Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Lot drugi.

Oceń wpis
przez w dniu 02-02-2019 o 21:21 (532 Odsłon)
19.12.2018
Kolejny lotny dzień , choć lot krótszy niż ostatnio, raptem 35 min od startu do lądowania. Wiatr na szczęście tym razem spokojniej niż ostatnio, wiać wiał i był odczuwalny ale już nie próbował spowodować wstrząsu mózgu u bogu ducha winnego ucznia . Od razu przyjemniej się leciało i łatwiej było utrzymać samolot na kurcie i na zadanej wysokości. Ale znowu aż tak kolorowo też nie było, w końcu ta pora roku ma swoje prawa, a jednym z nich jest częsta parszywa pogoda. Tym razem we znaki dała się kiepska widzialność. O ile na ziemi jadąc samochodem widać zwyczajną zimową szarówkę, domy i samochody widać z daleka i zasadzie oprócz tego, że jest ponuro to w jest w porządku, o tyle w powietrzu sytuacja staje się bardziej skomplikowana. Lecieliśmy dość nisko, ale na naszym pułapie(1500ft ) haczyliśmy już o podstawę chmur, a w chmury mi nie wolno. Było na tyle źle, że ledwo było widać horyzont i utrzymanie samolotu na pozycji w locie odbywało się bardziej za pomocą sztucznego niż rzeczywistego horyzontu, no ale było jeszcze na tyle dobrze, że polecieliśmy. Tym razem miałem innego instruktora – Maciej dzięki też spokój, opanowanie i luz.

Ale po kolei. Zanim wlazłem do kabiny to standardowy obchód przedlotowy, latamy mały samolotem, więc kilka chwil i załatwione, choć wiał nieprzyjemny zimny wiatr i czuć było, że od Iwana zima nadciąga, a na lotnisku jest o tyle gorzej, że nie ma przeszkód, wiatr ma się gdzie rozpędzić i chłód wdziera się dosłownie wszędzie. Tak czy inaczej obchód zrobić trzeba, sprawdzenie wyznaczonych punktów i można sadowić szanowne cztery litery w kabinie. Tu już lepiej, dalej zimno, ale już aż tak nie wieje mimo, że owiewka jeszcze otwarta. No to co, checklista do ręki, punkt po punkcie, kontakt z wieżą, mamy zgodę na uruchomienie silnika, kolejnych kilka punktów z checklisty i zapłon. Śmigło kręci, silnik miarowo pracuje, w tym czasie kolejne punkty z ulubionej listy , jeszcze zgoda na kołowanie i wio…

Trochę tego kołowania było bo w użyciu był pas 10, innymi słowy musieliśmy z jednego końca lotniska przekulać się na drugi. Ale i to nie było złe, bo można było poćwiczyć zakręcanie samolotem na ziemi, a to nie jest na początku takie proste jak się wydaje . Samochód, rower, motorynka, nawet hulajnoga mają kierownicę, taką albo inną, ale co do zasady skręcasz rękoma. W samolocie nie, tutaj musisz opanować zakręcanie orczykiem, czyli nogi na pedały i wciskasz to jedną to drugą próbując ustawić samolot podczas jazdy w osi drogi kołowania. Brzmi łatwo, ale na początku dają trochę o sobie znać nawyki z auta gdzie kopiesz pedały gazu, hamulca i sprzęgła, co w samolocie przekłada się na jazdę wężykiem po kołowance. Patrząc na to z boku dalibyście sobie rękę uciąć, że gość w kokpicie chce lecieć na podwójnym gazie, jak nic musi być dmuchanko . Dlatego ta długa prosta którą musieliśmy pokonać, żeby dostać się na wyznaczony próg drogi startowej przydała się bardzo. Na tyle, że na jej końcu samolot już nie miał aż takiej tendencji do skręcania w krzaki, ale lepiej lub gorzej trzymał się środka.

Ostatnie sprawdzenie samolotu przed wjazdem na drogę startową, zezwolenie wieży i wkołowujemy na pas, mamy zgodę na start, delikatnie pełna moc żeby utrzymać maszynę w osi, rozpędzamy się, prędkość startowa, ściągamy lekko drążek na siebie, jeszcze kontry nogą bo znosi z obranego kierunku, wytrzymanie kilkanaście metrów nad ziemią żeby nabrać prędkości i za chwilę hop, do góry. Super uczucie, wewnętrzna radość zaczyna opanowywać ciało, samolot się wznosi a wraz z nim poziom endorfin, żyć nie umierać J nawet mimo kiepskiej pogody.
Nabraliśmy wysokości to przechylamy samolot na lewe skrzydło, kąt 20 stopni, kulka, o której pisałem w poprzedniej relacji raczy tym razem zachowywać się znacznie łagodniej i nie wariuje jak rażona prądem. Super. Wyrównanie na zadanym kierunku i nic tylko cieszyć się lotem. Tym razem polecieliśmy nad Oborniki i tam poćwiczyliśmy trochę zakręty, a na samym przelocie utrzymywanie wysokości i kierunku. Jak już wspomniałem wiatr tym razem jedynie próbował zepchnąć z kursu, chyba uznał po ostatnim locie, że trafił na twardego zawodnika i nie da się go zniechęcić „lekkim” szarpaniem, to odpuścił i już się nie wygłupiał. A utrzymanie na kierunku początkowo ciężkie po kilku radach i wskazówkach instruktora zaczęło też jako tako wychodzić, na tyle dobrze, że zostałem pochwalony. Też jestem w szoku .

Ale czas w samolocie płynie znacznie szybciej niż by się chciało i pora była wracać. Dzięki wskazówkom instruktora powrót przebiegł bez większych zakłóceń i już po chwili wchodziliśmy z powrotem w przestrzeń kontrolowaną lotniska Ławica. Zobaczyliśmy z oddali jego światła, zgłosiliśmy base leg, czyli ustawienie osi samolotu pod kątem 90 stopni do osi pasa. Jest zgoda na podejście do lądowania. Pas równo oświetlony, ostatni skręt w lewo nieco ciaśniej, żeby wpasować się w oś drogi startowej i już jesteśmy na krótkiej prostej, zgłosiliśmy to wieży, a w zamian otrzymaliśmy zestaw potrzebnych informacji oraz zgodę na lądowanie. Tym razem ponieważ było spokojniej mogłem trzymać ster do lądowania . Tak, tak, ster w ręku przy lądowaniu. Oczywiście do spółki z instruktorem coby móc potem zdać relację z lotu, a nie z rekonwalescencji i to przy założeniu, że byśmy przeżyli .

Skupienie maksymalne, czuje już nie tylko endorfiny, ale też czystą adrenalinę. Ciało wypełniła fala gorąca, ale dzięki obecności instruktora, czuję się w miarę komfortowo. Stres jest, ale taki motywujący do jeszcze większego skupienia i uwagi. Pas zbliża się szybko, kontrola prędkości, ciut za szybko, ręka na dźwigni ciągu cofa się do tyłu, słyszę jak maleją obroty i widzę jak za nimi prędkość też maleje, tylko żeby nie przesadzić, za wolno nie może być, bo może się zrobić tatar . Wiatr spycha z osi i żeby utrzymać maszynę w odpowiedniej pozycji ciągle musze kontrować orczykiem, o dziwo pedały muszę wciskać z dość dużą siłą, tak mi się przynajmniej wydaje, ale udaje się zachowywać w miarę dobry kierunek, choć znowu patrząc z boku uznalibyście, że gość na trzeźwo do samolotu nie wsiadł. No co, moje pierwsze lądowanie J. Na szczęście do spółki z instruktorem. Mijamy próg pasa i zaczynamy wyrównywać lot nad drogą startową, cofam powoli rękę z dźwignią ciągu coraz bardziej do tyłu, zwalniamy i zaczynamy końcowe opadanie, przed samym przyziemieniem jeszcze ster nieco na siebie, dziób samolotu się lekko unosi, a samolot jak na moje pierwsze lądowanie przyziemia, powiedziałbym delikatnie . Oczywiście, że zasługa instruktora, nie mam co do tego wątpliwości, dzięki niemu lądowanie przebiegło perfekcyjnie, to znaczy wysiedliśmy z samolotu o własnych siłach, a sama maszyna nadaje się do dalszej eksploatacji - pełny sukces. Adrenalina opada, ale endorfiny urządzają prawdziwą fiestę, niemal słyszę jak śpiewają: „Oprócz błękitnego nieba…”, jest pięknie i nawet pogoda nie jest w stanie popsuć nastroju . Jeszcze tylko kołowanie na miejsce postoju i będzie koniec. I tu przydało się długie kołowanie do startu, to po lądowaniu przebiegło już na tyle dobrze, że nikt nie uciekał na nasz widok. Gasimy silnik, śmigło przestaje się kręcić, otwieramy owiewkę, jeszcze kilka czynności po lądowaniu, i bloczki pod koła samolotu i można wracać do terminala.

Taaaak, to jest zdecydowanie to co tygryski lubią najbardziej…
Już nie mogę się doczekać kolejnego lotu.
Jeszcze tylko samojebka na pamiątkę i do domu w doskonałym humorze .
blogs/suter/attachments/5293-lot_drugi-imag0002.jpg

Machoni, tomo77 and Adik_s like this.

Umieść "Lot drugi." do Facebook Umieść "Lot drugi." do Digg Umieść "Lot drugi." do del.icio.us Umieść "Lot drugi." do StumbleUpon Umieść "Lot drugi." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy