1st EuroTrip
Data: 20-21.01.2009
Trasa: Wrocław – Weeze (Dusseldorf) – Londyn Stansted – Dublin – Wrocław
Występują: Cody, Smuti, Kuczu
Zima to na naszym lotnisku czas na zajęcia z teorii co by zdać wymagane przez nasze wyszkolenie KWT czyli Kontrolę Wiedzy Teoretycznej. W skrócie cykl wykładów z wszelkich przedmiotów i tematów lotniczych od meteorologii przez zasady lotu po teoretyczne skoki ze spadochronem. Pewne jest jednocześnie to, że odczuwa się głód latania. I tu z pomocą mi przyszli Kuczu ze Smutim aka Kuba i Dawid. Zostałem zapytany przez telefon czy nie chcę lecieć do Dusseldorfu, Londyn i Dublina. Po zapytaniu o koszty wyszło 10,01 Euro + 1 grosz + 1 pens. Nie ma co się zastanawiać, raz się żyje.
Copernicus Airport Wroclaw
Zaopatrzeni w karty pokładowe drukowane domyślnie w domu udaliśmy się bezpośrednio do kontroli bezpieczeństwa gdzie naturalnie musiałem wyjąć netbooka z plecaka który i tak ledwo się tam mieścił ale nie sądziłem, że wyciąganie wszelkiego sprzętu z plecaka stanie się u mnie tradycją.
Po spoczęciu na ławkach oczekujemy samolotu. Jakie to było dla nas zdziwienie jak się pokazało na tablicy: „Dusseldorf Weeze Delay”. O ile opóźniony? Nikt tego nie wie.. a już na pewno nie służby lotniskowe. Laptop na kolana, szybkie wykupienie 600 minut na hot spoty Plusa i sprawdzamy czy owy samolot wyleciał już z Weeze i okazało się, że nie. Między czasie z głośników poleciała informacja która brzmiała mniej więcej tak: „ Samolo-lo-t li-i-ni-i raj… do-o DUSSELDORFU będ…. Sp… bla bla„. I jak wygląda reakcja polskich pasażerów na informację której nawet nie zrozumieli? Wszyscy (prawie) jak na rozkaz stanęli do kolejki. Nam się nie śpieszyło z prostego powodu: Samolot jeszcze nie wyleciał i start planowany jest za 25 minut co w połączeniu z 1:10h lotu daje trochę czasu na posiedzenie.
Samolot wylądował. Ludzie w kolejce wyglądają jakby ich nogi bolały, ciekawe czemu? Ustawiamy się do kolejki i powoli zaczyna się Boarding tych z priority do.. autobusu. Po czym i my do niego wchodzimy. Czyli po co wydawać było te 3 ojro? Sam lot przebiegł jakoś bez jakiś niespodzianek. Na przelotowej jemy śniadanie złożone ze schabowych Dawida.
Weeze - Flughafen Niederrhein
Mimo opóźnienia wciąż mieliśmy dużo czasy by coś z sobą począć. Lotnisko to leży 500m od granicy niemiecko-holenderskiej po środku niczego. Była idea co by zahaczyć o kraj tulipanów i coffeshopów ale ceny połączeń odstraszyły. Padło na najbliższą miejscowość czyli Weeze. W autobus i pojechaliśmy na podbój tej metropolii. Cel pierwszy: dotrzeć do rynku. Cel osiągnięty. Nie brzydki a wręcz powiedział bym, że całkiem zadbany ryneczek. Tylko pusto. Jak na drodze przez pustynie w Nevadzie. Ale się nie zraziliśmy i postawiliśmy sobie drugi cel: Zjeść coś. Jak na taką miejscowość to knajpek dużo. Kilka pizzerii, kilka pubów i restauracji. Sporo jak na taką wioseczkę. Nastąpił jeden skromny problemik. Na praktycznie każdych drzwiach informacja: „Dienstag Ruchen Tag”. Znaczy się, tak nam się wydawało, że tak pisze i zostało już do końca Ruchen Tagiem. W tłumaczeniu na nasz: We wtorki zamknięte. Pech chciał, że był wtorek. Udało się znaleźć jakiegoś kebaba. Lokal wyglądał raczej na knajpę z przed wprowadzenia stanu wojennego tylko, że był jakiś towar. Lada jak z mięsnego z sosami, surówkami i piwem. Sprzedawczyni typowo PeeReLowska. Jedzenie? Wbrew pozorom bardzo dobre i tanie! To było pozywane zaskoczenie tego lokalu.
Rynek w Weeze.
Terminal w Weeze.
Widok z tarasu.
Wypadało także odwiedzić jakiś market co by poznać kulturę i upodobania tubylców. I jakie było nasze zdziwienie jak na pierwszej półce wyłożone ładnie zostały LECHy i Żywce nasze, Polskie. Ceny? Woda 1,5L 0,85 euro ( na lotnisku 0,5L 3 euro – Kuczu cos o tym wie).
Czas wracać. Znów autobus i jedziemy na lotnisko. Heineken w lotniskowej knajpie. Kuczu zaczyna narzekać na zdrowie – jeszcze nie zdaje sobie sprawy co przez to straci. Kontrola bezpieczeństwa zaczyna się interesować Dawida schabowymi, a zostało ich chyba 8.
London Stansted.
Przylot wieczorem. Obieramy strategię aby znaleźć miejsce jakieś do przenocowania, najlepiej na ławkach. Kuczu narzekający na zdrowie zajmuje pozycję horyzontalną.
Grzeczne dzieci już śpią.
My próbujemy złapać darmowego neta.. nie udaje się, na złość bateria pada. Przejściówki brak ale udaje się pożyczyć od jakiegoś ludka który też planuje spanie na terminalu. Sąsiad, trzeba nawiązać jakieś pozytywne kontakty. Czyli zaczyna się misja: Gniazdko! I jest, za automatem z jakimiś napojami. Podłączam i… nic. Laptop dalej płacze o prąd. Ale idąc tokiem rozumowania, że urządzenie podłączone do prądu działa lepiej, klikam jakiś pstryczek i oto mamy prąd za podatki naszych rodaków którzy wyruszyli na poszukiwania dobrze płatnej pracy. Po dziesięciu minutach zjawiają się dzielne służby porządkowe którym nie podoba się sposób w jaki wykorzystuje gniazdko upchane gdzieś za automatem. Na nic nie zdają się tłumaczenia i negocjacje. Odłączamy i szukamy zajęcia. Pomysł przychodzi szybko, mianowicie trzeba znaleźć jakieś miejsce na spotting. Nie znając topografii okolicy idziemy w prawo od terminala i oczom naszym ukazuje się kładka.. zamknięta! Ale my dzielni podróżnicy postanawiamy to obejść.. dosłownie. Idąc całkowicie na około przez jakieś krzaki, górki i polany znajdujemy tunel gdzie wjeżdża ten cały Stansted Express, czyli można bezpiecznie przejść gdzieś w okolice cargo. Przechodząc prze parking, będąc już blisko płotu i wieży nadciąga do nas nie ubłaganie jak okres u kobiety, facet który pokazuje jakąś odznakę. Twierdzi, że tu raczej nie można zwiedzać i byłby wdzięczny jakbyśmy sobie stąd poszli. Jako, że nie widziało nam się denerwować brytyjskiej władzy to obraliśmy kurs w tył na zad i tą samą drogą zawiedzeni i zmarznięci troszkę udaliśmy się do terminala… a właściwie mieliśmy zamiar do czasu jak nie nadjechał radiowóz i przy nas zapalił swą dyskotekę. Doszło do pierwszego spotkania między kulturami. Panowie poprosili nas o dokumenciki, zapytali grzecznie co robimy tutaj i zerknęli do plecaków. W trakcie wypisywania „Stop and search rekord” normalnie z nami porozmawiali, zapewniali, że to co wypisują to konieczność ale bez żadnych konsekwencji. Namawiali do nauki w UK. I generalnie przyznam, że byli to najbardziej kulturalni policjanci z jakimi się spotkałem. Po zapytaniu ich jak wrócić najlepiej na terminal bo kładka zamknięta zaproponowali, że ich kolega który zjawił się innym radiowozem, nas podwiezie. I to oto podjechaliśmy jak VIP pod sam terminal. *Nie dziwi mnie, że tam mają taki szacunek dla policji, a nie jak u nas.
Spać się jakoś nie chciało więc poszliśmy na piwo i należało przeanalizować co oni tam wypisali na tych różowych blankiecikach. O jakie było nasz zdziwienie gdy w rubryce „Power Used” znalazł się numerek 44 co w wyjaśnieniach z tyłu oznaczało: „Terrorism Act”. Co jak co, ale terrorystą to ja jeszcze nie byłem.
Almost like Achmed!
Znalezienie miejsca do spania około pierwszej w nocy na ławkach było wręcz nie możliwe. Została nam kamienna posadzka i spanie na kurtkach. Ale przynajmniej był kontakt i laptop się podładował. Wokół pełno policji z groźnie wyglądającą bronią i te cholerne samochodziki do mycia podłogi. To była długa noc..
Tak się spało.
Stali bywalcy sobie radzą.
Rano po doprowadzeniu się do stanu używalności społecznej w toalecie udaliśmy się na kolejną kontrolę bezpieczeństwa. Jeden przeszedł i kazali mu wyjąć wszystko z plecaka, ja przeszedłem bez problemu, Dawid znów szokuje zdechłą krową w postaci schabowych i też wyciąga wszystko z plecaka.. szybkie sprawdzenie ściereczką i można iść. Od razu przypomniał mi się występ Jeffa Dunhama. Kto oglądał to powinien wiedzieć. Oczekiwanie na samolot odbyło się w Starbucks Coffee przy gorącej czekoladzie. Lot krótki i bez niespodzianek, wszystko punktualnie.
Dublin
Po wylądowaniu udaliśmy się na śniadanie. Typowo wyspiarskie czyli jajecznica, jakaś kiełbasa, smażone pomidory, fasolka i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Później na górkę gdzie można było pocykać samoloty w miejscu przyziemienia. Domyślnie to były Ryanair i Aer Lingus… ale pojawił się Swiss, Lufthansa, Delta, American i kilka innych nie mniej ciekawych. Na prawo od terminala, przez jakąś budowę i drogi gdzie jeżdżą nie tą stroną co należy. W sumie około 40 minut spaceru ale warto było. Była okazja na przetestowanie nowego obiektywu od Zenita w moim Nikosiu. 400mm f/6.3 w pełnym manualu bez statywu zdało egzamin. Nic nie mogło uciec.
Po całkowitej straci czucia w kończynach górnych nadszedł czas odwrotu. Tym bardziej, że wszystkie ciekawsze maszyny (głównie zaoceaniczne) poleciały far, far away… Było trzeba zjeść coś w tamtejszym Fast foodzie i czekając na samolot położyliśmy się na stole w McDonalds i poszliśmy spać. Kuczu o dziwo jakoś śpiący nie był i dziwnie na nas patrzył.. tak jakby poprzednią noc przespał na ławce na Stansted. Na wolnocłówce jeszcze zakup ośmiopaka Heinekena (tego z Holandii a nie z Żywca). W końcu nadszedł czas aby wejść do naszego Boeinga 737-800 w którym całą drogę przespałem. Podobno coś rzucało i jakieś turbulencje były ale skoro się nawet przy tym nie obudziłem to znaczy, że jednak wcale nie były takie mocne.
We Wrocławiu zgodnie z czasem i samochodem udało nam się zabrać z powrotem do Lubina.. Odpoczywać przed wyprawą w następnym tygodniu. Ale o tym w innym czasie.
Pierwszy mój raport. Ciekaw jestem jak wyszło. Planuje napisać więcej, bynajmniej z większości tripów. Wszystko zamieszczam na swoim blogu http://cody.pl
Swoje lepsze zdjęcia lotnicze wrzucam na digart.pl | użytkownik | ~codyX
Pozdrawiam


LinkBack URL
About LinkBacks











Odp. z cytatem






Bookmarks