Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Pierwszy lot solo!!!!

Oceń wpis
przez w dniu 22-08-2019 o 22:04 (446 Odsłon)
Hell Yeah !!!!! Co to był za dzień. Trzy loty w jednym! Po ostatnim wpie… i litrach potu wylanych w ostatnim locie przy ćwiczeniach z symulowaną awaria silnika, teraz nadszedł dzień nagrody, dzień w którym radocha z latania była nieprawdopodobnie wielka, a satysfakcja nawet jeszcze większa, albo na odwrót . Oto nadszedł dzień pierwszego samodzielnego lotu. Faktem jest, że pierwszy solo to nic innego jak kręgi nad lotniskiem, ale nikogo oprócz mnie nie było na pokładzie. Instruktor był na ziemi i tam mógł jedynie przysłuchiwać się mojej korespondencji z wieżą i obserwować moje poczynania.

No ale po kolei.

Aby doszło w końcu do pierwszego samodzielnego lotu ucznia-pilota musi on najpierw zdobyć zaufanie swojego instruktora. Nic innego jak wykonanie sporej ilości startów, lądować lub manewrów tauch and go poprawnie z całą otoczką związaną z przeglądem przedlotowym i zabezpieczeniem samolotu po lądowaniu. Kiedy już instruktor uzna, że jest spora szansa na to, że uczniak wyląduje w jednym kawałku i maszyna będzie się nadawała do dalszego użytkowania, a do tego on sam nie zapaskudzi sobie gaci z przerażenia obserwując z ziemi i słuchając korespondencji, to nadchodzi moment, że tenże uczeń zostanie wysłany sam żeby pomieszać powietrze w kręgach nadlotniskowych.

Ale to nie koniec. Twój instruktor mówi, że jest w porządku, ale musi nastąpić jeszcze weryfikacja przez kogoś innego. Wychodzisz na płytę lotniska, gdzie czeka zaparkowana podniebna limuzyna razem z innym instruktorem, z którym nie latałeś. Oczywiście ów drugi instruktor gra rolę nieświadomego pasażera, obserwując jednocześnie każdy detal Twoich przygotowań do lotu wraz z późniejszymi poczynaniami w przestworzach. Jest to o tyle ciekawe doświadczenie, że każdy instruktor, jak to człowiek, jest inny. Różnice w podejściu do niektórych elementów są czasem odmienne, choć są to w zasadzie detale, ale jednak i np. możesz dowiedzieć się o jeszcze jakiś drobnych, oby tylko, błędach i postarać się je korygować na przyszłość, albo uzyskać inną cenna radę. Świetna sprawa. No ale w tym locie, pierwszym tego dnia, chodziło o weryfikację, czy według innego instruktora także jestem gotów na pierwszy samodzielny lot. Nie powiem, żebym nie czuł się pewnie, ale świadomość bycia szczegółowo obserwowanym przez wyższą instancję działała dodatkowo mobilizująco i jednak niewielki stresik był. Plan był prosty, startujemy, wykonujemy kilka kręgów i jeżeli wszystko będzie w porządku lądujemy, instruktor wysiada, a ja biorę rozpęd do pierwszego lotu solo. Przed lotem otrzymałem informację, że będziemy latać tak długo, aż moje wyczyny powietrzne spodobają się „pasażerowi”. Sam lot był nader przyjemny, zgoda wieży na start, no to pełny gaz na pasie i w powietrze, wykręciłem pierwszy zakręt, potem drugi i ustawiłem się na pozycji z wiatrem, jak na razie bez uwag. A może po prostu nic nie mówi, a po wszystkim będzie litania tego co skopałem. No nic, lecimy dalej, wykręcam na base, samolot w międzyczasie konfigurowany do tauch nad go, pompa paliwa, klapy, w końcowej fazie światła i mijamy próg pasa. Dźwignie na obroty jałowe, wyrównanie, samolot wytraca prędkość i wysokość, lekkie ruchy drążkiem żeby poszło gładko… I toczymy się na pasie, no to pełny gaz, i już za chwilę jesteśmy na wznoszeniu w osi pasa, aż do wysokości 500 stóp nad ziemią, gdzie wykręcam w prawo i ciągle na wznoszeniu lecę do pozycji „z wiatrem”. Po chwili zgłaszam wieży moje położenie w przestrzeni, a instruktor mówi do mnie, żebym zgłosił też full stop, czyli pełne lądowanie. Oj. Aż tak źle czy tak dobrze? Cóż było robić, full stop, to full stop. Lądowanie wyszło nieco twardo, ale bywało już gorzej. Zwalniamy pas w drogę kołowania, toczymy się na stanowisko postojowe i podczas tej przejażdżki „pasażer” oznajmia, że plan jest taki, ze on wysiada, a ja lecę dalej… sam! Więc jednak! Super!

