Pokaż wyniki od 1 do 6 z 6
Like Tree61Likes
  • 23 Post By b79
  • 1 Post By shiver
  • 15 Post By b79
  • 21 Post By b79
  • 1 Post By b79

Wątek: Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru

  1. #1
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru


    Polecamy

    Selva, Sierra, Costa - różnorodne Peru


    Nie marzyłem o Peru. Co więcej, po wizycie w 2017 w Meksyku przeszła mi ochota na wypad do Ameryki Południowej. Myślałem, że to będzie dubel, znowu architektura kolonialna, ostre żarcie, zabytki po Inkach, zamiast wcześniej podziwianych piramidach Majów. Tymczasem wyjazd mogę udać za jeden z lepszych, zaskakujący, odkrywający dla mnie kontynent. Ale po kolei…

    W połowie stycznia pojawiły się bilety za 1520 zł z Amsterdamu do Limy (liniami AeroMexico). Zdecydowałem się, bo jednak Peru gdzieś tam w głowie siedziało, poza tym chciałem po prostu gdzieś ruszyć. Taki nałóg, uzależnienie od przygód. Pewnym wyzwaniem był bardzo szybki termin wyjazdu, bo już 6 lutego 2019. Jeszcze nigdy nie miałem na ogarnięcie wypadu raptem 3 tygodni. Jeżeli coś mnie stresowało, to potencjalne problemy ze znalezieniem wewnętrznych przelotów w dobrych cenach no i bilety wejściowe do Machu Picchu. Cała reszta to dla mnie przyjemność. Etap czytania, pogłębiania wiedzy, planowanie każdego kolejnego dnia. To akurat lubię i dobrze się w tym czuję.
    Trochę nieświadomie wybrałem taki termin wyjazdu. Nie wiedziałem jaka to pora pod względem obłożenia turystycznego. Otóż okazuje się, że poza wybrzeżem jest to pora deszczowa, a to oznacza dla miejscowych low season. Dzięki temu nie było żadnych problemów z kupnem biletów do Machu Picchu. Straszyć nas miały ewentualne deszcze i zachmurzenia. Natomiast nad samym Pacyfikiem lato jest praktycznie przez cały rok. Na ruch turystyczny mają wpływ przede wszystkim goście z USA oraz Europy i przypadające wakacyje w lipcu-sierpniu. Ostatecznie obyło się bez żadnych komplikacji, a plan zrealizowaliśmy.

    Początek wygląda zawsze tak samo. Szybkie decyzje co chce się zobaczyć. Kalendarz ogranicza zapędy, niestety pojawiają się pierwsze cięcia. Dla mnie must see to była dżungla amazońska no i obowiązkowe Machu Picchu. Resztę należało dosztukować. No więc…
    1. Dżunglę można podziwiać w Peru w dwóch miejscach. Pierwsze to północ kraju i okolice miasta Iquitos. Ale tu się tylko przypływa/przylatuje, a dalej trzeba jeszcze doliczyć kolejne dni na dopłynięcie w dzicz i szukanie tam wrażeń. Dla mnie lepszym rozwiązaniem było znajdujące się na wschodzie Peru, niedaleko granicy z Boliwią, miasto Puerto Maldonado. Raptem 50 minut lotu od Cuzco, przy dobrej organizacji po wylądowaniu w ciągu 2-3 godzin można znaleźć się sercu dżungli. To mi odpowiadało.
    2. Drugie miejsce - Machu Picchu, współczesny cud świata, obowiązkowa wizyta dla każdego odwiedzającego Peru. Obok znajduje się równie często odwiedzane miasto Cuzco.
    3. Oczywiście nie sposób pominąć Limę, bo tam się ląduje. Ale tu chciałem być jak najkrócej. Zdecydowanie lepiej czuję się w mniejszych miastach, te duże rzadko kiedy mnie angażują. Miasto odwiedziliśmy dwa razy i za każdym razem była to połówka dnia. Ale taki urok Limy, która jest w centrum siatki logistycznej.
    4. Linie Nazca od początku odrzucałem, bo były nie po drodze. Dlatego w pierwszym podejściu celowałem raczej w Arequipe i wizytę w kanionie Colca. Tyle że plan nie spinał się – brakowało jednego dnia. I wtedy z pomocą przyszło Peru Hop. Świetne rozwiązanie – organizują przejazdy między miastami, ale o tyle nietypowe, że po drodze zalicza się przystanki na zwiedzanie atrakcji. W ten sposób powstał pomysł na 3 dniowy zorganizowany wypad z Limy, po drodze Paracas, Huacachina i wspomniana Nazca.


    Ostatecznie miało to wyglądać następująco:



    07.02: przylot do Limy, nocleg
    08-10.02: dżungla w okolicach Puerto Maldonado
    10-13.02: Machu Picchu + Cuzco
    13.02: Lima, dzielnica Centro Historico
    14-16.02: wycieczka z Peru Hop: Paracas, Huacachina, Nazca
    17.02: Lima, dzielnica Miraflores

    Poniżej film z wideorelacją, a dalej klasyczny opis. Myślę, że zmieszczę się w trzech częściach. Zapraszam!





    Selva – pobyt w dżungli amazońskiej


    Podróż na zachód należy do tych przyjemniejszych, ponieważ z racji na cofanie zegarka zyskuje się czas na odpoczynek. Tak więc start mieliśmy z Amsterdamu, należało tylko dokupić bilety na pierwszy odcinek z Warszawy. Holandia kojarzy mi się co najmniej z dwoma przyjemnościami, które już na lotnisku w Schiphol można skonsumować. Są to duże frytki z majonezem oraz kapitalny, wbity w bułkę świeży śledź z cebulą i ogórkiem. Postawiliśmy na przetworzonego ziemniaka. Na filet ze śledzia przyjdzie czas dopiero w drodze powrotnej. Wylot z Amsterdamu był o 22.25 (mój debiut Dreamlinerem), udało się nawet przespać większą część nocy.









    W Meksyku lądujemy przed 4 i mamy ponad 4 godziny przerwy przed kolejnym, ponad 5-godzinnym lotem do Limy. Lotnisko w Meksyku nie należy do najnowocześniejszych, piętno czasu jest tu zauważalne, a i lokalny przegląd zapachów przytłacza. Jest to też brama językowa do Ameryki Łacińskiej, tzn. dalej rozmawiamy tylko w ojczystym. Przed wizytą warto nauczyć się chociażby podstawowych słów po hipszańsku, zwłaszcza cyfr i kilku zapytań ułatwiających życie.







    W Peru meldujemy się po godzinie 15. Mam ze sobą drona i wiem, że powinienem zgłosić go na cło. Trzeba wówczas wpłacić depozyt, jakieś papiery wypełniać. Kara za brak zgłoszenia to 250 USD. Nie chcę tracić czasu, ryzykuję i przez nikogo nie niepokojony opuszczam przyloty. Pod lotniskiem istne polowanie taksówkarzy na turystów. Ale tym razem mamy załatwiony transport przez miejsce noclegowe, które znajduje się po sąsiedzku z lotniskiem. Nie zamierzamy zapuszczać się do centrum miasta. Chcemy tylko odpocząć, przespać noc i rano udać się w dalszą podróż. Najpierw jednak posiłek. Tu właśnie wychodzi duża zaleta podróży w zachodnią stronę. Mimo że od wielu już godzin byliśmy w podróży, słońce wciąż utwierdzało nas, że jest dzień. I nawet jakoś specjalnie zmęczeni nie byliśmy.
    Okolica wokół lotniska nie należy do najpiękniejszych. Są to przedmieścia Limy, wszędzie kraty. Trafiliśmy do fast foodowej knajpy. Wszelka odmiana kurczaka z rożna. Bierzemy zestaw 1/2, co oznacza, że na talerzu ląduje pół kury, drugie tyle frytek, sałatki, sosy, butelka coli. Na koniec próbowali podać jeszcze jakieś słodkości, ale wybroniliśmy się. I to mimo, że były w cenie zestawu, co podkreślano przynajmniej dwukrotnie. Tyle jeść nie przywykłem, ale patrząd na miejscowych, to chyba norma. Na całe szczęście okazało się potem, że w Peru jada się naprawdę smacznie i wartościowo, a tylko z braku laku zaliczyilśmy taki start. Wracamy do pokoju, nasze Peru zacznie się tak naprawdę dopiero od dnia następnego.

    Wylot o godzinie 8.00. Rano właściciel podaje obowiązkową w Peru jajecznicę. Na lotnisku w hali odlotów znajduje się stanowisko Peru Rail, gdzie odbieram zarezerwowane bilety kolejowe do Machu Picchu (tylko taka forma możliwa – płaci się online za rezerwację, bilet trzeba odebrać fizycznie w jednym z wielu punktów w Peru). Lecąc na wschód kraju warto usiąść po lewej stronie samolotu, widać wówczas Andy i pojedyncze szczyty wybijające się ponad chmury.





    Połączenie do Puerto Maldonado realizowane jest z międzylądowaniem w Cuzco. No i muszę opisać to doświadczenie. Miasto, jak i lotnisko, znajduje się na wysokości 3300m, do tego w kotlince pomiędzy górami.





    Wystarczy, że wystąpi załamanie pogody i już jest problem z obsługą lotniczą. Ale nawet przy dobrej pogodzie lądowanie sprowadza się do obniżania pomiędzy górami, by pod sam koniec samolot robił ostry nawrót w lewo i ustawiał się, a przynajmniej próbował, w osi pasa. Nam się nie udało. Nagle dziób do góry i trzeba było robić podejście nr 2. W tutejszych warunkach nie jest to chyba rzadki widok. Dla mnie pierwsze takie doświadczenie i przyznam, że oczekiwane przeze mnie. Moje pierwsze odejście na drugi krąg.
    Postój trwa 25 minut, samolot jest jak autobus. Jedyni wychodzą, po chwili nowi meldują się na pokładzie i lecimy dalej. Opuszczamy góry i za 50 minut lądujemy w zupełnie innej scenerii. Meandrująca rzeka, wszędzie dookoła bujna zielień. Słońce, upał. Peruwiańska Amazonia.







    Miasto Puerto Maldonado żyje z turystyki. Samo w sobie ma niewiele do zaoferowania, ale cała przyroda dookoła jest magnesem dla przyjeżdżających turystów. Na miejscu jest wiele biur podróży, gdzie można wybrać gotowy plan pobytu w dżungli (głównie na ulicy Leon Velarde, zwłaszcza bliżej rzeki). Można też zrobić rezerwację z wyprzedzeniem, mailowo, tak by po przylocie zostać odebranym z lotniska i od razu ruszyć dalej, nie tracąc czasu na nocleg. Takie rozwiązanie wychodzi raczej drożej – a już na pewno w sezonie, kiedy możliwości negocjacyjne są ograniczone. Wybierając gotową wyprawę należy zwrócić uwagę na co najmniej dwie kwestie. Po pierwsze, okolica słynie z występowania tzw. lizawki, gdzie codziennie rano różne gatunki papug zlatują się i ucztują. Dla mnie to był główny cel wizyty i od razu pierwszy wybór. Pozostałe aktywności to obozowanie w dżungli nad jeziorem, kajaki, łowienie ryb (piranie), specjalnie wybudowane tory przeszkód (jakieś drabinki, liny, domki na drzewach itp.). Punktem programu w każdej z tych wypraw będzie spacer przez dżunglę – wersja w dzień jak i w nocy. Druga kwestia do wyboru to długość pobytu w dżungli. Wybierając opcję 1-dniową wiele się traci. To są wypady z miasta o świcie, powrót na noc. Zwiedza się wówczas tylko najbliższą okolicę na północ od Puerto Maldonado. Opcje z noclegiem mają o wiele bogatszy program. Można siedzieć w dżungli nawet tydzień. Pobyt jest w lodgach, obowiązuje pełne wyżywienie, codziennie atrakcje, no i każdy dostaje służbowe kalosze. Bo w dżungli jest dużo błota, zwłaszcza w porze deszczowej. Oczywiście to wszystko kosztuje, ale uważam, że warto. Wspomnienia są potem bezcenne.

    Wybraliśmy dwudniową ofertę (tambopatajungle.com). Za cenę 180USD/os mieliśmy mieć pobyt w grupie max. 10 os. w lodge znajdującej się niedaleko lizawki Cuncho Clay Lick. Pokój prywatny, pełne wyżywienie, transport, wszelkie opłaty (wstęp do Rezerwatu Tambopata). Z lotniska odbiera nas umówiony tuk tuk i zawozi do Tambopata Hostel, który organizuje wypady do dżungli. Po załatwieniu formalności nakarmiono nas podając klasyczny arroz con pollo, czyli ryż z kurczakiem zawinięty w liść bananowca. Ale to było dobre…





    Nasze obozowisko znajduje się 6 godzin łodzią motorową w górę rzeki, dlatego skracamy dojazd do 2 godzin i w pierwszej kolejności jedziemy autem 60km równolegle do rzeki, następnie przesiadamy się na auto 4x4, które zapuszcza się w coraz bardziej dzikie, porośnięte bujną roślinnością bezdrożdża, by dotrzeć wreszcie do brzegu, gdzie wsiadamy w łódź i płyniemy ostatnie 20 minut w górę rzeki.









    Collpas Tambopata Inn jest świetnie położona. Obozowisko znajduje się praktycznie nad linią brzegową, w sercu dżungli. Obok znajduje się granica Parku Narodowego Tambopata (strefa bez infrastruktury), 40 minut łodzią dalej lizawka. Dookoła obozowiska najprawdziwsza dżungla, co słychać zwłaszcza nocą.













    Jesteśmy poza sezonem. Dlatego jest pusto, dostajemy prywatny domek.





    Dodajmy prosto urządzony, ale przytulny i czysty. Na tyłach znajduje się weranda z hamakiem, zamiast okien siatka.




    Woda tylko zimna, prąd tylko w porze działania agregatu (wieczorem). Głównym miejscem jest duży, zadaszony taras, skąd mamy widok na większą część obozowiska oraz rzekę. Są tu też stoły, baniaki z wodą pitną, termosy z gorącą wodą, kawa, herbata. Tu będziemy jadać posiłki. Mieszkankami tego miejsca są też dwie papugi. Spokojna, ale bardzo ciekawska ara Ch’aska (w języku keczua Wenus) oraz amazonka Polly (niezły urwis). Spotkać je można głównie na werandzie, ale mają pełną wolność przestrzeni. Ary najdłużej nie było tydzień.







    Naszym przewodnikiem podczas pobytu jest Rodrigo. Wesoły, kontaktowy chłopak, z dużą wiedzą, władający dobrze po angielsku. Zabiera nas na pierwszą wyprawę do dżungli. Miała być grupa max. 10 os., tymczasem robi się z tego wycieczka prywatna. Pamiętajcie – pora doszczowa ma swoje zalety, tym bardziej że póki co nie pada! Przez ponad 2 godziny łazimy po dżungli, Rodrigo co chwila przystaje, opowiada o roślinach, ich wykorzystaniu przez miejscowych, także w kontekście medycyny naturalnej. I tak wywar z czeronych korzeni świetnie działa na nerki, liście pewnej rośliny to naturalna lidokaina, czyli środek znieczulający. A kolczasty owoc małpy używają do rozczesywania sierści. Kosztujemy dzikie pomidory, jemy termity (w smaku miętowe), patrzymy na sterczące z ziemi stożki zamieszkałe przez cykady. Nie mamy szczęścia do małp. Normalnie powinny być widoczne, ale nie dzisiaj. Wszędzie mrówki. Czerwone, których ukąszenie miejscowi wykorzystują leczniczo, na artretyzm, jak i te duże czarne, które należy omijać szerokim łukiem, gdyż nazwa bullet ant nie wzięła się z niczego – ból po ugryzieniu porównywalny jest do postrzału z broni i trwa minimum dobę. Podobno, ale wierzę na słowo.


    żółty pomidor


    termitarium










    bullet ant


    pregnant tree wersja męska (widać), żeńska ma w konarze wyraźny brzuszek




    Tu żyją cykady


    Orzech brazylijski




    Tu żyją nietoperze



    Wracamy do obozu, chwila na odpoczynek. Gdy już ściemniło się, ponownie idziemy na 40-minutową wycieczkę do dżungli. Tym razem grupa większa, skład powiększony o troje Rosjan. Nocą czekają na nas nowe atrakcje. W skrócie: robactwo. Pojawiły się pająki, patyczaki, motyle, jaszczurki no i tarantula. Sprowokowana patykiem przez Rodrigo wyszła ze swojej jamy. Nie widzieliśmy żadnego węża, ale występują tu również anakondy.








    tarantula



    To nie koniec atrakcji. Czeka nas jeszcze nocny rejs po rzece. Wrażenie na pewno robi rozgwieżdżone niebo. Łódź wyposażona jest w akumulator i potężny reflektor, który robi za szperacz. Płyniemy wzdłuż brzegu. Najpierw widzimy jelonka, który oślepiony smugą światła zastyga i patrzy się na nas. Naszym celem są jednak kajmany. Cały czas przemieszczamy się, a światło przeczesuje linię brzegową.







    Nagle obsługujący reflektor pracownik potrząsa nim, co dla obsługującego silnik sternika oznacza, że ma zwolnić i cicho podpłynąć do brzegu. Przechodzimy na światło UV. Najwyraźniej nie spłoszy ofiary, a ma za zadanie zdradzać po oczach jej położenie. Ale nikt z nas niczego nie widzi. Dobijamy do brzegu, facet od reflektora wyskakuje na brzeg, grzebie w chaszczach… i wraca na pokład trzymając w dłoniach metrowego kajmana. Jedna dłoń na ogonie, druga zaciśnięta na pysku. Jest to młody osobnik, na pełnowymiarowego nie mielibyśmy szans. Chwilę głaszczemy gada, robimy zdjęcia (zwłaszcza oczy robią wrażenie), po czym wraca do swojego środowiska, a my do naszej bazy.









    Czas na kolację, która wydawana jest na tarasie. Teraz widzimy, że jesteśmy tylko my i Rosjanie (to ich ostatnia noc, co niestety było długo słyszalne). Jedzenie jest świetne, lokalne, bez udziwnień. Najpierw zupa warzywna, potem Aji de gallina, czyli kurczak w żółtym sosie z ryżem, ale były też dodatki jak np. smażone banany. Coraz bardziej mi tu wszystko smakuje!





    Idziemy spać. Leżę i słucham. Pohukiwania, cykady, muzyka dżungli. I to wszystko po sąsiedzku, ponieważ nasz domek był na samym skraju obozowiska. Magia.


    Wstajemy o godz. 4. Na centralnym tarasie zupełnie ciemno. Pijemy przygotowaną kawę i przypadkiem budzimy arę, która po ciemku podchodzi przyjrzeć się, kto zakłóca jej sen. Ruszamy w górę rzeki z przewodnikiem Rodrigo oraz sternikiem. Znowu sami, czyli mamy wycieczkę prywatną. Słońce jeszcze nie wstało, ale jest już na tyle jasno, by doskonale widzieć spowitą we mgle dżunglę.









    Po kilku minutach dopływamy do pomostu, gdzie należy zarejestrować nasz pobyt w Parku Narodowym. Rzeka po chwili rozwidla się na dwie części, płyniemy w lewo. Woda jest tu wzburzona, sporo zatopionych konarów. Widać, że nasz sternik płynie teraz uważniej, mocno skupia się na tafli wody. Rodrigo cały czas przylepiony do lornetki, intensywnie przeczesuje brzeg. Z naszej strony atmosfera oczekiwania. Chyba coś się wydarzy, może jakieś zwierzę? Rzeka jest coraz szersza, słońce już wstało, a w oddali widzimy pierwsze papugi latające nad drzewami. Płyniemy wzdłuż prawego brzegu, który wygląda jak wyrastająca ponad taflę wody trzymetrowa gliniana ściana ciągnąca się na sporym dystansie. To lizawka: Chuncho Clay Lick. Miejsce, gdzie codziennie odbywa się spektakl – papugi na swój umówiony sygnał całą gromadą zlatują się, zawisają na glinianej ścianie i odżywiają drobinkami gleby z minerałami. Służy to wypłukiwaniu toksyn z organizmu i jest niezbędne dla zachowania zdrowia. Zatrzymujemy się na małej wyspie. Można wyjść, rozprostować kości. Naprzeciwko wspomniane urwisko, a na drzewach coraz więcej zlatujących się ar. Czyszczą się, obserwują, a te które akurat przelatują nad nami, głośno skrzeczą. Trwa poranne nawoływanie, zbieranie gromady.







    Zmieniamy miejsce do obserwacji. Wpływamy w małą odnogę rzeki wdzierającą się w głąb dżungli i cumujemy nad brzegiem. Widzimy drugą łódź. Rodrigo mówi, że w sezonie jest tu tłoczno. Musimy przejść kawałek przez dżunglę, wracają wspomnienia z dnia poprzedniego. Mamy ze sobą cały ekwipunek, ponieważ śniadanie przewidziane jest w warunkach polowych.





    Dochodzimy do małej polanki, gdzie rozstawiamy stół, krzesełka oraz lunetę na statywie. Naprzeciwko jest lizawka i dużo papug obsiadujących konary drzew. Są to ary, te największe, jak: żółtoskrzydła (macao), zielonoskrzydła (chloroptera), zwyczajna (znana też jako ararauna) oraz te średnie: severa, manilata i inne. Dla mnie, jako miłośnika papug (sam posiadam kakadu, ale to australijski gatunek), ten wypad do dżungli miał opierać się na wydarzeniu, w którym właśnie brałem udział. Dodam, że papugi są tu bardzo dobrze widoczne. W przypadku wycieczek w inne miejsca, jak np. nad jezioro, szanse na spotkanie papug są mniejsze. I na pewno nie z takiej perspektywy.











    Spędziliśmy tu grubo ponad 3 godziny. Papugi cały czas latały przed nami, ale w pewnym momencie zrobiło się ich wyraźnie mniej. Odleciały w głąb dżungli, na żer. Póki co wszystko przebiegało zgodnie z planem. Konsumujemy śniadanie: jajeczka na twardo, kanapki z dżemem, herbata z termosu. Rodrigo zauważa, że papugi powracają. Siedzą na drzewach, jest ich coraz więcej, ale mimo wszystko jest ciszej - skrzeków jakby mniej. Zniecierpliwienie narasta, oczekujemy na *ten* momement. Na sygnał jednej z papug cała gromada powinna zlecieć się do lizawki. Minuty upływają, a my wciąż czekamy. Robi się naprawdę cicho, atmosfera jakby coraz gęstsza. Coraz bardziej parno, coraz bardziej zachmurzone niebo. Zmienia się aura – ewidentnie będzie padać. Papugi też to wiedzą, dlatego czekają. No i niestety, pojawiają się pierwsze krople. Rodrigo przekazuje, że dzisiaj papugi nie zlecą już na urwisko. Ponowią próbę jutro, ale nas już nie będzie. Pierwszy kapuśniaczek zmienił się w ulewę. Tak wygląda pora deszczowa i zagrożenia z nią związane.





    Wracamy szybko do łodzi. To już nie deszczyk, a deszcz tropikalny. Kalosze grzęzną w błocie, mimo kurtki czuję, że jestem przemoczony. Chwilę siedzimy w zadaszonej łodzi, pada decyzja że odpływamy, ponieważ taki stan pogody może uitrzymywać się nawet kilka godzin. Rodrigo robi znak krzyża i tłumaczy, że nie powinno się w takiej aurze płynąć, jest niebezpiecznie. No tak, deszcz ogranicza widoczność, a z wody wystają zatopione konary.





    Deszcz jednak po chwili ustaje. Jak równie szybko zaczęło padać, tak szybko przestaje. My jednak jesteśmy już w drodze powrotnej. Los nam jednak w jakimś stopniu wynagrodził stratę. Przyklejony do lornetki Rodrigo nagle krzyczy do sternika. Jaguar! Faktycznie, powoli przechadza się wzdłuż rzeki, a gdy zbliżamy się w jego stronę, powolnym krokiem znika w chaszczach dżungli.





    Podpływa też druga łódź, oni jednak są spóźnieni. Mimo wszystko przewodnicy wychodzą na brzeg, w miejsce gdzie jaguar po raz ostatni był widziany. Liczą na to, że wypłoszą zwierzę. Bo według Rodrigo jaguar tylko oddalił się i na pewno tu jeszcze wróci. Nie odnotowano przypadków zaatakowania ludzi, dlatego panowie nie mają obaw wychodząc na brzeg, ale jaguara już nie zobaczyliśmy.





    Tutaj wtrącę, że doświadczyliśmy (podobno) dużego szczęścia. Spotkanie jaguara należy do rzadkości. Dla Rodrigo był to dopiero trzeci przypadek w 2019 r. Opowiadał, że niedawno mieli klienta z Japonii, który spędził w lodge tydzień. Miał indywidualny program pt. wszystko za jaguara. Dzień w dzień pływał z przewodnikiem, szukał, wypatrywał przez lornetkę. I nic – przez tydzień. My nie widzieliśmy papug na lizawce (owszem, na drzewach), a jaguara spotkaliśmy przypadkiem.

    Wróciliśmy do obozu. Znowu pyszny posiłek. Pojawiła się jakaś nowa grupa (duża rodzina), Rodrigo omawia już nimi wyjście do dżungli. Show must go on. Pobyt w takim miejscu chętnie powtórzę, absolutnie topowe doświadczenie!





    Popołudniu wsiedliśmy w łódź i znaną już nam drogą powróciliśmy do Puerto Maldonado.





    Celowo wybrałem jeden z lepszych hoteli w mieście. Prysznic, łóżko, cywilizacja. Mamy do dyspozycji cały wieczór – trochę połaziliśmy po mieście, zjedliśmy kolację (po angielsku nie mówi nikt), wieczorem wyskoczyliśmy do baru na pisco sour.























    Dobranoc, w dniu następnym przemieścimy się w góry.
    Ostatnio edytowane przez b79 ; 17-05-2019 o 13:11 Powód: błędy
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  2. #2

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie

    Kolejna z kolekcji Twoich świetnych relacji. Czekam na ciąg dalszy.
    b79 likes this.

  3. #3
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Sierra – pobyt w górach

    Wylot do Cuzco mamy dopiero o 12.40, tak więc poranek jest leniwy i spokojny. Na śniadanie standard w Peru: jajecznica i miska owoców. Będąc już na lotnisku widzę coraz gęstsze i ciemniejsze chmury, myślami wracam do dnia poprzedniego - lizawki. Pora deszczowa ma swoje zalety, jak niższa cena, brak turystów, ale trzeba mieć też trochę szczęścia i wstrzelić się z pogodą.



    Przed nami górski region Cuzco i punkt programu: Machu Picchu. Oby właśnie pogoda nie przeszkodziła w założeniach





    W Cuzco lądujemy planowo. Miał nas odebrać hotel, ale po 40 min. oczekiwania uznałem, że ktoś o nas zapomniał. Przed nami 80 km do miejscowości Ollantaytambo. Pojedziemy wynegocjowaną taksówką, zajmie to 2 godziny (cena 100 soli, przelicznik na PLN x1,13). Jesteśmy na wysokości 3400 m npm i od razu czuję, że jest jakoś dziwnie, inaczej – wysoko. Droga wije się pomiędzy górami, częściowo wiedzie przez Świętą Dolinę Inków. Trasę tę mamy zwiedzać za dwa dni, póki co skupiamy się na podziwianiu jej malowniczości z perspektywy okna.





    Ollantaytambo to bardzo dobrze zachowana osada Inków. Znajduje się na wysokości prawie 2800m, zamieszkała przez około 10 tys. osób. Wybierając się do Machu Pichu nie sposób przynajmniej nie przejechać przez tę miejscowość. My zamierzamy spędzić tu noc, aby rano pociągiem wyruszyć dalej. Przyjeżdżamy po godz. 16 i mamy całe późne popołudnie na zwiedzanie. Nasz hotelik nawet nie zająknął się nt. odbioru z lotniska. Druga wpadka to brak ciepłej wody. Zgłoszenie problemu poskutkowało na całe 3 minuty. Niestety wypadł nam najgorszy nocleg z całego pobytu.





    Ollantaytambo jest żywym przykładem dawnego sposobu planowania przestrzennego osad. Centrum miasta pochodzi z czasów Imperium, a zniszczone budynki odtworzono w ramach oryginalnych zabudowań inkaskich. Całe miasto zbudowane jest na planie prostopadłych uliczek, które okalane są kamiennymi, wygładzonymi ścianami. Pojedyncze bramy wejściowe wiodą na dziedzińce domostw, które ustawione są względem siebie równolegle. Z lotu ptaka miasto wygląda jak plaster miodu, poprzedzielany prostopadłymi ulicami.





    W Ollantaytambo, na szczycie zbocza, znajduje się centrum ceremonialne z niedokończoną Świątynią Słońca. Natomiast po drugiej stronie, wysoko nad miastem, ulokowane zostały spichlerze.









    Jako że w planie (za 2 dni) mieliśmy całodniową wycieczkę po Świętej Dolinie Inków i ponowną wizytę w świątyni Ollantaytambo, skupiliśmy się tylko na spacerze po mieście. Ruiny podziwialiśmy z oddali.

    W Ollantaytambo wciąż mieszkają potomkowie Inków, do tego w oryginalnych domostwach. Wokół rynku – jedynego miejsca, gdzie dojeżdża transport – zlokalizowane są knajpki. Ale już wszystkie odchodzące ulice wyłączono z ruchu. Są tam tylko domostwa, ewentualnie hotele i miejscowi ludzie.
    W mieście jest mały ryneczek, gdzie zaopatrujemy się w liście koki. Zawierają ok. 0,25-1,3% kokainy.



    Jednakże żeby uzyskać czysty narkotyk, kokaina musi być wyekstrahowana, co udało się dopiero w XIX wieku. Sama roślina uprawiana jest przez południowoamerykańskich Indian i stosowana jako doskonały środek na przeciwdziałanie objawom choroby wysokościowej. No to leczyliśmy się tą używką przez kolejne kilka dni, aż zużyliśmy cały zapas (woreczek kosztuje 2 sole). Ale tak po prawdzie, nie czuje się żadnych działań ubocznych, a czy byłoby gorzej bez stosowania na wysokościach? Nie wiem, bo przykładnie żuliśmy wierząc, że ma to sens.





    W lutym miasto nie cierpiało od nadmiaru turystów. Jak wiadomo, najlepszym wskaźnikiem popularności knajpy jest jej obłożenie. Tymczasem wszędzie było pusto. Widoczny w salce piec do wypiekania potraw okazał się tylko dobrym wabikiem, ponieważ zamówiona wieprzowina rozczarowała. Czas spać, rano czeka nas wczesna pobudka.

    Dzień dobry, dalej nie ma ciepłej wody. Na stacji musimy zameldować się o 7.15, więc śniadanie dostajemy o 6.30. Umawiamy się z właścicielką, że główne bagaże zostawiamy na przechowanie. Plan mamy taki, że gdy wrócimy z Machu Picchu odbierzemy nasze graty i jedziemy dalej, busem, do Cuzco. Bilety mamy na trasę: Ollantaytambo > Aguas Calientes (pociąg), powrót Aguas Calientes > Ollanta (pociąg) > (bus) Cuzco. W jeden dzień można przebyć całą trasę z Cuzco, z tym że pociąg jest tylko z Ollantaytambo.
    Na stację dochodzimy piechotą w ciągu 10 minut, meldujemy się u pracownika z listą podróżnych (to jest ważne) i dopiero o 7.45 pociąg wyrusza do Aguas Calientes.



    Ten z grupą z Cuzco jest następny po naszym (bus startuje z Cuzco 5.50, a pociąg z Ollanta 8.30). Dziennie pociągów pokonujących tę trasę jest wiele. Te najdroższe oferują wodotryski i catering, ale ten nasz, najtańsza opcja, w zupełności wystarcza. Okienka w suficie, toaleta, czysto. Trasa jest malownicza, wiedzie pośród gór, których szczyty w lutym były ośnieżone. Podróż trwa 1.5h.



    Aguas Calientes to ostatnia miejscowość przed Machu Picchu, gdzie można znaleźć bazę noclegową. Jest tu sporo knajpek, duże targowisko i wszechobecni turyści. Stąd można pieszo wspinać się na Machu Picchu (1.5-2h) lub wybrać opcję płatną, busem (serpentyny, niezłe widoki, czas 30 minut).







    Jak się podliczy wszystkie koszty, tj. dojazd z/do Cuzco (2x 63usd), wspomniany bus na ostatnim odcinku (25usd) oraz wstęp do miasta Inków (152 sole/os), wychodzi na głowę ok 750 zł. Sporo. A kiedyś Petra wydawała mi się przesadnie droga.

    Pod samym Machu Picchu jesteśmy przed czasem i musimy czekać. Jeszcze do niedawna był podział na dwie grupy wpuszczane do południa i po. Teraz rezerwuje się bilety na daną godzinę. Nikt potem nie weryfikuje czasu spędzonego na miejscu. Wodę można wnieść, natomiast należy pamiętać, że toaleta jest tylko przy kasach.

    Trafiliśmy z pogodą, jest ciepło i przede wszystkim słonecznie. Do momentu minięcia bramek wejściowych praktycznie nic nie widać, dlatego zbliżający się widok jest wyczekiwany, a napięcie stopniowane. Najpierw oczom ukazuje się pierwszy kamienny domek.





    Rzut okiem na prawo, a tam piękne, strzeliste góry i gdzieś na dole rzeka. Dominują trzy kolory: błękit nieba, soczysta zieleń jako tło, no i na pierwszym planie szarość kamieni. No nieźle, robi wrażenie. Skręcamy w lewo, po schodach idziemy na górę. Droga wiedzie do domu strażnika. Jest to miejsce, skąd pełniący funkcję wartowniczą strażnik miał wgląd na drogi doprowadzające do miasta, jak i na całą osadę. Jest to też chyba najpopularniejsze miejsce do robienia zdjęć.



    Nie jest to jednak najwyższy punkt, gdzie można dotrzeć. Dla turystów możliwe do zdobycia są okoliczne dwie góry, tj. Machu Picchu oraz znajdująca się po drugiej stronie, tuż za osadą, strzelista Huayna Picchu. Obowiązują oddzielne bilety i limity osobowe – po 400 wejść do/ i po południu.

    Drogowskaz na szczyt Machu Picchu oraz do domu strażnika


    Dom strażnika i poniższe tarasy


    Widok na Huayna Picchu


    W okolicach domu strażnika kręcą się lamy. Przy odrobinie szczęścia (bo nie są zainteresowane współpracą, a głaskania nie lubią) jest szansa na fajne zdjęcie z Machu Picchu w tle.



    Schodzimy niżej, przez główną bramę, bezpośrednio w zabudowę miasta. Zaczyna być pochmurno, kwestia czasu jak się rozpada. Widać teraz jak warunki oświetleniowe wpływają na odbiór miejsca. Poziom chmur obniżył się, robi się mglisto. Akurat pośród tych kamieni ma to swój urok, ale do zdjęcia panoramicznego z okolic domu strażnika lepsze jest pełne słońce. Po Machu Picchu robimy trasę na bazie elipsy. Całość do obejścia w 2 godziny. Sceneria tej osady, pośród strzelistych, wyrastających nawet do 4 tys. metrów gór robi wrażenie i przyznaję, że miejsce broni się i nie przez przypadek znajduje na liście współczesnych cudów świata.









    Wejście na Huayna Picchu




    Wsiadamy w bus i wracamy do Aquas Calientes. Mamy jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu, więc idziemy na ryneczek miasta, a potem zaczynamy poszukiwania sopa de gallina. Jedna z głównych zup kuchni peruwiańskiej, a nigdzie nie możemy jej znaleźć – w żadnej knajpie. Wreszcie trafiamy na miejscowy bazar, a tu pani na małym stanowisku gastronomicznym ma olbrzymie gary, w których podgrzewa zupy, w tym naszą poszukiwaną.



    Potrawa to odpowiednik naszego rosołu z wyczuwalną limonką i kolendrą. Zupa okazała się bardzo sycąca, z wkładką miesną w postaci dużej porcji wołowiny oraz makaronem. Zaczynam się powtarzać, ale mam podstawy: tutejsza kuchnia jest naprawdę dobra. Przechodząc przez bazar po raz pierwszy widzimy cuy, czyli znane nam świnki morskie. Tyle że martwe, ułożone obok drobiu, przeznaczone do spożycia.







    Droga powrotna pociągiem do Ollantaytambo zajmuje trochę więcej czasu. Z prostej przyczyny – jedzie się pod górę z poziomu 2000 na 2600 m npm. Obsługa pociągu informuje nas, że odwołane zostały busy do Cuzco, na które mamy bilety. Mamy iść do kas i dowiadywać się, co dalej. O tym, że planowany jest strajk lokalnej ludności i będą „jakieś” problemy, wiedzieliśmy już dzień wcześniej. No ale wycieczka do Machu Picchu była dla nas niezagrożona. Okazuje się, że poranna grupa wyruszająca z Cuzco nie miała już szans na dotarcie.
    W kasach informują nas, że musimy radzić sobie sami. To nie ich wina, po prostu chłopi wyszli na drogi, poblokowali je i wszelkie opłacone busy zostały odwołane. Odbieramy nasze bagaże, na rynku stoi jakiś bus, podobno ma jechać do Cuzco. Tymczasem zagaduje nas kierowca tuk tuka i oferuje podwózkę do sąsiedniej miejscowości Pachar (7km), skąd podobno jest większa szansa na dalszy transport. No to jedziemy. Przy wjeździe do miejscowości korek, wszyscy stoją, droga zablokowana. Kierowca pokazuje palcem drogę po drugiej stronie rzeki. Mamy przejść przez most i tam łapać busa. Daleko nie zaszliśmy. Panuje duży rozgardiasz, auta stoją, każdy chce gdzieś jechać. Ktoś nam oferuje transport za kasę (auto pełne już ludzi), kto inny pokazuje palcem przeciwny kierunek, gdzie podobno mamy szukać szczęścia. Do Cuzco jest stąd ok. 70km, ale zaczynam zdawać sobie sprawę, że oto o godzinie 18 zakiełkowała nam nowa przygoda. I to bez gwarancji happy endu.
    I oto on, cały na biało, starszy pan w toyocie. Po angielsku do nas ‘ja was mogę zabrać’. Ale do Cuzco? Tak, do Cuzco, jadę tam. Ów pan okazał się Belgiem od 3 tygodni podróżującym samotnie po Peru. Strajk i zablokowane drogi też go zaskoczyły, do tego auto było wynajęte i jeszcze w dniu dzisiejszym powinien je oddać. Pojechaliśmy jakąś nowo oddaną drogą, niekoniecznie w kierunku Cuzco, ale na południe. Przynajmniej nie oddalaliśmy się. Droga nosiła świeże ślady blokady – dopiero co uprzątnięto zastawiające ją kamienie. Nasza dalsza podróż wyglądała według powtarzającego się schematu: dobijaliśmy do blokady (najczęściej to konary drzewa położone w poprzek wspomagane i chronione przez protestujących), po czym ja na mapie google szukałem innej możliwej drogi.



    Przemieszczaliśmy się kawałek dalej, by czasami musieć wrócić i szukać innego rozwiązania. W ten sposób, mimowolnie, mieliśmy okazję zobaczyć Peru z perspektywy lokalnych wiosek, spędzanego na noc bydła i dróg polnych. Oczywiście zastała nas noc,a podróż przypominała kluczenie po labiryncie. Po 3 godzinach, kilku dłuższych przymusowych postojach, dotarliśmy do Cuzco! Belg okazał się naszym przeznaczeniem. Nawet jego miejsce noclegowe było raptem 10 minut spacerem od naszego hotelu. Fura szczęścia w tej przygodzie. A jestem przekonany, że wybierając bus moglibyśmy nie dotrzeć. Bo bus to nie SUV 4x4, który skraca drogę przez polne drogi…

    Nasz wybawiciel


    Wspomniana sycąca zupa przypominająca rosół utrzymała nas w niezłym stanie aż do Cuzco. Na jakieś wieczorne spacery nie było ani siły, ani ochoty, dlatego przyniosłem do pokoju pizzę z pobliskiego lokalu mogącego pochwalić się oryginalnym piecem. Jak wygląda pizza w wykonaniu peruwiańskim? Zamiast mozarelli jakiś ser pochodzenia co najmniej owczego, jak nie z alpaki. Zamiast sosu pomidorowego jakieś lokalne mazidła. Zamiast znanych mam składników – substytuty. Tak też smakowało…

    Na następny dzień zaplanowana była wycieczka po Świętej Dolinie Inków. Zaliczkę wpłaciłem jeszcze w Polsce. Odbiór z recepcji hotelu ma być o 7 rano. W ramach programu czeka nas duża pętla dookoła Cuzco, w tym ponowne odwiedziny Ollantaytambo (ruiny) oraz inne inkaskie miasta. No tak, ale przecież jest strajk. Na mailu cisza, nie mam żadnej informacji. Udało skontaktować się przez WhatsApp i zgodnie z obawami: wycieczka odwołana. Tylko szkoda, że nikt do mnie nie napisał maila. Ktoś, kto nie opuszczał miasta, mógłby w ogóle nie zorientować się, że trwa dwudniowy strajk.

    Rano dziwnie, boli głowa. Idziemy na śniadanie, trzeba przejść z drugiego piętra na piąte. Schody są wyzwaniem, w połowie drogi przystaję i sapię. Wysokość 3400 m npm daje nam się we znaki, musimy zaaklimatyzować się. Hotel chyba przygotowany na różnych gości, bo mają stanowisko z butlą z tlenem. Swoją drogą polecam Casa Real Hoteles – świetne śniadania, taras z panoramą na Cuzco, czysto, lokalizacja pomiędzy centrum a dworcem Wanchaq.

    Śniadania z widokiem na Cuzco


    Herbata z liści coca


    Z obecnej perspektywy uważam, że warto spędzić w mieście cały dzień. Gdyby pierwotny plan doszedł do skutku, mielibyśmy na Cuzco tylko wieczór. A to za mało.

    Ledwie opuściliśmy hotel, a już spotkaliśmy uliczną demonstrację. Akurat w Ameryce Południowej podobno jest to częsty widok, tyle że ta miała związek z trwającym strajkiem.



    Najpierw odwiedzamy Kościół Santo Domingo, który zbudowany jest na ruinach inkaskiej świątyni Coricancha. Miejsce zostało ogołocone ze złota przez Hiszpanów, a po starej świątyni pozostały mury.

    Widok na kościół


    W środku


    Znajomy widok


    Widok z tarasu kościoła na miasto


    Dziedziniec powstały na ruinach starej świątyni Inków


    Figurka Chrystusa z motywami inkaskimi


    Następnie trafiamy na Plaza de Armas czyli główny plac miejski. Znajdują się tu dwie świątynie: katedra oraz kaplica San Ignacio de Loyola, a ulice, niczym pajęczyna, rozchodzą się promieniście względem centralnego punktu miasta.

    W drodze na główny plac miejski




    Kaplica San Ignacio de Loyola


    Katedra


    Udajemy się do katedry, w której obraz Ostatnia Wieczerza jest specyficzny – bardzo lokalny. Otóż malarz Marcos Zapata umieścił na stole pieczoną świnkę morską, która była nie tylko zwykłym daniem, ale też zwierzęciem ofiarnym, co nawiązywało do ofiary Chrystusa.



    Nie mieliśmy konkretnego planu, raczej chodziło o pokręcenie się po mieście i obserwację tutejszego życia. Dlatego kroki skierowaliśmy na targowisko San Pedro.







    Oprócz klasyki, czyli uginających się od owoców stołów (świeżo wyciskane soki!), worków pełnych ryżu, mąki, fasoli, różnych gatunków kukurydzy, ziół, mięs (jak to poza UE – leży pół dnia, tu głowa, tam język, gdzie indziej jeszcze flaki), stosów ziemniaków (Peru to królestwo 2500 gatunków ziemniaków) były też takie rarytasy jak węże czy żaby w wiadrze. No i catering na miejscu, jedna wielka jadłodajnia.





    Wąż w butelce










    Cuzco, otoczone przez góry, oferuje różne punkty widokowe. Z Plaza de Armas warto dostać się pod kościół San Cristobal – raptem 15 minut po schodkach pod górę.

    Tęczowa flaga? Tak – symbol Inków


    Na punkt widokowy


    Widok spod kościoła


    Na miejscu okazuje się, że możliwe jest dotarcie jeszcze wyżej, pod figurę Chrystusa. Tyle, że droga wiedzie przez stanowisko archeologiczne i trzeba kupić bilet. Z pomocą zjawia się taksówkarz, który ma zezwolenie na przejazd drogą i bilety nie obowiązują go.
    Figura Cristo Blanco znajduje się na wysokości 3600 m. npm. Wyżej w Peru już nie będziemy. Widok stąd obejmuje całe miasto – główny plac z katedrą, stadion, lotnisko no i otaczające miasto góry.

    Cristo Blanco, prawie jak w Rio




    Droga powrotna wiedzie przez wspomniane ruiny (po Machu Picchu nie robią wrażenia) i obniża się coraz niżej, do poziomu miasta.





    Wracamy do centrum i tym razem główny plac obserwujemy w pełnym słońcu. Robi wrażenie.

    Katedra w słońcu




    Po lewej widoczny kościół San Cristobal (punkt widokowy) oraz wyżej po prawej Chrystus na wysokości 3600 m npm


    Udajemy się na północny wschód do dzielnicy San Blas. Jest tu uroczy placyk z kościołem, dużo klimatycznych uliczek oraz sklepy oferujące m.in. wełniane wyroby z alpaki. Powoli zaczyna się ściemniać – dzień przyjemnie upłynął na łażeniu po mieście.

    Oryginalne mury


    Dzielnica San Blas




    Główny plac, nocna sceneria






    Przyszedł czas na przyjemność każdego wyjazdu, czyli wizyta w knajpie i posiłek. Wybieramy lokal z wyeksponowanym piecem. Dostajemy piwo w szklanych, litrowych butelkach. Region Cuzco to jedno z niewielu miejsc, gdzie w Peru można zamówić cuy, czyli świnkę morską. To już raczej ciekawostka pod turystów (co widać po cenie – ok. 60 zł), ponieważ dieta lokalnych opiera się głównie na drobiu oraz… mięsie z alpaki. Ja jednak stawiam na świnkę morską (bo jak nie tu, to gdzie), która z racji na krótki czas przyrostu masy i łatwość wyhodowania od zawsze traktowana była w tym górskim regionie jako mięso… To dopiero Europejczycy sprowadzili ją jako domowe zwierzątko.
    Pani kelnerka oczywiście po angielsku nie była w stanie nic powiedzieć. Na tyle sugestywnie tłumaczyła zawiłości zamówienia, że zrozumieliśmy, że świnka będzie dopiero co zabita. Widok pracownika wchodzącego do lokalu z reklamówką i udającego się do kuchni tylko utwierdził mnie w domysłach.
    Widok był to przykry. Nie jestem przyzwyczajony do czegoś, co wygląda jak skrzyżowanie szczura z kotem i do tego ma sterczące zęby.



    Zgodnie z informacją podawaną przez przewodnik zapytano mnie, czy życzę sobie, by odciąć głowę. No tak, życzę. Talerz wrócił, niestety głowa też, tyle że obok reszty ciała. Cuy powinno jeść się palcami. To jest zbyt drobne mięso, by bawić się w dłubanie sztućcami. Z racji na ziołowy farsz, mięso przyjęło taki aromat. W konsystencji przypomina skrzydełka drobiowe. Kończąc opis – jednorazowe doświadczenie.
    Los nam sprzyjał, ponieważ pomimo problemów ze strajkiem udało się zobaczyć Machu Picchu, a wymuszona decyzja o pozostaniu na cały dzień w Cuzco ostatecznie okazała się trafiona. Tu po prostu trzeba być dłużej, żeby zobaczyć inne, okoliczne miasta.

    Tym razem budzimy się bez bólu głowy. Schody na piąte piętro też nie sprawiają problemów. Chyba zaaklimatyzowaliśmy się. Akurat, bo o 11.35 wylot do Limy.

    Na lotnisku spotykamy naszego Belga, który też udaje się do stolicy. Jeszcze raz dziękujemy za uratowanie tyłków. Lecimy rzadko spotykanym B737-500 linii Peruvian. Jeśli coś miało nie udać się, to właśnie ten lot. W przypadku załamania pogodowego zdarzają się odwołania lotów. Jeśli jakaś linia miała nawalić i zostawić z problemem klientów, to właśnie Peruvian (takie ma opinie, nawet hotel nas przestrzegał). Na szczęście jedyną niedogodnością było oczekiwanie 40 minut w zamkniętym już samolocie, zanim zaczął kołować.

    Lotnisko w Cuzco


    B737-500 Peruvian




    Lądujemy w Limie. Jest już popołudniu i bardzo słonecznie. Region ten charakteryzuje się specyficzną aurą – często jest zawiesina chmur, która skutecznie blokuje promienie słońca. Jest to szczególnie dostrzegalne w miesiącach przypadających na nasze lato. Na lotnisku szukamy naszej taksówki, gdyż hotel miał wysłać swój transport. Znowu wtopa, nikogo nie ma. Korzystamy z oficjalnej, lotniskowej, i jedziemy do dzielnicy Centro Historico. Hotel, który wybrałem, musiał spełniać następujące kryteria: być na liście przewoźnika Peru Hop do odbioru w dniu następnym (raptem trzy hotele są obsługiwane, za to z południowej dzielnicy Miraflores odbiory są praktycznie z dowolnego miejsca) oraz być w niedalekiej odległości od centrum miasta i parku z fontannami. Nie przepadam za dużymi miastami, dlatego pobyt w Limie traktowałem jako półdniową konieczność logistyczną. Będziemy tu jeszcze raz na sam koniec, również na pół dnia, ale w innej dzielnicy – Miraflores.

    Nasz spacer po Limie zaczynamy idąc wzdłuż głównej ulicy Paseo de la República. Jest głośno, monumentalnie, ulice mają po kilka pasów. Zbliżając się do historycznego centrum zabudowa staje się niższa, a ulice coraz częściej jednokierunkowe. Najpierw musimy opanować głód. Znowu sycąca zupa w knajpie z lokalnymi. Do picia dzban wody zabarwionej owocami, na ścianach święte obrazki, a pod sufitem wiatraki. Jest gorąco, skraplamy się.





    Idziemy dalej przez plac San Martín z charakterystycznym pomnikiem generała José de San Martin na koniu, a następnie deptakiem Jirón de la Unión, który prowadzi aż głównego placu Plaza de Armas.





    Uwagę zwracają kamieniczki z drewnianymi, ozdobnie rzeźbionymi balkonami.



    Przy głównym placu znajdują się – standardowo – fontanna, od wschodniej strony katedra oraz od północnej pałac prezydencki.

    Katedra


    Pałac prezydencki


    Czasu nie mamy zbyt dużo, a chcemy zdążyć coś zobaczyć (taka katedra otwarta do godz. 17), dlatego stawiamy na okoliczny klasztor Św. Franciszka. Sam kościół może niczym szczególnym nie wyróżnia się, ale warto tu wstąpić z racji na katakumby, w których złożono około 25 tys. ciał. Pozostałości, tzn. czaszki i kości, są zgrupowane „tematycznie” i udostępnione dla zwiedzających. Do tej pory chowani są tu zakonnicy, tyle że już bez wystawienia na widok publiczny.









