Zobacz kanał RSS

Na ścieżce wznoszenia....

Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago

Oceń wpis
przez w dniu 12-02-2014 o 22:44 (4899 Odsłon)
Wstał pochmurny poranek. Niewyraźny pogodo jak i umysł po wieczornym "zmęczeniu". Litości nie było - przed nami kilkaset kilometrów podróży do kolonialnego Trinidadu. Józek mimo wieczornego zmęczenia wyglądał dobrze i mogliśmy ruszyć w drogę.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Hawanie. Planowaliśmy przejechać obok stolicy, natomiast Józek chciał zobaczyć się z żoną i dziećmi. Nie przyszło nam do głowy odmówić.
Wcześniej zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Dziewczyny poszły coś kupić, my zostaliśmy w samochodzie. Wróciły z "wrażeniami" - do sklepiku wpadła armia/policja kubańska i niemalże odpychając ludzi na boki priorytetowo trafiła do kas. Cóż, ustrój....
Dojechaliśmy pod dom Józka. Zaprosił nas do środka. Nieśmiało weszliśmy. Ogromnie byliśmy ciekawi rodziny naszego kompana. To nie był standard jak w casas particulares. Przykro było patrzeć, że dość dobrze ustawiona rodzina taksówkarza jeżdżącego na Kubie Hundai'em, mającego do czynienia na co dzień z turystami, tak bardzo skromnie żyje. Co dopiero najubożsi.
Było natomiast w tym domu coś magicznego. Była komunistyczna miłość, nieskażona pieniądzem, nieskażona wyścigiem szczurów. Niedotknięte internetem dzieci. Pijąc przyrządzoną nam przez gospodynię kawę upajałem się nie tylko jej smakiem, lecz również familijnym niczym niestrutym spokojem...
Tak dużo straciliśmy zyskując, co mamy. Przelewają nam się przez palce ludzkie wartości, zezwierzęcamy, uprzedmiotowiamy. gubimy... Usuwamy granice państw, usuwając przy okazji granice moralności. Granice normalności.Ba,wszelkie granice... Quo vadis Polsko...?
Dostaliśmy piękną lekcję historii, był to jeden z bezcennych souvenirów z Kuby, absolutnie nie do zmaterializowania, nie do kupienia..
Wróciliśmy do samochodu. Zaczęło kropić. Ba, nawet padać. Un poco de agua, powiedzieliby Kubańczycy. Deszcz szybko ustał, a my ruszyliśmy ku celu. Namówiliśmy Józka, żeby zabrał nas do Parku Narodowego Cienaga de Zapata. Niechętnie zgodził się. Podejrzewaliśmy, że starał się zminimalizować trasę. Po drodze zatrzymał się w zoo - jego własny pomysł. Cóż, punkt bez historii:)
Co parku dojechaliśmy ok. godz 13-tej. Główny punkt atrakcji do krokodyle. Takie przynajmniej mieliśmy wrażenie. W tym celu musieliśmy zakupić rejs łodzią. Przyszło nam na nią poczekać ok. 40 minut. Józek zapewniał, że warto. Łódź wywiozła nas na malutką wysepkę, stylizowaną na osadę w dżungli. Wrażenia wielkiego nie wywarła, może skąpana w słońcu wyglądałaby inaczej..


Mieliśmy nadzieję, że kolejna łódka zabierze nas już do upragnionych aligatorów:) Nic bardziej mylnego. Łódka pokonała trasę identyczną z początkową, jako atrakcję pokazując nam jedynie... gniazdo termitów na drzewie. Poczuliśmy się oszukani. De facto trudno mówić o oszustwie - nie pytaliśmy o program imprezy, założyliśmy, że Józek "doprowadzi" nas do wyczekiwanych gadów. Nie udało się. Co najlepsze - krokodyle znajdowały się bardzo blisko, bez konieczności rejsu, za cenę wielokrotnie niższą....


Cóż, przyznać trzeba Józkowi rację że ten park nie robi niesamowitego wrażenia. Choć wyjeżdżając stamtąd miałem poczucie, że bardzo dużo nas ominęło. Jednakże w świetle kolejnych punktów programu nie było co się zastanawiać - obraliśmy kierunek docelowy owego dnia - Trynidad, zahaczając jeszcze o Playa Larga.
Do Trynidadu dotarliśmy późnym wieczorem. Casa Particular rekomendowana przez Maurę okazała się skromna, ale bardzo czysta. Wieczorem wyszliśmy jeszcze na spacer po tym specyficznym, pięknym mieście kolonialnym, w trakcie którego miałem okazję na kolację zjeść langustę - ogromnie polecam:)
Po spokojnej nocy świt powitał nas pięknym słońcem. Przeznaczyliśmy kilka godzin na zwiedzenie miasta. Poniżej załączam kilka fot:

Na Trinidad przeznaczyliśmy czas tylko do południa.To mało, ale nie poczuliśmy niedosytu - odnieśliśmy wrażenie, że złapaliśmy w turystycznym pędzie to, co to miasto oferuje. Jóżka z kolei wywieźliśmy na Playa Ancón - przepiękną plażę oddaloną zaledwie o kilkanaście kilometrów od Trinidadu (na 1. fotce trasa dojazdowa):




Krótka kąpiel, w trakcie której Józek cierpliwie w cieniu czekał i ruszyliśmy na północ do Cayo Guillermo, zahaczając tylko o punkt widokowy na Dolinę Cukrowni:


Czekała nas droga do miejsca, które śmiało można określić mianem "Raju na Ziemi". Oraz zmiana planów, której nie spodziewaliśmy się wyjeżdżając z Trinidadu...
jtf2 and Machoni like this.

Umieść "Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago" do Facebook Umieść "Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago" do Digg Umieść "Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago" do del.icio.us Umieść "Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago" do StumbleUpon Umieść "Komuna Karaibów - Trynidad bez Tobago" do Google

Updated 17-02-2014 at 11:11 by grzyw (Usunięcie literówek)

Kategorie
Turystyka , Poza skrzydłami

Komentarzy

  1. Awatar jtf2
    • |
    • permalink
    fajnie się czyta. Proszę o ciąg dalszy.
    grzyw likes this.