Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Turbulentne touch and go.

Oceń wpis
przez w dniu 16-03-2019 o 17:18 (594 Odsłon)
Kolejna godzina za sterami samolotu za mną, godzina bardzo udana bo i ja i samolot nadajemy się do dalszej eksploatacji, a łatwo nie było, choć fakt faktem, że radocha niesamowita, ale to dlatego, że może po części jak to kolega stwierdził – masochista jestem .

Dzień od rana zapowiadał się raczej kiepski, pogoda na półtorej godziny przed lotem iście po japońsku – jako-tako, z akcentem na kiepsko. Zachmurzenie całkowite, do tego leki deszczyk, a i prognozy nie do końca obiecujące, choć iskierka nadziei była. A że pogoda jak kobieta – zmienna jest to po dotarciu na lotnisko zaczęło się dość fajnie przejaśniać. Sytuacja zgoła odwrotna do tej z ostatniego lotu, gdzie po dotarciu na Ławicę, było obiecująco, a potem… Także tego.

Tym jednak razem plan wykonany w 100%, ba nawet zaryzykuję stwierdzenie, że w 102%, ale o tym później. Wracając do pogody to do startu było już bardzo dobrze, chmury dość wysoko, widzialność jak dla mnie rewelacja, no i coś co ja uwielbiam – spore jak na ten samolot podmuchy wiatru. Co powodowało, że maszyna była ciężka w pilotażu, nerwowa, narowista niczym mustang z dzikiej doliny, manewry touch and go wymagały maksymalnego skupienia i uwagi, żeby jak najdelikatniej dotknąć pasa startowego, co i tym razem oglądane z boku bardziej chyba przypominało taniec pijanego mistrza, a nie próbę wylądowania w jednym kawałku.
blogs/suter/attachments/5320-turbulentne_touch_go-54279366_383301022510452_323643068701999104_n.jpg

Wyglądało tak jak powyżej i tym razem spokojnie wyrabiałem do prostej do pasa, widoki z tymi chmurami nad głową cieszyły niesamowicie. Oglądać to na filmach, czy zdjęciach to jedno, ale samemu tego doświadczyć to dopiero jest frajda, a do tego dochodzi jeszcze świadomość, że to ja kontroluje samolot i to na tyle dobrze, że instruktor może spokojnie skupić się np. na zdjęciach .
Już nieco ciężej było na wspomnianej prostej, bo wiatr, jak na ten samolot, no dobra bardziej może jak na tego ucznia, był dość porywisty, przez co rzucało maszyną do tego stopnia, że koncentracja na podejściu musiała być maksymalna, o taka :
blogs/suter/attachments/5321-turbulentne_touch_go-53924493_2035824083384755_7872643704601706496_n.jpg

Dość powiedzieć, że podchodziliśmy z prędkościami sporo powyżej minimów, z bardzo bezpiecznym zapasem, a i tak co jakiś czas śwignęło maszyną na tyle, że klapka sygnalizująca przeciążenie na ułamek sekundy wzbijała się do góry, co powodowało krótki ale jednak pisk, że niby przeciągnięcie. Faktem jest, że ta metalowa klapka mniej więcej półtora na półtora centymetra umieszczona na krawędzi natarcia skrzydła jest bardzo lekka i bardzo łatwo ją podnieść, ale w czasie normalnego lotu jest w takim położeniu, że żeby zapiszczało to trzeba się jednak postarać. Tu kilka razy dało się usłyszeć charakterystyczny pisk, choć i bez niego wiedzielibyśmy, że wiatr dziś postanowił pobawić się z nami w roller coaster live, full HD, 3D, 4K, full motion, surround itp., itd., J(niepotrzebne skreślić), no mówię wam zabawa jakiej nie znajdziecie w żadnym lunaparku na świecie. No bo gdzie indziej wasza głowa co jakiś czas przy akompaniamencie znajomego dźwięku lekko ale jednak witała by się z owiewką? Jak dla mnie ubaw po pachy, mimo że wyszedłem jednak nieco spocony z maszyny z ilości wrażeń, ale i z uśmiechem na twarzy takim, że tylko dlatego, że mam uszy to nie śmiałem się dookoła głowy. Coś wspominałem o masochiźmie ? Nie tylko zresztą wiatr przyczynił się do mokrych pleców, było jeszcze coś, ale to za chwile.

Z tym wiatrem to jeszcze nie wszystko, był on nie tylko narwany, ale i zboczony . Znaczy się wiał nieco z boku. To z kolei powodowało, że nie dało się elegancko i z gracją ustawić samolot na prostej, a potem spokojnie posadzić maszyny na pasie, tak wiem, że to nie wina wiatru tylko moja, ale mając jak do tej pory ledwo cztery godziny za sterami nie oczekujmy cudów, dopiero się uczę . Kiedy lądowałem, będąc pięknie nad pasem, ładnie w osi, przyziemiałem już kilka metrów od osi, niby nic takiego, ale podświadoma chęć aby posadowić maszynę jednak w osi pasa, powodowała, że jak już wspomniałem mogło to przypominać taniec pijanego mistrza. Nie mniej udawało się dotknąć nawierzchnię w sposób umożliwiający kontynuowanie lotu i zabawa zaczynała się od nowa. Pełna moc, niewielkie przeciążenie dociska szanowne cztery litery w fotel, prędkość odpowiednia, to nos lekko do góry i jak na zawołanie samolot odrywa się od ziemi zaczynając kolejny krąg nadlotniskowy. Coś wspaniałego . Takich kręgów było kilka, nie pamiętam ile dokładnie, ale ten lot to, tak sobie myślę, taka esencja nauki przez zabawę. Niby nic, ot kręgi nadlotniskowe, start, pierwszy zakręt, ciągłe wznoszenie, drugi zakręt, lot z wiatrem równolegle do pasa, trzeci zakręt i od razu zniżanie i przygotowywanie siebie i samolotu do lądowania, potem czwarty zakręt, ustawienie w osi pasa i pełne skupienie, pilnowanie prędkości maszyny, zniżania, czy aby nie za wysoko, może ciut za nisko, potem wyrównanie nad samym pasem i samolot w zasadzie sam ląduje. Sama radość, a rady instruktora i jego zwracanie uwagi na drobne aczkolwiek istotne szczegóły kolejnych faz lotu, przyjmuje się w takiej sytuacji szybko i skutecznie, co powodowało, że nauka sama wchodziła do głowy i z każdym kolejnym kręgiem i podejściem wychodziło co raz lepiej. Do tego stopnia, że nawet pokusiliśmy się o symulację podejścia do lądowania według przyrządów, ale o tym za chwilę. Tak czy inaczej dla mnie, człowieka, który przez większość swojego życia spoglądał w niebo z zazdrością i olbrzymim pragnieniem osobistego doświadczenia tych właśnie emocji, tego skupienia i koncentracji, widoków, przyspieszeń, przechyłów i całej gamy innych wspaniałych przeżyć, było to coś niemal mistycznego. Marzysz przez –dziesiąt/ dzieścia/ kilka lat o czymś, nie ważne o czym i nagle jest taki dzień kiedy powolutku, niespiesznie, ale stajesz się częścią tego swojego pragnienia, dociera do twojej świadomości, że kurczę to się dzieje naprawdę, to już nie jest tylko jakieś tam wyobrażenie tego jak by to mogło być, ale już wiesz jak to jest! Tu i teraz! A więc to tak! Powiem Wam szczerze, że to nie dotarło od razu. Kiedy lecisz i skupiasz się na locie, prędkości, wysokości i innych istotnych elementach lotu, to te wszystkie doświadczenia, mimo, że zapisują się w podświadomości, pozostają w ukryciu. Dopiero po wszystkim, kiedy na spokojnie przypominasz sobie poszczególne elementy, uświadamiasz sobie co właściwie miało miejsce. Że to przecież o to chodziło. Super !

Jest jeszcze coś, coś co już wtedy powodowało gwałtowne namnażanie się endorfin. Zaczynamy kolejny krąg, nabieramy wysokości i dostajemy polecenie wieży, żeby polecieć nad punkt „November” i tam oczekiwać dalszych instrukcji, bo coś podchodzi do lądowania. Przy okazji pozdrowionka dla wieży i dzięki za wyrozumiałość, fotkę zrobił oczywiście Aleksander:
blogs/suter/attachments/5322-turbulentne_touch_go-53625675_436146540458978_4243462567877410816_n.jpg

Punkt „November” to węzeł kolejowy na granicy podpoznańskiego Strzeszyna i Suchego Lasu. Tam mieliśmy się zameldować i krążyć nad tym punktem, aż nie dostaniemy innych instrukcji. A teraz wyobraźcie sobie jak stoicie na ziemi i obserwujecie lądujące samoloty, to już jest bardzo przyjemne, a teraz spróbujcie wyobrazić sobie, że widzicie lądujący samolot z góry, jak podchodzi do lądowania, zniża, jest już nad progiem pasa i w końcu przyziemia. Można w internetach znaleźć masę fotek z góry lądujących samolotów, ale zobaczyć to osobiście, na żywo, to wierzcie mi zupełnie inna bajka. Jednocześnie utrzymujesz maszynę w powietrzu, zerkając na prędkościomierz, wysokościomierz, to gdzie jesteś i czy akurat tam, gdzie powinieneś, a w tym samym czasie przyglądasz się jak ktoś inny ląduje w podobny sposób jak ty sam za chwilę. Fantastico ! Taka obserwacja i poczucie bycia maleńką częścią tego podniebnego świata, to coś co trudno opisać, ale coś co daje nieprawdopodobną satysfakcję, że kiedyś tam odważyłeś się pójść za swoimi pragnieniami. Tak wiem, mam wylatane tyle co nic, w zasadzie w lotnictwie jestem nikim, dopiero zaczynam. Porównując się do ptaków, to w zasadzie zrobiłem ledwo rysę na jajku z którego chcę się wykluć. Takie nic, a takie emocje. Co będzie potem?? Strach się bać .
To wszystko? Jeszcze nie. Polatalim sobie, kręgi zaczęły wychodzić dość sprawnie, w międzyczasie rozmowy z instruktorem, a jakże o lataniu , no i w zasadzie szykujemy się do ostatniego podejścia. Smutek miesza się z dumą i satysfakcją z udanego lotu. Jeszcze chwila nad punktem „November” bo kolejny samolot na prostej do lądowania i tak od słowa do słowa, skoro tak pewnie się czuję, to na koniec mała lekcja pokory od instruktora.
Widzę ziemię, pod nami Poznań i okolice, lotnisko wyraźnie widoczne z prostą długą nitką pasa startowego. A jak to jest, jak się nie widzi? Jak to jest jak chmury zasłaniają świat pod nami i w koło nas, a wylądować trzeba? No dobra, sam tego nie będę próbował, chyba, że po odpowiednim szkoleniu, ale instruktor takie szkolenie ma za sobą, ba nawet może w tym zakresie szkolić, z Aleksem, czemu nie.

Zaczęliśmy od tego, że rozpoczęliśmy podejście do lądowania z dużo dalszej odległości od lotniska niż normalnie. Aleksander ustawił odpowiednie częstotliwości na przyrządach, żeby można było zasymulować lądowanie tak jakby ziemi i lotniska nie było widać. Zasada jest banalna, ustawiasz urządzenia pokładowe w odpowiedni sposób, a potem „tylko” pilnujesz, żeby kreski i znaczniki na ekranach były w odpowiednim położeniu, proste. Nie. Wcale nie. Niby skupiałem się na przyrządach, ale oczy i tak same co chwilę zerkały przed maskę w poszukiwaniu progu pasa. Instruktor nie w ciemię bity, zauważył że uczeń coś niecoś kantuje, aha taki cwaniak. No to dostępnym sobie sposobem, ot wstawiając mapę przed mój nos, kompletnie zasłania mi widok do przodu. No dobra teraz nie mam już wyjścia, muszę skupić się wyłącznie na tym co pokazują mi urządzenia pokładowe. Nie jest łatwo, w tym wietrze, który nie pozwalał na spokojne i leniwe podejście, kontrola wskaźników przysparza jeszcze więcej trudności, przynajmniej dla kogoś kto pierwszy raz próbuje to okiełznać. Nie jest to komfortowa sytuacja, bo guzik widać i człowiek od razu nie pewnie się czuje, ma się dziwne wrażenie zagubienia, znaczniki się rozjeżdżają, więc próbuję kontrować, żeby wejść na odpowiednią ścieżkę i kurs podejścia, ale co ustawię w miarę przyrządy to te uciekają w te i z powrotem, niby nie wiele ale jednak. A ja myślałem, że lądowanie z widocznością w turbulentnym powietrzu jest trudne. Otuchy dodaje fakt, że Aleksander siedzi przy drugim drążku sterowym, gotów w każdej chwili przejąć kontrolę, ale staram się utrzymać maszynę tak, żeby odpowiednie wskaźniki trzymały się jednak właściwego położenia, walka trwa i czuję, że plecy mokre. Będąc już blisko pasa, tak jak by to było rzeczywiste podejście według przyrządów, na odpowiedniej wysokości, Aleksander zabiera mapę i mogę wreszcie zobaczyć pas przed dobą. WOW ale blisko, tak się przynajmniej wydaje, ale wrażenie jak na pierwszy raz niesamowite. Najpierw nic nie widzisz i nagle jest, ziemia, a jeżeli ląduje się w minimach pogodowych, to ma się wrażenie, że jest się już naprawdę nisko, chwila moment i pas, wówczas czas i droga płyną błyskawicznie i lepiej być dobrze ustawionym, bo może być tatar . Więc to tak postrzegają lądowanie według przyrządów piloci liniowi, przynajmniej po części. Tym większy szacunek i podziw dla ich pracy, doświadczenia i wiedzy.
No nic, jeszcze kilka chwil w powietrzu, mijamy próg pasa, wyrównuje samolot nad jego nawierzchnią, prędkość maleje i już. Koła po raz ostatni tego dnia dotykają ziemi i ze mną na pokładzie już się dziś nie odbiją, ktoś inny będzie miał to szczęście.
Ale na koniec jeszcze miłe zaskoczenie. Instruktor stwierdził, że w sumie to szkoda, że mam tak mało wylatanych godzin. Na tą chwilę w sumie pięć. Bo gdybym miał odpowiednio więcej to mógłbym pokusić się spokojnie o pierwszy samodzielny lot. Serio?! No nie powiem, urosłem w tym momencie ze dwa metry J. Czyli coś tam zacząłem ogarniać i to na tyle, że instruktor byłby w stanie mi zaufać i wypuścić mnie samego na krąg, do tego jeszcze symulacja podejścia na przyrządach. A nie mówiłem, że plan wykonany na 102%. Tak więc z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku uczniowskiego opuściłem poznańskie lotnisko Ławica, z nadzieją, że nie będę musiał czekać zbyt długo na kolejny lot.
Wszystkiego dobrego i do następnego .
Waldek, vivere, tartal and 2 others like this.

Umieść "Turbulentne touch and go." do Facebook Umieść "Turbulentne touch and go." do Digg Umieść "Turbulentne touch and go." do del.icio.us Umieść "Turbulentne touch and go." do StumbleUpon Umieść "Turbulentne touch and go." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy