Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Lost in space??

Oceń wpis
przez w dniu 28-10-2019 o 12:07 (317 Odsłon)
Kolejne dwa loty nawigacyjne za mną, znowu palcem po mapie i o ile w pierwszym locie wsio przebiegło sprawnie i bez problemów to już w drugim musiałem się trochę napocić. Ale po kolei.

Pierwszy z dwu lotów został zaplanowany po trasie Poznań – Rawicz – Głogów – Zielona Góra – Rio Świebodzineiro – Trzciel – Poznań. Około dwie i pół godziny podziwiania świata z góry z rewelacyjną widocznością na długie, długie kilometry, palcem na mapie i wyszukiwaniem kolejnych punktów orientacyjnych. Poprzedni lot był o tyle łatwy, że rejon pierwszej jego części znałem dokładnie i w zasadzie na mapę niemal nie musiałem patrzeć, druga część z kolei była co prawda nieznana, ale prosta i łatwo było wszystko znaleźć, zwłaszcza, że wówczas też widoczność także była rewelacyjna. Tym razem jednak chciałem polecieć trasą, której nie znałem, polecieć w okolice, które nic mi nie mówią, no może poza polskim Rio Świebodzineiro, ale to jako bonus w drodze powrotnej.

Po starcie z Ławicy kurs najpierw na punkt Whiskey, tym razem bez przygód z pomyleniem jezior , dalej kurs na południe i przesuwając palec po mapie lecimy leniwie do Rawicza, podziwiając widoki. Z tym podziwianiem widoków to jest nijako obowiązek w czasie takiego lotu, taki obowiązek, który wspaniale jest spełniać, bo spoglądając na ziemie trzeba szukać tego co widzi się na mapie i na odwrót, takie znajdź pięć szczegółów, tylko rozbudowana wersja z dodatkowymi fantastycznymi emocjami i najlepszymi widokami za oknem. I tak na przykład będąc jeszcze nad punktem Whiskey ustawiam samolot na założonym kierunku, na mapie po prostu narysowana pisakiem niezmazywalnym kreska w dół z odręczną notatką: kurs 180 i na taki kurs ustawiam maszynę. Ale to nie wszystko bo „lecąc” paluchem po mapie widzę, że przed nami powinien być ciąg jezior, który powinniśmy minąć nieco z lewej strony. Teraz rzut oka za okno i aha, są. Nawet blisko, super, za chwilę będziemy je mijać, po prawej z kolei widać trasę S5 Poznań – Wrocław, część jest już gotowa, część w budowie ale widać wyraźnie, z mapy widzę, że jak będę się jej trzymał to dolecę do kolejnego punktu, w którym zaplanowałem zmianę kierunku. Tym punktem jest Kościan, już go widzę w oddali, co za widoczność, coś pięknego i niesamowitego. Spokojnie kieruje się na to miasto, a w międzyczasie kontrola wskazań przyrządów silnika, wszystkie parametry w normie. No właśnie, czas w takim locie należy dzielić na mapę i swój plan lotu, na pilnowanie tego co na zewnątrz i na mapie, żeby lecieć tam gdzie się zaplanowało, nie chciałbym się zgubić, ale jeszcze ciągłe rzuty oka na wysokość, za chwilę na prędkość, kierunek lotu, znowu silnik, palcem po mapie, zewnątrz… i tak dalej i tak w kółko . W taki sposób mija cały lot, ale panowanie nad tym wszystkim sprawia niesamowitą frajdę i satysfakcję, a i jeszcze widok znudzonego instruktora, który nie ma nic do dodania, czysta podniebna poezja .

I tak sobie leniwie lecieliśmy w takim rytmie, od punktu do punktu wyszukując kolejnych charakterystycznych miejsc, dróg, szlaków kolejowych i innych zaznaczonych na mapie punktów orientacyjnych, aż dolatywaliśmy do kolejnego miejsca w którym zaplanowana była zmiana kierunku lotu. Tam najpierw zmiana kierunku i po ustawieniu samolotu, wzrok na zewnątrz wypatrywać następnych punktów orientacyjnych, które jeszcze przed skrętem odczytałem z mapy. Najlepiej z daleka widać elektrownie wiatrowe, nawet nie musi być ich dużo, wystarczy, że na trasie przelotu będzie tu jeden, tam drugi, widać to z daleka, wystaje ponad resztę terenu i daje bardzo dobrą orientację. Następnym bardzo dobrym punktem są autostrady i drogi szybkiego ruchu, długie nitki ciągnące się kilometrami, czasem zgodnie z naszym kierunkiem, czasem przecinające naszą trajektorię, ale zawsze obecne i pomocne. Trasy krajowe też są dobrze widoczne, ale już nie aż tak dobrze i nie z tak daleka jak autostrady i ekspresówki. Podobnie rzecz się ma z liniami kolejowymi, te główne magistrale, które mają dwa tory w obie strony są doskonale widoczne, ale pojedyncze już gorzej, co nie oznacza, że wcale. Ciekawie widać np. linię kolejową biegnącą przez las, przez jego wielką połać widać równą, niczym wykreśloną od linijki, kreskę wycinki pod tory, rzuca się z daleka i też bardzo pomaga. Inne pomoce nawigacyjne? Oczywiście, patrząc na mapę rzucają się w oczy także jeziora i rzeki, czasem jak jest kilka „oczek” wodnych to ciekawie widać ich układ najpierw na mapie, a potem za oknem na żywo, jedno takie, drugie inne, a to pod takim kątem, a to długie i tak dalej i już wiesz gdzie jesteś i jeżeli to jest to miejsce, które planowałeś to super, niesamowita radość i satysfakcja, to jest to. Rzeki podobnie do dróg, mówię tu o tych głównych, bo tych mniejszych albo nie widać wcale, albo słabo i nie ma sensu tracić czas na ich wyszukanie, ale te główne też fantastyczny widok, ich kształt na ziemi, to jak wiją się pomiędzy polami, lasami, przez miasta i miasteczka, podobnie kształt widziany na mapie ciekawie widać za oknem, taka widoczna z góry wijąca się po ziemi wodna dżdżownica . Nie sposób też nie wspomnieć o miastach i miasteczkach, a w nich, lub przy nich wysokie, biało-czerwone kominy elektrociepłowni lub innych zakładów. Co ciekawe czasem np. taki Głogów, duże miasto, obok którego przelatywałem bardzo blisko wydaje się z samolotu, nawet na nieszczególnie dużej wysokości dwu tysięcy stóp niezbyt dużą miejscowością i złapałem się na tym, że pomyślałem sobie, że w sumie łatwo było by przespacerować się po nim z jednego końca na drugi i zajęło by to ledwie chwilę, ciekawe doświadczenie . Zieloną Górę mijałem solidnym łukiem, ale także wydawała się raczej niewielka, niesamowita perspektywa, zwłaszcza, że tydzień wcześniej miałem przyjemność gościć w Zielonej na Winobraniu, fantastyczna impreza, polecam i pozdrawiam Zielonogórzan.

Kiedy tak lecieliśmy sobie podziwiając widoki i rozkoszując się niesamowitymi wrażeniami, w okolicy Nowej Soli zobaczyłem coś co zaparło dech w piersiach. Niestety nie udało się zrobić fotki, a szkoda wielka, bo była by to niesamowita pamiątka z lotu, pozostały jedynie wspomnienia. Kiedy lecieliśmy na wysokości jak już wspomniałem około dwóch tysięcy stóp zobaczyłem z boku samolotu jak poniżej może z trzysta stóp, około stu metrów, szybującego w kręgu wielkiego ptaka drapieżnego. Nie znam się na ptakach, nie wiem czy był to sokół, orzeł, krogulec czy co innego. Wiem, że na pewno nie był to Jastrząb z Krzesin ani z Łasku . Ale widok z góry na majestatyczny lot z rozpostartymi skrzydłami i zataczanego przez zwierzę kręgu robi kolosalne wrażenie, byłem szczerze urzeczony niesamowitym obrazem, niczym z filmów przyrodniczych. Coś niesamowitego, wyzwala to nieprawdopodobne emocje i jest warte, wierzcie mi, każdej złotówki wydanej na licencję.

Zieloną Górę minęliśmy jak już wspomniałem szerokim łukiem, zaczęliśmy od południowej strony, przez zachodnią i po północno-zachodniej stronie ustawiłem zakładany kurs na polskie Rio Świebodzineiro z figurą Jezusa Chrystusa. Jak zwykle po zmianie kierunku wyszukuję za oknem kolejne punkty orientacyjne, wcześniej określone z mapy, tak aby ostatecznie dolecieć w założone miejsce. Tak się rozglądam, rozglądam, tu linia kolejowa, tam lasek… A na horyzoncie jaśniejąca kropka, niemal idealnie kursie. Hmmm… to to? Jeszcze na dobre nie minąłem Zielonej, a to już Go widać?? Z tak daleka?? Przecież to tylko rzeźba, no duża, ok, ale rzeźba. A może to coś innego jakiś budynek, komin, cokolwiek, czego nie ma na mapach. No dobrze, to lecimy tam, ale po drodze upewniam się po innych punktach po drodze, że jesteśmy w miejscu, w którym chcemy być. Zbliżając się z każdą minutą i przebytymi milami dociera, że to rzeczywiście jest Jezus ze Świebodzina. Rewelacja, co za widoczność . Figura i panorama miasta przedstawiają się następująco:

blogs/suter/attachments/5402-lost_space-dsc05354.jpg

blogs/suter/attachments/5403-lost_space-dsc05393.jpg

Zrobiliśmy kilka kółek wokół figury i obraliśmy kurs na Trzciel.

Ponownie Trzciel bo za pierwszym razem jakoś mało miałem fotek z mojego miasteczka, a dodatkowo zgarnąłem niezły ochrzan, że nie dałem znać, że lecę, a mama z ciotką tak chciały popatrzeć . No to teraz w drodze ze Świebodzina stery na chwilę przejął instruktor, a ja smsy do rodzinki, że już nadlatuję. Że co, że w samolocie to powinno się tryb samolotowy? Nie w SutAir Airlines . W każdym razie wiadomości poszły i za chwilę meldowaliśmy się nad Trzcielem, tu kilka kółek, nieco fotek, pomachaliśmy sobie i ostatni odcinek już bezpośrednio na Poznańską Ławicę. A Trzciel wygląda tak:

blogs/suter/attachments/5404-lost_space-dsc05418.jpg

blogs/suter/attachments/5405-lost_space-dsc05590.jpg

Bardzo przyjemny, ciekawy i obfitujący we wspaniałe widoki i niesamowite emocje lot. Aż chciałoby się zatankować i lecieć dalej podziwiać świat z góry. No ale trzeba było w końcu wylądować i jedyne co pozostało to przygotować się do kolejnego lotu.

No dobrze więc następny lot. Tym razem plan zakładał najpierw lot do Obornik, potem na wschód i jeśli się uda wlot w okolicach Gniezna w MCTR powidzkiej bazy wojskowej, jeśli nie to dalej na wschód, następnie skręt na południe do Koła, tam kurs na Turek, z którego Śrem, Grodzisk Wielkopolski i powrót na Ławicę. Tym razem jednak pogoda nie była tak rewelacyjna jak dwa ostatnie razy, wyglądało jak lekkie zamglenie, wydaje się, że jest jasno, słońce świeci pięknie, ale na dalszą odległość widać tylko szarość, niby widoczność CAVOK, ale to oznacza tylko tyle, że jest ona większa niż 10km, a to nie za dużo . Nie wiem na ile było tego dnia, ale zdecydowanie mniej niż ostatnio i jestem pewien, że świebodzińskiego Jezusa tym razem z Zielonej Góry bym nie zobaczył.

No dobrze, samolot zatankowany, wszystko gotowe, startujemy. Po oderwaniu się od pasa kurs na punkt Charlie, a z niego do Obornik. Tam jak już wspomniałem kurs na wschód tak aby lecieć poza granicami MCTR Powidza. Ale zaraz za Obornikami pytam Poznań Informacja, czy jest szansa wlotu w MCTR Powidza, mam czekać, sprawdzą i dadzą znać. Oki, to lecimy sobie spokojnie dalej, w międzyczasie i cały czas tak jak ostatnio palec-mapa-punkt orientacyjny-oczy na zewnątrz-wysokość-prędkość-kurs-silnik, omiatam wzrokiem to co w środku i to co za oknem. W końcu przychodzi informacja, że możemy wlecieć w przestrzeń powidzkiego lotniska, super. Oblecieliśmy Gniezno po północnej stronie i w punkcie Kilo wlecieliśmy w MCTR Powidz. Dolecieliśmy do jeziora Niedzięgiel i zrobiliśmy tam kilka kółek, następnie skierowaliśmy się na punkt Bravo i tam opuściliśmy przestrzeń wojskową kontynuując lot na wschód.

Tak lecieliśmy sobie leniwie rozglądając się dookoła, podziwiając widoki, wskazując kolejne punkty nawigacyjne i pilnując parametrów lotu i maszyny. Pięknie jest. Nadszedł moment zmiany kursu o dziewięćdziesiąt stopni, wykręciłem niemal równo na południe, rejon nie obfituje w punkty orientacyjne, ale wiedziałem gdzie jestem. Lecimy więc dalej i w pewnym momencie zaczęło wyłaniać się z zamglenia miasto, super, dolatujemy do Koła. No, nie. Miasto się zbliża, ale widzę już, że coś jest nie tak, zimny pot wyskoczył mi na plecy, o kuffa. Informuję instruktora, że coś jest nie tak, po pierwsze jezioro, którego nie ma na mapie, wysoki komin podobnie, poza tym układ dróg i linii kolejowych mi się nie zgadza, to raczej nie Koło. Zgubiliśmy się . Instruktor mówi, że czekał na ten moment i pyta co teraz zamierzam. Proszę go o przejęcie sterów, a sam zaczynam sprawdzanie mapy gdzież możemy teraz być, jezioro, drogi, komin, linie kolejowe… Aha Konin. W sumie też na „K”. Zmyliły mnie wcześniej wiatraki, których nie miałem na mapie i wykonałem zmianę kierunku około trzy minuty za wcześnie. Szlag!! No i wspaniały, cudowny i spokojny lot diabli wzięli. Jestem na siebie niesamowicie wqr… smutny jestem bardzo. Nie upilnowałem czasu i kiedy wydawało mi się, że to tu, po prostu skręciłem. Cenna, zaj…e cenna lekcja. Instruktor stwierdził, że dobrze się stało, że taki błąd popełniłem teraz jeszcze na etapie szkolenia, a poza tym poradziłem sobie z tą sytuacja dobrze, bo szybko zorientowałem się w sytuacji i przestrzeni. Nie mniej jednak już do końca lotu łajałem się w myślach i wymyślałem sobie od najgorszych. Skutek był taki, że skupienie osiągnęło taki poziom, że analizowałem każdy metr, każdą sekundę lotu. A kolejna lekcja tym razem zaplanowana przez instruktora była już tylko miłą niespodzianką.

Tak czy inaczej w Koninie wykręciłem na Koło, do którego po kilku minutach dolecieliśmy i tam z powrotem wleciałem na zaplanowaną trasę. Następnie dolecieliśmy do Turku, gdzie obrałem kurs niemal dokładnie na zachód, tak aby dolecieć do Śremu. Jak już wspomniałem, teraz lot przebiegał już niemal książkowo, ale zanim jeszcze dolecieliśmy do Jarocina, instruktor pyta mnie czy wiem co to jest VOR i czy znam ten w Czempinie. No tak, wiem co to jest VOR – radiolatarnia, coś na rodzaj latarni morskich, tyle, że to jest radiowe i tak wiem o tym w Czempinie. W tym momencie instruktor pokazał mi jak się nastawia częstotliwość radiolatarni i jak potem lecieć zgodnie z nią. Prosta sprawa, utrzymywać samolot zgodnie ze wskazaniami na wyświetlaczu i już, lot według pomocy radionawigacyjnej jaką jest VOR pomaga najbardziej przy bardzo złej widoczności, ale jak się człowiek rzeczywiście zgubi w przestrzeni to takie coś może pomóc się odnaleźć, choć jeśli nie ma radiolatarni na trasie to trzeba zboczyć z zaplanowanej trasy, ale to już temat na inne dywagacje. Na VORze dolecieliśmy do Czempina, to dalej kurs na Grodzisk Wielkopolski i powrót do Poznania. Chciałbym powiedzieć, że bez przygód, ale instruktor miał inne wyobrażenie tego lotu i jeszcze na koniec trzy razy ćwiczyliśmy awarię silnika, co w sumie już nie jest aż takie przerażające, ale ciśnienie podnosi i tak.

No i nic to, lot się zakończył, bezpiecznie wróciliśmy na Ławicę, a ja mam teraz czas na spokojnie przeanalizowanie błędów i wyciągnięcie wniosków na przyszłość. To był niezwykle cenny i pouczający lot, lekcja którą muszę zapamiętać na całe życie, lekcja nie tylko latania ale i pokory.

Wszystkiego dobrego i do następnego.
Adik_s likes this.

Umieść "Lost in space??" do Facebook Umieść "Lost in space??" do Digg Umieść "Lost in space??" do del.icio.us Umieść "Lost in space??" do StumbleUpon Umieść "Lost in space??" do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy