Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany.

Oceń wpis
przez w dniu 02-02-2019 o 21:39 (483 Odsłon)
28.01.2019
Super dzień!! Uwaga długie, polecam szklaneczkę ulubionego płynu 😉.
Polatałem dwie godziny i oprócz dalszego doskonalenia umiejętności panowania nad maszyną i nad sobą(tak, tak, bardziej nad sobą 😂 ) doszło jeszcze kilka innych rzeczy, w tym pierwsze, a potem i kolejne podejścia połączone z touch and go(o tym później) i ostatecznie lądowanie, które sam wykonałem(oczywiście, że pod czujnym okiem Aleksa). Ale po kolei.
Na końcu foto i filmiki:

Ostatni lot miałem 19-stego grudnia, toż to było w zeszłym roku, grubo ponad miesiąc temu. Kilka podejść w międzyczasie do lotów było, ale każde odwołane z uwagi na parszywą pogodę, powinna być konstytucyjnie zakazana!! No dobra z tą konstytucyjnością to może lepiej nie kombinować, jeszcze trafie na koszulki z pewnym napisem i dopiero będzie. W końcu jednak udało się zgrać mój czas, czas instruktora i łaskę jaśnie nam panującej pogody. Ktoś kiedyś stwierdził, że „sorry taki mamy klimat” 😉. Ano mamy, tym bardziej cieszę się, że w końcu udało się oderwać od ziemi i polatać co nieco, zwłaszcza, że działo się i to według mnie sporo. Czyżby zapowiadał się kolejny elaborat jak to Krzyś został pilotem? 😉😂. Ale do rzeczy, dzień jakoś szczególnie się nie zapowiadał, pogoda mimo, że najgorsza nie była to rewelacyjna też nie, ale z czystym sumieniem, można było wyfrunąć. Chmur na niebie było dużo i dość nisko, na szczęście jednak nie na tyle, żeby kolejny raz załamać bogu ducha winnego adepta tajemnej sztuki pilotażu, wiatr też postanowił nie wariować. Pierwszy sukces – polecimy 😃. Pozostało tylko dotankować maszynę, bo po ostatnim locie życiodajnego(dla maszyny) płynu nie było tyle ile powinno. Podczas tankowania jeszcze mała niespodzianka, podszedł do mnie dawno nie widziany kumpel z Ławicy, z którym swego czasu staraliśmy się utrzymać w ryzach na lotnisku prąd, co by nie szlajał się samopas po np. pasie startowym i nie przyprawiał innych o zwarcie. Jacek pozdrawiam i mam nadzieję, że tym razem doczytasz do końca – wyzwanie? Hihihi. 😉. No to maszyna zatankowana, obchód przedstartowy wykonany. Zajmujemy miejsca w samolocie, pasy na ramiona, słuchawki na uszy, checklista na kolano i wio punkt po punkcie. Zgoda wieży jest, to kołujemy do startu. W międzyczasie po zapuszczeniu silnika i zamknięciu kabiny szyby zaparowały jakbyśmy co najmniej nieco paliwa podczas tankowania wlali nie tylko do baków maszyny ale i własnych 😂, doskonale to widać na filmiku, linki u góry. Na szczęście nie było tego na tyle dużo żeby nie widzieć czegokolwiek poza oknami. Kołujemy, jest zgoda na zajęcie drogi startowej, wkołowujemy i przed oczami ukazuje się szeroka na 50 metrów i długa na 2,5 kilometra nitka. Jak dla tak małego samolotu to potężne pole do popisu, ale i tak trzeba trzymać się środka pasa, no a przynajmniej próbować 😉😂. Zaczynamy. Ręka na dźwigni ciągu, popycham do przodu, najpierw spokojnie niech maszyna zacznie się rozpędzać, nogą wciskam pedał orczyka żeby skontrować tendencję samolotu do skręcania, na początku lekko, ale im więcej gazu dodaję, tym bardziej muszę wciskać nogę, żeby utrzymać się na środku. No cóż, ponieważ moje doświadczenie jest jeszcze nie wielkie to nie wychodzi tak jak bym chciał i samolot z gracją wykonuje slalom gigant na pasie. Na szczęście już nie klasyczny slalom, jest postęp, jeszcze kilak razy i kto wie, może naumiem się startować prosto, jakieś marzenia trza mieć 😃. Nabraliśmy odpowiedniej prędkości, to przyciągam do siebie drążek i unoszę dziób maszyny, tyyyylko spokojnie, bez nerwowych ruchów, jak w tańcu, nie, nie jak w Jive, raczej walc angielski, choć w moim wykonaniu bardziej walec 😂. Ale sukces jest, lecimy. Przechylam Tecnama na prawe skrzydło, ciągle nabierając wysokości i kierujemy się na punkt „Charlie”, co dla poznańskiej Ławicy oznacza, że lecimy na Rokietnicę. Tam odmeldowujemy się z Poznań wieża, ale meldujemy się do Poznań info. Chodzi o to, że w tym punkcie przestajemy być objęci kontrolą wieży i obszaru lotniska, a wkraczamy w przestrzeń tak zwaną niekontrolowaną, dostępną dla każdego. Takich punktów wlotowo-wylotowych z przestrzeni kontrolowanej jest kilka w obrębie poznańskich lotnisk(pamiętajcie o Krzesinach z F-16 &#128515 i są jeszcze pewne niuansy, ale nie będę się o tym rozpisywał, bo za długo by było. Nie musicie dziękować 😉. No dobrze, to wlecieliśmy w przestrzeń powietrzną, w której możemy trochę się pobawić lataniem i nawet szyby odparowały. A ile frajdy przy tym(nie śpicie jeszcze? &#128514.
Dolecieliśmy spokojnym lotem w okolice Szamotuł i tutaj rozpoczęła się ciekawsza część lotu bo związana już nie ze zwykłym lotem po prostej, ale ćwiczeniem zakrętów. Pamiętacie w pierwszych moich wypocinach jak opisywałem, że lot po prostej to nie lada wyzwanie, no to już coś chyba zaczęło trybić w zębatkach we łbie i lot po prostej nie jest już heroiczną walką o życie, a śmiało mogę powiedzieć, że wręcz spacerkiem po parku. No jasne, że nie było idealnie, ale samolot leciał rzeczywiście tam gdzie chcę, jak widać można 😃. Duża w tym zasługa takiego fantastycznego wynalazku, kiedyś wręcz usłyszałem, że jest to najlepszy przyjaciel pilota i w tym locie po prostej nad Szamotuły rzeczywiście zacząłem nawiązywać bliższą znajomość z owym, w sumie niewielkim, ale potężnym sprzymierzeńcem lotników. Kto zgadł, że chodzi o trymer? Po krótce wyjaśnię tylko, ze to ustrojstwo, to tak jakby taki mały ster wysokości zamontowany na głównym sterze wysokości, taka niewielka klapka na końcu powierzchni sterowej. W momencie kiedy tę małą klapkę wychylę np. w górę, to dzięki fizyce główny ster wychyla się w dół i samolot pochyla nos ku ziemi, analogicznie klapka w dół, ster w górę, nos w niebo – proste 😃. Dzięki temu, mogę tak ustawić trymer, że samolot sam utrzymuje zadaną wysokość, a ja mogę skupić się bardziej na utrzymywaniu kierunku i podziwianiu widoków. Oczywiście i tak muszę pilnować wysokości i w razie czego korygować, ale jest to niezwykle wygodne i pomocne narzędzie w locie.
Ale wróćmy do zakrętów, zadanie pierwsze było takie, że musiałem zrobić kilka pełnych zakrętów 360 stopni raz w lewo, raz w prawo, ale żeby było ciekawiej to kąt przechylenia samolotu na skrzydło raz miał być 20 stopni, innym razem 30. Brzmi prosto i rzeczywiście powiedzmy sobie szczerze nie było to arcytrudne, choć skupienie musiało być jak najbardziej pełne, bo kiedy wykonuje się zakręt samolotem najpierw przechylamy drążek, w którą tam sobie stronę chcemy i samolot odpowiada przechyleniem na tą stronę. Ale może dojść i oczywiście dochodziło do sytuacji, w której przechylony samolot zaczynał tak jakby ślizgać się do wnętrza zakrętu, mamy go np. przechylonego na lewe skrzydło i maszyna zaczyna ześlizgiwać się na nie, jakby do środka. No właśnie ześlizgiwać się, czyli ześlizg. Analogicznie w drugą stronę, przechylamy np. na to lewe skrzydło, ale innym razem samolot zaczyna z tego zakrętu wyślizgiwać się na zewnątrz zakrętu na skrzydło, które jest wyżej – wyślizg. Nie jest to prawidłowe i w skrajnych przypadkach może się smutno skończyć, ale też nikt jak na razie nie oczekuje idealnego prowadzenia maszyny, póki co jeszcze mogę liczyć na i opr. od instruktora i ratowanie sytuacji w razie czego, choć o dziwo wyglądał na bardziej zrelaksowanego niż zestresowanego. Poczytam to sobie za pochwałę. Zwłaszcza, że te ześlizgi i wyślizgi można korygować poprzez prędkość w zakręcie, przechylenie samolotu, lub odpowiednie wychylenie steru kierunku, czyli tej pionowej płetwy na końcu samolotu. Tym z kolei steruje się nogami, do dyspozycji dwa pedały i wciskasz raz jeden, raz drugi w zależności od potrzeby, a przy odpowiedniej koordynacji ręki, nogi i oka daje się zakręt wykonać poprawnie. Przynajmniej na tyle, że instruktor nie oblewa się zimnymi potami.
No i tak polatalim sobie trochę, to może coś innego, żeby nudy nie było. A że w okolicy są przepiękne, supernowoczesne i nowiutkie „ruiny zamku na Stobnicy” to polecieliśmy na wycieczkę krajoznawczą zobaczyć to cudo architektury zamkowej. Obniżyliśmy pułap co by lepiej widzieć i wykonaliśmy kilka rundek w koło zamczyska, raz ze skrzydłem z lewej, raz z prawej strony „ruin”. Coś fantastycznego, nie dość, że samo utrzymywanie pozycji wokół obiektu samo w sobie jest super zabawą, to jeszcze widok z góry na relatywnie niewielkiej wysokości jest niesamowity, zresztą zdjęcie dołączone do posta i filmiki(polecam obejrzeć) trochę pokazują, niewiele ale jednak. Tak, na wycieczkę krajobrazową to to raczej pogoda nie była, ale też nie taki był cel lotu więc nie ma co marudzić. Ja tam bawiłem się przednio 😃.
Polataliśmy w kółko to teraz kolejny element. Skierowaliśmy się na lądowisko w Jaryszewie i tam była najlepsza zabawa, no dobrze potem na poznańskiej Ławicy też było rewelacyjnie. Skoro już radzę sobie ze skręcaniem i wiem mniej-więcej jak panować nad maszyną(tak, wiem co to jest mniej-więcej &#128514, to wprowadźmy trudniejszy element. Początki lądowania. Zanim rozpocząłem szkolenie zastanawiałem się jak to będzie z tym startem i lądowaniem, kiedy, jak, w jaki sposób nauczą, z czym to się je itd. Ze startem już opisałem, jak widać na filmiku jeszcze nie do końca wychodzi idealnie, ale wierzcie mi, w porównaniu do pierwszych startów jest postęp w wyczuciu maszyny i koordynacji ręki i nogi. No a z tym lądowaniem to jak to jest? Super !!! Jeden z najniebezpieczniejszych elementów każdego lotu, ale powiem szczerze, że sprawiający niezwykłą frajdę. Mówi się, że start jest zawsze opcją, lądowanie zawsze koniecznością i świadomość, że zaczynasz rozumieć mechanizmy podejścia, wytrzymania i ostatecznie lądowania samolotem jest niesamowicie motywująca i ekscytująca. Ale po kolei. Najpierw instruktor przejął stery maszyny i pokazał jak to jest zejść nad sam pas i utrzymać maszynę bardzo nisko nad tymże. Tak zwany kosiak, czyli lecieliśmy zaledwie kilak metrów nad powierzchnią pasa startowego w Jaryszewie. Obejrzyjcie jeden z filmików, lub wpiszcie sobie w Youtube: Tecnam low pass zobaczycie o co biega, znaczy o co lata. Dokładnie takie coś pokazał Aleksander, dwa, może trzy razy tłumacząc na czym się skupić, czego przede wszystkim pilnować, a potem, uznał, że Krzysiowi wystarczy pokazówki, trybiki we łbie powinny trybić jak należy i teraz sam musi spiąć się i takie coś zrobić. No i zrobiłem 😃. Kilkukrotnie wykonałem kosiaka nad pasem w Jaryszewie, ciesząc się w duchu jak dziecko przed prezentami pod choinką. Ja i kosiaki, coś co do tej pory widziałem tylko na YT i też marzyłem żeby tak polatać 😃!!! Super sprawa, ale potem było jeszcze lepiej. Kolejne podejście, obniżam lot, mijam płot lądowiska, sekunda, może dwie i mijam próg pasa, utrzymuję odpowiedni kierunek, wysokość i prędkość, wtedy instruktor ściąga dźwignię ciągu silnika na obroty jałowe, cały czas utrzymuję wysokość i kierunek, samolot zaczyna wytracać prędkość, delikatnie opada, nos nieco wyżej, prędkość nadal maleje, wysokość też i JEST!! Wyraźnie czuć jak koła dotykają gruntu, samolot zaczyna się trząść na trawiastym pasie w Jaryszewie prędkość jest już bardzo niska, ale jesteśmy na ziemi 😃, dochamowanie i zatrzymanie maszyny, silnik miarowo mruczy na biegu jałowym. Aleksander mówi: „No i Panie wylądowałeś”. Ale, że ja, sam, z instruktorem obok, ale jednak? TAK!! AAAAaaaahahahahaha !! I żyjemy !! I samolot cały !! Nieprawdopodobne, a więc to tak, to o to chodzi w lądowaniu, rewelacja, fantastyczne uczucie spełnić takie marzenie, duma rozpiera, jest niesamowicie. Ja wiem, że obok był Aleksander i pilnował, żeby tak to się skończyło, ale nie tknął drążka 😃. Dzięki jego wskazówkom, radom i obecności, która dawała poczucie bezpieczeństwa, całość wydała się powiedział bym, że nawet prosta. Nie macie pojęcia jak bardzo żałuję, że w kamerce bateria dokonała heroicznego żywota, udało się nagrać kilka kosiaków, ale lądowania już nie, wielka szkoda.
To co, koniec zabawy – nie ma mowy 😃. Dopiero się zaczęła, skoro poczułem jak to jest, upilnowałem maszynę, to teraz pora aby utrwalić nowo zdobytą umiejętność. Obracamy samolot i ustawiamy się w osi pasa, moc startowa, rozpędzamy się, prędkość jest, nos do góry i już a chwilę znowu w powietrzu. Tym razem zabawa polegała na dotknięciu kołami pasa, żeby poczuć grunt i od razu pełna moc, rozpędzenie i wio znowu do góry. Manewr który nazywa się touch and go i tak jak kosiak sprawia olbrzymią frajdę, z tą różnicą, że nie utrzymuje się ciągle samolotu nad pasem, ale dąży do jego dotknięcia, co w zasadzie jest niemal lądowaniem, niemal bo następnie od razu lub po chwili, po przejechaniu krótkiego odcinka na pasie pełny gaz i po uzyskaniu odpowiedniej prędkości z powrotem w powietrze. Kilka razy poćwiczyłem co sprawiło niesamowitą frajdę, ale niestety trzeba było wracać. Myli się jednak ktoś kto myśli, że to koniec zabawy na ten dzień.
Dolecieliśmy do obszaru kontrolowanego lotniska Ławica w Poznaniu, zgłosiliśmy gdzie trzeba i dostaliśmy instrukcję co i jak. Prawy krąg do pasa 28. Czyli lecę równolegle do pasa mając pas startowy po prawej stronie i ląduję mając nos samolotu ustawiony mniej więcej w kierunku 280 stopni, mniej więcej bo wpływ wiatru i ustawienie samej osi pasa powoduje, że raczej rzadko jest to dokładne 280 stopni. Zanim wlecieliśmy w obszar kontrolowany Aleksander uznał, że warto będzie jeszcze poćwiczyć kilka kręgów na Ławicy. Jedna z tych fenomenalnych wiadomości, które powodują gęsią skórkę i ekscytację, jednocześnie wzmagając koncentrację. Ostatnia okazja do poćwiczenia, ale i doskonałej zabawy, nawet pomimo świadomości, że teraz będzie nieco inaczej i trzeba będzie się maksymalnie skupić. No bo teraz już nie lądowisko w Jaryszewie, pas trawiasty, ot łąka obok lasku, ale duże, jak na takiego bzyka jak Tecnam P2002PJ, międzynarodowe lotnisko, z szerokim i dłuuuuuugim(jak dla nas &#128521, pasem no i przede wszystkim z ruchem przylotniskowym. Tu wykonaliśmy jeszcze trzy podejścia z touch and go, czyli kolejny powód do dumy i czerpania niesamowitej radości z tego co się robi.
Niestety nadszedł ten nieubłagany moment, w którym trzeba było ostatecznie i nieodwołalnie wylądować. Szkoda wielka, bo człek zarażony nieuleczalną fascynacją latania chciałby latać i latać, ale tak to jest, że przychodzi ten moment i chcesz czy nie, kończysz fenomenalną przygodę z marzeniami, przynajmniej na ten dzień 😃. Na szczęście za jakiś czas znowu posadowię szanowne cztery litery w ciasnej ale przytulnej kabinie Tecnama, już nie mogę się doczekać i tym razem mam nadzieję, że przerwa pomiędzy kolejnymi lotami nie będzie tak dramatycznie długa jak ta ostatnia. Dobrego dnia, nocy czy kiedy tam to czytacie 😉😂. Hmmmm, ktoś dał radę do końca? Nie masz co z czasem, robić? Hahaha…





blogs/suter/attachments/5294-lot_trzeci_dluuuugo_wyczekiwany-received_370967776967280.jpgblogs/suter/attachments/5295-lot_trzeci_dluuuugo_wyczekiwany-received_401718177067626.jpg
hawky, tomo77 and Adik_s like this.

Umieść "Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany." do Facebook Umieść "Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany." do Digg Umieść "Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany." do del.icio.us Umieść "Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany." do StumbleUpon Umieść "Lot trzeci - dłuuuugo wyczekiwany." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy