Zobacz kanał RSS

tam gdzie pieprz rośnie...

W końcu...

Ocena: 3 głosów, 4.67 średnio.
przez w dniu 06-03-2016 o 09:31 (3067 Odsłon)
W końcu doczekałem się prawdziwego latania... Mam do zrobienia 8 odcinków pod nadzorem instruktora, potem dwa loty kontrolne i "inshallah" pod koniec miesiąca zacznę normalną pracę. To oznacza, że mam "steep learning curve", czyli bardzo mało czasu, żeby wszystko ogarnąć i "naumieć się" do poziomu pozwalającego zdać egzaminy i zacząć latać samodzielnie... Dla porównania, w poprzedniej firmie mialem na to 40 odcinków, czyli 5 razy więcej.

Moja pierwsza "misja", to lot z położonego w samym centrum Taipei lotniska Songshan do Hanedy - miejskiego lotniska w Tokio. Ot, taki "City hopping", locik łączący centra miast... W Europie takie połączenia, to domena AVRO, ERJ-ów, CRJ-ów i innych -RJów. W Azji robi się to na 330-ce...

Songshan, to dla mnie jedno z bardziej klimatycznych lotnisk, jakie odwiedziłem - położone w samiutkim centrum miasta, otoczone wysokimi górami od północy i od wschodu i miastem od południa z wysokimi wieżowcami - w tym ponad 500 metrowym budynkiem Taipei 101, oddalonym o 3 km. Budynek portu wybudowany (na oko) w latach 50tych w monumentalnym, nieco socrealistycznym stylu jest nasiąknięty duchem dawnych czasów. Bardziej od mojej 330-ki pasowałby tu Boeing 707...

Na płycie lotniska dominują ATR-y, jest trochę biznes-jetów i śmigłowce, plus jakiś 737 i 320-tka. No i my. Jesteśmy największą furą jaka tam obecnie operuje i jest dla nas ciasno. Możemy korzystać tylko z trzech stanowisk, dwóch dróg kołowania, a i te są na styk. To zresztą jeden z powodów, dla których muszę obowiązkowo zrobić stąd lot z instruktorem w czasie szkolenia...

Ponieważ to mój pierwszy lot na typie, to mam trochę "kwadratowe ruchy" w kokpicie, szczególnie podczas kołowania. Samolot inaczej hamuje, inaczej zakręca na ziemi niż A320, rotacja po starcie też wychodzi mi trochę za wolno. Mój mózg musi dobrać sobie odpowiednie stałe regulacji... W powietrzu już jest lepiej. Samolot dobrze "leży" w ręku, jest bardzo stabilny i przyjemny w pilotażu.

Startujemy z pasa 10. Procedura odlotu prowadzi nas w dolinę, u wylotu której jest miasto Keelung i wschodnie wybrzeże Pacyfiku. Po obu stronach spore góry, więc wznosimy się najstromiej jak się da do 4000 stóp, dopiero pózniej możemy się rozpędzić i schować klapy.

Dalszy lot bez większych atrakcji. Trochę trzęsie na wznoszeniu, a na przelocie mamy 120 węzłów wiatru w ogon. Ani się nie obejrzę, a już trzeba przygotować się do lądowania w Hanedzie. Haneda, to też ciekawe lotnisko. Cztery pasy położone blisko centrum miasta i skomplikowane procedury antyhałasowe. Nastawiam się na podejście LDA22, gdzie podchodzi się pod kątem 50 stopni do pasa i na samym końcu robi dokrętkę na prostą. Minimalna wysokość stabilizacji przed lądowaniem - 300ft, czyli 100m.

Koniec końców dostajemy jednak podejście z prostej na pas 34L - nie tak efektowne, ale jak na pierwszy raz to i tak mam wystarczajaco dużo wrażeń.

Ponieważ to moje pierwsze lądowanie, to mam trochę tremę. Niepotrzebnie, jak się okazuje. 330tka robi to pięknie właściwie sama, wystarczy jej nie przeszkadzać. Potężne skrzydła dają silny efekt poduszki powietrznej przy ziemi, a konstrukcja wózków podwozia powoduje, ze przyziemienia prawie nie czuć. Przynajmniej tego na tylne koła, bo potem jest tąpnięcie przednimi głównymi i jeszcze trzeba wylądować nosem samolotu.

Samo lądowanie wyszło super, ale z wrażenia zapomniałem o rewersach, a pózniej przegapiłem zjazd we właściwą drogę kołowania. Tak to jest - na początku czasem brakuje mocy obliczeniowej w głowie, żeby wszystko ogarnąć...

Najchętniej bym poprawił od razu kolejnym lotem, ale nic z tego - zostajemy w Tokio na noc. Ma to swoje plusy, bo można trochę pozwiedzać. Nie za dużo, bo nie na wycieczce tu jestem i trzeba się przygotować do lotu powrotnego i przemyśleć co jest do poprawki. Samo Tokio nawet ciekawe, choć na mój gust trochę za sterylne - taka betonowa pustynia, przynajmniej tam gdzie zawędrowałem. No i co drugą przecznicę jakaś linia kolejowa...

Następnego dnia pobudka o 3:20 - niezbyt szczęśliwa godzina, tym bardziej ze jeszcze się do końca nie pozbierałem po mojej wycieczce do Polski w właściwie nie wiem w jakiej strefie czasowej funkcjonuję...

Powrotny lot jednak wynagradza te niedogodności. Kołowanie wychodzi mi zdecydowanie lepiej, mam też więcej czasu na wszystko - zaczyna to jako-tako wyglądać. Startujemy z pasa 05, zbudowanego na sztucznej wyspie. Trochę dziwne to uczucie - na pas musieliśmy wjechać przez most, a dookoła woda...

Pogoda jest piękna, więc mamy okazję podziwiać po starcie górę Fuji. Zaśnieżoną, górującą nad całą okolicą - zupełnie jak na obrazkach. Z kolei widok na dolocie do Taipei to jeden z tych, które zostają w pamięci. Wybrzeże Pacyfiku, wzgórza pokryte zielenią. W środku kotlina w której położone jest miasto, pokryta gęstym zamgleniem (albo raczej smogiem), z którego wystaje jedynie charakterystyczny kształt wieżowca Taipei 101...

Robimy rundę nad całym miastem i lądujemy na pasie 10. Podejście jest po dachach domów, wygląda to mniej-więcej tak:



Pasażerowie i nasze stewardesy wysiadają, a nam zostaje wisienka na torcie - przebazowanie samolotu na oddalone o 30 km lotnisko Taoyuan.

Samolot jest pusty, mamy tylko ok 25000 funtów paliwa (nota bene, A320 doleciałaby na tym z Polski do Madrytu, a ATR mógłby latać chyba przez tydzień). Aż mnie świerzbi, żeby poszaleć i wystartować z TOGI, czyli mówiąc po lotniskowemu "na pełnej ku...". Słabe to jednak uzasadnienie. Użycie pełnego ciągu to zwiększone zużycie silników i wymierne koszty dla firmy. Pozostaje nam zadowolić się startem na pełnej redukcji, ale samolot i tak idzie do góry jak rakieta... Dostajemy wysokość 5000 ft, czyli niewiele ponad wierzchołki lokalnych gór, więc mamy kolejny lot widokowy. Ponieważ jest spora kolejka do lądowania, robimy rundę wokoło całej północnej części wyspy. Lądujemy na pasie 05R, wychodzi mi trzecia z rzędu "przycierka". Chyba zaprzyjaźnię się szybko z moją nową zabawką. Ze względu na ruch, nasz lot razem z kołowaniem trwał 50 minut z hakiem. Szybciej pokonalibyśmy tą trasę autobusem...

Po operacjach regionalnych dla odmiany pora na dalszą wyprawę. "Target for tonight" - Sydney!
shiver, Drzemi, Mentos and 40 others like this.

Umieść "W końcu..." do Facebook Umieść "W końcu..." do Digg Umieść "W końcu..." do del.icio.us Umieść "W końcu..." do StumbleUpon Umieść "W końcu..." do Google

Updated 06-03-2016 at 09:34 by layoverlover

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar Lotnik21
    • |
    • permalink
    Super wpis! Trzymam kciuki, życzę powodzenia i... oczywiście czekam na więcej
  2. Awatar mapa
    • |
    • permalink
    Extra opis! I w końcu jakieś zdjęcie się pojawiło
  3. Awatar damian1982
    • |
    • permalink
    Super opis. Nie mogłem się doczekać pierwszego lotu
    Życzę powodzonka

    Brak rewersów i przeoczenie drogi kołowania? Zdarza się nawet najlepszym
    - a jak zareagował instruktor?
  4. Awatar layoverlover
    • |
    • permalink
    Cytat Zamieszczone przez damian1982
    Super opis. Nie mogłem się doczekać pierwszego lotu
    Życzę powodzonka

    Brak rewersów i przeoczenie drogi kołowania? Zdarza się nawet najlepszym
    - a jak zareagował instruktor?
    Instruktor, jak to instruktor... Zwrócił uwagę i wpisał tróję do dzienniczka...
    pitterek likes this.
  5. Awatar pitterek
    • |
    • permalink
    lepsza mocna trója niż ... gała lub naciągana piątka i samouwielbienie :P