Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

Fantastyczny lotny dzień.

Oceń wpis
przez w dniu 16-01-2020 o 14:07 (2436 Odsłon)
Prawie trzy i pół godziny latania jednego dnia w 4 lotach i tak jak kocham latanie, uwielbiam unosić się na skrzydłach stalowego ptaka w powietrzu, tak wierzcie mi ostatnie dwadzieścia-trzydzieści minut ostatniego lotu marzyłem, żeby wreszcie wywlec swoje szanowne cztery litery z kokpitu i MIGiem, lub może bardziej korporacyjnie ASAP udać się do najbliższego kibla. Fakt jest też taki, że po załatwieniu najpilniejszych życiowych potrzeb życzyłem sobie natychmiastowego powrotu do wnętrza samolotu, ale niestety był już zarezerwowany przez kolejnego adepta tajemnej sztuki pilotażu wraz z jego i przy okazji moim instruktorem.

No dobrze, ale o co chodziło? Jednym z wymogów prawa i programu szkolenia do licencji PPL(A) jest odbycie samotnego lotu nawigacyjnego na odległość co najmniej 150 mil morskich(około 270 km) z pełnym lądowaniem na 2 lotniskach innych niż lotnisko odlotu. Tym razem trasa nie była zaplanowana tak malowniczo jak ostatnio, choć i tak sprawiła niesamowitą frajdę. Teraz zaplanowałem lot z poznańskiej Ławicy najpierw do Świebodzina, następnie Przylep pod Zieloną Górą i tu pierwsze lądowanie, potem Leszno także z lądowaniem, stamtąd do Pleszewa i powrót do Poznania.
Do tej pory planowanie trasy przelotu polegało na wyrysowaniu trasy na mapie, potem reszta obliczeń i w zasadzie gotowe. W obecnym przypadku do przygotowań dorzuciłem jeszcze analizę map googla. Ponieważ nie byłem nigdy samolotem w okolicy, czy też bardziej w Przylepie i Lesznie studiowałem w internecie właśnie widok z góry. Chodziło o to, żeby przypatrzeć się jak są ustawione pasy startowe, jak wygląda okolica, zaznaczyć sobie punkty orientacyjne, miejsca wejścia i wyjścia ze stref lotnisk albo zaplanować podejście do lądowania. Nie mogłem się doczekać bo latania miało być dość sporo i czekało mnie nowe wyzwanie, miałem spróbować czegoś dla mnie nowego i musiałem to ogarnąć sam. Instruktor przed lotem tylko zadawał pytania, a zaplanowałeś, a sprawdziłeś, a doczytałeś, a siku byłeś? Z tym ostatnim nie żartuję . Nauczony opowieściami kolegów i instruktorów, obowiązkowo przed każdym lotem wizyta w WC. Niemniej jednak wyzwania były poważniejsze niż wytrzymanie lotu na jednym pęcherzu, nawigacja nie sprawia problemów, czego dowodem jest choćby ostatni lot malowniczym dorzeczem Warty. Tym razem jednak miałem wlecieć w przestrzenie innych lotnisk, na których mnie jeszcze nie było. Kręciłem się już np. w Pile, ale nie na dwu planowanych teraz lotniskach, nie znam okolicy i ewentualnych niuansów w niej obowiązujących i to powodowało dodatkowy dreszczyk i coś na rodzaj strachu lub stresu, ale takiego pozytywnego, takiego na którego czekasz, który nie paraliżuje tylko mobilizuje powodując jednocześnie doskonałe samopoczucie i radość przed tym co ma nastąpić.

Dobrze więc, to pakuję manele do plecaka, tyłek w auto i jazda na lotnisko. Podobnie jak poprzednim razem, zanim zostałem wypuszczony samopas w Polskę, zrobiliśmy jedną rundę z instruktorem w koło poznańskiej Ławicy. Wszak ostatni lot miałem w ubiegłym roku, czort wie czy pamiętam wszystko co i jak w samolocie, czy może nie zapomniałem czegoś w ferworze zabawy sylwestrowej i wejścia w nowy rok. Ale nie, wszystko w porządku. No to wio .

Po starcie na punkt wylotowy z przestrzeni Ławicy, dalej do Świebodzina prosto jak po sznurku. Planując trasę warto wspomagać się wszelkimi dostępnymi punktami orientacyjnymi, które pozwalają na cieszenie się lotem i podziwianie widoków. Dlatego też lot na Rio Świebodzineiro przebiegał wzdłuż autostrady A2, szeroka i doskonale widoczna wstęga asfaltu/asfaltobetonu *niepotrzebne skreślić, jest doskonałym punktem odniesienia i orientacji w przestrzeni, a widoczne bliżej lub dalej miasta tylko upewniały mnie, że lecę zgodnie ze swoimi założeniami. Dzięki temu mogłem bezkarnie pogapić się na otaczający świat i nacieszyć oczy jedynymi w swoim rodzaju kolorami, ułożonymi w czasem niemal abstrakcyjne kształty na ziemi, zupełnie jakby na wielkiej kartce wyżyło się za pomocą kredek stadko przedszkolaków. Tym sposobem doleciałem do jedynego w swoi rodzaju pomnika Jezusa na wschód od południka zerowego .

W tym miejscu zmiana kierunku i lot do Przylepu. Kierunek nieco na zachód od Zielonej Góry, chciałem ominąć strefę lotniska w Babimoście, nie chciało mi się zmieniać częstotliwości i tłumaczyć com za jeden i czego chcę, choć strefa mogła być nieczynna, ale i tak wolałem ją ominąć, ot dla świętego spokoju. Ten odcinek już nie był tak prosty jak pierwszy, trzeba było się skupić na trzymaniu kierunku i oczami latać to na mapę, to na zewnątrz wypatrując punktów orientacyjnych dodatkowo jeszcze pilnować zegarów w maszynie. Tak wiem, że mogłem lecieć wzdłuż S3, ale wówczas musiałbym wyspowiadać się w Babimoście ze swoich niecnych zamiarów, a poza tym skoro miał to być lot szkolny, to warto się nieco „pomęczyć” z klasyczną nawigacją i kolejny raz przećwiczyć taką właśnie orientacje w przestrzeni. Inna sprawa, że jestem jednym z tych, którym takie latanie także sprawia masę radochy i przyjemności, widoki miałem podczas pierwszego odcinka. Choć i w tym mnóstwo razu na dziobie pojawiał się przysłowiowy „banan” od ucha do ucha, jednak był to inny rodzaj skupienia.
Widzę już ciemną wstęgę wijącą się na ziemi jak wąż przedzierający się przez dżunglę – Odra. To miejsce w którym, czy chce czy nie muszę zmienić częstotliwość na właściwą dla przestrzeni lotniska w Przylepie. Ustawiam odpowiednio radio, ale najpierw meldunek do „Informacji”, że przechodzę na częstotliwość Przylep Radio i po potwierdzeniu jednym kliknięciem na panelu zmieniam ustawienie na właściwe. Chwila wyczekiwania czy ktoś nie prowadzi korespondencji na kanale, ale nie, cisza i spokój, więc przerywam tę ciszę i nadając com za jeden, skąd przybywam i po kiego czorta, czekam na odzew, ale dziś chyba nic się nie dzieje w Przylepie bo nikt nie odpowiada. Ponawiam dla pewności moją korespondencje, ale efekt ten sam, więc wykręcam maszyna tak aby ustawić się do pasa 24. Lotnisko wydaje się jasnozieloną plamą na tle ciemnych drzew zdobiących okolicę, łatwo odnaleźć i ustawić się odpowiednio, zwłaszcza kiedy odrobiło się zadanie domowe i odpowiednio przygotowało się przed lotem. Dzięki temu teraz bez stresu, za to z fantastyczną ekscytacją, w skupieniu ustawiłem się w osi pasa startowego podzielonogórskiego lotniska. Jeszcze trochę, wpatruje się w pas czy na całej jego długości jest czysto i nie ma nikogo, kto na przykład postanowił by akurat teraz skosić trawę. Pas czysty, choć z boku po lewej stronie, ale w bezpiecznej odległości od pasa dostrzegam jakiegoś dostawczaka. Mijam płot lotniska, chwilę potem próg pasa, już prawie, wyrównanie, wytrzymanie, samolot powoli opada i w końcu dotyka trawiastego podłoża drogi startowej i zaczyna spokojnie zwalniać. Teraz dostrzegam, że obok dostawczaka stoją dwie osoby i przyglądają się z zainteresowaniem co to za przerośnięta mucha usiadła na podzielonogórskiej ziemi. Dzień dobry. Chyba nie słyszeli . Dokołowuję do końca pasa startowego, tam nawrotka i przygotowanie do startu, ale najpierw meldunek na radiu, że taki a taki delikwent znajduje się w dalszym ciągu na pasie i nie zawaha się go użyć, do startu rzecz jasna. Tak wiem, że powinienem pod wiatr, ale raz, że wiał lekko, a dwa, że praktycznie z boku, więc w zasadzie nie miało to znaczenia. No dobrze, lądowanie było, zatrzymanie było, pozostało nadanie komunikatu, że przerośnięta stalowa mucha wykonuje start z pasa 06, oczywiście komunikat podałem bez wydurniania się , teraz popycham lekko, acz stanowczo manetkę gazu do przodu. Maszyna zaczyna przyspieszać i wkrótce osiągam prędkość 50 węzłów, lekko ciągnę drążek na siebie, dziób samolotu się unosi do góry. Mijam po drodze dwie postacie z dostawczaka. Do widzenia. Odpowiedzieli? A kto ich tam wie? Samolot uniósł się szybko w powietrze i ekspresowo nabierał wysokości. Po nabraniu odpowiedniej wykręcam na zachód, a po chwili na południe, tak aby Zieloną Górę oblecieć sobie najpierw po zachodniej, a potem po południowej stronie. Miasto wspaniale prezentuje się w okołopołudniowym słońcu wyrastając z powierzchni ziemi niczym kupka klocków lego wyrzucona z pudelka na podłogę przez sześciolatka, z tą różnicą, że w tej „kupce klocków” jest jakiś ład i skład, widać jakąś organizacje tego wszystkiego, mniejszą lub większą, ale jednak. I tak zaliczyłem pierwszy odcinek tego lotu.

Mijam „Zieloną” i lecę dalej na wschód, prosto do Leszna, ale najpierw odmeldowuję się na Przylep Radio, że opuszczam ich strefę i ponownie zgłaszam się na kanale Poznań Informacja. Niedaleko po prawej stronie widać Nową Sól, a zaraz za nią Odra ze swoimi abstrakcyjnymi wywijasami. Następnie lot nad sporą połacią lasów, a po lewej stronie dwa jeziora, jedno małe Tarnowskie, a zaraz zanim sporej wielkości zbiornik wodny – jezioro Sławskie. Tak mijała minuta za minutą, mila za milą, a ja wpatrzony w mapę, świat za oknem i przyrządy pokładowe lecę do kolejnego celu obecnej podróży nad Polską, ciesząc się jak dzieciak z kilograma ulubionych cukierków i podziwiając to co na ziemi i w powietrzu. Dolatując na wysokość Wschowy po jej północnej stronie, zaczynam przygotowania do wlotu w przestrzeń lotniska Leszno-Strzyżewice. Najpierw odmeldowanie na kanale Poznań Informacja, a potem zmiana częstotliwości na Leszno Radio, jednocześnie wklejony w owiewkę kokpitu wypatruję kolejnego punktu orientacyjnego – skrzyżowania trasy S5 z drogą krajową nr.12. Sporej wielkości obiekt inżynieryjny widać już z daleka, super, bo praktycznie zaraz za nim jest pas startowy, na którym chcę lądować. Melduje się na radiu, ale ponownie cisza w eterze, zaczynam wykręcać na prosta do pasa. I tu ciekawostka, pasy startowe Przylepu i Leszna maja takie same oznaczenia 06-24 czyli są niemal równoległe, o tyle jest to w tej sytuacji pomocne, że wiatr jest w dalszym ciągu taki sam i mogę podejść z każdej strony, tak więc żeby uniknąć latania nad miastem tym razem ustawiam się do lądowania na pasie 06. Wykręciłem na prostą i posłałem informacje w eter o mojej pozycji, coby żadna zabłąkana duszyczka nie wlazła pod śmigło, bo zrobiłby się tatar. Wszystko leci tak jak powinno, mijam węzeł drogowy i już po chwili spokojnie, niemal z gracją siadam maszyną na pasie startowym. Fantastyczne uczucie, wspaniały lot w którym poleciałem sobie gdzieś, a nie tylko kółko to tu to tam. Dokołowuję do końca pasa i ustawiam samolot w przeciwnym kierunku jednocześnie informując eter, że za chwile zamierzam sobie wystartować. Teraz dostrzegam kolegę w innym samolocie, który rozpoczyna kołowanie także do startu, od razu jak na zawołanie słyszę jego korespondencję na radiu, tak on też chce dziś polatać. Sprawdzam jeszcze przyrządy i po sprawdzeniu wszystkiego nadaję, że startuję, ponownie dźwignia gazu spokojnie do przodu, maszyna nabiera prędkości, żeby po chwili ponownie wzbić się w przestworza i lecieć zaplanowaną wcześniej trasą. Słyszę kolegę na radiu, wkołował na pas, szykuje się i po chwili także i on jest w powietrzu. Ja wykręciłem na południe i skierowałem się w celach czysto prywatnych do Góry, pokręcić kilka kółek. Jeszcze tylko meldunek o wylocie z przestrzeni Leszna i zameldowanie się na Poznań Informacja o powrocie na ich fale radiowe. Rozpoczyna się ostatni odcinek lotu tego dnia, najdłuższy i w teorii najtrudniejszy, ale tylko w teorii, uważam, że jestem dobrze przygotowany i kolejne mile tylko upewniały mnie, że potrafię czytać mapę, a nawigacja nie stanowi problemu .

Po kilku minutach dolatuję do Góry, gdzie po kolejnych kilku minutach mieszania powietrza obieram kierunek na Pleszew. Sporej długości odcinek z nosem to w mapie, to na szybie wypatrując punktów orientacyjnych, to na przyrządach pokazujących parametry lotu i pracy silnika. Ale to właśnie jest to czego chciałem, o czym marzyłem od dzieciaka, żeby tak umieć, żeby tak właśnie móc sobie polatać, popodziwiać z niesamowitą radością i satysfakcją, żeby móc przeżywać te wszystkie wspaniale emocje, które wypełniają ciało i umysł. Łapię się na tym, że śmieję się na głos, sam do siebie, lecę i się śmieję, ot tak po prostu, bo jestem tu gdzie chciałem być, bo marzenia się spełniają…
A właśnie, marzenia! Ot i kolejne do kolekcji . Nie wiem jak wy, ale ja patrząc w niebo na samoloty przelatujące nad głowami zawsze chciałem i marzyłem o tym, żeby podczas lotu móc przelecieć samolotem przez chmurę. No i masz, udało się, nawet nagrałem filmiki, które wrzuciłem na FB. Coś nieprawdopodobnego i fantastycznego .





Lecę sobie spokojnie ciesząc się przebywaniem ogromem przestworzy, aż w pewnym momencie widzę akurat na trasie przelotu niewielkie pasmo chmur. W okolicy w zasadzie jak się zorientowałem, było raptem kilka puszystych powietrznych baranków i jeden z nich był przede mną, choć nieco wyżej, ale jak na taką chmurę i tak nisko. Przeważnie pułap chmur to około pięć tysięcy stóp, około półtora kilometra, a ta tutaj zlazła niżej jakby czytała mi w myślach i postanowiła spełnić temu wyrośniętemu dzieciakowi za sterami niewielkiego samolotu kolejne z jego pragnień . Nie ma co się zastanawiać, dodaję gazu i zaczynam wznoszenie, nie będzie to trwało długo bo z tysiąca pięciuset stóp musiałem wznieść się na dwa tysiące, tak więc po chwili widzę, że już jestem na takiej wysokości, która pozwoli mi przelecieć przez sam środek chmury, no bosko, lecę do ciebie powietrzny puszku. Widzę jak się zbliża, coraz szybciej i po chwili wpadam w obłok i świat znika niczym w gęstej mgle, ale za następną chwilę chmura ustępuje, przestrzeń się przejaśnia, widać coraz więcej, aż w końcu wraca dokonała widoczność. Lecę dalej i już widzę, że jeszcze jedna tym razem mniejsza chmura jest na mojej drodze. No co nie jak tak. Lecę w nią, w brzuchu żołądek ściśnięty z ekscytacji i ponownie puffff w biały puch, tym razem przelot był krótszy bo i chmura mniejsza, ale wrażenia i tak takie same jak przed chwilą. Co za dzień, co za wspaniały dzień, jeszcze taki prezent od Matki Natury. Żaden Gwiazdor, Św. Mikołaj, Dziadek Mróz, czy co tam u was rozdaje prezenty nie da wam takich emocji, radochy i przeżyć jak właśnie te, które wiążą się z marzeniami.

Fantastycznie !!!
Na horyzoncie już widzę już Pleszew, za to żadnych chmur na moim pułapie, nie zniżam, polecę na dwóch tysiącach stóp. Po dolocie zawracam, ale tym razem postanowiłem pobawić się nawigacją na radiolatarnię. Takie sprytne coś co wysyła odpowiednie fale radiowe, a urządzenie w samolocie je dobiera i pokazuje kierunek do lub od radiolatarni. Ja postanowiłem wybrać tą w Czempiniu, no może pod Czempiniem , ale na trasie mojego przelotu. Oczywiście było to zaplanowane i uzgodnione z instruktorem. Mapę mam jeszcze przy sobie, ale już nie na kolanach tylko na fotelu obok, tak w kwestiach kontrolnych, żeby upewniać się co do pozycji. Włączyłem odpowiedni tryb pracy urządzeń pokładowych, ustawiłem odpowiednią częstotliwość, a na wyświetlaczu przede mną pojawiła się dzielona strzałka. Coś jakby w kresce ze strzałką wyciąć środek i ustawić go równolegle do całej linii z jednej lub z drugiej strony. Zasada oczywiście mów, że ta linie powinny tworzyć całość, jedną ciągłą linię ze strzałką na końcu, wówczas wiemy, że lecimy prosto na radiolatarnię tak jak powinno być. Jeszcze tylko ustawiłem odpowiedni radial, czyli nazwijmy to kierunek na Czempiń i możemy lecieć prosto jak po sznurku, linia się zgadza, jest jedna, to teraz można zająć się ponownie podziwianiem świata . Lecę więc nad polami, drogami, jeziorami, miasteczkami, lasami, łąkami, liniami kolejowymi i diabli wiedzą nad czym jeszcze leciałem przypatrując się otaczającemu światu z zachwytem pięciolatka, który dostrzegł cudowny rowerek na wystawie sklepowej. Znowu się śmieję. Wariat . Zerkam jednak regularnie na wskaźniki, czasem linia przestaje tworzyć ciągłą, wtedy koryguje kierunek i ustawiam się jak w książkach nakazali, zerkam jeszcze na wskaźniki silnika, prędkość i wysokość. Mijam Jarocin, nie sposób się pomylić, sporej wielkości miasto po mojej prawej stronie, rzut oka na mapę dla potwierdzenia, tak układ dróg i linii kolejowych zgadza się, to jest to. Następny będzie Śrem, który już mieni się w oddali nieregularnymi kształtami wyrastającymi z horyzontu, dalej na prawo pokręcona nitka rzeki Warty z łąkami i rozlewiskami, tu jakiś zagajnik, tam kilka domków pośrodku pól, pewnie jakaś wieś. Eh świecie z góry jakiś ty piękny.

Piękny, nie piękny co raz wyraźniej czuję, że mam pęcherz i że zaczyna on upominać się o swoje, nie ma co, jeszcze kawałek został, ale z każdą minutą coraz bardziej potrzeby ludzkie dają znać o sobie.
Przelatując w okolicy Śremu w oddali wyraźnie widać Poznań, żadne inne miasto w okolicy nie jest tak wielkie i wysokie, zabudowania przełamują prostą linię horyzontu ze swoimi miejskimi szarościami i wyższymi budynkami. Za chwilę Czempiń, z niego już prosta droga, wyłączam nawigacje radiową, znam okolicę, wiem jak lecieć, żeby płynie dokręcić śmigło do punktu wlotowego w przestrzeń poznańskiej Ławicy - Whiskey, którym jest Jezioro Niepruszewskie, a jednocześnie ominąć strefę lotniska wojskowego w Poznań-Krzesiny. Chciało by się przeciąć strefę wojskową i wylądować szybciej, bo parcie indywidulanego zbiornika na nieczystości płynne zaczyna być irytujące, ale trzymam się planu, lecę dalej. Jeszcze chwila i jestem nad jeziorem, tu kończę kontakt radiowy z Poznań Informacja i nawiązuje z wieżą na Ławicy. Ustawiam się równolegle do pasa startowego po jego południowej stronie, jestem numerem dwa do lądowania, widać ta informacja dotarła do pęcherza, bo zaczął być wkurzający, przede mną kolega wykonuje kręgi nadlotniskowe, ćwicząc manewr touch nad go, eeeh kiedy to było, a ile frajdy, ale najlepsze przed nim , wiem to z własnego malutkiego, ale jednak, doświadczenia. Nie zmienia to faktu, że są takie momenty w życiu człowieka, w których marzenia marzeniami, widoki widokami, ale wszystkie sprawy odchodzą na plan dalszy i zaczyna się marzenie o WC, Toi Toiu, czy choćby krzakach. Obserwuję jeszcze jak kolega podchodzi do lądowania i przekracza próg pasa, wówczas i ja dostaje zgodę na zajęcie odpowiedniej pozycji, wykręcam więc na prostą i po chwili koła po raz ostatni dla mnie tego dnia dotykają powierzchni ziemi kończąc lot. Dokołowałem na stanowisko postojowe, check lista do ręki, żeby nie pominąć niczego. Wyłączam silnik. Koniec. Do kibla !! Biegiem !!


Wszystkiego dobrego i do następnego.

Umieść "Fantastyczny lotny dzień." do Facebook Umieść "Fantastyczny lotny dzień." do Digg Umieść "Fantastyczny lotny dzień." do del.icio.us Umieść "Fantastyczny lotny dzień." do StumbleUpon Umieść "Fantastyczny lotny dzień." do Google

Updated 12-02-2020 at 20:21 by suter

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar konradeck
    • |
    • permalink
    Super czytanie
    Jedna mała uwaga: touch-and-go
    suter likes this.
  2. Awatar suter
    • |
    • permalink
    Cytat Zamieszczone przez konradeck
    Super czytanie
    Jedna mała uwaga: touch-and-go
    Rzeczywiście, mój błąd już poprawiam.