Pokaż wyniki od 1 do 3 z 3
Like Tree30Likes
  • 17 Post By b79
  • 1 Post By shiver
  • 12 Post By b79

Wątek: Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru

  1. #1
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru


    Polecamy

    Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru


    Nie marzyłem o Peru. Co więcej, po wizycie w 2017 w Meksyku przeszła mi ochota na wypad do Ameryki Południowej. Myślałem, że to będzie dubel, znowu architektura kolonialna, ostre żarcie, zabytki po Inkach, zamiast wcześniej podziwianych piramidach Majów. Tymczasem wyjazd mogę udać za jeden z lepszych, zaskakujący, odkrywający dla mnie kontynent. Ale po kolei…

    W połowie stycznia pojawiły się bilety za 1520 zł z Amsterdamu do Limy (liniami AeroMexico). Zdecydowałem się, bo jednak Peru gdzieś tam w głowie siedziało, poza tym chciałem po prostu gdzieś ruszyć. Taki nałóg, uzależnienie od przygód. Pewnym wyzwaniem był bardzo szybki termin wyjazdu, bo już 6 lutego 2019. Jeszcze nigdy nie miałem na ogarnięcie wypadu raptem 3 tygodni. Jeżeli coś mnie stresowało, to potencjalne problemy ze znalezieniem wewnętrznych przelotów w dobrych cenach no i bilety wejściowe do Machu Picchu. Cała reszta to dla mnie przyjemność. Etap czytania, pogłębiania wiedzy, planowanie każdego kolejnego dnia. To akurat lubię i dobrze się w tym czuję.
    Trochę nieświadomie wybrałem taki termin wyjazdu. Nie wiedziałem jaka to pora pod względem obłożenia turystycznego. Otóż okazuje się, że poza wybrzeżem jest to pora deszczowa, a to oznacza dla miejscowych low season. Dzięki temu nie było żadnych problemów z kupnem biletów do Machu Picchu. Straszyć nas miały ewentualne deszcze i zachmurzenia. Natomiast nad samym Pacyfikiem lato jest praktycznie przez cały rok. Na ruch turystyczny mają wpływ przede wszystkim goście z USA oraz Europy i przypadające wakacyje w lipcu-sierpniu. Ostatecznie obyło się bez żadnych komplikacji, a plan zrealizowaliśmy.

    Początek wygląda zawsze tak samo. Szybkie decyzje co chce się zobaczyć. Kalendarz ogranicza zapędy, niestety pojawiają się pierwsze cięcia. Dla mnie must see to była dżungla amazońska no i obowiązkowe Machu Picchu. Resztę należało dosztukować. No więc…
    1. Dżunglę można podziwiać w Peru w dwóch miejscach. Pierwsze to północ kraju i okolice miasta Iquitos. Ale tu się tylko przypływa/przylatuje, a dalej trzeba jeszcze doliczyć kolejne dni na dopłynięcie w dzicz i szukanie tam wrażeń. Dla mnie lepszym rozwiązaniem było znajdujące się na wschodzie Peru, niedaleko granicy z Boliwią, miasto Puerto Maldonado. Raptem 50 minut lotu od Cuzco, przy dobrej organizacji po wylądowaniu w ciągu 2-3 godzin można znaleźć się sercu dżungli. To mi odpowiadało.
    2. Drugie miejsce - Machu Picchu, współczesny cud świata, obowiązkowa wizyta dla każdego odwiedzającego Peru. Obok znajduje się równie często odwiedzane miasto Cuzco.
    3. Oczywiście nie sposób pominąć Limę, bo tam się ląduje. Ale tu chciałem być jak najkrócej. Zdecydowanie lepiej czuję się w mniejszych miastach, te duże rzadko kiedy mnie angażują. Miasto odwiedziliśmy dwa razy i za każdym razem była to połówka dnia. Ale taki urok Limy, która jest w centrum siatki logistycznej.
    4. Linie Nazca od początku odrzucałem, bo były nie po drodze. Dlatego w pierwszym podejściu celowałem raczej w Arequipe i wizytę w kanionie Colca. Tyle że plan nie spinał się – brakowało jednego dnia. I wtedy z pomocą przyszło Peru Hop. Świetne rozwiązanie – organizują przejazdy między miastami, ale o tyle nietypowe, że po drodze zalicza się przystanki na zwiedzanie atrakcji. W ten sposób powstał pomysł na 3 dniowy zorganizowany wypad z Limy, po drodze Paracas, Huacachina i wspomniana Nazca.


    Ostatecznie miało to wyglądać następująco:



    07.02: przylot do Limy, nocleg
    08-10.02: dżungla w okolicach Puerto Maldonado
    10-13.02: Machu Picchu + Cuzco
    13.02: Lima, dzielnica Centro Historico
    14-16.02: wycieczka z Peru Hop: Paracas, Huacachina, Nazca
    17.02: Lima, dzielnica Miraflores

    Poniżej film z wideorelacją, a dalej klasyczny opis. Myślę, że zmieszczę się w trzech częściach. Zapraszam!





    Selva – pobyt w dżungli amazońskiej


    Podróż na zachód należy do tych przyjemniejszych, ponieważ z racji na cofanie zegarka zyskuje się czas na odpoczynek. Tak więc start mieliśmy z Amsterdamu, należało tylko dokupić bilety na pierwszy odcinek z Warszawy. Holandia kojarzy mi się co najmniej z dwoma przyjemnościami, które już na lotnisku w Schiphol można skonsumować. Są to duże frytki z majonezem oraz kapitalny, wbity w bułkę świeży śledź z cebulą i ogórkiem. Postawiliśmy na przetworzonego ziemniaka. Na filet ze śledzia przyjdzie czas dopiero w drodze powrotnej. Wylot z Amsterdamu był o 22.25 (mój debiut Dreamlinerem), udało się nawet przespać większą część nocy.









    W Meksyku lądujemy przed 4 i mamy ponad 4 godziny przerwy przed kolejnym, ponad 5-godzinnym lotem do Limy. Lotnisko w Meksyku nie należy do najnowocześniejszych, piętno czasu jest tu zauważalne, a i lokalny przegląd zapachów przytłacza. Jest to też brama językowa do Ameryki Łacińskiej, tzn. dalej rozmawiamy tylko w ojczystym. Przed wizytą warto nauczyć się chociażby podstawowych słów po hipszańsku, zwłaszcza cyfr i kilku zapytań ułatwiających życie.







    W Peru meldujemy się po godzinie 15. Mam ze sobą drona i wiem, że powinienem zgłosić go na cło. Trzeba wówczas wpłacić depozyt, jakieś papiery wypełniać. Kara za brak zgłoszenia to 250 USD. Nie chcę tracić czasu, ryzykuję i przez nikogo nie niepokojony opuszczam przyloty. Pod lotniskiem istne polowanie taksówkarzy na turystów. Ale tym razem mamy załatwiony transport przez miejsce noclegowe, które znajduje się po sąsiedzku z lotniskiem. Nie zamierzamy zapuszczać się do centrum miasta. Chcemy tylko odpocząć, przespać noc i rano udać się w dalszą podróż. Najpierw jednak posiłek. Tu właśnie wychodzi duża zaleta podróży w zachodnią stronę. Mimo że od wielu już godzin byliśmy w podróży, słońce wciąż utwierdzało nas, że jest dzień. I nawet jakoś specjalnie zmęczeni nie byliśmy.
    Okolica wokół lotniska nie należy do najpiękniejszych. Są to przedmieścia Limy, wszędzie kraty. Trafiliśmy do fast foodowej knajpy. Wszelka odmiana kurczaka z rożna. Bierzemy zestaw 1/2, co oznacza, że na talerzu ląduje pół kury, drugie tyle frytek, sałatki, sosy, butelka coli. Na koniec próbowali podać jeszcze jakieś słodkości, ale wybroniliśmy się. I to mimo, że były w cenie zestawu, co podkreślano przynajmniej dwukrotnie. Tyle jeść nie przywykłem, ale patrząd na miejscowych, to chyba norma. Na całe szczęście okazało się potem, że w Peru jada się naprawdę smacznie i wartościowo, a tylko z braku laku zaliczyilśmy taki start. Wracamy do pokoju, nasze Peru zacznie się tak naprawdę dopiero od dnia następnego.

    Wylot o godzinie 8.00. Rano właściciel podaje obowiązkową w Peru jajecznicę. Na lotnisku w hali odlotów znajduje się stanowisko Peru Rail, gdzie odbieram zarezerwowane bilety kolejowe do Machu Picchu (tylko taka forma możliwa – płaci się online za rezerwację, bilet trzeba odebrać fizycznie w jednym z wielu punktów w Peru). Lecąc na wschód kraju warto usiąść po lewej stronie samolotu, widać wówczas Andy i pojedyncze szczyty wybijające się ponad chmury.





    Połączenie do Puerto Maldonado realizowane jest z międzylądowaniem w Cuzco. No i muszę opisać to doświadczenie. Miasto, jak i lotnisko, znajduje się na wysokości 3300m, do tego w kotlince pomiędzy górami.





    Wystarczy, że wystąpi załamanie pogody i już jest problem z obsługą lotniczą. Ale nawet przy dobrej pogodzie lądowanie sprowadza się do obniżania pomiędzy górami, by pod sam koniec samolot robił ostry nawrót w lewo i ustawiał się, a przynajmniej próbował, w osi pasa. Nam się nie udało. Nagle dziób do góry i trzeba było robić podejście nr 2. W tutejszych warunkach nie jest to chyba rzadki widok. Dla mnie pierwsze takie doświadczenie i przyznam, że oczekiwane przeze mnie. Moje pierwsze odejście na drugi krąg.
    Postój trwa 25 minut, samolot jest jak autobus. Jedyni wychodzą, po chwili nowi meldują się na pokładzie i lecimy dalej. Opuszczamy góry i za 50 minut lądujemy w zupełnie innej scenerii. Meandrująca rzeka, wszędzie dookoła bujna zielień. Słońce, upał. Peruwiańska Amazonia.







    Miasto Puerto Maldonado żyje z turystyki. Samo w sobie ma niewiele do zaoferowania, ale cała przyroda dookoła jest magnesem dla przyjeżdżających turystów. Na miejscu jest wiele biur podróży, gdzie można wybrać gotowy plan pobytu w dżungli (głównie na ulicy Leon Velarde, zwłaszcza bliżej rzeki). Można też zrobić rezerwację z wyprzedzeniem, mailowo, tak by po przylocie zostać odebranym z lotniska i od razu ruszyć dalej, nie tracąc czasu na nocleg. Takie rozwiązanie wychodzi raczej drożej – a już na pewno w sezonie, kiedy możliwości negocjacyjne są ograniczone. Wybierając gotową wyprawę należy zwrócić uwagę na co najmniej dwie kwestie. Po pierwsze, okolica słynie z występowania tzw. lizawki, gdzie codziennie rano różne gatunki papug zlatują się i ucztują. Dla mnie to był główny cel wizyty i od razu pierwszy wybór. Pozostałe aktywności to obozowanie w dżungli nad jeziorem, kajaki, łowienie ryb (piranie), specjalnie wybudowane tory przeszkód (jakieś drabinki, liny, domki na drzewach itp.). Punktem programu w każdej z tych wypraw będzie spacer przez dżunglę – wersja w dzień jak i w nocy. Druga kwestia do wyboru to długość pobytu w dżungli. Wybierając opcję 1-dniową wiele się traci. To są wypady z miasta o świcie, powrót na noc. Zwiedza się wówczas tylko najbliższą okolicę na północ od Puerto Maldonado. Opcje z noclegiem mają o wiele bogatszy program. Można siedzieć w dżungli nawet tydzień. Pobyt jest w lodgach, obowiązuje pełne wyżywienie, codziennie atrakcje, no i każdy dostaje służbowe kalosze. Bo w dżungli jest dużo błota, zwłaszcza w porze deszczowej. Oczywiście to wszystko kosztuje, ale uważam, że warto. Wspomnienia są potem bezcenne.

    Wybraliśmy dwudniową ofertę (tambopatajungle.com). Za cenę 180USD/os mieliśmy mieć pobyt w grupie max. 10 os. w lodge znajdującej się niedaleko lizawki Cuncho Clay Lick. Pokój prywatny, pełne wyżywienie, transport, wszelkie opłaty (wstęp do Rezerwatu Tambopata). Z lotniska odbiera nas umówiony tuk tuk i zawozi do Tambopata Hostel, który organizuje wypady do dżungli. Po załatwieniu formalności nakarmiono nas podając klasyczny arroz con pollo, czyli ryż z kurczakiem zawinięty w liść bananowca. Ale to było dobre…





    Nasze obozowisko znajduje się 6 godzin łodzią motorową w górę rzeki, dlatego skracamy dojazd do 2 godzin i w pierwszej kolejności jedziemy autem 60km równolegle do rzeki, następnie przesiadamy się na auto 4x4, które zapuszcza się w coraz bardziej dzikie, porośnięte bujną roślinnością bezdrożdża, by dotrzeć wreszcie do brzegu, gdzie wsiadamy w łódź i płyniemy ostatnie 20 minut w górę rzeki.









    Collpas Tambopata Inn jest świetnie położona. Obozowisko znajduje się praktycznie nad linią brzegową, w sercu dżungli. Obok znajduje się granica Parku Narodowego Tambopata (strefa bez infrastruktury), 40 minut łodzią dalej lizawka. Dookoła obozowiska najprawdziwsza dżungla, co słychać zwłaszcza nocą.













    Jesteśmy poza sezonem. Dlatego jest pusto, dostajemy prywatny domek.





    Dodajmy prosto urządzony, ale przytulny i czysty. Na tyłach znajduje się weranda z hamakiem, zamiast okien siatka.




    Woda tylko zimna, prąd tylko w porze działania agregatu (wieczorem). Głównym miejscem jest duży, zadaszony taras, skąd mamy widok na większą część obozowiska oraz rzekę. Są tu też stoły, baniaki z wodą pitną, termosy z gorącą wodą, kawa, herbata. Tu będziemy jadać posiłki. Mieszkankami tego miejsca są też dwie papugi. Spokojna, ale bardzo ciekawska ara Ch’aska (w języku keczua Wenus) oraz amazonka Polly (niezły urwis). Spotkać je można głównie na werandzie, ale mają pełną wolność przestrzeni. Ary najdłużej nie było tydzień.







    Naszym przewodnikiem podczas pobytu jest Rodrigo. Wesoły, kontaktowy chłopak, z dużą wiedzą, władający dobrze po angielsku. Zabiera nas na pierwszą wyprawę do dżungli. Miała być grupa max. 10 os., tymczasem robi się z tego wycieczka prywatna. Pamiętajcie – pora doszczowa ma swoje zalety, tym bardziej że póki co nie pada! Przez ponad 2 godziny łazimy po dżungli, Rodrigo co chwila przystaje, opowiada o roślinach, ich wykorzystaniu przez miejscowych, także w kontekście medycyny naturalnej. I tak wywar z czeronych korzeni świetnie działa na nerki, liście pewnej rośliny to naturalna lidokaina, czyli środek znieczulający. A kolczasty owoc małpy używają do rozczesywania sierści. Kosztujemy dzikie pomidory, jemy termity (w smaku miętowe), patrzymy na sterczące z ziemi stożki zamieszkałe przez cykady. Nie mamy szczęścia do małp. Normalnie powinny być widoczne, ale nie dzisiaj. Wszędzie mrówki. Czerwone, których ukąszenie miejscowi wykorzystują leczniczo, na artretyzm, jak i te duże czarne, które należy omijać szerokim łukiem, gdyż nazwa bullet ant nie wzięła się z niczego – ból po ugryzieniu porównywalny jest do postrzału z broni i trwa minimum dobę. Podobno, ale wierzę na słowo.


    żółty pomidor


    termitarium










    bullet ant


    pregnant tree wersja męska (widać), żeńska ma w konarze wyraźny brzuszek




    Tu żyją cykady


    Orzech brazylijski




    Tu żyją nietoperze



    Wracamy do obozu, chwila na odpoczynek. Gdy już ściemniło się, ponownie idziemy na 40-minutową wycieczkę do dżungli. Tym razem grupa większa, skład powiększony o troje Rosjan. Nocą czekają na nas nowe atrakcje. W skrócie: robactwo. Pojawiły się pająki, patyczaki, motyle, jaszczurki no i tarantula. Sprowokowana patykiem przez Rodrigo wyszła ze swojej jamy. Nie widzieliśmy żadnego węża, ale występują tu również anakondy.








    tarantula



    To nie koniec atrakcji. Czeka nas jeszcze nocny rejs po rzece. Wrażenie na pewno robi rozgwieżdżone niebo. Łódź wyposażona jest w akumulator i potężny reflektor, który robi za szperacz. Płyniemy wzdłuż brzegu. Najpierw widzimy jelonka, który oślepiony smugą światła zastyga i patrzy się na nas. Naszym celem są jednak kajmany. Cały czas przemieszczamy się, a światło przeczesuje linię brzegową.







    Nagle obsługujący reflektor pracownik potrząsa nim, co dla obsługującego silnik sternika oznacza, że ma zwolnić i cicho podpłynąć do brzegu. Przechodzimy na światło UV. Najwyraźniej nie spłoszy ofiary, a ma za zadanie zdradzać po oczach jej położenie. Ale nikt z nas niczego nie widzi. Dobijamy do brzegu, facet od reflektora wyskakuje na brzeg, grzebie w chaszczach… i wraca na pokład trzymając w dłoniach metrowego kajmana. Jedna dłoń na ogonie, druga zaciśnięta na pysku. Jest to młody osobnik, na pełnowymiarowego nie mielibyśmy szans. Chwilę głaszczemy gada, robimy zdjęcia (zwłaszcza oczy robią wrażenie), po czym wraca do swojego środowiska, a my do naszej bazy.









    Czas na kolację, która wydawana jest na tarasie. Teraz widzimy, że jesteśmy tylko my i Rosjanie (to ich ostatnia noc, co niestety było długo słyszalne). Jedzenie jest świetne, lokalne, bez udziwnień. Najpierw zupa warzywna, potem Aji de gallina, czyli kurczak w żółtym sosie z ryżem, ale były też dodatki jak np. smażone banany. Coraz bardziej mi tu wszystko smakuje!





    Idziemy spać. Leżę i słucham. Pohukiwania, cykady, muzyka dżungli. I to wszystko po sąsiedzku, ponieważ nasz domek był na samym skraju obozowiska. Magia.


    Wstajemy o godz. 4. Na centralnym tarasie zupełnie ciemno. Pijemy przygotowaną kawę i przypadkiem budzimy arę, która po ciemku podchodzi przyjrzeć się, kto zakłóca jej sen. Ruszamy w górę rzeki z przewodnikiem Rodrigo oraz sternikiem. Znowu sami, czyli mamy wycieczkę prywatną. Słońce jeszcze nie wstało, ale jest już na tyle jasno, by doskonale widzieć spowitą we mgle dżunglę.









    Po kilku minutach dopływamy do pomostu, gdzie należy zarejestrować nasz pobyt w Parku Narodowym. Rzeka po chwili rozwidla się na dwie części, płyniemy w lewo. Woda jest tu wzburzona, sporo zatopionych konarów. Widać, że nasz sternik płynie teraz uważniej, mocno skupia się na tafli wody. Rodrigo cały czas przylepiony do lornetki, intensywnie przeczesuje brzeg. Z naszej strony atmosfera oczekiwania. Chyba coś się wydarzy, może jakieś zwierzę? Rzeka jest coraz szersza, słońce już wstało, a w oddali widzimy pierwsze papugi latające nad drzewami. Płyniemy wzdłuż prawego brzegu, który wygląda jak wyrastająca ponad taflę wody trzymetrowa gliniana ściana ciągnąca się na sporym dystansie. To lizawka: Chuncho Clay Lick. Miejsce, gdzie codziennie odbywa się spektakl – papugi na swój umówiony sygnał całą gromadą zlatują się, zawisają na glinianej ścianie i odżywiają drobinkami gleby z minerałami. Służy to wypłukiwaniu toksyn z organizmu i jest niezbędne dla zachowania zdrowia. Zatrzymujemy się na małej wyspie. Można wyjść, rozprostować kości. Naprzeciwko wspomniane urwisko, a na drzewach coraz więcej zlatujących się ar. Czyszczą się, obserwują, a te które akurat przelatują nad nami, głośno skrzeczą. Trwa poranne nawoływanie, zbieranie gromady.







    Zmieniamy miejsce do obserwacji. Wpływamy w małą odnogę rzeki wdzierającą się w głąb dżungli i cumujemy nad brzegiem. Widzimy drugą łódź. Rodrigo mówi, że w sezonie jest tu tłoczno. Musimy przejść kawałek przez dżunglę, wracają wspomnienia z dnia poprzedniego. Mamy ze sobą cały ekwipunek, ponieważ śniadanie przewidziane jest w warunkach polowych.





    Dochodzimy do małej polanki, gdzie rozstawiamy stół, krzesełka oraz lunetę na statywie. Naprzeciwko jest lizawka i dużo papug obsiadujących konary drzew. Są to ary, te największe, jak: żółtoskrzydła (macao), zielonoskrzydła (chloroptera), zwyczajna (znana też jako ararauna) oraz te średnie: severa, manilata i inne. Dla mnie, jako miłośnika papug (sam posiadam kakadu, ale to australijski gatunek), ten wypad do dżungli miał opierać się na wydarzeniu, w którym właśnie brałem udział. Dodam, że papugi są tu bardzo dobrze widoczne. W przypadku wycieczek w inne miejsca, jak np. nad jezioro, szanse na spotkanie papug są mniejsze. I na pewno nie z takiej perspektywy.











    Spędziliśmy tu grubo ponad 3 godziny. Papugi cały czas latały przed nami, ale w pewnym momencie zrobiło się ich wyraźnie mniej. Odleciały w głąb dżungli, na żer. Póki co wszystko przebiegało zgodnie z planem. Konsumujemy śniadanie: jajeczka na twardo, kanapki z dżemem, herbata z termosu. Rodrigo zauważa, że papugi powracają. Siedzą na drzewach, jest ich coraz więcej, ale mimo wszystko jest ciszej - skrzeków jakby mniej. Zniecierpliwienie narasta, oczekujemy na *ten* momement. Na sygnał jednej z papug cała gromada powinna zlecieć się do lizawki. Minuty upływają, a my wciąż czekamy. Robi się naprawdę cicho, atmosfera jakby coraz gęstsza. Coraz bardziej parno, coraz bardziej zachmurzone niebo. Zmienia się aura – ewidentnie będzie padać. Papugi też to wiedzą, dlatego czekają. No i niestety, pojawiają się pierwsze krople. Rodrigo przekazuje, że dzisiaj papugi nie zlecą już na urwisko. Ponowią próbę jutro, ale nas już nie będzie. Pierwszy kapuśniaczek zmienił się w ulewę. Tak wygląda pora deszczowa i zagrożenia z nią związane.





    Wracamy szybko do łodzi. To już nie deszczyk, a deszcz tropikalny. Kalosze grzęzną w błocie, mimo kurtki czuję, że jestem przemoczony. Chwilę siedzimy w zadaszonej łodzi, pada decyzja że odpływamy, ponieważ taki stan pogody może uitrzymywać się nawet kilka godzin. Rodrigo robi znak krzyża i tłumaczy, że nie powinno się w takiej aurze płynąć, jest niebezpiecznie. No tak, deszcz ogranicza widoczność, a z wody wystają zatopione konary.





    Deszcz jednak po chwili ustaje. Jak równie szybko zaczęło padać, tak szybko przestaje. My jednak jesteśmy już w drodze powrotnej. Los nam jednak w jakimś stopniu wynagrodził stratę. Przyklejony do lornetki Rodrigo nagle krzyczy do sternika. Jaguar! Faktycznie, powoli przechadza się wzdłuż rzeki, a gdy zbliżamy się w jego stronę, powolnym krokiem znika w chaszczach dżungli.





    Podpływa też druga łódź, oni jednak są spóźnieni. Mimo wszystko przewodnicy wychodzą na brzeg, w miejsce gdzie jaguar po raz ostatni był widziany. Liczą na to, że wypłoszą zwierzę. Bo według Rodrigo jaguar tylko oddalił się i na pewno tu jeszcze wróci. Nie odnotowano przypadków zaatakowania ludzi, dlatego panowie nie mają obaw wychodząc na brzeg, ale jaguara już nie zobaczyliśmy.





    Tutaj wtrącę, że doświadczyliśmy (podobno) dużego szczęścia. Spotkanie jaguara należy do rzadkości. Dla Rodrigo był to dopiero trzeci przypadek w 2019 r. Opowiadał, że niedawno mieli klienta z Japonii, który spędził w lodge tydzień. Miał indywidualny program pt. wszystko za jaguara. Dzień w dzień pływał z przewodnikiem, szukał, wypatrywał przez lornetkę. I nic – przez tydzień. My nie widzieliśmy papug na lizawce (owszem, na drzewach), a jaguara spotkaliśmy przypadkiem.

    Wróciliśmy do obozu. Znowu pyszny posiłek. Pojawiła się jakaś nowa grupa (duża rodzina), Rodrigo omawia już nimi wyjście do dżungli. Show must go on. Pobyt w takim miejscu chętnie powtórzę, absolutnie topowe doświadczenie!





    Popołudniu wsiedliśmy w łódź i znaną już nam drogą powróciliśmy do Puerto Maldonado.





    Celowo wybrałem jeden z lepszych hoteli w mieście. Prysznic, łóżko, cywilizacja. Mamy do dyspozycji cały wieczór – trochę połaziliśmy po mieście, zjedliśmy kolację (po angielsku nie mówi nikt), wieczorem wyskoczyliśmy do baru na pisco sour.























    Dobranoc, w dniu następnym przemieścimy się w góry.
    Ostatnio edytowane przez b79 ; 17-05-2019 o 12:11 Powód: błędy
    shiver, kaes, Szczypu and 14 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  2. #2

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Kolejna z kolekcji Twoich świetnych relacji. Czekam na ciąg dalszy.
    b79 likes this.

  3. #3
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie


    Polecamy

    Sierra – pobyt w górach

    Wylot do Cuzco mamy dopiero o 12.40, tak więc poranek jest leniwy i spokojny. Na śniadanie standard w Peru: jajecznica i miska owoców. Będąc już na lotnisku widzę coraz gęstsze i ciemniejsze chmury, myślami wracam do dnia poprzedniego - lizawki. Pora deszczowa ma swoje zalety, jak niższa cena, brak turystów, ale trzeba mieć też trochę szczęścia i wstrzelić się z pogodą.



