Zobacz kanał RSS

suter odleciał :-)

GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu.

Oceń wpis
przez w dniu 09-11-2020 o 10:19 (395 Odsłon)
Zastanawiałem się czy o tym pisać bo w zasadzie można by to nazwać reklamą konkretnego symulatora, do tego zupełnie gratis bo nie mam z tego tytułu żadnych korzyści. Ale zdecydowałem się napisać po to żeby być może kogoś zachęcić do takiej przygody - bo warto . Takich symulatorów nie tylko Boeinga ale także Airbusa w ostatnim czasie nieco w Polsce powstało i być może część zastanawia się czy to dla mnie, jak sobie poradzę, eeee tam może i bym poszedł, ale to tylko dla pilotów itp. Gorąco polecam! Opisze to z perspektywy GearUp w którym byłem, ale jestem przekonany, że podobne, czy wręcz takie same fenomenalne wrażenia znajdziecie w każdym tego typu symulatorze absolutnie najlepszego biura pod słońcem. Zresztą te symulatory pozwalają na super zabawę, w GearUp na pewno, ale też umożliwiają poważny trening i są dla absolutnie każdego, no i GearUp, nie oszukujmy się, ma zaje-miejscówkę.

Do rzeczy. Wykupiłem tylko godzinę co według mnie zdecydowanie o kilkadziesiąt godzin za mało , ale budżet się nie chce spiąć, więc tylko godzina. Niby tylko jeden symulator, niby tylko i wyłącznie Boeinga 737, ale kokpit odwzorowany w najdrobniejszym szczególe, ze wszystkimi przełącznikami, psztyczkami, światełkami, wolantem, orczykiem i innym ustrojstwem, faktycznie można poczuć się jak w prawdziwym samolocie, co więcej ten ma certyfikacje do szkoleń prawdziwych pilotów, więc to już niekoniecznie droga zabawka, a już poważny trenażer. Za każdym razem macie opiekę profesjonalnego instruktora, który wszystko cierpliwie wyjaśni, pokaże i pomoże tak aby wyjść z szerooooookim bananem na twarzy po wszystkim i poprzysiąc sobie, że: ja tu jeszcze wrócę! Tak więc nie ma się czego bać, że sobie nie poradzisz. Poradzisz, poradzisz, a co polatasz to Twoje . Opcji jest tyle ilu jest chętnych, spokojny lot nad morzem – proszszsz, przelot na niskiej wysokości koło Pałacu Kultury i Nauki – nie ma problemu, ciężka harówka z mnóstwem awarii, usterek i w najgorszej pogodzie – mówisz, masz. Ale wcale nie musisz od razu szarpać się na sytuacje awaryjne, z których pewnie i tak nie wyjdziesz, możesz polatać w Dubaju i pocieszyć oczy widokami, wiem że to symulator i obraz nie odda rzeczywistości, ale zapewniam, że jest na tyle dobry, a wrażenia na tyle silne, że to nie przeszkadza. Ja zdecydowałem się „tylko” na kręgi.

Ten element może i wydawać się nudny i prosty, „tylko” start i lądowanie, ale w rzeczywistości to dwie nieodzowne części każdego lotu, przy czym start jest zawsze opcjonalny, lądowanie jest zawsze koniecznością i są to najbardziej skomplikowane komponenty każdej podniebnej przygody, nie mówię tu o sytuacjach ekstremalnych. Mnóstwo rzeczy dzieje się podczas startu i lądowania, do ogarnięcia jest pierdyliard detali od których zależy bezpieczeństwo, a samolot leci jednak szybko, przez to czas ucieka jak opentany i trzeba się spinać. No takie ja miałem wrażenie, ale nie jestem pilotem liniowym, dla którego to normalny świat, jego świat i ogarnia bez problemu, ja mam licencje i latam „tylko przerośniętym mechanicznym komarem” .

Idąc tam miałem założenie doskonale się bawić, nie była to część mojego szkolenia lotniczego, więc i stres w zasadzie nie dawał znać o swoim jestestwie, ale ekscytacja była jak cholera . Pierwszy raz bowiem miałem mieć możliwość liźnięcia dużego samolotu, przyjrzenia się tym wszystkim bibelotom wewnątrz, chwycenia wolantu i zorientowania się z czym to się właściwie je, zwłaszcza, że jak już wspomniałem to nie jest pierwsza lepsza zabawka dla bogatych. Co więcej przy zaznajamianiu się na „dzień dobry” z kokpitem instruktor wyjaśnił mi, że symulator jest tak skalibrowany, że czuć nawet rzeczywiste opory na sterach i że wcale nie musi być lekko, łatwo i przyjemnie. Trochę szkoda oczywiście, że nie jest to symulator zawieszony na siłownikach i nie porusza się niemal jak prawdziwy, ale z drugiej strony wrażenia i tak były na tyle silne, że pewnie spadłbym z fotela, więc może i lepiej że na pierwszy raz w ten sposób . Kolejną uwagą zanim zaczęliśmy latanie było to, że mam wziąć solidną poprawkę na bezwładność samolotu. O ile „maluszki” w stylu Cessny C152, lub Tecnama P2002 reagują na stery natychmiast, to tu maszyna jest dużo większa, ociężała i zasadniczo „jej się nie chce”. Miałem się o tym przekonać już za chwilę i powiem szczerze nie mogłem tego się doczekać.

Jak już wspomniałem poprosiłem o kręgi nadlotniskowe, wybór lotniska – no przecież, że Poznańska Ławica . Żeby nie tracić czasu ustawiliśmy stalowego ptaka od razu na progu drogi startowej. Wszystko gotowe. Wow!! Mega!! Widzisz przed sobą pas startowy, ręce – jedna na wolancie, druga na dźwigniach ciągu, jak na załączonym poniżej obrazku, w tle dźwięk silników… Ekscytacja była doprawdy przeogromna, ahhhh móc tak siedzieć naprawdę w kokpicie jako pełnoprawny liniowiec… Serducho włączyło turbo, czułem jak krew pulsuje w skroniach, adrenalina także postanowiła dołączyć. Uwielbiam to uczucie! No to wio! Najpierw ustawienie na czterdzieści procent mocy startowej, a kiedy silniki tam się ustabilizowały - pełna moc startowa. Coraz szybciej, prędkość rośnie, dochodzimy do V1, obie ręce na wolant – rotate, ciągnę delikatnie do siebie całą kolumnę sterową, maszyna zadziera nos i już po chwili w powietrzu. Cudownie!! Niesamowite uczucie nawet „tylko” w symulatorze. W głowie jedno wielkie – fantastyczne WOW! Coś niesamowitego. Już po chwili byliśmy na wysokości kręgu i tu zaczęła się cała zabawa, weź to utrzymaj na zadanej wysokości, taki przerośnięty komar w stylu awionetki to żaden problem, no teraz, bo początki były nooo ten, tego…. Ale takim cielskiem nie ma lekko, prędkość znacznie większa, nawet delikatne w mojej ocenie ruchy sterownicą powodują natychmiastowe odpadanie lub wznoszenie i wysokość zamiast być stała i nie zmienna wacha się w zdecydowanie zbyt dużym przedziale. Kuffa panie pilot weź się pan w garść i skup, bo latasz jak nawalony gawron!! Heh a to było na prostej, a teraz weź zakręć i nie strać wysokości i prędkości. Ło matko! Tak, teraz wiem co instruktor miał na myśli, kiedy mówił, że stery będą ciężko chodziły. Siłka? Nie trzeba jestem pilotem . Poważnie, jedną ręką trzymałem dźwignie ciągu i starając się delikatnie nimi operować, próbowałem utrzymać rozsądny przedział prędkości bo za pioruna nie mogłem utrzymać tej jednej zadanej, a drugą ręką ciągnąc solidnie wolant usilnie starałem się wykonać poprawny zakręt. No i kiedy chciałem dociągnąć zakręt, zacieśnić go, musiałem się naprawdę nieźle nasiłować. Ciągniesz toto na siebie a kolumna sterownicza jakby chciała Ci powiedzieć: nieeeeee staaaary, po co te neeeerwy, wyluuuzuuj, odpuść, do tego jakby nagle została zespawana z resztą kadłuba. Pięć serii po pięć powtórzeń proszę. No i to zabawa dźwignią ciągu. O ile w awionetkach ustawiasz i masz to tu ma się wrażenie, że ustawiasz ciąg i możesz się zrelaksować, za pięć minut będzie, a że potrzebujesz na już, a kogo to obchodzi . Aha jeśli jeszcze się nie zorientowaliście to latałem na pełnym manualu, żadnych automatycznych pilotów, tylko ja, stery i samolot. Taka „walka” z maszyną powoduje, że mam jeszcze większy szacunek do pracy zawodowców, naprawdę ogarnąć to wszystko porządnie to nie takie figo, fago. Jasne, doświadczenie, wylatanie, automatyzmy później pomagają bardziej cieszyć się lotem i mniej stresować, ale i tak przeogromny podziw, że o zazdrości nie wspomnę .

No ale dobrze, siłowanie siłowaniem, to w końcu udało się zrobić krąg czy nie? Za pierwszym razem na spokojnie, wiatr żaden, pogoda piękna to i lądowanie wyszło. Co oznacza mniej więcej tyle, że udało się trafić w pas, choć do jego osi nieco brakowało, nie mnie jak na pierwszy raz byłem z siebie zadowolony. Ale to było przy bezwietrznej pogodzie. To teraz poprosiłem o wiatr: silny, boczny, z porywami .

Łooooooo maatkoooo!! Podchodziłem trzy razy i za każdym razem jedyne co się udawało osiągnąć to nie rozwalić samolotu o matkę ziemię wykonując manewr go around. No ni cholery nie udawało się mi trafić, czasem już, prawie, no jeszcze kawałek i to albo podmuch mnie ściągnął z osi pasa, albo sam coś pokiełbasiłem i tak czy inaczej podawałem komendę „go around” z jednoczesnym pchnięciem dźwigni ciągu na maksa do przodu i poderwaniem nosa maszyny, też fantastyczna sprawa, ale z drugiej strony plan był wylądować. Byłem na siebie zły, że nie wychodziło, a w głowie cały czas dźwięczała piosenka „You can always go around song” – normalnie story of my flight. Szalg! Ale ja tam wrócę!
Na koniec instruktor się zlitował i ponownie ustawił bezwietrzną pogodę, a także ponieważ nie było już za bardzo czasu to od razu krótkie podejście z prostej. Niby łatwizna, ale i tak dałem w pióra. Ok niby wylądowałem i zapewne dało by się dojechać do terminala, ale nie dość, że do osi brakowało, to jeszcze walnąłem kangura. Może bez dramatu, ale jednak, kangur w spokojnym powietrzu równa się dupa nie pilot. Na awionetkach idzie mi znacznie lepiej, może to przez większą ilość godzin na nich, może też dlatego, że prawdziwy samolot jednak inaczej się zachowuje i tam nie ma opcji restartu, więc MUSZĘ wszystko zrobić poprawnie, żeby nie rozwalić siebie i samolotu. Tak czy inaczej na chwilę obecną – dużym trudniej. Ale ubaw fenomenalny, radocha przeogromna, znowu nieco adrenaliny wpompowane w krwioobieg, zapas endorfin uzupełniony. Mimo, że planu lotu nie udało się wykonać w 100% to plan doskonałej zabawy zdecydowanie na 100%. To była cudownie spędzona godzina, polecam wszystkim.

Wszystkiego dobrego i do następnego.

blogs/suter/attachments/5525-gearup_wpis_zawiera_lokowanie_produktu-gearup.jpg
Machoni, tango fox, Gabec and 4 others like this.

Umieść "GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu." do Facebook Umieść "GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu." do Digg Umieść "GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu." do del.icio.us Umieść "GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu." do StumbleUpon Umieść "GearUp – wpis zawiera lokowanie produktu." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy