Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać.

Oceń wpis
przez w dniu 19-07-2019 o 20:03 (411 Odsłon)
No i to ja rozumiem, przerwa pomiędzy kolejnymi lotami krótka, lot dłuższy. Ostatnio zacząłem latać z innym instruktorem i teraz mam nadzieje ze moje szkolenie nabierze szybszego tempa, a dodatkowo mam „darmowe” korepetycje z angola hehe. Żeby nie było niedomówień, uważam ze poprzedni instruktor jest świetny, latało się z nim bardzo dobrze, nauczył mnie jak na piec godzin bardzo dużo, ale nie mogliśmy zgrać się na wspólne loty. Aleks jeśli to czytasz to pozdrawiam serdecznie


Ale do rzeczy, pobudka o 5:15 rano, trzeba się do porządku doprowadzić i jazda na lotnisko, bo na 6:00 rano jestem umówiony z instruktorem. Wcześnie? Wcale nie, wstałbym jeszcze wcześniej jeśli miało by to oznaczać kolejny lot, ba wcale bym się spać nie kładł. No dobra ogarnięty, zadowolony melduje się na poznańskiej Ławicy. Chwila oczekiwania na instruktora, potem jeszcze tylko kontrola bezpieczeństwa i można zaciągnąć się na płycie postojowej charakterystycznym zapachem paliwa lotniczego. Klasyczne: there’s nothing like smell the jet fuel in the morning. Hell yeah!! Doskonały humor nie powinien dziwić, znowu przy samolocie dzień po dniu, jak jeszcze nigdy, z realnymi szansami na polatanie, aż nieprzyzwoicie . Ale zanim w powietrze to jeszcze jedna ważna rzecz, bo okazuje się ze samolot bez paliwa nie za bardzo chce latać. Sprawnie ogarnęliśmy flaszkę dla samolotu i cala resztę i w końcu pełny ciąg na pasie. Tym razem zaraz po starcie skierowaliśmy się na Piłę, tam mieliśmy w planach poćwiczyć tauch nad go. Ale zanim dotarliśmy do Piły instruktor zarządził kolejny element szkolenia.


W pewnym momencie zapytał mnie czy mam dobrze dociągnięte pasy. Nie zorientowałem się o co mu chodzi, powietrze było spokojne, samolot leciał bez żadnych tańców góra dół, lewo, prawo, moje pasy były zapięte tak jak zwykle, wiec powiedziałem to Abdurrahmanowi, na co on, poprawiając się w kabinie i zaciskając swoje pasy, że mam tez docisnąć swoje. Oho, coś się szykuje, sadowię się wygodniej w kabinie, zaciskam pasy na tyle żeby jeszcze móc oddychać, po czym instruktor wyjaśnia, ze teraz będziemy ćwiczyć korkociągi. Rewelacja!! Nie no spokojnie, nie chodzi o takie jak na pokazach, ledwie pół zwitki, ale frajda jakiej nie doświadczysz na żadnej kolejce górskiej. Wygląda to mniej więcej tak: doprowadzamy do stanu przeciągnięcia, tego pełnego gdzie maszyna zwala się nosem do ziemi, niektóre samoloty maja tak, że w tym momencie nie lecą na nos, tylko przechylają się na któreś ze skrzydeł przed runięciem w dol. Tecnam P2002 jest samolotem niezwykle statecznym względem osi podłużnej i nie za bardzo chce przepaść na skrzydło, w większości przypadków trzeba mu pomoc wejść w korkociąg. Tak było i w moim locie, tuż przed ostatecznym przepadnięciem na nos musiałem wcisnąć pedał orczyka, czyli coś co odchyla ten ster pionowy na ogonie samolotu. Maszyna wtedy zaczyna się obracać jakby całym sobą chciała wkręcić śrubę, polecam YT do lepszego zobrazowania manewru. Kiedy już wprowadzimy samolot w korkociąg to należy jak najszybciej z niego wyjść, figura, zwłaszcza dla niedoświadczonych pilotów takich jak ja jest niezwykle niebezpieczna, potencjalnie zabójcza, a rozpoznawanie pierwszych symptomów tego manewru i wyprowadzanie z niego zwiększa szanse pilota na zjedzenie kolejnego posiłku z rodziną. Oczywiście, że idealnie jest nie doprowadzać do takich sytuacji, chyba że jest się pilotem akrobacyjnym i ćwiczy się bądź wykonuje pokaz, ale to jeszcze nie ten etap , w każdym razie, w razie czego warto wiedzieć co i jak. Wróćmy jednak do wyprowadzania, powyżej napisałem, że żeby wprowadzić, musiałem wcisnąć nogą pedał orczyka. Przy wyprowadzaniu od tego właśnie trzeba zacząć, maszyna wiruje miedzy innymi według osi przechodzącej pionowo przez środek ciężkości samolotu i ten ruch trzeba najpierw zatrzymać, czyli znowu używam steru kierunku, tylko trzeba zrobić to w przeciwną stronę w stosunku do obrotu maszyny, wykonanie tego poprawnie powoduje ze samolot przechodzi do klasycznego, “zwykłego" nurkowania, jak przy przeciągnięciu, wtedy jest już prosto, po zwiększeniu prędkości do bezpiecznej wyprowadzamy tak jak z przeciągnięcia. Tylko wrażenia dużo większe. Przy samym przeciągnięciu siła jaka utrzymuje was w fotelu jest mniejsza, wydaje się ze chce ona odkleić człowieka od fotela, a przy wyjściu z manewru wciska was w fotel, jakby chciała, żebyście stali się jego częścią, ale w korkociągu jest jeszcze lepiej, bo najpierw maszyna nie tylko zaczyna lecieć w dół ale jeszcze obraca się wokół innej osi, a organizm ludzki odbiera dużo różnych bodźców, które takich wariatów jak ja wprawiają w euforie:-). Oczywiście taka “zabawa" podoba się niewielu, bo żołądek podchodzi do gardła, człowiek ma wrażenie chwilowej, ledwie w ułamku sekundy, ale nieważkości, połączone jeszcze z obrotem jak byście w tym samym czasie kręcili się na obrotowym fotelu biurowym, no po prostu cos pięknego, ale pewnie dla sporej części ludzi to było by za dużo i można by było przeanalizować ich ostatni posiłek. Pamiętam jak podczas pierwszego lotu samolotem szarpało w wszystkie strony, turbulencje próbowały wyrzucić mnie z fotela, ale frajda była niesamowita, teraz przy korkociągach, mimo że w sumie ledwo zaczynałem tą figurę już trzeba było z niej wychodzić, to też jest niesamowita radocha i emocje jakich nie znajdziesz nigdzie indziej, adrenalina wypiera krew z układu krwionośnego, a w głowie króluje endorfina, a najlepsze było to że zrobiliśmy kilkanaście powtórzeń.

No dobrze, napchani pozytywna energia lecimy dalej, wszak plan zakładał ćwiczenie touch and go w Pile, a nie wstęp do akrobacji pilota nielota. I tak sobie lecimy, drążek w ręku, parametry w normie, silnik pracuje miarowo, widoki za oknem cudowne... chwilo trwaj.


Nie.


Instruktor nie stad ni z owad cofnął dźwignie ciągu na obroty jałowe i oznajmia: awaria silnika. Trochę o tej sytuacji myślałem pomiędzy kolejnymi lotami i na sucho, siedząc w domu, przy kawie wydaje się to dość proste. Szukasz jakiegoś miejsca, łąki, drogi, kawałka jakieś powierzchni na której mógłbyś posadzić maszynę, niby do ogarnięcia, zwłaszcza ze Tecnam 2002 potrzebuje bardzo mało miejsca żeby wylądować. A w prawdziwym locie, nawet będąc relatywnie wysoko wygląda to już nieco inaczej. Owszem rozglądasz się za jakimś miejscem, ale jednocześnie musisz pilnować prędkość, żeby nie zwolnic za bardzo i nie przeciągnąć, ani też za bardzo nie obniżyć nosa samolotu bo tracisz potrzebna wysokość, a czas działa bardzo na twoja niekorzyść i kolejne sekundy mijają zaskakująco szybko. W końcu wyszukałem jakaś lakę, która nadawałaby się na lądowanie awaryjne, rozpocząłem naprowadzanie maszyny na prowizoryczne lądowisko i w tym momencie ćwiczebnie zostało zakończone przez instruktora dodaniem gazu. Przed korkociągiem omówiliśmy z instruktorem cale ćwiczenie, szczegół po szczególe, tutaj wziął mnie z zaskoczenia, ale cały czas naprowadzał na to co powinienem zrobić, czego poszukać, jak manewrować maszyną. No i jak to zwykle bywa wyobrażenia na ziemi nie do końca są zbieżne z faktycznym lotem i awarią. A ja tu miałem tylko namiastkę sytuacji awaryjnej, bez realnego zagrożenia, a i tak robi to niesamowite wrażenie. Tak czy inaczej jest to kolejna sytuacja, która może się przytrafić w prawdziwym locie i lepiej być przygotowanym, bo tutaj nie zjedziesz na pobocze i nie zaglądniesz pod maskę żeby zobaczyć co i jak. Super ćwiczenie.


Po tych wszystkich wrażeniach touch and go wydawał się spacerkiem po parku no i rzeczywiście, był to spokojny element całego lotu chociaż też bardzo ciekawy, a to dlatego ze w Pile nie ma stałej służby kontroli lotów. Ot ustawiasz odpowiednia częstotliwość i meldujesz coś ty za jeden, gdzie jesteś i co ci chodzi po głowie, jak ktoś jeszcze będzie w okolicy to da o sobie znać, co by nie doprowadzać do stresujących sytuacji. No i okazało się ze w Pile oprócz nas jest jeszcze jeden samolot i wykonuje swoje takie czy inne zadania. Super było poćwiczyć touch and go w momencie kiedy ktoś jeszcze też kręci się w okolicy i robi to samo, bo musisz skupić się nie tylko na samym lądowaniu, ale samemu uważać na to co w powietrzu i na ziemi, gdzie jest kolega, czy aby nie za blisko, a nie ma wieży jak w Poznaniu, która powie co możesz a czego nie, sam musisz zadbać o swój i nie tylko tyłek. To znaczy żeby nie było, czasem jest tam ktoś kto prowadzi nadzór, ale akurat teraz nikogo takiego nie było i tak polataliśmy kilka kręgów razem z innym skrzydlatym kolegą wzajemnie się obserwując i meldując kto, gdzie i co. Sama radość z latania, nie wiem czy esencja, ale na pewno frajda przeogromna.


Wszystko fajnie, pięknie, a tu czas się kończy i trzeba wracać, bo ja obiecałem po locie zrobić zakupy na sobotnie śniadanie dla rodziny i już zapewne tuptali po domu zastanawiając się czy aby nie będą musieli sami o siebie zadbać, a na Abdurrahmana czekał już następny uczeń. Cóż wiec było robić innego jak pożegnać się z Piłą i przywitać z Poznań informacja w drodze powrotnej na Ławice. Droga powrotna już bez niespodzianek, a szkoda, bo miałem nadzieję na jeszcze jakieś wygibasy.


No nic, dolatujemy do punktu Charlie, żegnamy się z Poznań info i witamy z wieżą na Ławicy, skąd otrzymujemy informacje, ze mamy włączyć się do prawego kręgu i że jesteśmy drudzy w kolejce do lądowania, przed nami jeszcze jeden Tecnam. Po chwili zauważyliśmy kolegę, który także szykował się do lądowania, ustawiliśmy się za nim w odpowiedniej odległości, mając pas startowy po prawej stronie. Ale w sumie czemu by jeszcze nie zrobić jednego taouch and go. My poprosiliśmy, wieża się zgodziła, wiec jeszcze nie kończymy, jeszcze kilka minut pomieszamy powietrze w okolicy poznańskiej ławicy. Tecnam przed nami mijał właśnie próg pasa, a my powoli zbliżaliśmy się do wejścia na tak zwany base leg, czyli prostopadle do pasa. Kiedy byliśmy już w odpowiedniej pozycji wykręciliśmy się na base, a po niedługiej chwili ustawiliśmy na ostatnią prostą, mijamy próg pasa, jeszcze chwila, momencik, wytrzymanie i powoli do ziemi. Mamy to, dotknęliśmy twardej nawierzchni, koła kręcą się już na pasie to teraz pełny gaz, rozpędzenie i znowu w powietrzu, kolejny krąg, a po nim pełne lądowanie i koniec rumakowania na ten dzień.


Kolejne dwie godziny można zapisać sobie do nalotu, kolejne elementy doszły do nauki, a inne zostały utrwalone. Oczywiście rozmowy i korespondencja tak jak poprzednio w języku angielskim, tylko, że tym razem już z większym spokojem no i efekty też lepsze, choć jeszcze nie takie jak bym sobie tego życzył, ale spokojnie, kwestia wprawy, a jak już wspomniałem mam korepetycje gratis. Tylko żeby się w szkole nie dowiedzieli, bo jeszcze każą za to zabulić .

Tyle na dziś, wszystkiego dobrego i do następnego.
Pzlm28, vader, lopass and 1 others like this.

Umieść "Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać." do Facebook Umieść "Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać." do Digg Umieść "Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać." do del.icio.us Umieść "Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać." do StumbleUpon Umieść "Kto rano wstaje temu pan Bóg daje – polatać." do Google

Updated 19-07-2019 at 20:08 by suter

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy