:00, dzięki czemu możemy wejść na zachód słońca. Do tego czasu przechadzamy się po mieście, chłonąc nowy kraj. Zwiedzając kolejną świątynie, wciąż nie przestaje mnie zadziwiać skrupulatność detali budowli sakralnych Azji Pd-Wsch.







    Dosyć tu drogo. Dwa-trzy razy drożej jak w Tajlandii. Mają miejscową walutę, pomimo tego posługujemy się praktycznie wyłącznie USD.





    Bardzo potrzebowaliśmy takiego luźniejszego dnia aby trochę odpocząć. Popołudniu umawiamy się z hotelowym kierowcą który wiózł nas z lotniska- będzie na woził po Angkor cały jutrzejszy dzień oraz również na dzisiejszy zachód słońca.











    Koniec części trzeciej.

  6. #6

    Dołączył
    Mar 2013
    Mieszka w
    EGLL

    Domyślnie

    świetna wycieczka! i świetnie się raport czyta. będę w Vietnamie w październiku, podsunąłeś mi sporo pomysłów co zobaczyć!
    Moje loty | Moje zdjęcia | Instagram | oneworld: AA AB AT AY BA CX FJ IB JL JJ LA MH QF QR RJ S7 UL


  7. #7
    Awatar FighterMan

    Dołączył
    Mar 2019

    Domyślnie

    2017.09.23: Dzień 17


    Pobudka tuż po 5 rano, jedziemy na wschód słońca...





    Angkor Wat:














    Prasat Kravan:











    Banteay Kdei:














    Ta Prohm- zdecydowanie najbardziej się nam tam spodobało.














    Chodząc po Angkor cały czas się rozglądałem dookoła w poszukiwaniu węży. Jedyne co zauważyłem to pojedyncze jaszczurki, takie jak ta:





    Miejscowy zawiózł nas także do Takeo, Chau Say/Thomammon ale nie mam ciekawych fot z tamtych miejsc.





    Niepotrzebnie zużyliśmy resztkę sił na umywające się do pozostałych Baphuon oraz Tarasu słoni- przez co przy Bayon, świątyni kulminacyjnej- byliśmy juz bardzo zmęczeni i zwiedziliśmy "po łebkach". Od wschodu słońca minęło już ponad 10 godzin.

















    Moim zdaniem jeśli ktoś może, to zdecydowanie warto spędzić tam więcej niż jeden dzień. Pomimo tego, że nasze zwiedzanie było trochę zbyt intensywne- jesteśmy zadowoleni, niesamowite miejsce. Tak jak nie kupuje pamiątek praktycznie nigdy, tak z Angkor przywiozłem wycięty w skórze widok na Angkor Wat- obecnie już oprawione, zdobi salon Mamy szczęście że padało- przez to było mniej ludzi, oraz dało się oddychać. Po opuszczeniu parku, jedziemy jeszcze do centrum po jakieś upominki dla rodziny oraz aby się porządnie najeść, po czym padamy w hotelu.


    2017.09.24: Dzień 18


    Dziś wracamy do punktu wyjścia- Bangkoku. W jakimś biurze w Siem Reap kupiliśmy bilety autobusowe do Poipet, gdzie przejdziemy granice pieszo po czym wsiądziemy w pociąg do stolicy Tajlandii.


    Sporo się naczytałem o problemach na tym przejściu granicznym- zwłaszcza pod kątem korupcji po Kambodżańskiej stronie. Okazało się że byłem aż za bardzo wyczulony bo pod pozorem "nienacięcia się" omineliśmy posterunek graniczny po Kambodżańskiej stronie. Już staliśmy w kolejce po Tajską pieczątke kiedy się skapneliśmy że nie mamy pieczątki wyjazdowej i musieliśmy się wrócić


    Granica:








    Irytujące: Tajka na granicy przyczepiając mi kartę wjazdową zszyła mi kilka stron paszportu naraz. Po przekroczeniu granicy trzeba się już tylko wytargować na tuk-tuka do stacji kolejowej w Aranyaprathet, następnie kupić bilety, zjeść noodle soup i można jechać 6 godzin. Nie trzeba się specjalnie martwić o prowiant przed podróżą- co rusz ktoś się przechadzał wzdłuż składu oferując różne rzeczy do spożycia.

















    Całe szczęście w Bangkoku hostel mamy praktycznie naprzeciwko dworca. Zostawiamy tylko rzeczy i idziemy do basenu!







    2017.09.25: Dzień 19


    Bardzo polecam Chic Hostel. Z basenem, kilkaset metrów od dworca, czysto, sporo pryszniców, dobre wi-fi oraz, co sprawiło najwięcej radości, śniadanie które się odbywa na 12 piętrze w hotelu obok. Za trzy noce w dwu-osobowym pokoju zapłaciliśmy niecałe 280zł.








    Bangkok. Kojarzy się przede wszystkim z Kac Vegas oraz piosenką "One night in Bangkok". W mieście oraz bezpośredniej okolicy mieszka 14 milionów ludzi. Zostajemy tutaj aż do wylotu z powrotem do Polski, za trzy dni.















































    2017.09.26: Dzień 20














    Najdroższy browar w życiu, za to na 51 piętrze:











    2017.09.27: Dzień 21


    Podróż dobiegła ku końcowi.. Pora wracać.




















    Znowu wybraliśmy miejsca w 51 rzędzie, dzięki czemu nie mamy współpasażera (kadłub się zwęża i pod koniec z 3-4-3 robi się 2-4-2)








    Na nasze dwa boardingi i dwa deboardingi w Dubaju, tylko przylot z BKK był obsługiwany rękawem. Reszta po schodkach, poprzedzone 20 minutową jazdą autobusem.





    Wylot opóźniony ponad 1,5 godziny, przez co nie mamy szans zdążyć na pociąg do Wrocławia który kupiłem online podczas przesiadki w DXB. Anuluje rezerwację przez pokładowe wi-fi będąc nad Iranem, dzięki czemu tracimy tylko ok. 15%. Ostatecznie wracamy pierdolino trzy godziny po przylocie.





    Podsumowanie kosztów (na osobę)


    1800 zł (WAW-BKK-WAW)


    500 $ wydane na miejscu


    350 zł wiza do Wietnamu


    220 zł HAN-REP


    250 zł szczepionka na Dur Brzuszny


    220 zł ubezpieczenie na podróż


    I to już koniec. Tym którzy wytrwali- dziękuje, mam nadzieje że się podobało i do zobaczenia w kolejnej relacji

  8. #8
    Awatar sprajt2

    Dołączył
    Sep 2009
    Mieszka w
    LHR

    Domyślnie

    Gites!

  9. #9

    Dołączył
    May 2010

    Domyślnie

    Na zdjęciu z Wietnamu to nie Mi-26 a Mi-6. Masę zdjęć. Temat dobry dla oglądaczy.

  10. #10
    Moderator
    Awatar frik

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPBC/EPWA/EPMM

    Domyślnie


    Polecamy

    Cytat Zamieszczone przez FighterMan Zobacz posta
    Mig-15
    To Shenyang J-6, czyli chińska wersja MiGa-19
    FighterMan likes this.
    Quidquid latine dictum sit, videtur sapiens.


Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •