Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Pierwszy lot.

Oceń wpis
przez w dniu 02-02-2019 o 21:13 (278 Odsłon)
Pierwsza godzina lotu

08.12.2018 – To jeden z tych dni, które zapamiętam do końca życia, tak jak np. ślub czy narodziny moich dwóch kochanych Huraganów. Niby nic, bo ostatnimi czasy mnóstwo osób rozpoczyna kurs pilotażu(tak wiem, bierze ślub i rodzi dzieci też ), ale na mnie to zrobiło kolosalne wrażenie. W sumie tak sobie myślę, ze powinienem się spodziewać wspaniałych emocji i w ogóle, ale nie wiem, czy to przez dzisiejszą pogodę, czy tak po prostu, bo spełniam moje wielkie marzenie, ale wracałem do domu na miękkich kolanach.

Pogoda – jak tak z ziemi spojrzeć w niebo w czasie kiedy latałem, to fajnie, słonko świeci, kilka chmurek, jakiś wiatr sobie wieje… No właśnie wiatr, szalony on .

Już od startu samolocikiem(Tecnam P2002JF) rzucało na lewo i prawo, w górę i w dół, a ja siłuję się ze sterami, żeby toto w powietrzu utrzymać. W domu na symulatorze z lichym joystickiem to wręcz spacer po parku, nawet jak ustawiłem parszywe warunki pogodowe, niemal szło zasnąć. Ale to już nie jest gra, tutaj naprawę czujesz wszystkie kopnięcia samolotu i litości nie było. Nooo tak ja to odbierałem, instruktor(Aleksander jesteś Wielki J) luz totalny, siła spokoju, opoka, skała nie do ruszenia, ot lecim sobie, widzialność CAVOK(czyli super), normalnie spacerek(po skrzydle ).

A ja potem o życie walczyłem, swoje i instruktora, no dobra w razie czego hasło: „przejmuję stery” i on nie pozwoli się zabić, od tego jest i bogu dzięki .

Wracamy do lotu, początek pasa, ustawieni odpowiednio, zgoda na start, obroty do startu, zaczynamy rozpędzanie po pasie na poznańskiej Ławicy, a tu samolot zaczyna zachowywać się niepoważnie. Przecież ustawiłem go na osi pasa a ten zaczyna skręcać, no to ja mu kontra orczykiem, za bardzo, za duża kontra i w drugą stronę, oś pasa zaczyna lawirować między kołami zupełnie jakby samolot włączył opcję taniec i cały misterny plan spokojnego i odprężającego lotu zaczyna się sypać. Instruktor nie omieszkał mnie nieco wyśmiać(a mógł opie…), ale pomagał oczywiście i nie wiem czy to właśnie nie dzięki niemu udało się szczęśliwie wystartować, no dobra wiem .

Moment oderwania, kolejny mały szok, nie wiem czy za mocno ściągnąłem drążek na siebie, czy przyszedł podmuch wiatru(wspominałem, że wiatr był szalony?), ale kopnęło nas do góry jakbyśmy z katapulty startowali, a nie jak ludzie z pasa startowego, staram się utrzymać samolot w powietrzu, lecieć w miarę w osi pasa, skrzydła trzymać prosto i spokojnie się wznosić, ale nie, po co, no w końcu wiatr, szarpie nami we wszystkich kierunkach jakby chciał zaraz na początku zmusić mnie do użycia papierowej torebki na… no na te tam kolorowe „od serca”, ale po pierwsze torebki tam nie ma, a po drugie chyba nie wiedział, ze ja to uwielbiam i że mam mega wsparcie w postaci instruktora, mojego bezpiecznika, który też trzymał stery, no w końcu o jego cztery litery też się rozchodziło

Lecimy, trzymamy stery obaj, pierwszy zakręt, zadana wysokość i kierunek no i zaczyna się dla mnie ta najlepsza a zarazem najtrudniejsza część. Moje stery, tylko ja trzymam samolot, mam lecieć w zadanym kierunku na zadanej wysokości, łatwizna… Nooo nie. Nie. Nie w takim wietrze. Wspominałem, że wiatr szalony? Taaa łobuz jeden, czy Łotr Jeden, jakoś tak . Lecę, obrałem na początku na horyzoncie jakiś punkt orientacyjny, na którego się kieruję, instruktor mówi, że mam nie patrzeć na przyrządy tylko na razie skupić się na tym co na zewnątrz i starać się utrzymywać samolot w powietrzu w odpowiedniej pozycji i na kierunku, jego położenie względem horyzontu i widok maski na tle ziemi, żeby rzeczywiście lecieć tam gdzie chcemy i na zadanej wysokości. Od czasu do czasu rzut ok na przyrządy… Szlag za wysoko, innym razem za nisko, wiatr znosi z obranego kursu, samolot w powietrzu zachowuje się jak rozkapryszony gówniarz(tak, ja trzymam stery ) i raz leci tak, a raz inaczej, staram się kontrować, raz orczykiem, raz drążkiem sterowym i w sumie pogubiłem się co jest przyczyna a co skutkiem w tym locie, moja walka drążkiem – przyczyną, a zachowanie samolotu – skutkiem czy na odwrót. No bo samolot raczy na niebie tańczyć, jak widać rozrywkowy typ mi się trafił(chyba dwie ostatnie litery z oznaczenia typu JF to Jam Fikuśny ), a ja wredny próbuję go do porządku zaprowadzić, bezskutecznie. A może jest na odwrót, im więcej walczę tym bardziej tańczę na niebie? Rozmawiamy z instruktorem, tłumaczy cierpliwie co robię nie tak i jak to okiełznać, raz drugi, trzeci i… coś tam zaczyna w końcu wychodzić. Normalnie miszcz, wziął i w końcu ogarnął J. Samolot dużo mniej wariuje, nareszcie lecimy spokojniej, ale ciągła walka z wiatrem powoduje, że i tak nie jest to łatwe zadanie. Nawet instruktor mówi, że w takich warunkach bardzo ciężko się lata, ale skoro już jesteśmy w powietrzu to poćwiczmy to i owo.

Kierujemy się ma Grodzisk Wielkopolski, a w między czasie ćwiczenie zakrętów. Lot po prostej mimo szarpania na lewo i prawo, w górę i dół jest na tyle dobry, że nie bujamy się od wierzchołków drzew po podstawę chmur. No to dodajemy kolejny element.
Najpierw w lewo, potem w prawo, staram się utrzymać jednocześnie samolot na zadanej wysokości, choć przeważnie nie wychodzi, czasem nieco wznoszenia, czasem opadania, instruktor- Aleksander Wielki - siła spokoju, nieprzerwanie tłumaczy co i jak. Czuję, że mam mokre plecy, pełne skupienie, pozycja samolotu, horyzont, przechylenie w zakręcie, rzut oka na przyrządy czy wysokość ok, prędkość w normie… Chwila, prędkość. Trzeba powiedzieć, że w tym locie nie skupiałem się na dźwigni ciągu, to robił za mnie instruktor, kiedy zniżaliśmy zmniejszał ciąg, na wznoszeniu zwiększał, żeby ten parametr był w zadanych granicach, no ale to moja pierwsza godzina lotu, więc jakieś tam fory jednak miałem J. Tak czy inaczej łatwo nie było, z uwagi na wiatr, wykonując zakręt samolot czasem zachowywał się jakby nie chciał zakręcać, przechylam go, a ten jak gdyby nigdy nic leci niemal prosto, ot nie, on nie będzie skręcał, bo nie i już. A innym razem niewielkie przechylenie na skrzydło i wiooooooooo już za chwilę zmieniony kierunek prawie o 90 stopni. No i kulka, takie małe ustrojstwo, które zawsze powinno być w odpowiedniej pozycji. Teoretycznie prosta sprawa, kontrujesz odpowiednio orczykiem i powinno być cacy. Nie dziś, nie w tym wietrze. Szaleniec utrudniał zadanie jak mógł, a że może dużo to ciężko było tę kulkę w ryzach utrzymać, a jeszcze pilot-uczeń swoje trzy niedoskonałe grosze do ogółu dorzucał. Wyobraźcie sobie roller coaster, to pikuś, tam wiecie, że nie musicie nic robić, zawsze pojedzie tak jak powinien, nic nie trzeba kontrolować, od tego jest automatyka, cieszycie się przejażdżką. Tu nie, wiatr nieprzerwanie próbuje zrobić ze mnie drink Jamesa Bonda, ale wstrząśnięty i zmieszany, a jak próbuję zachować trzeźwość umysłu i lecieć pomimo wszystko tak jak powinienem.
Robimy jeszcze przelot nad pasem w Kąkolewie i wracamy na Ławicę, szkoda bo mógłbym się tak bawić jeszcze długo, ale z drugiej strony czuję, że t-shirt będę mógł po lądowaniu wyżymać. Teraz już powoli zaczynam ogarniać o co dokładnie biega w tej całej zabawie i w miarę utrzymuje samolot na kierunku i wysokości. Jasne, że w dalszym ciągu maszyna „tańczy dla mnie” ale w porównaniu do początkowych minut jest znaczny postęp – według mnie. Dolatujemy do Poznania i jeszcze parę minut w tak zwanym holdingu, czyli latamy w kółko nad jakimś punktem, bo akurat rejsówka podchodzi do lądowania i musimy dać pierwszeństwo, a przyznam szczerze, że mi to bardzo odpowiadało, bo po pierwsze można poćwiczyć zakręty, a po drugie lataliśmy prawie, że nad domem , z kokpitu widziałem swoją chatę, a taki widok z samolotu, który akurat się prowadzi jest wprost nie do opisania. Duma i radość niesamowita i to mimo początkowych błędów pilotażowych i walki w szalonym wiatrem.

W końcu podejście do lądowania i w ostatnim etapie instruktor całkowicie przejął stery, żeby wylądować a nie roztrzaskać się o pas, co przy tym wietrze jest sporym wyzwaniem i nawet instruktorowi nad pasem samolot walca wiedeńskiego odstawiał . Przyziemienie, skołowanie z pasa i dokołowanie na miejsce postojowe. Koniec. Jeszcze kila czynności po lądowaniu i można do domu.

Kiedy wysiadłem z samolotu dopiero poczułem jaki mokry jestem, w sumie mógłbym się rozebrać a i tak było by mi gorąco, instruktor z kolei uznał, że zimno, w ogóle się nie spocił i luzik, przyjemny lot(no tu się zgadzam J).
Rezultat tego lotu taki, ze maszyna cała instruktor nawet się nie spocił w przeciwieństwie do mnie, a w terminalu uznałem, że musze nieco ochłonąć i odparować zanim wrócę do domu.
Mimo mojej nieprzerwanej walki z wiatrem i samolotem, szarpania i lekkiego bólu karku, bo próbowałem głowę na nim utrzymać(o dziwo skutecznie) jestem przeszczęśliwy i chcę więcej!!!
Już nie mogę się doczekać kolejnych lotów.
Z tego wszystkiego, całych emocji, ekscytacji, skupienia i wrażeń nie zrobiłem ani jednego zdjęcia, filmików nie było szans nagrać, ale nawet samojebki nie zrobiłem. Może następnym razem
Witek, hawky, elza030 and 6 others like this.

Umieść "Pierwszy lot." do Facebook Umieść "Pierwszy lot." do Digg Umieść "Pierwszy lot." do del.icio.us Umieść "Pierwszy lot." do StumbleUpon Umieść "Pierwszy lot." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar Witek
    • |
    • permalink
    Super, powodzenia
    suter likes this.
  2. Awatar STYRO
    • |
    • permalink
    Brawo!!! Zazdroszczę. Powodzenia!
    suter likes this.