    Przed nami górski region Cuzco i punkt programu: Machu Picchu. Oby właśnie pogoda nie przeszkodziła w założeniach





    W Cuzco lądujemy planowo. Miał nas odebrać hotel, ale po 40 min. oczekiwania uznałem, że ktoś o nas zapomniał. Przed nami 80 km do miejscowości Ollantaytambo. Pojedziemy wynegocjowaną taksówką, zajmie to 2 godziny (cena 100 soli, przelicznik na PLN x1,13). Jesteśmy na wysokości 3400 m npm i od razu czuję, że jest jakoś dziwnie, inaczej – wysoko. Droga wije się pomiędzy górami, częściowo wiedzie przez Świętą Dolinę Inków. Trasę tę mamy zwiedzać za dwa dni, póki co skupiamy się na podziwianiu jej malowniczości z perspektywy okna.





    Ollantaytambo to bardzo dobrze zachowana osada Inków. Znajduje się na wysokości prawie 2800m, zamieszkała przez około 10 tys. osób. Wybierając się do Machu Pichu nie sposób przynajmniej nie przejechać przez tę miejscowość. My zamierzamy spędzić tu noc, aby rano pociągiem wyruszyć dalej. Przyjeżdżamy po godz. 16 i mamy całe późne popołudnie na zwiedzanie. Nasz hotelik nawet nie zająknął się nt. odbioru z lotniska. Druga wpadka to brak ciepłej wody. Zgłoszenie problemu poskutkowało na całe 3 minuty. Niestety wypadł nam najgorszy nocleg z całego pobytu.





    Ollantaytambo jest żywym przykładem dawnego sposobu planowania przestrzennego osad. Centrum miasta pochodzi z czasów Imperium, a zniszczone budynki odtworzono w ramach oryginalnych zabudowań inkaskich. Całe miasto zbudowane jest na planie prostopadłych uliczek, które okalane są kamiennymi, wygładzonymi ścianami. Pojedyncze bramy wejściowe wiodą na dziedzińce domostw, które ustawione są względem siebie równolegle. Z lotu ptaka miasto wygląda jak plaster miodu, poprzedzielany prostopadłymi ulicami.





    W Ollantaytambo, na szczycie zbocza, znajduje się centrum ceremonialne z niedokończoną Świątynią Słońca. Natomiast po drugiej stronie, wysoko nad miastem, ulokowane zostały spichlerze.









    Jako że w planie (za 2 dni) mieliśmy całodniową wycieczkę po Świętej Dolinie Inków i ponowną wizytę w świątyni Ollantaytambo, skupiliśmy się tylko na spacerze po mieście. Ruiny podziwialiśmy z oddali.

    W Ollantaytambo wciąż mieszkają potomkowie Inków, do tego w oryginalnych domostwach. Wokół rynku – jedynego miejsca, gdzie dojeżdża transport – zlokalizowane są knajpki. Ale już wszystkie odchodzące ulice wyłączono z ruchu. Są tam tylko domostwa, ewentualnie hotele i miejscowi ludzie.
    W mieście jest mały ryneczek, gdzie zaopatrujemy się w liście koki. Zawierają ok. 0,25-1,3% kokainy.



    Jednakże żeby uzyskać czysty narkotyk, kokaina musi być wyekstrahowana, co udało się dopiero w XIX wieku. Sama roślina uprawiana jest przez południowoamerykańskich Indian i stosowana jako doskonały środek na przeciwdziałanie objawom choroby wysokościowej. No to leczyliśmy się tą używką przez kolejne kilka dni, aż zużyliśmy cały zapas (woreczek kosztuje 2 sole). Ale tak po prawdzie, nie czuje się żadnych działań ubocznych, a czy byłoby gorzej bez stosowania na wysokościach? Nie wiem, bo przykładnie żuliśmy wierząc, że ma to sens.





    W lutym miasto nie cierpiało od nadmiaru turystów. Jak wiadomo, najlepszym wskaźnikiem popularności knajpy jest jej obłożenie. Tymczasem wszędzie było pusto. Widoczny w salce piec do wypiekania potraw okazał się tylko dobrym wabikiem, ponieważ zamówiona wieprzowina rozczarowała. Czas spać, rano czeka nas wczesna pobudka.

    Dzień dobry, dalej nie ma ciepłej wody. Na stacji musimy zameldować się o 7.15, więc śniadanie dostajemy o 6.30. Umawiamy się z właścicielką, że główne bagaże zostawiamy na przechowanie. Plan mamy taki, że gdy wrócimy z Machu Picchu odbierzemy nasze graty i jedziemy dalej, busem, do Cuzco. Bilety mamy na trasę: Ollantaytambo > Aguas Calientes (pociąg), powrót Aguas Calientes > Ollanta (pociąg) > (bus) Cuzco. W jeden dzień można przebyć całą trasę z Cuzco, z tym że pociąg jest tylko z Ollantaytambo.
    Na stację dochodzimy piechotą w ciągu 10 minut, meldujemy się u pracownika z listą podróżnych (to jest ważne) i dopiero o 7.45 pociąg wyrusza do Aguas Calientes.



    Ten z grupą z Cuzco jest następny po naszym (bus startuje z Cuzco 5.50, a pociąg z Ollanta 8.30). Dziennie pociągów pokonujących tę trasę jest wiele. Te najdroższe oferują wodotryski i catering, ale ten nasz, najtańsza opcja, w zupełności wystarcza. Okienka w suficie, toaleta, czysto. Trasa jest malownicza, wiedzie pośród gór, których szczyty w lutym były ośnieżone. Podróż trwa 1.5h.



    Aguas Calientes to ostatnia miejscowość przed Machu Picchu, gdzie można znaleźć bazę noclegową. Jest tu sporo knajpek, duże targowisko i wszechobecni turyści. Stąd można pieszo wspinać się na Machu Picchu (1.5-2h) lub wybrać opcję płatną, busem (serpentyny, niezłe widoki, czas 30 minut).







    Jak się podliczy wszystkie koszty, tj. dojazd z/do Cuzco (2x 63usd), wspomniany bus na ostatnim odcinku (25usd) oraz wstęp do miasta Inków (152 sole/os), wychodzi na głowę ok 750 zł. Sporo. A kiedyś Petra wydawała mi się przesadnie droga.

    Pod samym Machu Picchu jesteśmy przed czasem i musimy czekać. Jeszcze do niedawna był podział na dwie grupy wpuszczane do południa i po. Teraz rezerwuje się bilety na daną godzinę. Nikt potem nie weryfikuje czasu spędzonego na miejscu. Wodę można wnieść, natomiast należy pamiętać, że toaleta jest tylko przy kasach.

    Trafiliśmy z pogodą, jest ciepło i przede wszystkim słonecznie. Do momentu minięcia bramek wejściowych praktycznie nic nie widać, dlatego zbliżający się widok jest wyczekiwany, a napięcie stopniowane. Najpierw oczom ukazuje się pierwszy kamienny domek.





    Rzut okiem na prawo, a tam piękne, strzeliste góry i gdzieś na dole rzeka. Dominują trzy kolory: błękit nieba, soczysta zieleń jako tło, no i na pierwszym planie szarość kamieni. No nieźle, robi wrażenie. Skręcamy w lewo, po schodach idziemy na górę. Droga wiedzie do domu strażnika. Jest to miejsce, skąd pełniący funkcję wartowniczą strażnik miał wgląd na drogi doprowadzające do miasta, jak i na całą osadę. Jest to też chyba najpopularniejsze miejsce do robienia zdjęć.



    Nie jest to jednak najwyższy punkt, gdzie można dotrzeć. Dla turystów możliwe do zdobycia są okoliczne dwie góry, tj. Machu Picchu oraz znajdująca się po drugiej stronie, tuż za osadą, strzelista Huayna Picchu. Obowiązują oddzielne bilety i limity osobowe – po 400 wejść do/ i po południu.

    Drogowskaz na szczyt Machu Picchu oraz do domu strażnika


    Dom strażnika i poniższe tarasy


    Widok na Huayna Picchu


    W okolicach domu strażnika kręcą się lamy. Przy odrobinie szczęścia (bo nie są zainteresowane współpracą, a głaskania nie lubią) jest szansa na fajne zdjęcie z Machu Picchu w tle.



    Schodzimy niżej, przez główną bramę, bezpośrednio w zabudowę miasta. Zaczyna być pochmurno, kwestia czasu jak się rozpada. Widać teraz jak warunki oświetleniowe wpływają na odbiór miejsca. Poziom chmur obniżył się, robi się mglisto. Akurat pośród tych kamieni ma to swój urok, ale do zdjęcia panoramicznego z okolic domu strażnika lepsze jest pełne słońce. Po Machu Picchu robimy trasę na bazie elipsy. Całość do obejścia w 2 godziny. Sceneria tej osady, pośród strzelistych, wyrastających nawet do 4 tys. metrów gór robi wrażenie i przyznaję, że miejsce broni się i nie przez przypadek znajduje na liście współczesnych cudów świata.









    Wejście na Huayna Picchu




    Wsiadamy w bus i wracamy do Aquas Calientes. Mamy jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu, więc idziemy na ryneczek miasta, a potem zaczynamy poszukiwania sopa de gallina. Jedna z głównych zup kuchni peruwiańskiej, a nigdzie nie możemy jej znaleźć – w żadnej knajpie. Wreszcie trafiamy na miejscowy bazar, a tu pani na małym stanowisku gastronomicznym ma olbrzymie gary, w których podgrzewa zupy, w tym naszą poszukiwaną.



    Potrawa to odpowiednik naszego rosołu z wyczuwalną limonką i kolendrą. Zupa okazała się bardzo sycąca, z wkładką miesną w postaci dużej porcji wołowiny oraz makaronem. Zaczynam się powtarzać, ale mam podstawy: tutejsza kuchnia jest naprawdę dobra. Przechodząc przez bazar po raz pierwszy widzimy cuy, czyli znane nam świnki morskie. Tyle że martwe, ułożone obok drobiu, przeznaczone do spożycia.







    Droga powrotna pociągiem do Ollantaytambo zajmuje trochę więcej czasu. Z prostej przyczyny – jedzie się pod górę z poziomu 2000 na 2600 m npm. Obsługa pociągu informuje nas, że odwołane zostały busy do Cuzco, na które mamy bilety. Mamy iść do kas i dowiadywać się, co dalej. O tym, że planowany jest strajk lokalnej ludności i będą „jakieś” problemy, wiedzieliśmy już dzień wcześniej. No ale wycieczka do Machu Picchu była dla nas niezagrożona. Okazuje się, że poranna grupa wyruszająca z Cuzco nie miała już szans na dotarcie.
    W kasach informują nas, że musimy radzić sobie sami. To nie ich wina, po prostu chłopi wyszli na drogi, poblokowali je i wszelkie opłacone busy zostały odwołane. Odbieramy nasze bagaże, na rynku stoi jakiś bus, podobno ma jechać do Cuzco. Tymczasem zagaduje nas kierowca tuk tuka i oferuje podwózkę do sąsiedniej miejscowości Pachar (7km), skąd podobno jest większa szansa na dalszy transport. No to jedziemy. Przy wjeździe do miejscowości korek, wszyscy stoją, droga zablokowana. Kierowca pokazuje palcem drogę po drugiej stronie rzeki. Mamy przejść przez most i tam łapać busa. Daleko nie zaszliśmy. Panuje duży rozgardiasz, auta stoją, każdy chce gdzieś jechać. Ktoś nam oferuje transport za kasę (auto pełne już ludzi), kto inny pokazuje palcem przeciwny kierunek, gdzie podobno mamy szukać szczęścia. Do Cuzco jest stąd ok. 70km, ale zaczynam zdawać sobie sprawę, że oto o godzinie 18 zakiełkowała nam nowa przygoda. I to bez gwarancji happy endu.
    I oto on, cały na biało, starszy pan w toyocie. Po angielsku do nas ‘ja was mogę zabrać’. Ale do Cuzco? Tak, do Cuzco, jadę tam. Ów pan okazał się Belgiem od 3 tygodni podróżującym samotnie po Peru. Strajk i zablokowane drogi też go zaskoczyły, do tego auto było wynajęte i jeszcze w dniu dzisiejszym powinien je oddać. Pojechaliśmy jakąś nowo oddaną drogą, niekoniecznie w kierunku Cuzco, ale na południe. Przynajmniej nie oddalaliśmy się. Droga nosiła świeże ślady blokady – dopiero co uprzątnięto zastawiające ją kamienie. Nasza dalsza podróż wyglądała według powtarzającego się schematu: dobijaliśmy do blokady (najczęściej to konary drzewa położone w poprzek wspomagane i chronione przez protestujących), po czym ja na mapie google szukałem innej możliwej drogi.



    Przemieszczaliśmy się kawałek dalej, by czasami musieć wrócić i szukać innego rozwiązania. W ten sposób, mimowolnie, mieliśmy okazję zobaczyć Peru z perspektywy lokalnych wiosek, spędzanego na noc bydła i dróg polnych. Oczywiście zastała nas noc,a podróż przypominała kluczenie po labiryncie. Po 3 godzinach, kilku dłuższych przymusowych postojach, dotarliśmy do Cuzco! Belg okazał się naszym przeznaczeniem. Nawet jego miejsce noclegowe było raptem 10 minut spacerem od naszego hotelu. Fura szczęścia w tej przygodzie. A jestem przekonany, że wybierając bus moglibyśmy nie dotrzeć. Bo bus to nie SUV 4x4, który skraca drogę przez polne drogi…

    Nasz wybawiciel


    Wspomniana sycąca zupa przypominająca rosół utrzymała nas w niezłym stanie aż do Cuzco. Na jakieś wieczorne spacery nie było ani siły, ani ochoty, dlatego przyniosłem do pokoju pizzę z pobliskiego lokalu mogącego pochwalić się oryginalnym piecem. Jak wygląda pizza w wykonaniu peruwiańskim? Zamiast mozarelli jakiś ser pochodzenia co najmniej owczego, jak nie z alpaki. Zamiast sosu pomidorowego jakieś lokalne mazidła. Zamiast znanych mam składników – substytuty. Tak też smakowało…

    Na następny dzień zaplanowana była wycieczka po Świętej Dolinie Inków. Zaliczkę wpłaciłem jeszcze w Polsce. Odbiór z recepcji hotelu ma być o 7 rano. W ramach programu czeka nas duża pętla dookoła Cuzco, w tym ponowne odwiedziny Ollantaytambo (ruiny) oraz inne inkaskie miasta. No tak, ale przecież jest strajk. Na mailu cisza, nie mam żadnej informacji. Udało skontaktować się przez WhatsApp i zgodnie z obawami: wycieczka odwołana. Tylko szkoda, że nikt do mnie nie napisał maila. Ktoś, kto nie opuszczał miasta, mógłby w ogóle nie zorientować się, że trwa dwudniowy strajk.

    Rano dziwnie, boli głowa. Idziemy na śniadanie, trzeba przejść z drugiego piętra na piąte. Schody są wyzwaniem, w połowie drogi przystaję i sapię. Wysokość 3400 m npm daje nam się we znaki, musimy zaaklimatyzować się. Hotel chyba przygotowany na różnych gości, bo mają stanowisko z butlą z tlenem. Swoją drogą polecam Casa Real Hoteles – świetne śniadania, taras z panoramą na Cuzco, czysto, lokalizacja pomiędzy centrum a dworcem Wanchaq.

    Śniadania z widokiem na Cuzco


    Herbata z liści coca


    Z obecnej perspektywy uważam, że warto spędzić w mieście cały dzień. Gdyby pierwotny plan doszedł do skutku, mielibyśmy na Cuzco tylko wieczór. A to za mało.

    Ledwie opuściliśmy hotel, a już spotkaliśmy uliczną demonstrację. Akurat w Ameryce Południowej podobno jest to częsty widok, tyle że ta miała związek z trwającym strajkiem.



    Najpierw odwiedzamy Kościół Santo Domingo, który zbudowany jest na ruinach inkaskiej świątyni Coricancha. Miejsce zostało ogołocone ze złota przez Hiszpanów, a po starej świątyni pozostały mury.

    Widok na kościół


    W środku


    Znajomy widok


    Widok z tarasu kościoła na miasto


    Dziedziniec powstały na ruinach starej świątyni Inków


    Figurka Chrystusa z motywami inkaskimi


    Następnie trafiamy na Plaza de Armas czyli główny plac miejski. Znajdują się tu dwie świątynie: katedra oraz kaplica San Ignacio de Loyola, a ulice, niczym pajęczyna, rozchodzą się promieniście względem centralnego punktu miasta.

    W drodze na główny plac miejski




    Kaplica San Ignacio de Loyola


    Katedra


    Udajemy się do katedry, w której obraz Ostatnia Wieczerza jest specyficzny – bardzo lokalny. Otóż malarz Marcos Zapata umieścił na stole pieczoną świnkę morską, która była nie tylko zwykłym daniem, ale też zwierzęciem ofiarnym, co nawiązywało do ofiary Chrystusa.



    Nie mieliśmy konkretnego planu, raczej chodziło o pokręcenie się po mieście i obserwację tutejszego życia. Dlatego kroki skierowaliśmy na targowisko San Pedro.







    Oprócz klasyki, czyli uginających się od owoców stołów (świeżo wyciskane soki!), worków pełnych ryżu, mąki, fasoli, różnych gatunków kukurydzy, ziół, mięs (jak to poza UE – leży pół dnia, tu głowa, tam język, gdzie indziej jeszcze flaki), stosów ziemniaków (Peru to królestwo 2500 gatunków ziemniaków) były też takie rarytasy jak węże czy żaby w wiadrze. No i catering na miejscu, jedna wielka jadłodajnia.





    Wąż w butelce










    Cuzco, otoczone przez góry, oferuje różne punkty widokowe. Z Plaza de Armas warto dostać się pod kościół San Cristobal – raptem 15 minut po schodkach pod górę.

    Tęczowa flaga? Tak – symbol Inków


    Na punkt widokowy


    Widok spod kościoła


    Na miejscu okazuje się, że możliwe jest dotarcie jeszcze wyżej, pod figurę Chrystusa. Tyle, że droga wiedzie przez stanowisko archeologiczne i trzeba kupić bilet. Z pomocą zjawia się taksówkarz, który ma zezwolenie na przejazd drogą i bilety nie obowiązują go.
    Figura Cristo Blanco znajduje się na wysokości 3600 m. npm. Wyżej w Peru już nie będziemy. Widok stąd obejmuje całe miasto – główny plac z katedrą, stadion, lotnisko no i otaczające miasto góry.

    Cristo Blanco, prawie jak w Rio




    Droga powrotna wiedzie przez wspomniane ruiny (po Machu Picchu nie robią wrażenia) i obniża się coraz niżej, do poziomu miasta.





    Wracamy do centrum i tym razem główny plac obserwujemy w pełnym słońcu. Robi wrażenie.

    Katedra w słońcu




    Po lewej widoczny kościół San Cristobal (punkt widokowy) oraz wyżej po prawej Chrystus na wysokości 3600 m npm


    Udajemy się na północny wschód do dzielnicy San Blas. Jest tu uroczy placyk z kościołem, dużo klimatycznych uliczek oraz sklepy oferujące m.in. wełniane wyroby z alpaki. Powoli zaczyna się ściemniać – dzień przyjemnie upłynął na łażeniu po mieście.

    Oryginalne mury


    Dzielnica San Blas




    Główny plac, nocna sceneria






    Przyszedł czas na przyjemność każdego wyjazdu, czyli wizyta w knajpie i posiłek. Wybieramy lokal z wyeksponowanym piecem. Dostajemy piwo w szklanych, litrowych butelkach. Region Cuzco to jedno z niewielu miejsc, gdzie w Peru można zamówić cuy, czyli świnkę morską. To już raczej ciekawostka pod turystów (co widać po cenie – ok. 60 zł), ponieważ dieta lokalnych opiera się głównie na drobiu oraz… mięsie z alpaki. Ja jednak stawiam na świnkę morską (bo jak nie tu, to gdzie), która z racji na krótki czas przyrostu masy i łatwość wyhodowania od zawsze traktowana była w tym górskim regionie jako mięso… To dopiero Europejczycy sprowadzili ją jako domowe zwierzątko.
    Pani kelnerka oczywiście po angielsku nie była w stanie nic powiedzieć. Na tyle sugestywnie tłumaczyła zawiłości zamówienia, że zrozumieliśmy, że świnka będzie dopiero co zabita. Widok pracownika wchodzącego do lokalu z reklamówką i udającego się do kuchni tylko utwierdził mnie w domysłach.
    Widok był to przykry. Nie jestem przyzwyczajony do czegoś, co wygląda jak skrzyżowanie szczura z kotem i do tego ma sterczące zęby.



    Zgodnie z informacją podawaną przez przewodnik zapytano mnie, czy życzę sobie, by odciąć głowę. No tak, życzę. Talerz wrócił, niestety głowa też, tyle że obok reszty ciała. Cuy powinno jeść się palcami. To jest zbyt drobne mięso, by bawić się w dłubanie sztućcami. Z racji na ziołowy farsz, mięso przyjęło taki aromat. W konsystencji przypomina skrzydełka drobiowe. Kończąc opis – jednorazowe doświadczenie.
    Los nam sprzyjał, ponieważ pomimo problemów ze strajkiem udało się zobaczyć Machu Picchu, a wymuszona decyzja o pozostaniu na cały dzień w Cuzco ostatecznie okazała się trafiona. Tu po prostu trzeba być dłużej, żeby zobaczyć inne, okoliczne miasta.

    Tym razem budzimy się bez bólu głowy. Schody na piąte piętro też nie sprawiają problemów. Chyba zaaklimatyzowaliśmy się. Akurat, bo o 11.35 wylot do Limy.

    Na lotnisku spotykamy naszego Belga, który też udaje się do stolicy. Jeszcze raz dziękujemy za uratowanie tyłków. Lecimy rzadko spotykanym B737-500 linii Peruvian. Jeśli coś miało nie udać się, to właśnie ten lot. W przypadku załamania pogodowego zdarzają się odwołania lotów. Jeśli jakaś linia miała nawalić i zostawić z problemem klientów, to właśnie Peruvian (takie ma opinie, nawet hotel nas przestrzegał). Na szczęście jedyną niedogodnością było oczekiwanie 40 minut w zamkniętym już samolocie, zanim zaczął kołować.

    Lotnisko w Cuzco


    B737-500 Peruvian




    Lądujemy w Limie. Jest już popołudniu i bardzo słonecznie. Region ten charakteryzuje się specyficzną aurą – często jest zawiesina chmur, która skutecznie blokuje promienie słońca. Jest to szczególnie dostrzegalne w miesiącach przypadających na nasze lato. Na lotnisku szukamy naszej taksówki, gdyż hotel miał wysłać swój transport. Znowu wtopa, nikogo nie ma. Korzystamy z oficjalnej, lotniskowej, i jedziemy do dzielnicy Centro Historico. Hotel, który wybrałem, musiał spełniać następujące kryteria: być na liście przewoźnika Peru Hop do odbioru w dniu następnym (raptem trzy hotele są obsługiwane, za to z południowej dzielnicy Miraflores odbiory są praktycznie z dowolnego miejsca) oraz być w niedalekiej odległości od centrum miasta i parku z fontannami. Nie przepadam za dużymi miastami, dlatego pobyt w Limie traktowałem jako półdniową konieczność logistyczną. Będziemy tu jeszcze raz na sam koniec, również na pół dnia, ale w innej dzielnicy – Miraflores.

    Nasz spacer po Limie zaczynamy idąc wzdłuż głównej ulicy Paseo de la República. Jest głośno, monumentalnie, ulice mają po kilka pasów. Zbliżając się do historycznego centrum zabudowa staje się niższa, a ulice coraz częściej jednokierunkowe. Najpierw musimy opanować głód. Znowu sycąca zupa w knajpie z lokalnymi. Do picia dzban wody zabarwionej owocami, na ścianach święte obrazki, a pod sufitem wiatraki. Jest gorąco, skraplamy się.





    Idziemy dalej przez plac San Martín z charakterystycznym pomnikiem generała José de San Martin na koniu, a następnie deptakiem Jirón de la Unión, który prowadzi aż głównego placu Plaza de Armas.





    Uwagę zwracają kamieniczki z drewnianymi, ozdobnie rzeźbionymi balkonami.



    Przy głównym placu znajdują się – standardowo – fontanna, od wschodniej strony katedra oraz od północnej pałac prezydencki.

    Katedra


    Pałac prezydencki


    Czasu nie mamy zbyt dużo, a chcemy zdążyć coś zobaczyć (taka katedra otwarta do godz. 17), dlatego stawiamy na okoliczny klasztor Św. Franciszka. Sam kościół może niczym szczególnym nie wyróżnia się, ale warto tu wstąpić z racji na katakumby, w których złożono około 25 tys. ciał. Pozostałości, tzn. czaszki i kości, są zgrupowane „tematycznie” i udostępnione dla zwiedzających. Do tej pory chowani są tu zakonnicy, tyle że już bez wystawienia na widok publiczny.









    Za klasztorem znajduje się park De La Muralla, z pozostałościami po murach miejskich oraz przede wszystkim z widokiem na dzielnicę Rimac, która znajduje się po drugiej stronie rzeczki o tej samej nazwie.



    Niestety nie mamy na tyle dużo czasu, by udać się tam. Powoli zaczyna się ściemniać, dzielnica nie cieszy się opinią bezpiecznej, ale z tego co podaje przewodnik, warto się udać i przejść przynajmniej głównymi deptakami.

    Wracamy jeszcze raz na główny plac Limy. Tym razem podziwiamy podświetloną katedrę.





    Następnie znajdujemy knajpkę, gdzie po raz pierwszy delektujemy się ceviche, czyli kawałkami surowej ryby w marynacie z limonki, cebuli, papryczek. Odmian ceviche jest bardzo dużo, głównym składnikiem mogą być owoce morza jak i różne odmiany ryb. Dla fanów śledzia potrawa marzenie: dobra i bardzo delikatna.


    Miasto po zmroku wciąż żyje. W parkach artyści sprzedają swoje malunki, dużo młodzieży spędza czas siedząc w grupkach na trawie. Niedaleko ronda Jorge Chávez znajduje się podłużny placyk, gdzie z magnetofonów leci muzyka, ludzie tańczą, a jeszcze inne grupy trenują pokazy artystyczne. Na pasach dla pieszych ktoś żongluje piłkami.



    Chociaż przewodniki radzą, by w centrum Limy po zmroku nie opuszczać hotelu, byłoby dużą stratą nie zobaczyć tego wszystkiego. Trafiam do Parque de la Reserva, gdzie o 21.30 zaczyna się spektakl – wpisany do Księgi rekordów Guinnessa największy pokaz fontann. Jest ich tu bardzo dużo, wszystkie podświetlone, ale głównym punktem programu jest półgodzinna animacja ukazująca dziedzictwo Peru. Rozszczepiająca się woda tworzy ekran, na którym wyświetlane są peruwiańskie obrazy. Są tu też tunele wodne, czy też fontanny, do których wchodzi się suchym, a wychodzi mokrym.









    Parque de la Reserva – warto tu trafić.

    Wracam do hotelu. W dniu następnym czeka nas wczesna pobudka - jedziemy eksplorować wybrzeże!
    hiszpan2007, Szczypu, kaes and 9 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •