Pokaż wyniki od 1 do 4 z 4
Like Tree3Likes
  • 2 Post By Hipeq69
  • 1 Post By maciass

Wątek: Gdzieś na krańcu świata! - Bali

  1. #1

    Dołączył
    Dec 2012
    Mieszka w
    Śląsk

    Domyślnie Gdzieś na krańcu świata! - Bali


    Polecamy

    Relacja Kasi, mojej dziewczyny, która pragnie podzielić się z Wami kilkoma zdaniami na temat Bali!


    Pamiętam jak dziś swoje przerażenie, a zarazem ogromne podekscytowanie kiedy niemal 2 lata temu wsiadałam po raz pierwszy w życiu na pokład samolotu. Lecieliśmy razem z Marcinem i dwójką znajomych do Liverpoolu. Nie wiem czego bałam się wtedy bardziej – wizji spadającej i z impetem rozbijającej się o ziemię maszyny czy może już samego pobytu z dala od domu, w obcym dla mnie mieście, którego przecież w ogóle nie znam, a na dodatek konieczności spędzenia dwóch długich nocy na lotnisku. Znajomi pytali czy do reszty zwariowałam, a Marcin uparcie powtarzał, że będzie super. Jedno muszę mu przyznać - nie mylił się ani wtedy, ani podczas każdej naszej kolejnej podróży. Niesamowite, że od tamtej pory udało mi się zobaczyć tak wiele wspaniałych miejsc, poznać bliżej kulturę tylu krajów, przeżyć ogrom cudownych chwil. Wszystko to jedynie coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że możliwość podróżowania to najlepsze, co mogło mi się przytrafić. I choć najbliżsi nie zawsze to rozumieją, ja absolutnie nie zamierzam z tego rezygnować.




    Tyle tytułem wstępu. Dalsza część wpisu poświęcona będzie już stricte relacji z miejsca, o którym jeszcze pół roku temu nawet nie śniłam. Ba! Słysząc o nim dziesiątki razy nawet nie byłam pewna gdzie ono jest! Na początku było niedowierzanie, później pojawił się ogromny strach. Przyszedł nawet taki moment kiedy chciałam zrezygnować. Nie wiem co mnie wtedy opętało! Wzięłam się więc w garść i zajęłam załatwianiem wszelkich spraw oraz planowaniem wszystkiego, co związane z wyjazdem. Pozostało jedynie odliczać dni do wylotu…




    Zabieram Was na BALI !




    Moja podróż obejmowała 3 tygodnie od 17.08 do 06.09.2015r., z czego w Indonezji spędziłam 13dni, w Londynie 7dni, a pozostałą dobę najpewniej w powietrzu Moim towarzyszem podróży tym razem został mój wujek na stałe mieszkający w Londynie i również sporo podróżujący.
    Trasa:
    Katowice – London Luton
    London Heathrow – Kuala Lumpur
    Kuala Lumpur – Denpasar Bali
    I analogicznie.


    Miałam spore obawy, ponieważ lecieliśmy Malaysia Airlines, a to właśnie o ich samolotach w zeszłym roku słyszeliśmy w TV, że jeden po prostu zniknął z radarów, a kolejny został zestrzelony. Niemniej jednak linie te okazały się być naprawdę solidnym i godnym polecenia przewoźnikiem, a co lepsze, miałam okazję podczas obu lotów na trasie LHR – KUL lecieć Airbusem A380. Jedni powiedzą, że to samolot jak każdy inny, na mnie jednak zrobił ogromne wrażenie zarówno swoją wielkością, jak i tym, jak prezentuje się w środku.


    W czwartek (20.08) o 22:00 wystartowaliśmy z Heathrow, w piątek przed 18:00 samolot wylądował w Kuala Lumpur. Lot na Bali mieliśmy dopiero w sobotę rano, uznaliśmy więc, że grzechem byłoby nie skorzystać i nie pojechać choć na chwilę do centrum stolicy, w końcu dotarliśmy przecież do Malezji! Plan był prosty – musimy dostać się pod Petronas Towers. Kupiliśmy więc na lotnisku bilety (70RM/os/rt) na kolejkę KLIA express, która w 30min dowiozła nas na dworzec Sentral w centrum miasta. Swoją drogą dzięki darmowemu wifi dostępnemu w pociągu mogłam skontaktować się z najbliższymi i dać znać jak minęła podróż.


    Wyjście z klimatyzowanego dworca wprost na tętniące życiem ulice Kuala Lumpur wspominam chyba najgorzej. Od razu uderzył nas tamtejszy równikowy klimat – było niesamowicie duszno i wilgotno. Trochę zniechęceni, z GPS’em w dłoni ruszyliśmy w kierunku Petronas. Powinnam teraz napisać, że miasto zrobiło na mnie piorunujące wrażenie… Fakt, zrobiło, ale nie do końca pozytywne. Biegające po chodnikach robactwo oraz szczury wielkości kota… Do tego ogromny ruch samochodowy, mnóstwo ludzi, bieda, smog i bród na ulicach. W sumie nie wiem czego się spodziewałam, ale to, co zobaczyłam totalnie mnie uderzyło. Przeciwieństwem do tego widoku był wszechobecny przepych i ogrom ludzi spacerujących po luksusowych butikach w centrum handlowym znajdującym się na dolnych piętrach Petronas Towers. Same wieże, cóż.. one to dopiero robią wrażenie.














    Ostatnia KLIA z Sentral na lotnisko jechała około północy, pospacerowaliśmy więc chwilę w pobliżu Petronas i ruszyliśmy z powrotem na dworzec, a stamtąd na lotnisko, którego notabene możemy Malezyjczykom pozazdrościć. Na mnie chyba największe wrażenie zrobiła kolejka jeżdżąca pomiędzy terminalami i której trasa prowadzi przez środek płyty lotniska, całkiem pomysłowe rozwiązanie. Po dotarciu w pobliże naszego gejtu pozostało nam jedynie znaleźć jakieś spokojne miejsce, by nieco odpocząć przed porannym lotem.




    Przystanek: Bali!


    Po przylocie na wyspę odebraliśmy bagaże i udaliśmy się w kierunku wyjścia, gdzie czekał już na nas kierowca wynajęty przez nasz hotel. Lotnisko znajduje się w Denpasar, czyli stolicy Bali. My jednak nie zostaliśmy na południu, a skierowaliśmy się na wschód wyspy, gdzie jest dużo spokojniej i jak się później okazało, o wiele bardziej klimatycznie. Denpasar czy sąsiadująca z nim Kuta to miejscowości typowo turystyczne, mnóstwo sklepów, barów no i przede wszystkim turystów. Nasz hotel znajduje się w małej miejscowości Candidasa, która okazała się być doskonałą bazą wypadową do pobliskich atrakcji.













    Cały weekend spędziliśmy na spacerach po okolicy, zaplanowaliśmy też co będziemy robić w kolejnych dniach. Nie ominął nas również jet lag - w końcu różnica czasowa między Londynem a Bali to +7 godzin, trzeba więc było odespać całą tę długą podróż.


    Wraz z początkiem tygodnia postanowiliśmy wypożyczyć skuter, by zwiedzić dalsze rejony Bali. Pierwotnie zamierzaliśmy poruszać się samochodem jednak na wyspie panuje totalna samowolka jeśli chodzi o jazdę i uznaliśmy, że znacznie prościej, a przy okazji taniej będzie poruszać się tak jak większość Balijczyków - na skuterze. Znalezienie wypożyczalni w pobliżu nie stanowiło żadnego problemu, bowiem jest ich w Candidasie co najmniej pięć. Rzeczy, na które warto zwrócić uwagę to cena (warto się targować!) oraz wygląd i ogólny stan techniczny pojazdu, który nam proponują. Nas nikt ani razu nie pytał o posiadanie międzynarodowego prawa jazdy, aczkolwiek wiem, że w ewentualnym starciu na drodze z policjantami jego brak może spowodować problemy. Policji mijaliśmy sporo, jednak nikt nas nie zatrzymał (choć europejczykom ponoć często się to zdarza). Tak czy owak myślę, że warto w taki dokument zainwestować (koszt 30zł) i dzięki temu oszczędzić sobie ewentualnych nerwów i problemów w przypadku, gdyby zdarzył się jakiś wypadek. Jeśli chodzi o koszt wypożyczenia skutera z pełnym bakiem to jest to kwota średnio 40tys. IDR na dzień, a przed jego oddaniem należy uzupełnić brakujące paliwo. Jego koszt na stacjach benzynowych to ok. 6tys IDR/litr. Często można też spotkać przy drodze mieszkańców wyspy sprzedających paliwo w butelkach, my jednak ani razu nie skorzystaliśmy.


    Na pierwszy ogień wybraliśmy się do miasta Amed. Trasa, którą wybraliśmy robi niemałe wrażenie. Mijaliśmy m. in. Pałac Wodny Puri Taman Ujung. Jechaliśmy drogą wzdłuż wybrzeża, która składa się z niezliczonej ilości zakrętów oraz podjazdów i zjazdów, które w połączeniu z krajobrazami serwowanymi nam przez wyspę sprawiały, że podróż minęła w oka mgnieniu. Po dotarciu na miejsce rozejrzeliśmy się po okolicy, a następnie udaliśmy się do jednej z knajpek na obiad. Droga powrotna do Candidasy prowadziła z kolei przez tereny, gdzie znajdowało się mnóstwo pól ryżowych. Naprawdę piękne widoki.














    Sate ayam – najlepsze spośród wszystkich jakie jadłam na Bali - a jako fanka wszystkiego, co orzechowe jadłam ich tam spoooro








    Jako, że jazda skuterem po szalonych drogach Bali zdecydowanie sprawiała mojemu wujkowi frajdę postanowiliśmy kolejnego dnia wybrać się do Ubud. Z całego wyjazdu to właśnie wizyty w tym mieście oczekiwałam najbardziej. Po dotarciu na miejsce od razu udaliśmy się do słynnego Monkey Forest – koszt wstępu 30tys. IDR/os. Czytając opinie o tym miejscu zauważyłam, że ludzie mają bardzo różne zdania - jedni byli zachwyceni i absolutnie polecali to miejsce, inni z kolei sądzili, że owszem, można tam spędzić czas, ale podobać się tam może jedynie dzieciom. Ja oczywiście należę do tej pierwszej grupy, ponadto po kilku godzinach tam spędzonych wcale nie miałam dosyć, mnie widok biegających wkoło małpek, bawiących się czy skaczących wśród ludzi, którzy częstowali je bananami doprowadzał do śmiechu i wszystko to sprawiło, że świetnie się bawiłam.











    Będąc w Ubud zdecydowałam się spróbować kolejnej lokalnej potrawy, tym razem wybór padł na Gado-gado. No i znów ten przepyszny sos orzechowy!





    Smakuje lepiej niż wygląda, zapewniam!




    Pospacerowaliśmy jeszcze trochę po okolicy, odwiedziliśmy mieszczącą się niedaleko świątynię, a następnie udaliśmy się z powrotem do hotelu.








    Przyszła środa, a wraz z nią pomysł, by wybrać się w końcu na jakąś plażę. Co jak co, ale znaleźć taką, jakie widuje się na plakatach biur podróży to na Bali nie lada wyzwanie. Bo Bali to egzotyka, to specyficzna kultura i niesamowita atmosfera. Oczywiście wszystkim bez wyjątku wydaje się, że to również plażowy raj. Owszem, na południu, gdzie turystyka jest znacznie bardziej rozwinięta plaże jakieś być muszą. W innych rejonach wyspy, które są raczej górzyste znacznie częściej spotkamy jednak wysokie klify, aniżeli piękne i piaszczyste plaże. Choć nie oznacza to, że nie ma ich w ogóle.
    Zrobiliśmy małe rozeznanie, podpytaliśmy pracowników hotelu i na tej podstawie ruszyliśmy z samego rana nieco na południe w stronę miasteczka Padang Bai, które znane jest głównie z portu, z którego wypływa codziennie kilkanaście promów w stronę innych wysp Indonezji. Po kilkudziesięciu minutach błądzenia między uliczkami znaleźliśmy w końcu drogę prowadzącą do pięknej, choć mało znanej plaży zwanej Bias Tugel. Chyba nie muszę pisać jak bardzo byłam zachwycona tym, co widzę











    Planując cały wyjazd bałam się naprawdę wielu rzeczy – chorób, komarów, skażonego jedzenia i wody, kradzieży czy samej konieczności przetransportowania się na drugi koniec świata… a jedyną krzywdą jaką wyrządziło mi Bali było poparzenie słoneczne. Naprawdę starałam się używać regularnie wszystkich tych wysokich filtrów, które miałam ze sobą, zdawałam sobie też sprawę z tego, że jestem narażona na piekielnie silne, równikowe Słońce. Nie uchroniło mnie to jednak na tyle, na ile bym chciała. Z tego też powodu był to jedyny nasz wypad na plażę podczas całej podróży, do końca wyjazdu staraliśmy się już przebywać raczej w ocienionych miejscach na tyle, na ile można sobie było na to pozwolić.


    Kolejnego dnia postanowiliśmy nieco odpocząć od podróży skuterem, wybraliśmy się więc w pobliże Blue Lagoon na snorkeling. Dokładnej ceny nie pamiętam, ale myślę, że wraz z wypożyczeniem maski był to koszt ok. 100tys IDR/os. Wrażenia z kolei bezcenne. Jedyne czego żałuje to braku jakiegokolwiek aparatu bądź kamery wodoodpornej bym mogła uwiecznić wszystko, co widziałam. Tamtejsza rafa jest bajecznie piękna, a podobno na Bali są one jeszcze dużo, dużo lepsze od tej.





    Po południu z kolei postanowiliśmy skorzystać z zabiegów, jakie oferowały nam salony SPA znajdujące się w okolicy hotelu. Zdecydowanie najmilej wspominam masaż olejem kokosowym. Czas trwania to 60 minut, a cena 100tys. IDR, czyli ok. 30PLN. Genialna sprawa! Warto jednak już na początku uprzedzić osobę wykonującą masaż czy życzymy sobie, by był on „soft” czy „hard”. Ja wolałam nie przekonywać się jak silne są Balijki




    Miejscem, które ponoć zdecydowanie trzeba odwiedzić będąc na Bali jest Matka Świątyń, czyli Pura Besakih. Dróg, którymi dojedziemy tam z Candidasy jest kilka. My zdecydowaliśmy się na tę, która od pewnego momentu pnie się wysoko w górę, pozwala mijać okoliczne wioski i prowadzi wzdłuż pięknych pól ryżowych. Dotarliśmy do miejsca, gdzie pobierana jest opłata za wstęp – 25tys. IDR, zaparkowaliśmy skuter i w tej samej chwili dopadł nas pierwszy z jak się później okazało, wielu mężczyzn oferujących nam usługi „guarda” pod warunkiem, że wesprzemy „drobnym” datkiem świątynię. Na każdą odmowę reagowali oni tak samo - próbowali nam wmówić, że jeśli się nie zgodzimy to nie mamy prawa zwiedzać świątyni. Przysięgam, po dziesięciu takich tekstach miałam ochotę wrócić na parking i czym prędzej stamtąd odjechać. Rozumiem, że ludzie potrafią być bezczelni, ale żądanie pieniędzy za wejście do świątyni, choć przecież już bilet wstępu zakupiliśmy to gruba przesada. Pokręciliśmy się po okolicy i zauważyliśmy, że faktycznie ludzie, którzy skorzystali z usług guardów wchodzili z nimi po schodach do świątyni, mnie jednak nie pasowało to, że żądano ode mnie dodatkowych datków za zwiedzanie, choć za wstęp już zapłaciłam. Jak się później dowiedziałam, wszystko to jest wielkim oszustwem, a rząd Bali stara się, choć bezskutecznie, walczyć z wszystkimi kręcącymi się po kompleksie świątyń naciągaczami. Oprócz nich można spotkać również biegające po placu kilkuletnie dzieci próbujące wymusić na turystach zakup pocztówek. Jakież było nasze zdziwienie, gdy jedna z dziewczynek najpierw spytała po angielsku skąd jesteśmy, a po przeanalizowaniu naszej odpowiedzi zaczęła mówić do nas po polsku! Ludzie tam jak widać zdolni są nawet do tego, by uczyć małe dzieci rozmów w kilku językach, po to tylko, by cokolwiek sprzedać. Straszne. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po okolicy i ruszyliśmy w drogę powrotną.











    Sobotę postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie południa wyspy. Dojazd tam skuterem nie wchodził w grę, wynajęliśmy więc pana (w sumie sam się przypałętał oferując „taxi”), który po krótkich negocjacjach przystał na kwotę 80$ za całodzienne zwiedzanie. Najpierw świątynia Uluwatu ( wstęp 20tys. IDR/os). Znajduje się ona na klifie i oferuje nam naprawdę przepiękne widoki. W porównaniu do wczorajszej Pura Besakih ta robi fantastyczne wrażenie. No i oczywiście można tam spotkać małpki, które totalnie skradły moje serce.

















    Następnie udaliśmy się do Kuty, która słynie z jednych z najlepszych na świecie plaż do surfowania. Faktycznie, plaże tam są naprawdę szerokie i po mieście wałęsa się mnóstwo surferów. Zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w stronę świątyni Tanah Lot. Jak już wspominałam na początku, ruch na ulicach Bali jest jakimś wariactwem, naprawdę trzeba mieć duże umiejętności i sporo cierpliwości, by poruszać się tam skuterem lub co gorsza samochodem. Całodniowa wycieczka trwała ok. 10 godzin z czego co najmniej 6 godzin spędziliśmy w samochodzie. By dostać się do Tanah Lot musieliśmy minąć stolicę i to właśnie na tamtejszych drogach staliśmy najdłużej w korkach. Przy świątyni udało nam się zjawić w momencie, kiedy Słońce zaczynało już zachodzić. Liczyłam, że widok ten będzie co prawda nieco ładniejszy, w dodatku zmęczenie dawało się we znaki, zrobiliśmy jednak kilka zdjęć, pospacerowaliśmy po okolicy oraz okolicznych sklepikach i gdy całkiem się ściemniło udaliśmy się na parking, by wrócić do domu.











    Niedziela była dniem, który spędziliśmy w Candidasie chodząc po sklepikach, kupując pamiątki dla bliskich oraz leżąc leniwie nad hotelowym basenem. Mieliśmy również w pokoju lokatora na gapę




    Do małych jaszczurek długości palca wskazującego, które można było spotkać na każdym kroku jakoś się przyzwyczaiłam, ta siedząca na suficie naszego bungalowa była wielkości półlitrowej butelki i ewidentnie jej się u nas podobało. Postanowiliśmy ją ignorować, a nuż sobie pójdzie!






    W poniedziałek z samego rana wybraliśmy się do portu w Padang Bai skąd odchodził nasz fastboat, którym mieliśmy się dostać na Gili Trawangan. Archipelag Gili to kompleks kilku małych, absolutnie przepięknych wysepek leżących na północny-zachód od sąsiadującej z Bali wyspy Lombok. Wysepki są naprawdę małe, każdą z nich można w średnio półtorej godziny objechać rowerem. Ruchu samochodowego tam po prostu nie ma. Oprócz rowerów są tam jedynie małe końskie bryczki, a i tak większość ludzi porusza się pieszo. O ile Gili Air i Gili Meno to wyspy, na których niemal nic się nie dzieje, o tyle na Gili Trawangan trwa niekończąca się impreza. Nie można zaprzeczyć, na pewno ma to jakiś swój klimat i jest tam naprawdę masa młodych ludzi. My jednak na Gili przybyliśmy jedynie na jedną noc, głównie po to, by nacieszyć się niesamowitymi krajobrazami. Na pewno warto również rozważyć na miejscu snorkeling. My nie skorzystaliśmy (a szkoda!), ale podobno wokół wysepek roi się od żółwi.


























    Ostatni dzień po powrocie z Gili postanowiliśmy spędzić znów w zaciszu hotelowego basenu, poszliśmy również do ulubionej knajpy, pobiliśmy też najpewniej rekord w zamówieniu do jednego obiadu jak największej ilości świeżych soków – dla wujka 5-6 szklanek soku bananowego, z mango, papai, pomarańczy czy ananasa to była norma, dla obsługujących nas kelnerów ogromne zdziwienie. Ale co się dziwić, zostaliśmy wielkimi sokowymi freakami, nie było posiłku, do którego nie wypijaliśmy kilku szklanek. Dobrze, że żadne z nas się przez przypadek nie przewitaminizowało, hahah
    Pozostało pakowanie, oddanie kluczy do bungalowa i kilkugodzinna trasa na lotnisko w Denpasar. Lot powrotny mieliśmy o 19:20, przesiadkę w Kuala Lumpur o 23:15, a o 5:50 w piątek wylądowaliśmy już w Londynie. Lot na szczęście przebiegł bardzo spokojnie, aczkolwiek ja całą tą 17-godzinną podróż zniosłam fatalnie, naprawdę nigdy chyba nie czułam się tak zmęczona. W dodatku oczekiwanie na bagaże w Heathrow ciągnęło się w nieskończoność, a gdy już na taśmie bagażowej odnalazłam swoją walizkę okazało się, że jest popękana i generalnie w kiepskim stanie. Wzięłam więc te moje zwłoki z taśmy i poszliśmy na metro, którym dostaliśmy się do domu.
    W Londynie spędziłam jeszcze kilka dni, trochę odespałam, trochę poszwędałam się po mieście z Marcinem, który przyleciał na weekend. W niedziele 6-go września wróciliśmy oboje do Katowic, gdzie oczywiście czekała mnie kolejna niespodzianka – moja walizka wyjechała w Pyrzowicach na taśmie bagażowej tym razem bez któregokolwiek z siedmiu kółek i generalnie w tak tragicznym stanie, że właściwie to miałam ochotę jedynie usiąść i się rozpłakać. Zabraliśmy te moje tym razem już szczątki walizki do biura reklamacji, gdzie załatwiliśmy wszelkie formalności, a następnie wróciliśmy do domu. Jeśli już o walizce mowa to byłam miło zaskoczona, bo po oględzinach stwierdzono, że naprawa nie wchodzi w grę i po około 2 tygodniach kurier przywiózł mi w ramach rekompensaty nową walizkę o podobnym standardzie. Wiara w ludzi odzyskana! Chociaż nadal nie jestem w stanie sobie wyobrazić co pracownicy wyczyniają z tymi bagażami, że potrafią się one totalnie rozpaść w podróży...




    Wracając do Bali… Jestem tym miejscem totalnie oczarowana. Pierwszy raz w życiu byłam w tak fascynującym, pełnym klimatu i po prostu pięknym miejscu. Czuję ogromny niedosyt, bo wiem, że wielu rzeczy nie zobaczyłam, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że na pewno kiedyś tam wrócę. Bo Bali to wyspa naprawdę magiczna i nie wyobrażam sobie bym miała już nigdy więcej nie zobaczyć wszystkich tych krajobrazów, które zarejestrowałam w głowie i na zdjęciach. Poza tym Indonezja to nie tylko Bali, to ponad 17 tysięcy innych wysp, zdecydowanie jest co zwiedzać!






    Na koniec kilka spraw organizacyjnych, ciekawostek oraz przykładowe ceny na wyspie:


    1. Wiza
    W Malezji otrzymujemy wizę 90-dniową na pobyt o charakterze turystycznym, oczywiście darmową. Od czerwca 2015 roku również Indonezja wydaje darmowe wizy dla Polaków na 30-dniowy pobyt, aczkolwiek tego typu udogodnienia działają jedynie na 9 przejściach granicznych, m. in. na Bali czy Jawie.


    2. Ubezpieczenie
    Na początku podchodziłam nieco sceptycznie, teraz wiem jak duży to idiotyzm. Leczenie w Azji potrafi być piekielnie drogie, a na zdrowiu nie możemy przecież oszczędzać. Wykupienie pełnego ubezpieczenia na czas pobytu za granicą jest więc koniecznością, nie można o tym zapomnieć!


    3. Szczepienia
    Generalnie żadne szczepienie nie jest ani w Malezji, ani w Indonezji koniecznością. Warto jednak pamiętać, że są to kraje strefy równikowej, w dodatku leżące w Azji. Picie wody innej niż butelkowana, płukanie zębów wodą z kranu, jedzenie owoców bez ich dokładnego umycia, jedzenie w knajpach oraz spożywanie dań o wątpliwym wyglądzie – takie rzeczy nie powinny mieć miejsca jeśli nie chcemy nabawić się jakiegoś paskudztwa. Oprócz tego naprawdę warto wykonać wszelkie zaleczane szczepienia. Z resztą posiadanie aktualnej żółtej książeczki szczepień jest chyba obowiązkowe przy korzystaniu z większości ubezpieczeń. Ja szczepiłam się na WZW B oraz dur brzuszny, pozostałe zalecane szczepienia to WZW A oraz błonica i tężec, na które ja już byłam szczepiona. Można również rozważyć szczepienie przeciw wściekliźnie. Ja tego nie zrobiłam, ale na szczęście żaden pies czy małpa mnie nie ugryzły.


    4. Leki
    Mnie nie dolegało absolutnie nic prócz standardowego bólu głowy, ale miałam przy sobie apteczkę pełną plastrów, leków przeciwbólowych, maść z antybiotykiem oraz coś na zatrucia i elektrolity do picia. No i nie zapomnijmy o wysokich filtrach UV – 30SPF to minimum. Rzeczą, której mnie zabrakło była maść bądź spray łagodzący silne oparzenia słoneczne. Musiałam ratować się zwykłymi balsamami co miało raczej marny skutek.


    5. Dokumenty
    Paszport to jak wiadomo absolutna konieczność. Oprócz tego jeśli mamy prawo jazdy i chcemy poruszać się po wyspie samochodem bądź skuterem naprawdę warto wydać 30zł i wyrobić sobie w urzędzie Międzynarodowe Prawo Jazdy. Może i nikt nie będzie na miejscu tego wymagał, ale jeśli już zdarzy się kolizja czy wypadek, jego brak może równać się ze stratą dużej gotówki, ponieważ policja taką sprawę zakończy na naszą niekorzyść właśnie z powodu ważnego dokumentu.


    6. Bankomaty i kantory
    Nie ma z tym raczej żadnego problemu. W samej Candidasie bankomatów było kilka, każdy działał. Najczęściej jednak jednorazowo można wypłacić maksymalnie 2 mln IDR, czyli coś ponad 500PLN. Kantory również znajdziemy w każdym miasteczku. Trzeba jednak bardzo uważać, by nikt nas nie oszukał.


    7. Transport
    W Candidasie funkcjonowało sporo biur oferujących różnego typu wycieczki turystyczne. Oprócz tego wydaje mi się, że kursowały jakieś autobusy do innych miast. Myślę jednak, że najprostszą i najwygodniejszą metodą jest wynajęcie sobie kierowcy wraz z samochodem. Znalezienie takiej osoby to absolutnie żaden problem, wystarczy przejść 200 metrów wzdłuż głównej drogi, a zaczepi nas ze trzech takich panów oferujących nam przejazd. Swoją drogą oni to dopiero potrafią być upierdliwi..


    8. Ceny
    Według mnie jest zaskakująco tanio, choć wiadomo, że jest to zależne od miejsca, w którym się znajdujemy. Przykładowo:
    • Świeży sok 10 - 20tys IDR
    • Kokos 15 – 20tys IDR
    • Nasi Goreng / Mie Goreng około 35tys IDR
    • Gado – gado około 40tys IDR
    • Sate ayam 40 – 50tys IDR
    • Krewetki około 50tys IDR
    • Kalmary około 55 – 60tys IDR
    • Paczka ciastek Oreo 7,5tys IDR
    • Piwo Bintang około 23tys IDR w supermarkecie


    9. Przelicznik walut
    • 10tys IDR = 2,80 PLN
    • 1 USD = 14tys IDR
    • 1 RM = 0,90 PLN
    • 1 USD = 3,86 PLN


    Więcej naszych tekstów na: http://www.LikeToFly.wordpress.com


    Pozdrawiam, Kasia
    misiek2865 and shiver like this.

  2. #2
    Awatar maciass

    Dołączył
    May 2012
    Mieszka w
    Wrocław

    Domyślnie

    Zdjęcia ładne, ale to nie ten dział
    tartal likes this.

  3. #3

    Dołączył
    Dec 2012
    Mieszka w
    Śląsk

    Domyślnie

    @maciass Racja! Proszę o przeniesienie do Raportów z podróży!

  4. #4

    Dołączył
    Aug 2010

    Domyślnie


    Polecamy

    Bardzo przyjemnie mi się to czytało. Człowiek aż zaczyna marzyć o takiej podróży.

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •