Zobacz kanał RSS

tam gdzie pieprz rośnie...

Longhaul!

Oceń wpis
przez w dniu 13-03-2016 o 04:53 (3593 Odsłon)
21:30, to nienajlepsza pora do rozpoczęcia pracy, ale jestem pełen entuzjazmu. To mój pierwszy prawdziwy lot dalekodystansowy, pierwszy lot w ETOPSie, pierwsza wizyta na południe od równika, no i w końcu lecę na drugi koniec świata, a nie kręcę się po własnym podwórku. Sydney, to już nie przelewki...

Załoga na dziś rekordowo liczna - pilotów jest razem... sześciu! - "szeregowi" kapitan i oficer przypisani oryginalnie do tego lotu, do tego ja i mój instruktor robiący mi szkolenie w ETOPSie, jeszcze egzaminator, bo na locie powrotnym mam mieć check-a i na doczepkę jeszcze jeden F/O lecący na "deadhead'a", bo ktoś się rozchorował w Brisbane i potrzebne zastępstwo. Lepiej niż załoga "Ruslana..." Ta cała banda nawet nie ma jak się w kokpicie pomieścić, bo są tylko cztery fotele. A latał i tak będę tylko ja, w obie strony...

Taipei na dzień dobry zaserwowało nam mglę i "low visibility procedures", aczkolwiek dramatu nie ma - tyle tylko, ze muszę zrobić jeszcze dłuższy briefing przed startem. Startujemy z pasa 05L. Musimy oblecieć wyspę od północy i od wschodu, bo na środku są wysokie góry, a jesteśmy dość ciężcy. Ważymy dzisiaj ponad 220 ton i prędkość wznoszenia nie powala na kolana. Potem już kierujemy się na południowy wschód, w kierunku Australii...

Moja pierwsza szychta w kokpicie trwa około 4 godziny. Nawet szybko zlatuje. Muszę przerobić procedury wejścia w ETOPS, pózniej łączność CPDLC i HF. Krótko po minięciu równika, gdzieś w przestrzeni Ujung-Pandang, czyli nad Indonezją przychodzą nasi zmiennicy, a ja mogę iść do biznesu przespać się ze 3 godziny...

Budzę się na 1,5 godziny przed lądowaniem i wracam do kokpitu. Czuje się po tej drzemce jak odgrzane g..., a mój entuzjazm do lotów długodystansowych zdecydowanie zmalał. Jesteśmy już nad Australią i za oknem jest dzień. Z trudem przełykam śniadanie o nieokreślonym smaku i wyglądzie (chyba omlet) i zaraz trzeba się zniżać. Podczas zniżania funkcjonuje jak po amputacji jednej półkuli mózgowej. Nie jestem w stanie robić prostych obliczeń pamięciowych i zaczynam łapać się na "czeskich" błędach. A to nie tak coś ustawiłem, a to nie ten przycisk... Samo lądowanie wyszło ok, ale to chyba bardziej przypadek. Zdecydowanie trzeba będzie popracować nad "fatigue management'em", czyli zarządzaniem swoim zmęczeniem i odpoczynkiem...

Po dotarciu do hotelu padam prawie od razu, z zamiarem przespania całego dnia. Niestety, po ok. dwóch godzinach budzą mnie dość jednoznaczne odgłosy zza ściany... Niejedno już w hotelach widziałem/słyszałem, ale żeby się aż MOJE łóżko trzęsło, to jeszcze nie (nie licząc ostatniego trzęsienia ziemi...)

W tych okolicznościach przyrody nie pozostaje mi nic innego, jak się zwlec z łóżka i wybrać na zwiedzanie miasta - choć turysta to ze mnie raczej marny. I tu miłe zaskoczenie - Sydney okazało się na prawdę git. Pełno wody i zieleni, knajpki wszelakiego rodzaju na każdym kroku, piękna pogoda i naprawdę fajny klimacik. A spodziewałem się kolejnej betonowej pustyni... Do tego po porcie pływają promy, pełniące role autobusów. Podróżują nimi zarówno turyści, jak i lokalsi. Widać nawet sporo takich co skończyło prace w swoim biurowcu w korpo i promem płynie do domu... Czad!

Powrót do Taipei następnego dnia wieczorem. Tym razem postanawiam być proaktywny. Rano śpię do oporu, nawet kosztem śniadania, potem krótki spacer, drzemka, jakieś ćwiczenia i o 20-tej jestem zwarty i gotowy do wylotu. Teraz jesteśmy dopisani do innej załogi i jest nas w sumie "tylko" pięciu pilotów, w tym jeden Francuz wyglądający wypisz-wymaluj jak Louis de Funes. Gdyby nie był w mundurze, to poprosiłbym o autograf...

Odjeżdżamy od gate'u z 15 minutowym opóźnieniem, bo nasz samolot przyleciał spóźniony z Nowej Zelandii.

Kołujemy i zajmujemy pas 34L, po chwili dostajemy zgodę na start. Ustawiam dźwignie silników na ciąg startowy i... DING! Na wyswietlaczu ECAM pomawia się ostrzeżenie o usterce rewersu silnika nr 2. Manety do tyłu, przerywamy start.

Zjeżdżamy z pasa, zatrzymujemy się na chwile na drodze kołowania, żeby ogarnąć załogę i pasażerów. Potem krótka narada co dalej, ale właściwie to nie ma nad czym deliberować. Awaria rewersu, to nie przelewki, więc musimy wracać do gejtu...

Machanik wprawdzie nam tu w Sydney samolotu nie naprawi, ale może zablokować mechanicznie rewers w pozycji zamkniętej, żebyśmy mieli jak wrócić do domu. Tyle tylko, że potrzebuje na to czasu, a tu pojawia się następny problem - tzw. "curfew". Australijczycy o 23ciej zamykają na noc lotnisko dla dużych samolotów. W dodatku w przeciwieństwie do innych lotnisk, przestrzegają tego wręcz koraniczne, a za złamanie zakazu dowalają potężne kary finansowe. Udaje nam się wyżebrać jedno 15 minutowe przedłużenie, potem drugie. Mechanikom jednak idzie powoli, a poganiać ich ani myślę. Jak mówi stare chińskie przysłowie, "kto sieje ASAP, ten zbiera FAKAP". A FAKAP, w postaci np. samoczynnego otwarcia rewersu w powietrzu zepsułby nam wieczór (vide: Lauda Air 004)

Koniec końców samolot jest gotowy, ale jest już po "deadlajnie". Próbujemy jeszcze negocjować, ale w końcu musimy się poddać. Mamy wolne do rana, załoga i 230+ PAXów do hotelu. Nie zazdroszczę tego wieczoru obsłudze naziemnej...

Do rana, czyli do 14:00, bo musimy mieć odpowiednie godziny wypoczynku. Nie ma tego złego, bo noc w łożku jest zawsze lepsza niż noc na fotelu, a 7 godzin snu, to nie dwie. No i startujemy za dnia, to będzie można pooglądać Australię przez okno...

Drugi wylot już bez większych przygód, nie licząc małego zamieszania z załadunkiem samolotu. Personel naziemny ma "trzydzieste plenum spółdzielni Zenum" w związku z naszą obsuwą, ale w końcu dają radę.

Na północno-wschodnią Australią trochę walczymy z omijaniem burz i turbulencją, ale po wlocie na Ocean Spokojny (jak sama nazwa wskazuje) uspokaja się. Nad Papuą Zachodnią zmienia mnie Louis de Funes, mam 3 godziny relaksu. Taki "longhaul", to ja rozumiem, za dnia to zupełnie inna bajka. Spać wprawdzie za bardzo mi się nie chce, ale można np. popisać bloga...

Wracam do pracy, kiedy przelatujemy dokładnie nad Manilą. Odbieramy ACARSem pogodę z Taipei - szału nie ma. Wiatry po 40 knotów, deszcz i niskie chmury. Jak znalazł po 9 godzinach lotu... Nie, żeby to była jakaś niespodzianka, bo takie prognozy mieliśmy od samego początku...

Wprawdzie nie takie wiatry w Europie widywałem, ale na podejściu robi się mały armagedon. Góry na wyspie robią swoje. Turbulencja taka, ze chwilami nie widać przyrządów. Na 4000 stóp mamy 30 knotów wiatru w ogon, który na 3000 zmienia się w 40 knotów w nos, co daje samolotowi potężny przyrost prędkości - tzw. positive windshear. Gdybyśmy konfigurowali samolot do lądowania w standardowej sekwencji, mielibyśmy overspeed'a na klapach jak stąd do Honolulu...

Na szczęście lokalsi mają na to metodę, bo to tutaj typowe zjawisko. Wypuszczamy klapy 1, które mają wysoką prędkość dopuszczalną, na 15 mili wywalamy podwozie, które działa jak kotwica. Później pozostaje czekać aż wiatr się zmieni z tylnego na czołowy i opanujemy prędkość. Dopiero wtedy można wypuszczać resztę "gratów". Sama końcówka podejścia spokojniejsza, niż się spodziewałem, ale przy samej ziemi dostajemy duszenie i nawet magiczne podwozie 330-tki nie pomaga. Tym razem nikt nie ma wątpliwości, że wylądowaliśmy. Za to dobieg jak na An-2 - nawet nie muszę za mocno hamować, żeby zjechać w pierwszego dostępnego speedway'a...

A mówili, ze latanie na "longhaul'u" jest nudne...
gaugan, Havilland, STYRO and 58 others like this.

Umieść "Longhaul!" do Facebook Umieść "Longhaul!" do Digg Umieść "Longhaul!" do del.icio.us Umieść "Longhaul!" do StumbleUpon Umieść "Longhaul!" do Google

Updated 13-03-2016 at 06:16 by layoverlover

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar STYRO
    • |
    • permalink
    Za sciana w hotelu stewy z Twojego rejsu spaly mowisz?
  2. Awatar layoverlover
    • |
    • permalink
    Cytat Zamieszczone przez STYRO
    Za sciana w hotelu stewy z Twojego rejsu spaly mowisz?
    Jeśli przyjąć, że reszta załogi była równie zmęczona po rejsie jak ja, to nie sądzę...
  3. Awatar lelek7
    • |
    • permalink
    Posypał się przez to przydział samolotów? czy Macie ich wystarczająco dużo.
  4. Awatar shiver
    • |
    • permalink
    Dobrze się czytało allovera jak pisał i to się też świetnie czyta Jak już się zadomowisz, to dołóż jeszcze zdjęcia do tych wpisów i będzie idealnie
    PS. Ale i tak Ci życzę nudnych lotów, żeby nie było o czym pisać, a nie przygód zbędnych
  5. Awatar layoverlover
    • |
    • permalink
    @lelek7 - szczerze mówiąc nawet się nad tym nie zastanawiałem. Ale ze we flocie jest w sumie kilkadziesiąt "grubasów", a odpowiednie służby miały ~10 godzin zapasu do następnego lotu, to podejrzewam że za wiele się nie posypało. Choć na pewno w centrum operacyjnym ktoś miał bezsenną noc...

    @Shiver - cieszę się, że się da to czytać Zdjeć na razie nie mam jak robić, ale może kiedyś dołożę...
  6. Awatar pitterek
    • |
    • permalink
    Może daj aparat instruktorowi, niech cyka foty
    Red_Devil likes this.