Zatrzymaliśmy się na płycie postojowej, instruktor upewnił się jeszcze tylko, że będę miał kontakt radiowy także z nimi na ziemi i tyle go widzieli. Po nawiązaniu łączności z oboma instruktorami, ponownie zgłaszam do wieży gotowość do kołowania. Sam, nikogo na pokładzie oprócz mnie. Nawet dziwne uczucie. Z jednej strony duma i ogromna satysfakcja pomieszana z takim wspaniałym zastrzykiem adrenaliny, a z drugiej jednak trochę lęku, no bo co jak cos pójdzie nie tak. Uspokaja myśl, że przecież ćwiczyłem na wypadek nawet awarii silnika, lotnisko będzie blisko bo to tylko kręgi, ale jednak brak doświadczonego pilota obok powoduje pewien dyskomfort. Uznałem, że najlepiej będzie po prostu skupić się maksymalnie na kręgach i każdy element wykonać jak najbardziej poprawnie.

No to wio. Ustawiony na pasie do startu, mam zgodę od wieży. Pełny gaz, jednocześnie lekka kontra nogą na sterze kierunku, żeby utrzymać maszynę w osi. Rozpędzam się, a przez głowę przebiega mi wspomnienie pierwszych startów, gdzie samolotem rzucało na lewo i prawo, a start odbywał się solidnym zygzakiem raz z jednej raz z drugiej strony osi pasa. Hehehe a teraz idzie już w miarę prosto. Czyli ćwiczenie czyni lepszym. Mistrzem się nie nazwę. Raczej w ten sposób, że nieopierzonemu pisklęciu wykształciło się pierwsze pióro . Nie wiem czy to przez to wspomnienie i uzmysłowienie sobie, że coś już jednak opanowałem, czy z jakiej innej przyczyny, ale satysfakcja i radocha jeszcze bardziej wzrosła. Serce cieszyło się niesamowicie i ten lęk o to, że nie mam na pokładzie Abdurrahmana zniknął. Została sama radość. WOW co za uczucie!!

Kris skup się! Radocha pozostała do samego końca, nawet nie lotu a dnia, ale przyszło otrzeźwienie, że mam zadanie do wykonania i musze je wykonać najlepiej jak potrafię, skoncentrować się, bo o błąd łatwo a cena może być jednak dość wysoka. Prędkość wreszcie osiągnęła pięćdziesiąt węzłów, zadzieram lekko nos maszyny do góry, jeszcze chwila i koła w zupełności oderwały się od ziemi. Teraz już na poważnie w powietrzu, jeszcze nisko, ledwo nad pasem, nabieram prędkości i po dojściu do siedemdziesięciu węzłów mogę rozpocząć rzeczywiste wznoszenie. Rzut oka na tor „Poznań”. EEEh coś pięknego. Oczy przeskakują ze wskazań przyrządów na świat za oknem, na horyzont to znów wracają weryfikować prędkość i pozycję samolotu na przyrządach. Metodycznie, tak jak mnie nauczono. Pięćset stóp nad ziemią. Przechylam maszynę na prawe skrzydło i ściągam dodatkowo drążek na siebie aby cały czas się wznosić, prędkość w porządku, w lewym oknie widać tylko niebo z niewielką ilością chmur, które niemal można dotknąć, w prawym oknie ziemia, już dość wysoko, zabudowania, drogi… Jest bosko. Wyrównuję samolot i wznoszę do pozycji z wiatrem. Silnik pracuje stabilnie, wszystkie jego parametry na zielonych zakresach. Jak tu nie kochać latania . Ustawiam samolot równolegle do pasa lecąc przeciwnie do kierunku startu i późniejszego lądowania. Zgłaszam wieży pozycje z wiatrem, w odpowiedzi tylko prośba, żebym zgłosił prostą do lądowania, co też potwierdzam. Mam teraz chwilę wytchnienia. Mogę bardziej rozejrzeć się po okolicy, kilka chwil spokojnego, prostego lotu, obroty zmniejszone do przelotowych, śmigło kręci, świat pod skrzydłami powoli przesuwa się w przeciwną stronę. Pięknie jest. Po prawej mijam wieże kontroli lotów na poznańskiej Ławicy, pozdrowienia dla kontrolerów i raz jeszcze dzięki za wszelka pomoc i wyrozumiałość, zwłaszcza na początku. Za wieżą długa prosta wstęga betonu pasa startowego wraz ze ścieżkami kołowania i płytami postojowymi. Po lewej zielono-żółto-brązowe plamy matki ziemi, na którą niebawem powrócę. Ale tylko na momencik .

Mijam po prawej próg pasa i rozpoczynam konfigurowanie samolotu do lądowania, skupienie i koncentracja level expert dolatuje do prostej i zgłaszam do wieży. Zezwolenie na tauch nad go i następnie wejście w prawy krąg. Przeleciałem nad progiem drogi startowej, obroty na bieg jałowy, spokojnie, powoli i jest, dotykam ziemi, na chwilę, kilkadziesiąt metrów jazdy, obroty ponownie do wartości maksymalnej, tym razem szybko nabieram potrzebnej prędkości i ponownie w powietrzu. Kolejny raz nic innego tylko ja, samolot i przestrzeń – kontrolowana lotniska Ławica . Ponownie z uśmiechem na ustach i błogostanem w sercu nabieram wysokości obserwując jednocześnie to ekran w kokpicie to świat za oknem i z powrotem. Buduje kolejny krąg, zakręt za zakrętem i podziwiam uroki świata pode mną, który z góry wydaje się niesamowicie piękny, kolorowy i spokojny. Tak sobie myślę, że kiedy był instruktor obok to jakoś nie docierało to aż tak bardzo, nie rzucało się w oczy i nie czuło się tego wszystkiego co teraz kiedy byłem sam w maszynie. Się sentymentalny zrobiłem na stare lata, ale faktem jest, że jeszcze nigdy nie czułem takiej jedności z maszyną. Coś niesamowitego. Samoloty maja duszę i ja ją poczułem .

Latałem sam około godziny, krąg za kręgiem, te same, powtarzalne czynności, skupienie i przede wszystkim niesamowita radocha czerpana z samego lotu jak i widoków za oknem. Ale w końcu trzeba było przyziemić ten ostatni w tym locie raz i skołować na płytę postojową. Zgłosiłem do wieży full stop i rozpocząłem ostatnie, jak mi się wydawało, tego dnia naprowadzanie samolotu na oś pasa startowego. W końcu ponownie ziemia, teraz już bez dodawania gazu, zwalniam drogę startową w drogę kołowania i toczę się leniwie do stanowiska postojowego. Tam po chwili dołączają do mnie obaj instruktorzy pytając o wrażenia, gratulując pierwszego samodzielnego lotu w przestworzach i tego, że samolot jest w jednym kawałku… A ja to co?! No ale maszyna jest cała . Wtem Abdurrahman pyta mnie czy mam dość na dziś, czy może jeszcze jeden wypad w powietrze, tym razem z nim? No jak nie, jak tak !

Trzeci lot jednego dnia! Czy to takie lotnicze lotto? Kumulacja? Zaczynam przygotowanie do lotu, kolejny raz check-lista, kołowanie, a za chwilę pełny gaz i górę. Rewelacja, teraz kierujemy się na punkt Whiskey - jezioro Niepruszewskie. Za nim dalej na południowy zachód, aż dolatujemy w okolice Grodziska Wielkopolskiego. W międzyczasie instruktor zaznajomił mnie z tym co będziemy wykonywać. Tym razem „steep turns”, można powiedzieć ostre zakręty. Według nauk każdy zakręt o przechyle większym niż 30 stopni uważa się za ostry, my będziemy ćwiczyć 45 i 60 stopni. WOW, brzmi rewelacyjnie i jak się okazało, jest rewelacyjne .

W końcu meldujemy się w strefie ćwiczeń, no to wio. Kładę maszynę na skrzydło, przechył 45 stopni, drążek dość mocno na siebie, żeby nie utracić wysokości. Oho wreszcie nieco więcej przeciążenia, wciska lekko w fotel, czuć jak tyłek, choć w normalnych warunkach nie taki lekki, teraz waży więcej i czuć kilogramy. Trzymam zakręt, przekrzywiony horyzont przesuwa się dość szybko, nagle samolotem wstrząsa niewielka turbulencja, co na początku mnie nieco dziwi, instruktor prosi o wyrównanie, a ja pytam czy przypadkiem nie wlecieliśmy w swoje własne zawirowania powietrza wytworzone w trakcie wykonywania zakrętu. Tak, to było to, nawet pochwałę dostałem, bo to podobno jedna z oznak prawidłowo wykonanego ostrego zakrętu. No i pięknie, normalnie jakbym już umiał latać . Drugą oznaką było to, że nie straciłem wysokości i utrzymałem samolot plus-minus sto stóp na początkowym pułapie. To teraz to samo tylko w drugą stronę. Kładę więc maszynę na drugie skrzydło i cały czas kontrolując prędkość, przechylenie, wysokość i pozycję względem horyzontu kontynuuję zakręt. Ponownie wciska w fotel i czuć przyjemny ciężar na szanownych czterech literach, świat przesuwa się szybko i za chwilę znowu turbulencje, które sam wytworzyłem. Wyrównanie, uspokajamy samolot i lecimy prosto delektując się widokami.

W porządku Panie pilot, skoroś Pan taki figo-fago, to teraz przechył 60 stopni. Proszszsz… ale tu okazało się, że siły działające na samolot są już inne i trzeba bardziej spiąć zadek. Rozpocząłem zakręt, przechylenie samolotu nie jest problemem, ale utrzymanie go na zakładanej wysokości okazało się już dość ciężkie. Pierwszy manewr do bani, straciłem około 500 stóp, Abdurrahman tylko się uśmiechnął i stwierdził, że teraz już wiem dlaczego kazał wznieść się tak wysoko . No dobrze, „pierwsze koty za płoty”. W takim razie raz jeszcze, tym razem na drugie skrzydło, ściągam drążek do siebie jeszcze bardziej i pomagam dodatkowo kontrując lekko nogą. Tym razem wyraźnie czuć kilogramy na tyłku, nawet głową ciężej poruszać, stała się taka ociężała, kark, a właściwie jego mięśnie dają znać, że takowe w ogóle posiadam, drążek trzymam jeszcze jedna ręką, ale czuję, że ten manewr wymaga sporo siły. Kręcimy dalej, jest w miarę dobrze i nagle rzuca samolotem dość mocno, jak na to co do tej pory czułem w samolocie, szarpnęło konkretnie to wyrównuję. No teraz było w miarę dobrze, zmieściłem się w limicie stu stóp w opadaniu w trakcie zakrętu i teraz to samo tylko w drugą stronę. Ponownie zadek spięty, skupienie, koncentracja i odrobina brutalnej siły na drążku. Za oknem fantastyczny widok, taki duży przechył powoduje, że horyzont wydaje się być niemal pionowo, do tego przeciążenie i serducho zaczyna same śmiać się, cieszyć i zapamiętywać te wszystkie rewelacyjne chwile za sterami skrzydlatej maszyny. Coś wspaniałego.

Pokręciliśmy jeszcze trochę w okolicy Grodziska, solidnie naładowałem baterie pozytywną energią, ale czas już był wracać na Ławicę, a potem do domu. Wlecieliśmy w obszar kontrolowany lotniska, ustawiłem samolot na lewym kręgu, zgłaszam „z wiatrem”, leniwie dolatujemy do trawersu progu 28, wieża już wydała zezwolenie na lądowanie, humory dopisują, lecimy… „Engine failure”. No tak Abdurrahman postanowił raz jeszcze na koniec zabawy zweryfikować moje zdolności. No dobrze, mam zgodę na lądowanie więc skracam podejście, starając się doszybować do pasa startowego. Tym razem obyło się bez większych przeszkód i maszyna nieco twardo ale bezpiecznie posadowiła koła na ziemi. Jeszcze tylko skołowanie na płytę postojową i na ten dzień koniec rumakowania. Nie zmienia to faktu, że zaje-rewelacyjny dzień, sporo czasu w powietrzu i doskonałej zabawy, ale i ciekawych ćwiczeń w ostatnim locie. Z zapachem nafty lotniczej w nozdrzach opuszczam poznańską Ławicę, mając nadzieję na szybki powrót.

Wszystkiego dobrego i do następnego.

Umieść "Pierwszy lot solo!!!!" do Facebook Umieść "Pierwszy lot solo!!!!" do Digg Umieść "Pierwszy lot solo!!!!" do del.icio.us Umieść "Pierwszy lot solo!!!!" do StumbleUpon Umieść "Pierwszy lot solo!!!!" do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar tango fox
    • |
    • permalink
    A czy dostałeś knyplem w tyłek po laszowaniu
  2. Awatar suter
    • |
    • permalink
    Cytat Zamieszczone przez tango fox
    A czy dostałeś knyplem w tyłek po laszowaniu
    Niee, w sumie nie wiem czemu, poklepali po plecach i tyle
    A to jedna z tych sytuacji w których bym nie oddał
  3. Awatar tango fox
    • |
    • permalink
    Ej...tradycja ginie w narodzie

    Kiedyś na szkoleniach instruktorzy mieli drążek sterowy i nim "pasowali" na rycerzy przestworzy
    suter likes this.
  4. Awatar suter
    • |
    • permalink
    Cytat Zamieszczone przez tango fox
    Ej...tradycja ginie w narodzie

    Kiedyś na szkoleniach instruktorzy mieli drążek sterowy i nim "pasowali" na rycerzy przestworzy
    Hmm tak się zastanawiam, czy to nie przypadkiem dlatego, że mój instruktor pochodzi z Turcji
  5. Awatar tango fox
    • |
    • permalink
    Zaś w Poznaniu nie ma polskich instruktorów

    Globalizacja
    suter likes this.