Zobacz kanał RSS

tam gdzie pieprz rośnie...

!ncredible !ndia, again...

Oceń wpis
przez w dniu 13-05-2016 o 10:57 (3406 Odsłon)
Pod koniec kwietnia w końcu dostałem lot do Indii. Wracam tam po 5 latach przerwy. I to na własną prośbę, czego nie może zrozumieć mój F/O. Widział na planie, ze mój lot jest z "requesta" i nie może tego przeżyć. Indii nikt tu nie lubi. Zresztą nie tylko tu...

Inna rzecz, że miałem trochę inny plan. Requesta owszem, złożyłem, ale nie tyle na lot do New Delhi, ile na rotację TPE-DEL-FCO, czyli do Rzymu. W Rzymie jest kilkudniowe nocowanie, a że do Poznania stamtąd niedaleko, można by się urwać na 2 dni do domu... Planowanie mnie jednak ztrollowalo i dostałem samo nocowanie w New Delhi i powrót następnego dnia. W sumie też fajnie...

Startujemy ok 10 rano, taką cywilizowaną porę to ja rozumiem. W planie wychodzi nam 7 godzin lotu z hakiem, bo lecimy pod wiatr. Po starcie kierujemy się na południowy zachód, w stronę Hong-Kongu, bo ze względów politycznych nie możemy wlecieć "po prostej" nad terytorium Chin. Po minięciu FIR'u Hong-Kong opuszczamy znane mi rejony. Nad Chinami Ludowymi jeszcze nigdy nie latałem i mam trochę tremę, bo nasłuchałem się na ten temat strasznych opowieści. Szczególnie problematyczne jest ponoć omijanie burz, bo w CHRL cała przestrzeń powietrzna należy do wojska i ATC bardzo niechętnie patrzy na wylatywanie poza drogi lotnicze... A tym bardziej jak lecimy ze "zbuntowanej prowincji..."

Nie jest jednak najgorzej. Na radiu wprawdzie panuje bałagan, a większość korespondencji jest po Mandaryńsku. Mój F/O jest jednak w stanie się z nimi dogadać, chociaż nawet na moje niewyćwiczone ucho akcent jest zupełnie inny niż "u nas". Metryczne poziomy lotu, które tam są, to też jak się okazuje, nie "rocket science". Gdy nad Kunmingiem napotykamy burze, udaje się nam po Chińsku wynegocjować dobrego skróta, co nas oddala od chmur burzowych, a jednocześnie (jak sama nazwa wskazuje) skraca nam trasę. Nie spodziewałem się ze pójdzie tak łatwo...

Po Chinach wlatujemy w FIR Mandalay, czyli nad Myanmar. Tez jest ok - Burmańskie ATC chyba musiało się ostatnio "upgrade'owac", bo idzie się dogadać przez radio i nawet chyba nas widzą na radarze...

Następnie na krótko wlatujemy nad indyjski "Northeast" pózniej Bangladesz i wreszcie nad właściwe Indie. Znowu jestem w znanych sobie rejonach. Mijamy Kalkuttę, Późnej Bubneshwar, Patnę, Lucknow... Cały ten rejon zlatałem ATRem kilka lat temu i czuje się jak u siebie. Trochę nawet wpadam w nostalgiczny nastrój. Ech, to były czasy...

Nad Lucknow odbieramy ATIS z "Indira Gandhi International Airport" i przygotowujemy się do lądowania. Widzialność jest 1500m, co jest poniżej moich minimów, jako świeżego kapitana. Na szczęście po jakimś czasie poprawia się do 2000m i już mogę "na legalu" lądować. Uff... Trochę siara by było przy 1500m lecieć na zapasowe do Bombaju, ale minima mam jakie mam. Dopiero po 20 samodzielnych lotach będę miał normalne, łącznie z CAT II/III...

ATIS podaje do lądowania pasy 29 i 27, więc przygotowujemy i briefujemy się na oba. Na "base legu", w ostatniej chwili dostajemy lądowanie na pasie 28, co wywołuje w kokpicie spore zamieszanie, bo na tą opcję nie jesteśmy przygotowani. Na indyjskie ATC to jednak zawsze można liczyć...

Droga do hotelu jest długa. Kilkanaście kilometrów, w warunkach indyjskich, to dobre półtorej godziny. Przed wylotem do Delhi rozmawiałem z AllOverem, który bywa tam ostatnio i twierdził ze Indie się ucywilizowały i zeuropeizowany. Zacząłem się martwić ze to już nie ten klimat, co kiedyś, ale widok za oknem rozwiał moje obawy. Góry śmieci, slumsy, korki, wszystko jest na swoim miejscu, uff... Poza tym krowy, kozy, osły i psy na ulicy widywałem wcześniej, ale świnie buszujące w śmieciach w środku miasta widzę pierwszy raz. Chapeu bas!

Po dotarciu do hotelu mój F/O zamyka się w pokoju i odmawia wychodzenia do rana. Reszta załogi jednak mniej przerażona, wiec udaje się zmontować ekipę na wyjście na obiad do pobliskiej knajpy. Warto było, dawno nie miałem tak dobrej indyjskiej wyżerki, w dodatku za pół-darmo...

Następnego dnia po śniadaniu trzeba się zbierać spowrotem. Mamy inny pokład, bo nasza poprzednia załoga leci dalej do Rzymu, a z nami wracają stewardesy które przyleciały z Rzymu 2 dni wcześniej. Tym razem powrót jest z wiatrem, więc trwa tylko 5 godzin z kawałkiem. Nad Chinami znowu mamy spore burze, ale i tym razem nie ma problemu z ich omijaniem. 20, 30, 40 mil w bok od trasy? Nie ma sprawy, ile tylko chcemy... Albo mam farta, albo opowieści o lataniu nad Chinami są przesadzone...

Po powrocie mam jeszcze jeden dzień dyżuru, z którego jednak nie poleciałem i poźniej 2 tygodnie wolnego. Wracam do domu, doładować akumulatory...

Umieść "!ncredible !ndia, again..." do Facebook Umieść "!ncredible !ndia, again..." do Digg Umieść "!ncredible !ndia, again..." do del.icio.us Umieść "!ncredible !ndia, again..." do StumbleUpon Umieść "!ncredible !ndia, again..." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar Endriusza
    • |
    • permalink
    Kolejny super wpis. Dzięki.
  2. Awatar alibaba
    • |
    • permalink
    Ładowanie należy się, po powrocie proszę koniecznie coś napisać. Dzisiaj miałem trochę czasu i znowu przeczytałem wszystkie wpisy od początku. Znowu się rozmarzyłem. Pański blog to niewątpliwie najlepszy blog. Pozdrawiam Pana i wszystkich Czytelników.