Ciekawy kierunek, a stolica Mauretanii po polsku to Nawakszut![]()
Tak się zawsze składa, że na wiosnę spotykają mnie ciekawe wyjazdy. Już myślałem, że ta wiosna będzie inna ale wyskoczył bardzo pilny wyjazd.
Trasa TAM: Aberdeen - Heathrow - Casablanca - Nouakchott. Postoje to ok 3 godziny. W Aberdeen bagaż nadany tylko do Londynu więc trzy godziny to tak w sam raz. Na to się złożyło czekanie na bagaż (55 min) transfer z T5 do T4 (45 min). Potem 15 min na checkin i drugie tyle na maglowanie czy moja wiza jest ważna. Krótka kontrola bezpieczeństwa i można coś zjeść przed drogą.
Pierwszy odcinek w A320 BA, gdzie był ścisk jak low-cost, natomiast odcinek drugi i trzeci w Royal Air Morocco. Wystrój ciemny ale dosyć wygodnie. Lot do Casablanki w B737 MAX a do Mauretanii starszym już B737-800. Takich podwieszanych monitorków już z 15 lat nie widziałem.
Linie zacne. Pomimo w miarę krótkich lotów (3 godz) dają pojeść i mają tyle miejsca ile szerokokadłubowce. Leciało się wygodnie. W Casablance kontrola bezpieczeństwa, porównanie paszportu z kartą pokładową i czekamy na lot do Mauretanii. Przed bramkami mają fajne miejsca relaksu z leżaczkami, gdzie faktycznie się fajnie odpoczywa.
Ostatni odcinek rozpoczął się o północy a dolecieliśmy o 3. Trzeba było cofnąć zegarki do GMT i się zrobiła druga. Na naszą grupkę kilkunastu osób czekał lokalny pracownik agenta handlowego, zebrał paszporty, książeczki marynarskie (kto nie miał tej ostatniej to musiał wyłożyć 95 euraszków za wizę), po chwili wrócił, przeszliśmy koło budek paszportowych jak te boss’y i po oczekiwaniu a potem prześwietleniu bagaży wyszliśmy na zewnątrz.
Droga do hotelu trwała bardzo długo, ponieważ z okazji reglamentacji paliw samochodowych ruch nocny jest wzbroniony. Co chwile musieliśmy się zatrzymywać na bramkach policyjnych (w mieście to nawet co 200m) i po perturbacjach do łóżka się położyłem o 5 rano.
Na drugi dzień aklimatyzacja:
Na trzeci dzień wyjazd na statek. Wszystkie kontrole zniknęły. Po drodze widoki Nouakchott:
Robota na statku była intensywna. Polegała na rozkładaniu komputerów, podpinaniu tego do kupy, lutowaniu kabli interkomu, instalacji oprogramowania i mnóstwa innych rzeczy. Kilka widoków ze statku:
Tutaj zdjęcie robota podwodnego zwanego ROV:
Kabinka na parę godzin odpoczynku:
Na drugi dzień rano ostatnie poprawki i won ze statku, bo odpływa.
Transport towarów portowych zapewniają jakże miłe w kształtach ciężarówki:
Jeszcze oczekiwanie aż nas straż portowa zwolni - dostaliśmy po pieczątce w paszporcie na wjazd do portu i na wyjazd - czyli doliczając lotnisko to razem cztery.
Kierowca zabrał sobie co nieco z zapasów:
I do hotelu.
W poszukiwaniu smaków wybraliśmy się do restauracji, ale okazało się, że tam ciężko jest z akceptacją kart. Karty przyjmują jedynie duże hotele, a restauracje lokalne - nawet takie „lepsze” kart nie przyjmują.
Skazani byliśmy na menu hotelowe:
Poza tym do spacerów nie zachęcała temperatura:
Uczucie chodzenia po rozgrzanym piekarniku. Nawet nie wiem jak dzieciakom chciało się za nami uganiać żebrząc o pieniądze.
Ale nikt z dorosłych nas nie zaczepiał, jest w miarę bezpiecznie.
Z ciekawostek - na ulicach bardzo mało motocykli, a trójkołowkę Tuk-tuk widziałem tylko raz. Samochody - albo stare mercedesy i podobne z lat 80 (większość) albo nowe autka dla bogaczy. Królują Hilux’y i podobne.
Jednak można było sobie coś wybrać. Kebab i herbatka - pychota.
i to wszystko podziwiając widoki z tarasu na 6 piętrze hotelu.
Na wieczór trzeba się było zbierać do samolotu. Oto lotnisko z zewnątrz:
Czekał mnie lot w Dreamlinerze ErFrancy, ale najpierw wykupienie za jakieś 13 tys Ugiji upgrade do Eco+, które nam się należy na długich lotach jak psu micha.
Sam lot był bardzo specyficzny. Najpierw półtorej godziny do Conakry w Gwinei. Po drodze nie dali nic do jedzenia tylko szklaneczkę soczku. Później półtorej godziny postoju, gdzie czyścili samolot pomiędzy naszymi nogami. Potem dosiedli się pasażerowie do Paryża i wystartowaliśmy. Nie bacząc na to, że to 4 nad ranem dali szamkę. Nie powiem smaczną. Lądowaliśmy na CDG o 10 rano (3 godz opóźnienia operacyjnego) i liczyłem na śniadanie ale się przeliczyłem. Nawet kawy nie dali.
Z moich planów odwiedzenia Paryża nic nie wyszło bo layover się skrócił z 5 godzin do dwóch i po odczekaniu w Customer Service na kartę pokładową (system nie chciał jej wydać bo na polskim paszporcie nie mam ETY do UK, a mój brytyjski paszport nie robił na systemie wrażenia), nadrobieniu śniadania pakowałem się do A220.
Śmieszny samolocik, siedzi się 2-3 i nie ma 13 rzędu:
Lampki oświetlające wyjście awaryjne:
W Manchester następne dwie godziny czekania na turbopropa do Aberdeen.
Podróż powrotna trwała tylko 25 godzin. Ale miło odpocząć w domu.
Ciekawy kierunek, a stolica Mauretanii po polsku to Nawakszut![]()
"Podoba mi się, w jaki sposób Łódź wygląda w dzień, i jak prezentuje się w nocy. Łódź sprawiła, że zacząłem marzyć"
David Lynch
Pod koniec stycznia (jadąc tam) i w lutym ( z powrotem) wielu Europejczyków przejeżdża przez Mauretanię /zwykle z przygodami spotykając władze ;-) / uczestnicząc w chyba największym charytatywnym rajdzie świata starymi autami : Budapest - Bamako. Ostatnio meta jest w Sierra Leone (kwestie bezpieczeństwa w Mali), ale nazwa zostaje.
Jeszcze taka ciekawostka odnośnie kontroli bezpieczeństwa na lotnisku w Nouakchott.
Jest ich trzy!
Jedna - kontrola bagażów przed wejściem do hali lotniska.
Druga - „normalna” kontrola typowa dla strefy Airside.
I trzecia. Tuż przed wyjściem do bramki. Przyleciało kilka osób, wygoniło wszyskich, kazało się ustawić w kolejce i zrobili jeszcze raz dodatkowe trzepanie pasażerów.
Kontrola „druga” - typowa Afryka. Poczułem się jak w scenie kontroli celnej z „Psów Wojny”. Otóż kontroler zręcznie wyłuskał z plecaka moje 3 butelki wody, jedną sobie odpił do połowy a dwoma innym obdzielił kumpli. Na moje WTF! Skierowane do odprowadzającego mnie agenta, który zapewniał, że woda przejdzie, ten coś zagdakał i jedną (nieotwartą) butelkę mi oddano. Agent miał za zadanie pilnować, aby wszystkie odprawy przeszły bezproblemowo i aby nikt się nie dopatrzył żadnego powodu do pobrania następnej nieistniejącej opłaty.
Kilka uwag do AF. Według mnie jakość ich usług na tym locie była poniżej wszelkich standardów. Zwłaszcza wypuszczenie o „suchym i głodnym” pysku w Paryżu przed południem (rozkładowo 8:20). Głupiej kawy w Eco+ nie mogli dać.
Generalnie cały wyjazd był na „wariackich papierach”, ale miło się było wyrwać aby nacieszyć oczy innymi widokami.
Zakładki