Zacznę od mojej standardowej złośliwości, czyli czegoś, za co pani
Agnieszka Glapiak, niegdysiejsza szefowa Centrum Operacyjnego MON dostała „Buzdygana”, czyli strategii informacyjnej resortu obrony narodowej, co do której ja wyrażam się jako czegoś w formie UFO, albo bardzo stealth. Strategia informacyjna resortu obrony narodowej zwłaszcza w kontekście FA-50 po prostu nie istniała. Narracja była tak rozbieżna, tak niespójna i tak chaotyczna, że tak naprawdę konia z rzędem temu, kto wie, czy FA-50 w wersji „zapchajdziura” mają być „prawie F-16” idealnymi do CAS, czy świetnymi do air policing, bo przecież wystarczą tylko aparaty fotograficzne.
To są tylko trzy cytaty z trzech różnych wypowiedzi dotyczących tych maszyn w tej, powiedziałbym, niefortunnej konfiguracji. Niefortunnej dlaczego? A dlatego, że one tak naprawdę są zaawansowanymi maszynami szkolenia lotniczego, ale maszynami bojowymi nie są. I tutaj można wracać do tematu – dlaczego w 2008 roku zdecydowano o wyborze M-346 Master, a nie T-50 Golden Eagle. Decyzja w mojej ocenie wtedy kontrowersyjna i niekoniecznie najbardziej racjonalna, zwłaszcza jeżeli patrzeć po wskaźnikach sprawności maszyn typu M-346 obecnie, no ale mamy, co mamy.
I coś, na co wielokrotnie zwracałem uwagę – gdyby w przekazie resortu obrony narodowej dominowała teza, że polscy piloci mają zbyt mało maszyn zaawansowanego szkolenia i potrzebujemy szybko uzupełnić te możliwości, powiedziałbym: Brawo, dwanaście maszyn w tej konfiguracji, w jakiej zamówiono w Korei, dostarczone naprawdę szybko, jak na standardy przemysłu lotniczego, to świetny krok. Tylko że nam
próbowano sprzedać, za przeproszeniem, kota w worku, bo w narracji resortu obrony narodowej dominowało stwierdzenie, że są to maszyny, które będą uzupełnieniem zdolności bojowych Sił Powietrznych. A jak się okazuje no to tak bardzo uzupełniać tych zdolności bojowych nie potrafią. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o kwestie uzbrojenia powietrze-powietrze, więc do air policing – no jeśli zakładamy, że mają latać tylko z aparatami fotograficznymi – ewentualnie się nadają.
Jeżeli chodzi o misje wsparcia powietrznego no to w realiach współczesnego pola walki uzbrojone w pociski typu AGM-65 Maverick o zasięgu porównywalnym z zasięgiem współczesnych przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych… no, ja nie wiem, czy to jest maszyna idealna do bliskiego wsparcia powietrznego, na pewno nie w konfiguracji obecnej, czyli gap fillera. I można by tak w nieskończoność, ale to nie o to chodzi.
W mojej ocenie największym problemem było to, że po raz kolejny czynnik polityczny
próbował przedstawić kolejny zakup realizowany wyłącznie na potrzeby polityczne, a dokładniej po to, żeby zademonstrować sprawność w pozyskaniu nowego sprzętu wojskowego, który w dodatku zaprezentował się na defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia. Ale podatnicy płacą za coś, co tak naprawdę okazuje się maszyną bardziej szkolną niż bojową. Kwestie uzbrojenia powietrze-powietrze są kluczowe, aczkolwiek oddać należy honor i prawdę, że ograniczoną paletą uzbrojenia powietrze-ziemia te samoloty mogą dysponować dzięki zakupom poczynionym właśnie przy okazji programu F-16.
Modernizacja do standardu Block 20, tudzież PL, w przypadku maszyn pozyskanych obecnie jest, powiedziałbym, raczej w sferze marzeń, choćby z tego powodu, że to nie tylko kwestia sondy do tankowania w powietrzu, ale również istotnych modyfikacji struktury płatowca przewidzianej dla typu Block 20, tudzież PL, choćby po to, żeby pomieścić dodatkowy wewnętrzny zbiornik paliwa. Integracja z pociskami AIM-120 AMRAAM – bez pocisków powietrze-powietrze średniego zasięgu FA-50 będą tak naprawdę raczej maszynami, które powinny unikać bezpośredniego starcia z potencjalnym przeciwnikiem w powietrzu i to nie tylko ja wyrażam tego typu opinię.
Wiele tego typu zakupów miało miejsce pod koniec kadencji byłego ministra obrony narodowej pod hasłem „Nie mamy czasu na planowanie”. No więc właśnie mieliśmy czas na planowanie, tylko z niego nie skorzystaliśmy jak należy.(YouTube, 16.09.2024)
Zakładki