    Za klasztorem znajduje się park De La Muralla, z pozostałościami po murach miejskich oraz przede wszystkim z widokiem na dzielnicę Rimac, która znajduje się po drugiej stronie rzeczki o tej samej nazwie.



    Niestety nie mamy na tyle dużo czasu, by udać się tam. Powoli zaczyna się ściemniać, dzielnica nie cieszy się opinią bezpiecznej, ale z tego co podaje przewodnik, warto się udać i przejść przynajmniej głównymi deptakami.

    Wracamy jeszcze raz na główny plac Limy. Tym razem podziwiamy podświetloną katedrę.





    Następnie znajdujemy knajpkę, gdzie po raz pierwszy delektujemy się ceviche, czyli kawałkami surowej ryby w marynacie z limonki, cebuli, papryczek. Odmian ceviche jest bardzo dużo, głównym składnikiem mogą być owoce morza jak i różne odmiany ryb. Dla fanów śledzia potrawa marzenie: dobra i bardzo delikatna.


    Miasto po zmroku wciąż żyje. W parkach artyści sprzedają swoje malunki, dużo młodzieży spędza czas siedząc w grupkach na trawie. Niedaleko ronda Jorge Chávez znajduje się podłużny placyk, gdzie z magnetofonów leci muzyka, ludzie tańczą, a jeszcze inne grupy trenują pokazy artystyczne. Na pasach dla pieszych ktoś żongluje piłkami.



    Chociaż przewodniki radzą, by w centrum Limy po zmroku nie opuszczać hotelu, byłoby dużą stratą nie zobaczyć tego wszystkiego. Trafiam do Parque de la Reserva, gdzie o 21.30 zaczyna się spektakl – wpisany do Księgi rekordów Guinnessa największy pokaz fontann. Jest ich tu bardzo dużo, wszystkie podświetlone, ale głównym punktem programu jest półgodzinna animacja ukazująca dziedzictwo Peru. Rozszczepiająca się woda tworzy ekran, na którym wyświetlane są peruwiańskie obrazy. Są tu też tunele wodne, czy też fontanny, do których wchodzi się suchym, a wychodzi mokrym.









    Parque de la Reserva – warto tu trafić.

    Wracam do hotelu. W dniu następnym czeka nas wczesna pobudka - jedziemy eksplorować wybrzeże!
    Wamo, STYRO, WaldekK and 12 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  4. #4
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie

    Costa – pustynne wybrzeże

    Godzina 5 rano. Za ścianą słyszę czyjś budzik. Na tyle głośny, że mnie budzi. Na tyle długo nie jest wyłączany, że nie zasypiam. Przeszło mi przez myśl, że może ktoś - tak jak my - ma transport PeruHop. No tak, ale ja sam nastawiłem później, bo na 6, a odjazd ma być o 7. Czyli raczej jakiś inny powód. Leżę i myślę o tym. Mój budzik o 6. Nasz wyjazd… Chwila, przecież nasz wyjazd nie jest o 7, a o 6. Nastawiłem moje budzenie o godzinę za późno, mimo że jak wół w rezerwacji podana jest godzina odbioru 5.50 – 6.00 (nie będą czekać). Z czego wziął się mój błąd? I czymże jest PeruHop?

    obsługiwane trasy i atrakcje PeruHop



    PeruHop to gotowe rozwiązanie dla osób, które chcą przemieścić się autobusem pomiędzy miastami, a po drodze zatrzymywać i zwiedzać. Tym sposobem można z Limy dojechać na południe Peru, a nawet do Boliwii (tam też obsługują, a ostatnio doszedł Ekwador). Trasę można zbudować samemu – w dowolnym miejscu spędzać tyle czasu, ile się potrzebuje, a potem jechać dalej. Noclegi w punktach przesiadkowych są proponowane (jest lista hoteli ze specjalnymi, zniżkowymi cenami). Są też gotowe wycieczki z Limy: na 1, 2 oraz 3-dni. My skorzystaliśmy z tej ostatniej opcji. Rozwiązanie bardzo fajne, bo podróżuje się z grupą, można nawiązać kontakty, śpi się w hotelu ale przez siebie wybranym, jada wedle własnych preferencji. Obowiązują tylko miejsca zbiórki i godziny wyjazdów.
    W Limie turyści odbierani są z południowych dzielnic Miraflores oraz Barranco około godz. 7 rano. Z dzielnicy centralnej odbiór możliwy jest raptem z trzech hoteli (znajdujących się na trasie przejazdu busa), tyle że wcześniej, bo o 6. Wiedziałem o tym, a mimo wszystko zarejestrowałem informację, że zabierają nas jak wszystkich innych o 7. To, że zdążyliśmy wstać, zawdzięczam tylko czyjemuś budzikowi zza ściany.
    Wyjazd z Limy i odbiór pasażerów z południowych dzielnic zajął trochę czasu. Zanim opuściliśmy miasto była już godzina 9. Obłożenie autobusu niewielkie, bo raptem w 1/4. Na wyposażeniu koc, rozkładane fotele, działające WC. Jest też z nami przewodnik – biegle włada po angielsku.
    Droga na południe od Limy wiedzie wzdłuż Pacyfiku przez tereny półpustynne. Dominują skałki, miejscami wydmy. W okolicach Nazca podłoże staje się bardziej kamieniste. Droga miejscami ma po dwa pasy w każdą ze stron, wiedzie na południe kraju aż do Arequipy. Dalej szlak odbija na północ do Cuzco, a na wschód wiedzie do granicy z Boliwią. Cały odcinek wzdłuż Pacyfiku przebiega równolegle do pasma górskiego Andów. Gór nie widać, bo są zbyt daleko, ale pasmo skutecznie odcina wybrzeże od reszty kraju, dzięki czemu jest tu przez cały rok gorąco.








    Pierwszy przystanek przypadł na punkt serwujący śniadania (nieśmiertelna jajecznica w różnych odmianach plus własny wypiek pieczywa).

    Patent znany na całym świecie – postój na śniadanie


    O wiele ciekawsza okazała się okolica. Korzystając z krótkiej przerwy przeszedłem się po plantacji bananów (po raz pierwszy widziałem jak kwitną), polu kukurydzy, były też winorośla no i mała alpaka w zagrodzie. Jej obecność ma chyba bawić turystów, ale dla takiego wełniaka to musi być życie w saunie. Tu jest gorąco!

    Kwitnące bananowce


    Lama



    Przejeżdżamy przez miejscowość Chincha, która – tak jak i cały okoliczny region – jest dosyć specyficzna. W czasach niewolnictwa w licznych tutejszych haciendach królowała uprawa bawełny. W 1854 r. niewolnictwo zostało zniesione, a wykorzystywana czarna ludność w większości osiedliła się w najbliższej okolicy. W ten sposób powstał w Peru region, gdzie oprócz rdzennej ludności i potomków przybyłych tu Hiszpańskich panów, funkcjonuje również pokaźna czarnoskóra społeczność. Powstało nawet określenie kultura Afro-Peruwiańska. Ma to odzwierciedlenie w tutejszym mixie kulturowym (np. kuchni) i… wrażeniach estetycznych. Tu jest po prostu brudno, pobocze wzdłuż drogi jest jednym wielkim śmietnikiem. Przez szybę busa czarnoskórych widziałem raptem kilku, natomiast śmiecie przed i za miastem są wszędobylskie. Widać panuje na to przyzwolenie wśród mieszkańców.
    Zatrzymujemy się w Hacienda San José, pięknej posiadłości skrywającej czarną przeszłość.

    Widok na San Jose od frontu


    arkady




    Obecnie jest to hotel, gdzie w pięknej scenerii można spędzać czas ze świadomością, że ludzie tracili tu zrowie, a nawet życie. Bo oprócz takich miejsc, jak miejsce z dybami do karania niepokornych, zachowanych śladów w postaci narzędzi do przymusowej pracy, posiadłość ta skrywa w swoich podziemiach korytarze o łącznej długości 17 km. Służyły one do przemycania niewolników. Linia brzegowa, gdzie przybywały transporty, znajduje się 12 km od tego miejsca. W pewnym momencie zaczynał się tunel, którym sprowadzano (a raczej pędzono) nową siłę roboczą. Po ciemku, bez wody, z zadaniem dojścia do celu. Nie każdy potrafił przetrwać taką próbę, na tym wstępnym etapie ludzie ginęli, wystarczyło że ktoś nie potrafił opanować lęku, czy fobii. Jeszcze w 1811 r. żyło i pracowało tu ponad 1000 niewolników.

    Zamykani mieli łamane kończyny, często ginęli w męczarniach


    Plac główny haciendy


    Arkady




    A czemu w kraju, gdzie funkcjonowało legalne niewolnictwo, uciekano się do przemycania ludzi? Przez oszczędności. Od każdej osoby należało odprowadzać podatki. Przemycony niewolnik nie był wykazany w rejestrze. Z racji na dużą śmiertelność łatwiej było zachować statystyczne status quo. Tunele bezpośrednio pod haciendą pełniły również funcję piwnic. Były tam pomieszczenia z konkretną funkcjonalnością, np. prokreacji. Zamykano najsilniejszego niewolnika z kobietami i kazano rozmnażać się. Od siebie dodam, że gdy na moment odłączyłem się od grupy, by porobić zdjęcia, momentalnie zgubiłem się w tym labiryncie. Mimo posiadanej latarki.



    Tak jak wspomniałem, obecnie jest to drogi, 5-gwiazdkowy hotel z pięknie zachowanym wnętrzem, basenem, barem w stylu angielskim i utrzymanym ogrodem. Ten widok kręcących się pracowników o ciemnej karnacji skóry, z nakryciem głowy, obsługujących kosiarkę, grabie, pośród białych hamaków rozpoztartych o palmy, robił na mnie ogromne wrażenie. Jakbym się przeniósł wstecz o 200 lat.





    W drodze do Paracas


    Do Paracas przyjechaliśmy o godz. 14. Cała grupa zameldowała się w hotelu Residencial Los Frayles, co zaskoczeniem nie jest, gdyż klienci PeruHop uprawnieni są do -60% zniżki. A samo miejsce ok – czysto, basen, lokalizacja w centrum miasteczka.

    hotel i jego okolica


    Paracas to dosyć duży plac budowy, wzdłuż głównej ulicy powstają nowe hotele. Nie widzę tego miejsca jako przyszłego kurortu. Plaża i Pacyfik raczej nie zachęcają. Jest za to sporo knajpek, deptak, mały port. Główną atrakcją są okoliczne wyspy Ballestas oraz Rezerwat Paracas. Udamy się tam w dniu następnym, tymczasem resztę dnia spędzamy na spacerze i wieczornej wizycie w knajpie.

    deptak


    plaża

    z drona






    Paracas nocą z tarasu knajpy


    Dorada


    deptak nocą



    O godzinie 8 nasza grupa melduje się na molu w porcie. Czeka nas dwugodzinny rejs do Rezerwatu wysp Ballestas, pieszczotliwie nazywanych Galapagos dla ubogich. Ruszamy około 40-osobową dużą łodzią motorową.



    Niech o jej wielkości i mocy silników świadczy fakt, że w jedną stronę jest 20km, a dystans ten pokonaliśmy w około pół godziny. Po drodze mijamy wiele statków, a po naszej lewej stronie półwysep, którego nabardziej charakterystycznym, widocznym od strony wody elementem jest Candelabro, symbol kultury Paracas.



    półwysep Paracas


    symbol Candelabro


    Jest to wysoki na 190 m geoglif wyryty na zboczu klifu. W przeciwieństwie do geoglifów Nazca, ten jest starszy i o wiele głębiej rzeźbiony, bo maksymalnie na 3 metry.
    O kulturze Paracas warto napisać trochę więcej. Jest starsza od Nazca, pojawiła się około 1000 lat pne. Zachowały się grobowce (tzn wyryte pionowo w skałach odwrócone leje), gdzie w pozycji embrionalnej chowano ludność o zdeformowanych czaszkach, sztucznie wydłużanych. Osiąganie takiego efektu nie jest niczym nowym, w wielu miejscach na świecie napotykano na takie znaleziska (np. Bliski Wchód). Ale jest jedna zasadnicza różnica, stanowiąca tajemnicę sprawy. Zmiana kształtu czaszki, wpływ na jej wielkość, nie zmienia jej ostatecznej objętości. Ale nie w Paracas. Tutaj część czaszek jest faktycznie większa o około 1/4 od standardowej. Do tego nie ma śladów deformacji (wówczas przód i tył czaszki są spłaszczone przez przywierające, płaskie elementy), oczodoły mają większe, z tyłu czaszki znajdują się dwa naturalne otwory, a kość ciemieniowa jest pojedyncza (homo sapiens ma podwójną). Również na poziomie DNA zmiany są na tyle duże, że możemy wykluczyć pochodzenie z obu Ameryk. Bliższe wydają się Europa a nawet Azja, gdzie musiał istnieć nieznany nam gatunek ludzki.



    Temat jest naprawdę ciekawy, zainteresowanych odsyłam do poczytania i tylko dodam na koniec na zachętę, że kultura Paracas opanowała do perfekcji trepanacje czaszek. Wiele z przebadanych mumii miało wykonane bardzo precyzyjne otwory. Wierzyli, że w ten sposób można wyleczyć choroby psychiczne dzięki uwolnieniu złego ducha z ciała. W Paracas przybrało to formę profilaktyczną – połowa odnalezionych niezdeformowanych czaszek posiada ślady ingerencji, podczas gdy śladów trepanacji nie stwierdzono wśród czaszek wydłużonych, właściwych dla zamożniejszej części społeczeństwa.



    Istnieje teoria, według której część ówczesnych ludzi rodziła się z naturalnymi zmianami, a pozostali sztucznie deformowali czaszki chcąc dorównać istotom wyższym.
    Temat wydłużonych czaszek jest na tyle ciekawy, że ewidentnie był inspiracją przy tworzeniu Indiana Jones 4, tym bardziej, że akcja dzieje się finalnie w Peru.

    Tymczasem… dopławamy do wysp Ballestas. Już z daleka widać tysiące ptaków grupujących się na zboczu jednej z wysp. Żyją tu m.in. mewy, głuptaki, pelikany, kormorany, sępniki różowogłowe oraz pingwiny Humboldta. Ich obecność tutaj warunkowana jest zimnym prądem oceanicznym płynącym z Antarktydy.

    Ballestas




    Jeśli chodzi o ssaki, wyspy stanowią królestwo dla lwów morskich, a w okolicznych wodach spotkać można delfiny. Mimo że w necie wymieniane są także foki, przewodnik zaprzeczył jakoby występowały na wyspach. Na Galapagos nie byłem, ale wersja uboga podobała mi się i – w połączeniu z następną atrakcją – warta jest przybycia do Paracas.

    Ballestas – królestwo ptaków















    Most, na którym siedzą sępniki




    Szał robienia zdjęć


    lwy morskie






    Pożegnanie z wyspami



    Na drugą wycieczkę po okolicy wybraliśmy się małym busem. Wjechaliśmy na teren rezerwatu półwyspu Paracas.

    W drodze do rezerwatu


    W języku keczua Para-cas znaczy burza piaskowa. Nie dziwne, bo krajobraz zmienił się na wybitnie pustynny. Dominują pagórki, podłoże jest skaliste, ale dosyć drobne, paleta barw to zakres między żółtym a pomarańczowym.



    Region ten jest bardzo aktywny sejsmicznie, praktycznie co chwila ziemia trzęsie się (ostatni raz 28 maja br.). Naprawdę duże trzęsienie ziemi (8.0) miało miejsce w 2007r. Jak nam tłumaczył przewodnik, krajobraz zmienia się tu dynamicznie. Widać to na przykładzie miejsca zwanego katedrą, gdzie podobnie jak na Malcie i przypadku Azure Window, tak tu z pięknej formacji skalnej, w wyniku zawalenia, pozostała tylko skalista wyspa.

    Miejsce zwane katedrą, widok na prawo


    Katedra – to co pozostało z mostu łączącego skałę z klifem


    Z klifu rozpościera się piękny widok na Pacyfik, a żółty kolor pustyni ciągnie się po horyzont. Przy odrobinie szczęścia można spotkać tu szybujące sępniki różowogłowe, które wykorzystując prądy powietrzne rozbijające się o klif dostojnie szybują nad głowami turystów.



    Oczekujący na nas mały busik


    W drodze


    Drugim miejscem postoju był punkt widokowy, z którego można obserwować przewężenie półwyspu. Po lewej woda, po prawej daleko na horyzoncie woda, pośrodku płaski teren narażony na zalanie w przypadku większego trzęsienia. Kiedyś może powstać tu wyspa.

    Ścieżka do punktu widokowego na przewężenie







    Ostatnim punktem postojowym naszej krótej wizyty w tym rezerwacie (a szkoda, bo ciekawych miejsc jest więcej i cały dzień można tu spędzić) była czerwona plaża. Playa Roja, nazwa nieprzypadkowa, ponieważ miejsce to stanowi nieckę w okolicznym krajobrazie, a to oznacza, że spływająca lawa z wulkanów kumulowała się w tym miejscu i miała wpływ na zabarwienie skał. Mamy pół godziny wolnego czasu, jedni brodzą w wodzie, inni bawią się w przepędzanie stada mew.

    Playa Roja, czyli czerwona plaża







    Wracamy pod nasz hotel, odbieramy bagaże i przesiadamy do dużego autobusu. Widać teraz trochę nowych twarzy. Różne grupy i inne programy krzyżują się i dalej wyruszają razem. Naszym celem jest oddalona o 75 km miejscowosć, a raczej oaza pośród wydm i piasków pustyni - Huacachina. Miejsce niezwykle oryginalne i popularne wśród miejscowych. Hostel, z którym współpracuje Peru Hop, wyglądał na niezłą imprezownie – pośrodku basen, po lewej okupowany bar, po prawej leżaki. My skorzystaliśmy z innej oferty również wspieranej (czyli rabat) przez Peru Hop - Curasi Hotel. Również z basenem, cicho, czysto - mogę polecić.
    Huacachina znajduje się raptem 4 km od miejscowości Ica. Pośrodku jest oczko wodne (pływają łódki), dookoła deptak i knajpki. Miejsce wciśnięte pomiędzy okalające oazę wydmy, oferujące dwie atrakcje: szaloną jazdę buggy oraz sandboarding.

    Kurort alpejski? Nie, to tylko oaza z wydmami


    Zbieramy siły, świeże soki


    Po zameldowaniu i chwili odpoczynku wdrapujemy się po sypkim piasku na wydmę tuż za jeziorkiem i stajemy przed czymś, co można nazwać parkiem maszyn. Parking pełen pojazdów buggy.



    Nasza grupa dostaje przydział maszyny, pojawia się kierowca, robi znak krzyża i ruszymy. Szaleństwo. Prędkość, wiatr we włosach, podjazd pod grzbiet wydmy i szybki zjazd w dół. Wszystkim podoba się, kupa frajdy i emocji.

    Buggy time




    Piękne wydmy






    Robimy pierwszy przystanek, czas na podziwianie piaszczystego krajobrazu. Znowu trochę szaleństwa i kolejna przerwa. Tym razem będzie sandboarding, czyli jazda na desce po piaszczystym zboczu. Ci, co chcieli na poważnie podejść do tematu, dostali sprzęt z butami i wiązaniami. Reszta ma dechy na zwykłe rzepy. Można na takiej zjeżdżać jak na sankach lub próbować wytrwać w pozycji stojącej. Zabawa trwała aż do zmroku i muszę przyznać, że niektóre wydmy są tu naprawdę wysokie.

    woskowanie


    sandboarding






    Widok na Huacachina


    Wieczorem czas na posiłek w knajpie nad jeziorkiem oraz wizyta w hotelowym basenie. Możliwości spędzenia czasu w Huachachina jest wiele. Mimo że nasz pobyt przypadł na weekend, nie stwierdziliśmy żadnych nocnych uciążliwości związanych z hucznym biesiadowaniem. A bary oczywiście są.

    Hotelowy basen


    oaza nocą






    wołowina z warzywami


    coś jakby purre ze sztuką mięsa, bardzo dobre!


    pisco sour



    Rano wstałem specjalnie wcześnie. Zapragnąłem ponownie wrócić na wydmę i z poziomu drona nagrać oazę oraz wschód słońca. Było zupełnie pusto, nad wodą spotkałem czaplę, a na okoliczne wydmy wspinali się pierwsi turyści.

    Poranne przywitanie z czaplą


    Pierwsi chętni na podziwanie wschodu słońca ze szczytu wydmy


    z drona









    W tym dniu przewidziane były dwie wycieczki. Jedna grupa zapragnęła prześledzić proces produkcji Pisco Sour, nasza natomiast (w sumie 8 osób) wybrała się na całodzienny wypad do miejscowości Nazca (145km w jedną stronę). Czekał nas lot awionetką i podziwianie z powietrza geoglifów.
    Droga na południe sama w sobie jest atrakcją. Początkowo jechaliśmy przez strefę zurbanizowaną, potem było już głównie pusto i płasko.

    Długimi okresami jedzie się przez pustkowia


    serpentyny przed Palpą


    Jakaś mieścina


    Ogromne przestrzenie, teren skalisty, pustynny. Mniej więcej w połowie drogi zaczęły się góry i skałki. Przejechaliśmy przez tunel wydrążony w litej skale, serpentyny, aż wjechaliśmy do miejscowość Palpa. Znajduje się ona w dorzeczu Rio Grande i jawi jako zielona uprawna wyspa pośród wszechobecnych skał.

    zielona Palpa


    Dalsza droga na południe to już region Nazca. Górki przybrały kolor brunatny, a podłoże jest twarde, skaliste.

    okolice Nazca




    W takich oto warunkach powstawały w latach 300 p.n.e. – 900 n.e. geoglify, czyli ogromne malunki wyryte w ziemi przez kulturę Nazca, a przedstawiające wzory geometryczne, rośliny, zwierzęta. Powstawały przez zebranie wierzchniej warstwy skał (głębokość rycia ok. 20 cm), odsłonięcie jaśniejszego podłoża i ustanowienie z zebranych wierzchnich skał konturu wzdłuż powstałych linii, dzięki czemu poprawiała się widoczność wzoru. Zagadkowe jest ich powstanie, gdyż technicznie wydaje się nieprawdopodobne, jak ówcześni mogli wykonać duży geoglif (niektóre mają szerokość 120m) bez możliwości powietrznej koordynacji. Z poziomu gruntu wzory nie są niewidoczne. Jedna z teorii mówi o technice lotów balonami, inna – zwłaszcza patrząc na czaszki z Paracas – każe spoglądać wysoko w kosmos… Faktem jest, że jadąc busem i patrząc z poziomu gruntu na walające się mniejsze i większe kamienie ciężko było cokolwiek zauważyć.

    Lotnisko w Nazca jest bardzo małe, ale zdominowane pod kątem półgodzinnych lotów widokowych nad geoglifami. Cena za lot wynosi około 80-120 usd, przy czym fora ostrzegają, by nie oszczędzać i nie wybierać podejrzanych przewoźników (w przeszłości zdarzały się katastrofy). Meldujemy się na stoisku AeroNasca. Obowiązkowo trzeba okazać paszport i uiścić opłatę lotniskową (30 soli). Jesteśmy też ważeni. Dla osób powyżej 95kg obowiązuje oddzielny cennik W awionetce siada się na wskazanym miejscu – zgodnie z wyliczonym wyważeniem. W poczekalni wystawione są TV z filmami dokumentalnymi, w ten sposób spędzamy ostatnie 20 minut.

    Hala lotniskowa


    Samoloty jak autobusy, panuje duży ruch


    Odprawa wygląda całkiem znajomo – okazanie paszportu, przejście przez bramkę i potem cała grupa prowadzona jest do Cessny 207P. Ostatnie informacje, przeszkolenie, możliwość wykonania sweet foci z samolotem i wchodzimy.

    Każdy dostaję mapę lotu wraz z zaznaczonymi geoglifami


    Cessna 207P



    Jest z nami dwóch pilotów, w sumie wszystkie 10 miejsc zajęte. Największe zaskoczenie? Uchylone okienko podczas lotu.
    Lecimy na wysokości 300m. Nad każdym ze wzorów wykonujemy ósemkę, tak żeby najpierw wszyscy po prawej, a potem po lewej mieli okazję przyjrzeć się. Mamy słuchawki na uszach, pilot melduje co będzie widoczne, ale czasami oczy nie od razu odnajdują wzór (zwłaszcza jak jest się w szale wykonywania zdjęć). I tak, widzimy najpierw wieloryba, astronautę, małpę, psa, kondora, pająka, potem dłonie, drzewo, wzór zniszczony przez wytyczenie przez jego środek drogi, którą tu jechaliśmy i pod koniec spirale, papugę i inne symbole geometryczne. Wzory są ciekawe, ale równie piękna okolica widziana z powietrza.

    wieloryb


    wzór geometryczny


    astronauta


    kondor


    pies


    widoczki


    pająk


    spirala



    Gdy budowano tu Panamericana Sur, czyli wspomnianą drogę, zniszczono potężny wzór, który - jak widać - nie był zauważony z poziomu gruntu.

    Droga przecinająca wzór, widoczne też drzewo oraz dłonie, a także wieża widokowa


    Zdjęcia zdjęcia – z poziomu wspomnianej wieży też coś widać (rozwiązanie budżetowe)


    Uchylone okno, lubię to



    Lądowanie przebiega nad miastem Nazca, pod sam koniec widać jeszcze spiralne studnie z czasów kultury Nazca, które wciąż są zdolne do zaopatrywania w wodę.
    Pół godziny w powietrzu w tak małym samolocie było jak wizyta na karuzeli. Trochę bujało, rzucało, generalnie pod koniec czułem, że już mi wystarczy. Plan przwidywał czas wolny w mieście Nazca, które jednak w żaden sposób nie zachęcało do takiego poświęcenia. Na szczęście nasz kierowca był bardzo otwarty na propozycje, dlatego rozszerzyliśmy nasz program o trzy kolejne atrakcje (na koniec odwdzięczyliśmy się napiwkiem 8 x 10 soli).

    Najpierw zawiózł nas do lokalnego wyrobu ceramiki (kultura Nazca słynie z ceramiki), gdzie właściciel zaprezentował sposób, w jaki od setek lat tworzono tu ozdobne naczynia (na koniec był sklep).



    Następnie zatrzymaliśmy się w muzeum Marie Reich, Niemki która 40 lat swojego życia poświęciła na studiowanie geoglifów.

    Jesteśmy na dobrej drodze, muzeum przed nami


    portret Marie Reich


    ekspozycja w muzeum


    odnaleziona mumia


    Na koniec zatrzymaliśmy się przy geoglifach Palpa. Aby zobaczyć tutejsze wzory, należy wspiąć się na wieżę widokową.

    Palpa – wieża do podziwiania tutejszych geoglifów


    geoglify Palpa


    nasz kierowca, który okazał się bardzo elastyczny


    Droga powrotna


    Tunel wykuty w litej skale


    Kolejne pustkowie, wiało!



    Do Huacachina wróciliśmy po 17. Obiad, odpoczynek i ostatni rzut oka na wydmy.






    W drogę powrotnę do Limy wyruszyliśmy o godzinie 19. Tym razem autobus był pełny, czekało nas 300km po ciemku, a licząc wycieczkę do Nazca, w tym dniu pokonaliśmy 450 km. Do stolicy, do dzielnicy Miraflores (tylko tu dojeżdża PeruHop) przyjechaliśmy po godz. 23.

    Ostatni dzień w Peru. 4 dni wcześniej odwiedziliśmy Centro Historico, tym razem wybitnie turystyczne Miraflores. To są tak odmienne dzielnice Limy, zupełnie różne wizualnie, że aż dziw, iż stanowią jedno miasto.










    Miraflores ma nowoczesną zabudowę, jest zielone, czyste i przede wszystkim zlokalizowane wzdłuż lini brzegowej Pacyfiku. Królestwo surferów, ale i tzw. glajciarzy (paralotniarze) z racji na rozciągający się wysoki klif i dobre warunki powietrzne. Czasu nie mieliśmy zbyt dużo, ponieważ wylot zaplanowany był na 16.35. Zdążyliśmy przejść się po okolicy, deptakiem wzdłuż Pacyfiku, zobaczyć niedzielne życie Miraflores, odwiedzić knajpę i tyle.

    Miraflores wzdłuż Pacyfiku




    dron lima






    widok na molo


    Nadbrzeże jest na wysokim klifie, czasami potrzebne są mosty


    Parque del Amor






    Miraflores - centrum






    Niedziela, ludzie tańczą na ulicy



    Taksówką na lotnisko, lot do Meksyku, potem do Amsterdamu.

    Lot Lima - Meksyk


    Pożegnanie z Limą


    standard, pasta musi być




    Miasto Meksyk nocą


    Oprócz pasty musi być też chicken, w drodze do Amsterdamu


    gdzieś nad Atlantykiem


    witamy w Irlandii


    Ta jajecznica nazywała się omletem (miałem już przesyt)


    Holandia jest charakterystyczna


    Przerwa przed ostatnim lotem do Warszawy


    Najlepsze filety śledziowe są w Holandii


    Czas na śledzia w bułce i po godz. 22 meldujemy się w Warszawie. Powrót z przesiadkami zajął 21 godzin.

    Peru – Selva, Sierra, Costa. Trzy krainy geograficzne: dżungla, góry oraz wybrzeże. 10 pełnych dni na miejscu wystarczyło, żeby doświadczyć tej różnorodności w wymiarze minimalnym. Ale to tylko wycinek kraju, ponieważ Peru ma do zaoferowania znacznie więcej. Warto!
    Dziękuję.
    sprajt2, STYRO, kaes and 18 others like this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

  5. #5
    ModTeam
    Awatar STYRO

    Dołączył
    Feb 2007
    Mieszka w
    EPRZ/RZE

    Domyślnie

    Świetna relacja, świetne zdjęcia. Zazdroszczę imprezy. Super się czytało. Jedno mnie tylko zastanawia - jesteś pewien, że w tej zupie z kurczaka wkładka była z mięsa wołowego?
    Pozdrawiam
    STYRO

    LOS SUAVES - już nie pójdę na taki koncert ...

  6. #6
    b79
    b79 jest nieaktywny

    Dołączył
    Mar 2015

    Domyślnie


    Polecamy

    Po prostu sprawdzam, czy ktokolwiek w ogóle to czyta

    A tak po prawdzie, to faktycznie chyba wkładki mi się pomyliły. Wół był w Limie, też z makaronem. Mega sycące.
    STYRO likes this.
    An24, Tu134, Tu154M, Ił62M, Ił86, A319, A320, A321, A330, A380, B727, B737, B747, B757, B777, E170, E175, E190, ATR72, DH8 Q400, Q100, Fokker 100, MD 82

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •