Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

La, la, laszowanie.

Oceń wpis
przez w dniu 15-05-2020 o 13:57 (442 Odsłon)
Szkuchnia muszę uważniej dobierać słowa i zdania, czasem człek sypnie niewinnym żartem, ale dopiero życie pokazuje jak bardzo potrafi się śmiać. Ostatnio napisałem, że być może jedyny i niepowtarzalny urząd wyrobi się z moim upragnionym papierkiem do gwiazdki. No żebym się nie zdziwił. Przez to całe zamieszanie z koronawirusem wydanie licencji wcale nie było takie oczywiste. Tak mam już dokument w ręku i cieszę się jak dziecko, choć naczekałem się trochę, no dobra tragedii nie było, ale… No właśnie, we wniosku zaznaczyłem, że chciałbym odebrać papier w oddziale terenowym ULC w Poznaniu, a tu niespodzianka, raz że oddziały te w całej Polsce pozamykane do odwołania, a dwa, że z uwagi na pandemię, w pewnym okresie ULC, a przynajmniej departament personelu lotniczego nie pracował, a jak już zaczął to trzeba zasuwać do Warszawy odebrać osobiście. Ogólnie licencję odebrałem „chwilę” przed świętami wielkanocnymi, po około półtora miesiąca od złożenia wniosku. Tak wiem, że mogło być gorzej i w sumie tak jak wspomniałem teraz cieszę się jak dziecko. Mam to! Mogę latać!

Nie tak szybko. Latanie to, nie oszukujmy się drogie hobby, na razie tak właśnie traktuję awiację, nie mam stresu z tym związanego, nic nie muszę, mogę cieszyć się pięknem latania, jego magią i niepowtarzalnością bez zastanawiania się co dalej. Jeśli uda się kiedyś zrobić resztę papierów do pilota liniowego i zarabiać na lataniu to super, będę absolutnie przeszczęśliwy, a jeśli się nie uda, to będę chciał jak najdłużej cieszyć się powietrzem i tyle, tylko tyle i aż tyle . No ale w porządku, tanio nie jest, to trzeba poszukać innej opcji i tu myśli powędrowały na niewielkie, urokliwe, prywatne lotnisko w rejonie MCTR Krzesin. Najem samolotów tam jest tańszy i można także wypożyczyć maszynę czteromiejscową, co być przełoży się przy dobrych wiatrach na tańszą motogodzinę. Oczywiście jeśli plan wypali, jeśli nie to… no smutny będę. Tak czy inaczej telefon do ręki, mail, kontakt. W zasadzie nie ma problemów, ale jest kilka zasad, prostych, jasnych i czytelnych. Między innymi laszowanie. Tajemniczy zwrot językowy to moimi oczami takie jakby doszkolenie na dany samolot. Formalnie mam licencję i tak jak w ruchu samochodowym po zdaniu na kategorie „B” mogę jeździć wszelkimi autami osobowymi do trzy i półtony bez żadnego „ale”, tak w lotnictwie mam w tej chwili uprawnienia na samoloty tłokowe, lądowe, jednosilnikowe, do niespełna sześciu ton i maksymalnie dziesięć dusz na pokładzie. Innymi słowy mogę iść, wypożyczyć samolot i lecieć. No nie tak szybko. O ile w samochodach jak nauczysz się na Fiacie Punto czy na czym tam teraz szkolą i wsiądziesz w dajmy na to Forda Mondeo, to bardzo szybko opanujesz maszynę i za chwilę Ford wiezie Cię gdzie chcesz. Z samolotami jest gorzej. To, że wiem jak latać Tecnamem P2002 i P2008 nie oznacza, że równie bezproblemowo będzie np. w Cessnie C152 / C172. Zwłaszcza, że lądując do tej pory na poznańskiej Ławicy miałem do dyspozycji pas dwa i pół kilometra i pięćdziesiąt metrów szerokości. Żerniki mają pas o długości pięciuset metrów i mimo tego, że lądowałem np. w Jaryszewie, czy Przylepie to wrażenie jest jednak inne i na początku jest mniej komfortowo. I tu pojawia się powód laszowania. Właściciel maszyny chce wynająć Tobie samolot, ale chce mieć pewność, że po Twoim lądowaniu z samolotem będzie wszystko w porządku, a Ty i pasażerowie będziecie cali i zdrowi. Aby się upewnić robi się laszowanie właśnie. Polega to na niczym innym jak pokręceniem się z instruktorem po okolicy i poćwiczeniem tego i owego, żeby poznać maszynę, poczuć jej stery, zobaczyć jak ta konkretna maszyna, czy też typ maszyny zachowuje się w takich czy innych okolicznościach, no i oczywiście przećwiczenie lądowań, tak, żeby koła nie odpadały, skrzydła się nie składały, a ludzi nie trzeba było wyciągać z samolotu przy pomocy nożyc hydraulicznych.

Zatem do roboty, dostałem namiar na instruktora i umówiliśmy się na wspólny lot. Cały podekscytowany spakowałem tyłek w auto i wio na lotnisko. Trochę mnie na sentymenty wzięło w trakcie jazdy, no bo zasiądę za sterami maszyny Cessna C152, która wykształciła chyba setki tysięcy pilotów, jest niemal kultowa, tak ja ją przynajmniej odbieram. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że do tej pory uczyłem się i latałem na maszynach z wyświetlaczami elektronicznymi w kokpicie, a teraz mam zasiąść za „zwykłe” zegary, już nie będzie jednego zintegrowanego ekranu ze wszystkimi informacjami tylko klasyczny lotniczy sześciopak: prędkościomierz, sztuczny horyzont, wysokościomierz, koordynator zakrętu, wariometr i wskaźnik kursu jako osobne wskaźniki. Plus kilka innych także ważnych . Z jednej strony taka trochę obawa i przejęcie tym jak sobie poradzę, czy pójdzie mi dobrze, ale także niesamowity entuzjazm i ożywienie nadchodzącym wyzwaniem, na które nie mogłem się doczekać. Niemal czułem jakby auto unosiło się w powietrzu w czasie jazdy.

Dotarłem na miejsce, pogoda była taka jak lubię, świeciło słońce, ale na niebie rozsiane to tu to tam chmury cumulus humulis, moje ulubione bo zwiastują lot, który nie będzie „nudnym, prostym i przewidywalnym” i tak by nie był - instruktor , ale trzeba się będzie nieco postarać, bo samolot będzie trochę nerwowy, czasem kopnie w tyłek, czasem opadnie kilka stóp, umożliwiając zapoznanie się z fakturą podsufitki przez łepetynę, lub inne tego typu atrakcje. Jeszcze chwila oczekiwania przed hangarem w urokliwym lotniczym zakątku, bo instruktor „wykańczał” jeszcze jednego ucznia, a potem ja na warsztat.

Siedliśmy sobie przed lotem i omówiliśmy najważniejsze kwestie, co, jak, gdzie, kiedy, potem spacer do maszyny, zapoznanie się z instrumentami, obchód przedlotowy no i w końcu dupsko ląduje na fotelu. Fantastycznie analogiczny samolot. Odpaliliśmy maszynę, pokołowaliśmy na pas i za chwilę byliśmy już w powietrzu. W końcu. Nareszcie. Jak ja nie mogłem się tego doczekać. Dźwięk silnika, widoki za oknem, ręce na wolancie. Pięknie. I ten widok na gniazdo Jastrzębi z góry, no bosko, serce radowało się jak szalone, a dziób ozdobił się szczerym, błogim uśmiechem, choć muszę przyznać, że nieco spięty jednak byłem. Dlatego też radocha, radochą, ale koncentracja pełna, jak dam w pióra w tym locie to już sobie polatałem.

Plan zakładał na początek przelot do strefy ćwiczeń, choć jeszcze w granicach strefy kontrolowanej Krzesin i przećwiczenie zakrętów, w tym ostrych. Cessne prowadzi się bardzo dobrze, mimo, że tak jak się spodziewałem nieco szarpało samolotem, ale nie było problemów pilotowaniem, czułem się w miarę pewnie, choć cały czas poznawałem maszynę i starałem się jak najbardziej uważać na to co dookoła mnie i jak reaguje samolot. Tak czy inaczej fantastycznie znów było chwycić stery i poczuć lekkie przeciążenia związane z wprowadzaniem i utrzymaniem maszyny w zakręcie. No i ta kulka w zakrętomierzu, fenomenalna klasyka. Takie surowe latanie, bez elektronicznych bajerów.

Pokręciliśmy kilka kółek w okolicy Kórnika, a następnie polecieliśmy za Miłosław poszaleć trochę bardziej. Tam była zabawa jaką lubię najbardziej. Przeciągnięcia wszelakie, ale jeszcze coś czego do tej pory nie miałem, wyprowadzanie samolotu z dziwnych położeń. W skrócie, instruktor wywija maszyną we wszystkie strony, oczywiście w ramach możliwości stalowego ptaka i w pewnym momencie pada komenda „wyprowadź”. Samolot jest na przykład w nurkowaniu, nos wali się do ziemi, która szybko jak nigdy zbliża się do śmigła i trzeba zdjąć obroty, skorygować ewentualne przechylenie i wyprowadzić do lotu poziomego, wszystko nie za szybko, żeby nie przeciągnąć maszyny, ale też nie ma co się obijać, ziemia panie, ziemia! Albo z drugiej strony, ptaszysko z zadartym dziobem ku niebu i zwalnia, zaraz przepadnie na przykład na skrzydło, być może wlezie toto w korkociąg, albo zwali się na ogon. No to gaz, jeśli potrzeba korekta przechylenia i wyrównanie do lotu poziomego. Samolot wywijał tam i z powrotem, instruktor wydawać by się mogło, nie ma litości dla poczciwej „Czesi”, raz widzisz niebo, po chwili ziemię, ponownie przeciążenie wgniata w fotel i znowu niebo, tym razem w przechyle na prawe skrzydło, to powrót nosa w kierunku ziemi i nie wiedzieć kiedy pada hasło: „wyprowadź”, łapiesz stery i spokojnie, acz stanowczo doprowadzasz maszynę do lotu normalnego po prostej. Ja pi)(*&^%$#@ jaka zabawa!!! . Coś cudownego, tak sobie poszaleć, powywijać na niebie, pokręcić samolotem tam i z powrotem. Zmiany kierunku, wysokości, położenia, horyzont tu, albo tam. Ilość radochy, endorfin, energia jaka w człowieka wówczas wstępuje jest nieprawdopodobna, akumulatory naładowane po korek. Ja chcę jeszcze raz!! I było, w kolejnym locie.

Po tej całej zabawie i fantastycznych emocjach przyszedł czas się nieco spocić. Każdy lot kończy się, a przynajmniej w założeniach powinien, lądowaniem. Dolecieliśmy z powrotem do Żernik z planem wykonania kilku kręgów do lotniska. Wspominałem wcześniej o pogodzie i krótkim pasie? No właśnie, do tego dochodzi moje nieobycie z Czesią i ogólnie brak doświadczenia lotniczego. Efekt był taki, że lądowania nie wyglądały tak jakbym sobie tego życzył, ciężko mi było utrzymać maszynę tak jak bym chciał, a to ciut za wysoko, a to odrobinę za nisko i ciągłe korekty ustawień, a trafić trzeba blisko progu, żeby następnie zmieścić się z wyhamowaniem. Jak nie to na końcu skarpa i kończy się lot na trasie S11 zapewne w naczepie jakiegoś TIRa. No nie pomaga ta świadomość, ale faktem jest, że motywuje do skupienia jak chyba nic innego. Z każdym kręgiem szło odrobine lepiej, ale sam wiedziałem, że ten element jest jeszcze mocno do przećwiczenia z instruktorem. A na briefingu po locie dowiedziałem się, że w następnym locie dodamy sobie jeszcze imitacje lądowania bez silnika. Ooo i to ja lubię, choć przyznam, że mocno pociłem się w tym elemencie na szkoleniu do licencji. Tak czy inaczej emocje gwarantowane, no i zawsze to dodatkowe potrzebne mi doświadczenie i nauka. Nie mogłem się doczekać kolejnego lotu .

Kolejne wywijasy w powietrzu Cessną 152 odbył się w podobnej pogodzie, ale niestety nie wszystkie z zaplanowanych ćwiczeń udało się wykonać. Początek był podobny, polecieliśmy w okolice Kórnika i nad tamtejszymi polami raz jeszcze na początek zakręty, ale potem już tylko „zabawa na 102”. Na początek imitacja lądowania z wyłączonym silnikiem. Plan był taki, że w pewnym momencie tak jak na szkoleniu do licencji nagle instruktor ściągnie obroty do minimum, a ja mam rozejrzeć się za jakimś miejscem, gdzie mógłbym posadzić bezpiecznie maszynę i rozpocząć podejście, a na wysokości około 10 metrów nad ziemią instruktor przejmie na stery i wyprowadzi samolot do góry, gdzie znowu pokręcimy się to tu to tam i ponownie obroty jałowe i zabawa od nowa. I tak też się działo. Nie wiem z jakiej przyczyny, ale według mnie dużo lepiej mi szło teraz wyszukiwanie pół i naprowadzanie do „awaryjnego” lądowania niż na szkoleniu. W zasadzie po pierwszym raczej średnio udanym ćwiczeniu, pozostałe jestem pewien, że zakończyły by się dobrze, choć raz jeden się zdziwiliśmy. Wybrałem fajne szaro-brązowe pole, z góry wyglądało na gładkie, długie i proste i w zasadzie te dwa ostatnie przymiotniki się zgadzały, ale z tą gładkością… Rozpocząłem podejście do pola, zniżam samolot, widzę, że bez problemów dociągniemy toteż ustawiłem kalpy, spokojnie szybujemy do ziemi, dolatujemy i… UPS! To pole wcale takie gładkie nie jest, to szparagi, szczęściem nadlatywaliśmy wzdłuż a nie w poprzek rajek, wysoko usypane kopce w sam raz, żeby zaryć i zaliczyć kapotaż. Uznałem, że najlepszym wyjściem będzie próba nakierowania maszyny pomiędzy kopce, tak żeby koła podwozia głównego dotknęły sąsiadujących rajek, a nie żeby kopiec wziąć pod siebie, C152 jest niskim samolotem. W końcu instruktor wcisnął manetkę gazu i rozpoczęliśmy wznoszenie. Jak powiedziałem mu o swoim planie to powiedział: może i by się udało a może nie, lepiej się nigdy nie dowiedzieć. Święte słowa. Hmmm a może jednak powinienem wziąć kopiec po siebie… Nie, lepiej nie wiedzieć. No i czułem jak po plecach spływa mi kropla potu. No nie powiem, cieszę się jak cholera, że to tylko ćwiczenie i mogliśmy odejść w powietrze, a każdym kolejnym razem uważniej przyglądałem się ziemi i miejscu potencjalnego lądowania.

Po tych wywijasach przyszedł czas na wytracanie wysokości ślizgiem na skrzydło. Fantastyczny manewr, który poznałem na szkoleniu do PPLki, toteż nie było problemu, za to frajda jak najbardziej. Szybkie wytracanie wysokości z nienaturalnie ustawioną maszyną, odchylenie osi samolotu od osi lotu, nos lekko do ziemi, skrzydła: jedno bardziej z przodu, drugie nieco z tyłu. No sama radość . Tu poszło sprawnie, widać dość szybko przekonałem instruktora, że ten element i wyprowadzenie z niego nie stanowi trudności, tak więc ponownie polecieliśmy za Miłosław poszaleć tak jak ostatnio. Te same elementy i ta sama radocha co poprzednim razem, aż nie chciało się wracać, ale w planach były jeszcze kręgi i ćwiczenie lądowań, a bardzo zależało mi na tym, bo uprzednio nie wyszło idealnie.

I tu niestety pojawił się problem. Tego ćwiczenia nie wykonaliśmy tylko tak jak lecieliśmy od razu do lądowania, bez zbędnych ceregieli. Satysfakcja o tyle, że wyszło mi lepiej niż w pierwszym locie. Tak czy inaczej trzeba będzie się spotkać raz jeszcze i dograć kręgi, doćwiczyć, doszkolić, dopieścić na tyle żeby wynajmujący zaufał mi i pozwolił samopas, wykonywać loty. Powód takiego na nie innego stanu rzeczy był prosty i nie podlegający dyskusjom ani negocjacjom. Lotnisko Żerniki znajduje się w strefie kontrolowanej bazy wojskowej poznańskich Krzesin i tu absolutne pierwszeństwo mają stalowe latające drapieżniki, a właśnie szykowały się do odlotu z gniazda na kolejną taką czy inną misję i musieliśmy się dostosować. Dyskusje nie miały by sensu, Jastrzębie dysponują całym mnóstwem „argumentów” z którymi ciężko się nie zgodzić, a to działko pokładowe, a to rakieta… Niestety nie dane mi było zobaczyć ich startu z powietrza, startowały po naszym lądowaniu, mogłem jedynie wysłuchać ukochanego huku kiedy już rozpędzały się do startu na pasie startowym krzesińskiej bazy.

Tak czy inaczej drugi lot także jak najbardziej wartościowy, kolejne doświadczenie zdobyte, kolejne elementy techniki pilotażu przećwiczone, pozostaje tylko czekać na kolejną możliwość pomieszania powietrza żeby móc już rzeczywiście samemu zabrać kogoś na podniebną przejażdżkę.

Ahhh jak dobrze wrócić w powietrze…

Wszystkiego dobrego i do następnego.

Umieść "La, la, laszowanie." do Facebook Umieść "La, la, laszowanie." do Digg Umieść "La, la, laszowanie." do del.icio.us Umieść "La, la, laszowanie." do StumbleUpon Umieść "La, la, laszowanie." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy