Forum »   Powstanie CPL - Centralny Port Lotniczy        Połączenia »   Ryanair ogłosił loty na Ukrainę   

Zobacz kanał RSS

Wieści z Nory - O pracy i życiu oczami czterdziestolatka

Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem.

Oceń wpis
przez w dniu 22-02-2017 o 11:48 (738 Odsłon)
Korzystając ze zwiększonego budżetu rodzinnego powstałego za pomocą Szanownej Małżonki, która wróciła do pracy, postanowiliśmy udać się w trakcie ferii szkolnych na narty. Trzeba było jednak, na początek zadać sobie kilka pytań o Nasze przygotowanie narciarskie i od tego zacząć organizowanie wyjazdu. Po pierwsze musi być stok na tyle dostępny, czytaj płaski abym ja przypomniał sobie co nieco z jeżdżenia, na tyle długi aby co minutę ponownie nie podjeżdżać do góry orczykiem, bo nie wiedzieć czemu strasznie mnie to męczy, nie musi być za to do końca płaski jakiś progres trzeba sobie bowiem dawkować.
Musi być koniecznie wypożyczalnia, bo ze sprzętu to tylko buty posiadam, a dzieci to tylko kaski więc wypożyczalnia to mus, oczywiście jak wypożyczalnia to koniecznie instruktor. Ostatni wymóg był najgorszy znając swoje dzieci wiedziałem, że musimy być w takiej okolicy, która pozwala na jeszcze inne atrakcje, niż tylko narty. Od strony narciarskiej pomogła strona ski info, od strony turystycznej gogle maps a od noclegowej to co zawsze używam z końcówką com. Finalnie wyszło tak: narty Góra Żar, a nocleg: niedaleko Żywca położona wieś Zarzecze z Apartamentami Ostrawa z przepięknym widokiem na Jezioro Żywieckie.

Przyjazd.

Mój urlop zaczął się kilka dni wcześniej niż ferie więc był jeszcze czas na złapanie a 380-siątki na Okęciu i przygotowanie zaopatrzenia i transportu na wyjazd. Kwestia pakowania należy zawsze do Żony i tak jak zawsze nasz wyjazd rozpoczął się niestety w poprzednią sobotę po 10 i tak jak przeczuwałem był o dobrą godzinę spóźniony, takich korków to ja dawno na tej trasie nie widziałem. Pierwszy w Nadarzynie, który musieliśmy mijać przez Grodzisk Mazowiecki, reszta trasy S8 była już w porządku, bezkolizyjne skrzyżowania robiły swoje.
Pełni dobrych myśli (pierwszy przystanek planowałem za Częstochową w Auchan) nawijamy kilometry do pierwszych świateł jakie pojawiają się po opuszczeniu autostrady A1, a tam niespodzianka 500 metrowy korek. Próbuje coś dojrzeć, może jakieś światła policyjne ale nic nie widać, nadzieja szybko gaśnie po przejechaniu świateł, niestety taki duży ruch jest, że czeka Nas to samo na kolejnych światłach. Nikt nie pomyślał chyba o tym, że w dniu wymiany turnusów chociaż ciężarówek do 14-15 nie powinno być na drogach. Do Korków na światłach można się jednak przyzwyczaić ale już zwężenie dwupasmówki z okazji budowy obwodnicy Częstochowy to już przesada. Budowa ma trwać 3 lata to i zwężenie będzie też tyle czasu? Na tą chwilę nie znalazłem w necie odpowiedzi, a jeśli tak to będzie to kolejna drogowa głupota.

Częstochowa z korków jakie pamiętam, jakby się polepszyła a finalne dojechanie prawie bezboleśnie do Auchan szybko polepszyło mój humor. 4,54 PLN. za paliwko to o 20 gr. mniej niż w najtańszych stacjach w jakich tankuję w Warszawie i do tego jeszcze chińszczyzna na obiad i rewelacyjna kawka i możemy ruszać dalej, tylko jak to zrobić jak kolejny korek się stworzył bo jak wiadomo kolejne światła na drodze. Z każdym kilometrem jednak czujemy że jesteśmy bliżej, a może obiad tak wpływa na człowiek, że po bezproblemowym minięciu Siewierza i wjechaniu na Obwodnicę Aglomeracji Śląskiej czas jakby leciał szybciej. Tychy bez problemów, Pszczyna gładziutko, Czechowice dziedzice już gorzej ale to raptem kilka kilometrów i obwodnica Bielska Białej, która błyskawicznie doprowadza nas do Zjazdu Żywiec Soła potem tylko skręt w lewo na rondzie 2 kilometry do przejechania, jeszcze jeden skręt na Tresną kolejne kilometry pokonane jak kolejce górskiej i jesteśmy przy Apartamentach.

Pobyt.

I od razu pierwszy i w zasadzie jedyny duży minus, na który przez swoją nieuwagę nie byłem przygotowany: brak recepcji. Klucze do swoich pomieszczeń przekazuje mieszkająca w pobliżu administratorka, po wcześniejszym telefonie do menedżera apartamentów, który rezyduje w Wodzisławiu Śląskim lub odbierając sobie ze skrytki otwieranej szyfrem podanym przez wspomnianego menedżera w czasie kolejnej rozmowy telefonicznej. Drugim już może nie minusem ale małym mankamentem jest parking. 2 samochody średniej wielkości wjeżdżają i wyjeżdżają swobodnie, przy większych samochodach lub ich większej liczbie (max 4) należy ze sobą współpracować.

Przejdźmy teraz do apartamentów, duży pokój pełniący jednocześnie funkcję sypialni salony i jadalni uzupełniony jest pomieszczeniem z 2 pojedynczymi łóżkami, łazienką z prysznicem i aneksem kuchennym. Pokój dobrze oświetlony tak w czasie dnia jaki i w nocy, okna zabezpieczone zasuwanymi metalowymi roletami. Regulowane nowoczesne grzejniki i dobra izolacja ścian dawała komfort cieplny już przy 3 z 5 stopniowej skali ogrzewania. Do plusów pobytu mogę także zaliczyć także to że przez 4 z 6 noclegów byliśmy jedynymi gośćmi i dopiero pojawienie się Mamy z chyba 4 dzieci w Chryslerze Voyager ale na Pruszkowskiej rejestracji, lekko zaburzyło sielankę. Specjalnie wspominam Panią z Chryslera, bo jak może jest czytelnikiem tego bloga, jakieś małe podziękowania podeśle za kilka niezobowiązujących rad odnośnie zakupów i zwyczajów na stoku góry Żar.

Wróćmy zatem do dnia przyjazdu. Po wniesieniu wszystkich tobołów (bo nikt tego za mnie nie zr
obi) żona rozpoczyna rozpakowywanie a ja z starszym jedziemy na rekonesans okolicy w kwestii zakupów. Okoliczne czyli w promieniu 3 kilometrów od apartamentów sklepy są już zamknięte więc jedziemy do centrum Żywca czyli zaraz za most do mini parku handlowego i na swoje nieszczęście decyduje się zakupy zrobić w dalej usytuowanym Tesco, zamiast bliższego i lepiej zaopatrzonego Kufland’a. Oczywiście na kolację i śniadanie jest to co trzeba więc po ciężkim dniu spokojnie kładziemy się spać.

Rano tematem nr.1 są spodnie narciarskie dla starszego, musimy coś dla niego kupić zanim pojedziemy na stop więc odpalam laptoka i jedyne co mi przychodzi do głowy jako miejsce ewentualnych zakupów to Galeria Sfera, dlatego że można do niej relatywnie prosto podjechać szczególnie dla osoby która nigdy w Bielsku-Białej nie była. Wkrótce okazało się rekonesans ten przydał się w o wiele ważniejszej sprawie.

Na stoku z różnych powodów pojawiamy się w tym dniu dwa razy, poobiedni rekonesans odnośnie możliwości parkowania, wypożyczenia nart, umówienia instruktora i zakupu ski pasów, a właściwe jeżdżenie dopiero dokonaliśmy po 17 i tak na dobrą sprawę to chyba należy rekomendować takie właśnie zapoznanie z Żarem. Po pierwsze po 17 niższa cena ski pas’a (35pln) z ważnością do 20 kiedy zjeżdżą ostatni wagonik. Drastycznie mniej ludzi, spokojnie można przypomnieć sobie nawyki i to mimo muld i odsłoniętych fragmentów z lodem, orczyk praktycznie bez czekania i ten niesamowity system do skanowania wjazdówek wystarczy zbliżyć się do braki mając kartę gdziekolwiek, aby przy ciele i pyk już brameczka na zielono. Niestety zapoznanie ze stokiem nie idzie płynnie: najpierw leży starszy, potem Żona, która chciała po 15 latach przypomnieć sobie narciarstwo i to tak nieszczęśliwie, że już w kolejne dni jest tylko obserwatorem, co oczywiście przyda później w o wiele ważniejszej sprawie.

Kolejny dzień przed południem mija już na jeżdżeniu tylko z młodym, mamy bowiem w perspektywie popołudniową wizytę w Czechowicach-Dziedzicach w miejscu w którym projektuje się, serwisuje i tworzy elementy lub nawet całe konstrukcje dronów. Ojcem całego przedsięwzięcia jest WitekZ i nie chciałbym wychodzić przed szereg i opisywać nie swoich sukcesów, tym bardziej że Witka jeszcze chwilę nie będzie. Mam jednak wrażenie że wraz z KubąB, pochłonęliśmy sporą dawkę wiedzy odnośnie konstruowania, zastosowania i wszelkiego –ania, dronów jakie powstają w tym miejscu. Pochłonęliśmy także trochę dobrej kawy i nieco prądu, bynajmniej nie do herbaty, a do Pandy którą przyjechał Kuba. Przy okazji chciałem publicznie podziękować Naszemu przewodnikowi Panu Pawłowi, który nie bacząc na godziny zamknięcia biura raczył Nas kolejnymi danymi i niesamowitymi historiami, a także wykonał krótki pokazowy lot dronem w pomieszczeniu w którym wydawało mi się, że się nadaje się tylko do puszczania papierowych samolotów.

Kolejny dzień to kolejne zjazdy z młodszym i inny instruktor dla starszego. Wydaje się to strzałem w dziesiątkę, bo już przy drugim zjeździe idzie mu całkiem nieźle, a przy trzecim instruktor tylko koryguje słownie ewentualne błędy. Niestety pogoda tego dnia Nas nie rozpieszcza +8 i słońce wprost na stok powoduje, że nawet na łagodniejszym początku ciężko jest załapać się na płaski śnieg. Kiedy dzieci mają już dość decyduję się pojechać sam do samego końca.

Pierwsze metry jeszcze idą dobrze stok ma lekko większe nachylenie, ale już jakieś 200 metrów dalej zwęża się i nachylenie rośnie, a ja zaczynam mieć problem z dużymi muldami i miękkim mokrym śniegiem. Przed ostatecznym szerokim fragmentem trasy muszę odpocząć ze dwa razy i zastanowić się jak jechać dalej. Po 3 dniach jazdy nie ma takiego zmęczenia i zakwasów jakich się spodziewałem więc jadę z samej góry jeszcze raz. Od razu zostaję ukarany za zbytnią pewność siebie bo na płaskim fragmencie trafiam na muldę i ze 100 metrów jadę na plecach. Kiedy wstaję okazuje się, że starłem sobie skórę na kostce wskazującego palce i cała chęć na jazdę przechodzi, tym bardziej, że czas karnetu dobiega końca.

W tak nieciekawym nastoju wracamy do apartamentu i niejako samoistnie nadchodzi myśl o wypróbowaniu innego miejsca do jeżdżenia oczywiście w okolicy. Szybkie poszukiwanie w ski info i już mam, Ustroń-Czantoria tylko i wyłącznie dlatego, że ma 58% tras łatwych a także posiada łączkę dla nowicjuszy. Powoli wyłania się scenariusz przed południem rekonesans ale z jazdą na nartach, obiad w Wiśle i jak siły pozwolą to kolejna tura jeżdżenia.
Niestety dnia kolejnego prawie nic nie idzie tak jak trzeba. O ile dojeżdżamy na miejsce i znajdujemy miejsce parkingowe bezproblemowo o tyle już o instruktora jest dużo ciężej ale się udaje. Żona idzie zatem na oślą łączkę a ja z młodym do kasy po karnet. Za chwilę niestety trafiają Nas dwie niedobre informacje, pierwsza że nauka może odbywać się tylko na tej płaskiej oślej łączce więc nie ma sensu brać instruktora, druga z mojej strony bo okazuje się że trasa łatwa (niebieska) jest nieczynna z powodu braku śniegu. Pozostaje nam korzystać z orczyka na końcu trasy czerwonej która z dołu wcale nie wygląda na trudną.

Pierwszy zjazd jest wyzwaniem dla młodego ale jeszcze daje radę w drugim niby poczyna sobie już lepiej za to przy łapaniu orczyka do trzeciego dostaje histerii i nie chce jechać, więc jadę sam. Na górze odbieram telefon od Żony starszy wywalił się i boli go ręka na wszelki wypadek wzywa GOPR-owca. Ja zjeżdżam tak szybko jak potrafię oddaję karnet i na miejscu gdzie spotykamy się zastaję starszego z zawiniętą ręką na szynie, a pan Z GOPR-U ma niewesołą minę i nie owija w bawełnę: NA MOJE OKO RĘKA ZŁAMANA, trochę nie mogę w to uwierzyć, starszy tyle razu się wywalał i nic, a tu od razu ZŁAMANA? Nie mam rentgena w oczach więc nie mamy wyjścia albo czekamy na Karetkę albo jedziemy sami do szpitala. Karetka niestety może być za dwie godziny i to z Cieszyna więc nie ma wyjścia jedziemy do szpitala w Żywcu.

Niby nie jadę jak wariat ale droga mija bardzo szybko, szpital w Żywcu łatwy do odnalezienia, pacjentów relatywnie mało więc już po około 1,5 godzinie starszy dostaje się do lekarza, a ja z młodszym organizuje dla wszystkich coś do jedzenia. Całe szczęście trafiam na pizzerię Widelec zamawiamy średnią na wynos i przed ostatecznym wejściem starszego do lekarza wszyscy przestajemy być głodni. Za 20 minut okazuje się że był to wielki błąd, przynajmniej jeśli chodzi o starszego syna bo potwierdzone złamanie jest złamaniem z przemieszczeniem i wymaga interwencji operacyjnej w bardziej wyspecjalizowanym miejscu, a narkozę do zabiegu można podać dopiero po 6 godzinach od ostatniego posiłku.

Musimy zatem z Żoną rozdzielić się, Ona jedzie z dzieckiem do Bielska Białej, ja z młodszym wracam na kwaterę spakować niezbędne rzeczy do co najmniej 12 godzinnej hospitalizacji dla dziecka i Żony. Muszę jednak w pierwszej kolejności dowiedzieć się jak dojechać do Szpitala Pediatrycznego i tu właśnie przydaje się rekonesans z niedzieli. Wystarczy pojechać dwa razy w prawo na rondach za galerią wyjechać pod górę do głównej drogi i za dosłownie kawałek na światłach skręcić w lewo a potem jakieś kilometr do specyficznego skrzyżowania, znów w lewo i już widać szpital. Chwilę czekamy na dziecko potem muszę go przebrać w dół o pidżamy chwilę rozmawiamy ale pojawia się niedawno operowane dziecko i lekarz jest bezwzględny: zostaje tylko jedna osoba reszta do domu nic tu swoją obecnością nie poradzicie. Od momentu wypadku już z tysięczny razy wymawiam słowo na K, ale nic nie poradzę, robię tylko małe zakupy dla Żony w pobliskim sklepie i kierując się już znakami wracamy do Zarzecza.

Spanie nie za bardzo mi idzie więc jeszcze przed północą dochodzą krzepiące sms –sy. Zabrali koło jedenastej oddali przed północą i najlepsze z tych wszystkich informacji i rozmów wychodził obraz połączenia kości co najmniej jednym jakimś drutem czy tytanową wstawką przez co okres gipsowy mógł trwać 6-8 tygodni, obyło się jednak bez żadnego złomu za to z grubszym niż zazwyczaj gipsem. Budzę się i tak rano, ale zanim ogarniemy się jest po 9 tej, telefon od Żony jednak uspokaja: wypisy i tak od 11 więc już na spokojnie pojawiamy się w szpitalu po 10:30. Dalej może być tylko jedna osoba więc udajemy się z młodym pieszo na zwiedzanie Bielska Białej, a raczej drogi ze szpitala na dworzec PKP.

I tu kilka przemyśleń odnośnie widzianego miasta: wszędzie albo z góry albo pod górę, z obwodnicy wygląda to bajecznie, w środku miasta nie jest już tak fajnie: różne style napotykanych domów, Mini Carrefour obok cmentarza, albo walące się kamienice a obok piękna ale zamknięta dawna Remiza strażacka. Dworzec kolejowy też dostosowuje się do stylu miasta odnowiona poczekalnia, a na zewnątrz perony i kładka nad nimi jak w latach 90, nowoczesny EZT Steadler na torach z milionem wżerów. Proszę nie wyrabiać sobie zdania o Bielsku białej na podstawie moich wrażeń i to w stanie ducha w jakim byłem widocznie za krótko byłem w tym mieście i za mało widziałem żeby wyrobić sobie jednoznaczną opinię czy mi się podoba czy nie na razie czuję się lekko skołowany.

Ostateczny wypis lekarze dokonują po 12 pakujemy się więc do samochodu i wracamy do apartamentu. Ja już dziś i tak nie mam ochoty na cokolwiek, oprócz obiadu i morza piwa, a już jakiekolwiek próby namówienia mnie na narty przez Żonę zostają odrzucone zanim jeszcze przebrzmią. Jedynie co to zrobiłem sobie i to po wielkich namowach to wycieczka nad brzeg zbiornika wodnego skutego jeszcze lodem dróżką znajdującą się 30 metrów od domu. Nagabywany jeszcze przez Żonę, pod wieczór zamknęliśmy drogową pentlę wokół jeziora wyszukując po drodze ciekawe miejsca widokowe na okolicę Żywca. Co jak co chcę odpocząć jutro powrót i to w ogromnych opadach deszczu.

Powrót.

Jeszcze w czwartek wieczorem jak zwykle siadam przed gogle maps i główkuję. Po jasną cholerę całemu regionowi piękna droga ekspresowa od Cieszyna do Węgierskiej górki jak jej połączenie z resztą kraju jest istnym koszmarem, bo o ile dwa pasy z Bielska do Tychów mogłyby jeszcze być ale tylko w wariancie bezkolizyjnym, a tak jaj jest teraz to tylko chyba w nocy lub w wybrane godziny dnia da się przejechać w miarę płynnie. Powrót mamy w piątek a ja od razu wiem najkrótsza droga do domu będzie zapchana więc trzeba szukać innych wariantów.

I tak po pierwsze jak opuścić aglomerację Śląską?, odpowiedź autostradą. Wyjdzie trochę dalej bo trzeba nadłożyć trochę drogi obwodnica do zjazdu na Skoczów a potem postać trochę na rondach w Żorach i już autostrada. 3 pasy ruchu przy rzęsistym deszczu powodują, że i tak jedzie się w miarę płynnie a i punktów gastronomicznych jest trochę więc załatwiamy także 2 śniadanie.

Po drugie: Częstochowa i zwężenie przy budowie obwodnicy. Cóż jechaliśmy w takim wariancie na wakacje więc wystarczy to powtórzyć w drugą stronę z lekką modyfikacją w taki sposób aby trafić w Blachowni na Drogę wojewódzką 492, która doprowadzi nas prawie pod samą Nową Brzeźnicę skąd już kilka kilometrów i już wjazd na tzw. gierkówkę. Pytanie jak to zrobić z Pyrzowic, ano nic łatwiejszego. Zjechać autostrady, na pierwszym zjeździe z S1 wbić się na drogę nr.78 w stronę Tarnowskich Gór, aby po kilku kilometrach trafić na zjazd w drogę 912 w stronę Miasteczka Śląskiego. Tam zamiana drogi na 908 aż do Rększowic zresztą i tak nie będziecie wiedzieli jaka to miejscowość wystarczy na rondzie pokierować się w stronę drogi oznaczonej jako 904 aby po chwili wyjechać na krajową 46 ale nie na długo bo po kilometrze jest skręt na wspomnianą 492. Dla ciekawych wspomnę, że pewien fragment 492 jest DOL-em, nierównym ale jest.

Wyjazd w Ładzicach na trasę nr1 jest już o tej porze, że w zasadzie powinniśmy już coś zjeść więc tradycyjnie na kolejnych światłach zawijamy do znanego baru, w którym zawsze wszystko jest. Na stół idą Flaczki, Pomidorowa, Barszcz Czerwony i Pierogi, a następnie 2 kawy na wynos i po 40min. udajemy się w ostatni odcinek podróży. Zaczyna robić się ciemno więc nie wiedząc jak będzie na S8 jedziemy dalej autostradą do Łodzi a potem na Warszawę. Jadę tamtędy 2 raz i drugi raz muszę trzymać gaz w podłodze i kolejny raz ktoś chce mnie minąć prawym pasem, jadąc wcześniej prawie na zderzaku. Chromolę taką drogę i takich debilnych kierowców i ostentacyjnie więcej już nią nie pojadę w tym kierunku. Finalnie meldujemy się w domu po prawie 6,5 godzinach a ja mam dość nawet tak krótkiej trasy.

PS za pół godziny jadę na wizytę kontrolną zobaczymy więc co się dzieje.
adamsc, mapa, elza030 and 1 others like this.

Umieść "Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem." do Facebook Umieść "Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem." do Digg Umieść "Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem." do del.icio.us Umieść "Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem." do StumbleUpon Umieść "Narciarskie ferie z cholernym zakończeniem." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar pasazernagape
    • |
    • permalink
    Będzie dobrze. Moja starsza córka w ubiegłym tygodniu na snowboardzie złamała rękę u braci Czechów a że stało się to w piątek skutkiem ich odroczonej procedury zakładania gipsu wróciła w niedzielę z ręką w szynie. Była więc konieczność założenia ostatecznego opatrunku gipsowego. W poniedziałek gips syntetyczny założony rano okazał się za ciasny i w nocy na dyżurze trzeba było go przeciąć. Zamieniliśmy go w szynę ale i tak skończyło się na jeszcze jednym opatrunku gipsowym na 3 tygodnie.
    Narciarstwo i snowboard to ryzykowne sporty.
    Aha, oczywiście córka za rok też chce na snowboard ale tym razem będą narty
  2. Awatar lelek7
    • |
    • permalink
    Dzięki za słowa otuchy, jak się do wtorku nic nie poprzesówa to jeszce 2-3 tygodnie i zdejmujemy tałatajstwo i trzeba się będzie w ramach rechabilitacji przeprosić z basenem.
  3. Awatar pasazernagape
    • |
    • permalink
    U mnie rehabilitacja córki zaczęła się już tego samego dnia co dnia założenie gipsu. Odkąd poznałem przemiłe panie fizjoterapeutki w sytuacji gdy sam miałem wybity palec i założoną szynę na 3 tygodnie już nie zrobię tego błędu gdy rehabilitację zacząłem w dniu zdjęcia szyny bo tak chciał ortopeda. To był błąd. Fizjoterapeutki mają pod opieką wielu sportowców, nawet z kadry Polski i teraz wiem że u odpowiedzialnego fizjoterapeuty sportowego rehabilitacja trwa cały czas od momentu urazu i jest dostosowana do tego co można wykonać w danej chwili. Mój tata ma u nich rehabilitację więc przy okazji zabiera wnuczkę
    Basen bardzo dobra rzecz.
    Ja korzystałem z niego mając szynę na ręku. Duża rękawiczka medyczna szczelnie założona i zabezpieczona i można było pływać . Ratownikom powiedziałem co i jak i dlaczego mam takie coś na ręce i nie stwarzali problemu.
  4. Awatar lelek7
    • |
    • permalink
    Jestem WAM winny małe wyjaśnienie odnośnie leczenia złamań. Wyjaśnił mi to Pan Doktor w czasie wizyty w zeszłą środę i potwierdził w ostatni wtorek.
    Pierwsza kwestia, dlaczego mimo spodziewanego z rozmowy z lekarzem drutu nie został on użyty. Otóż dzieci jak to dzieci rosną i aby nie komplikować leczenia i rehabilitacji wystarczy złożyć kości tak aby dotykały do siebie i aby obie części były w jednej osi. niedokładności w stylu lekko odstające jedna część od drugiej i tak w toku dalszego rozwoju dziecka zostaną zespolone bez wyraźnych skutków ubocznych masą kostną czy tam jak to się nazywa. dlatego tak ważne jest zachowanie osi obu części kości.
    Druga rzecz: dwie kontrole i wynikłe z tego zdjęcia rentgenowskie. w 6-7 dobie po złamaniu sprawdza się poprawność nastawienia kości i tym samym jakość założenia gipsu. Druga kontrola w 12-13 dobie po złamaniu jest to ostatnia chwila w przypadku przesunięcia się części kości na to aby złożyć je jeszcze raz.
    U starszego kości są złożone dostatecznie więc jeszcze 2 tyg.i zdejmujemy gips za łokieć i zakładamy sam na przedramię na jeszcze 2 tyg.
    Aha jeszcze jedno w miarę możliwości przy gipsowaniu w miejscu oddalonym od domu poproście o zdjęcie ręki po złożeniu i założeniu gipsu, pomaga to lekarzowi kontrolującemu zobaczyć poprawność unieruchomienia.