VIDEO »   Red Arrows RIAT 2024        GALERIA »   Zapraszamy do umieszczania zdjęć w naszej galerii   

Zobacz kanał RSS

tam gdzie pieprz rośnie...

19 April 2009, 17:37

Ocena: 2 głosów, 5.00 średnio.
przez w dniu 29-10-2009 o 20:05 (1910 Odsłon)
Sobota

Zamiast grzecznie leciec rano z Pune do Hyderabadu dostalem nastepujaca trase:

Pune - Bangalore
Bangalore - Mangalore
Mangalore - Bangalore
Bangalore - Hyderabad

Proste, co? Z calego tego latania na szczegolna uwage zasluguje odcinek Bangalore - Mangalore, a konkretnie podejsce i ladowanie w Mangalore. Opowiesc zaczynamy na 20 mili do VOR MML, na poziomie FL90. GPS i EGPWS oczywiscie juz dawno zdazyly sie zepsuc (musza byc poskladane z indyjskich podzespolow), wiec nawigacje prowadzimy prawie jak za czasow Ernesta K. Ganna. Po strukrotnym upewnieniu sie, ze jestesmy tam, gdzie trzeba decyduje sie dac nura w dol, do 3000 stop. Po prawej stronie, calkiem niedaleko majacza we mgle zarysy gor, z wierzcholkami sporo powyzej nas... Hamujemy sie duzo wczesniej niz zwykle (latanie po gorach z I-wsza predkoscia kosmiczna jest niewskazane). Na 12tej mili trzeba odwinac w prawo i przechwycic 10 milowy DME ARC. Po minieciu odpowiedniego radialu zjezdzamy do 2000 stop i przechwytujemy Localizer, oraz sciezke ILSa. So far - so good, nawet ladnie wyszlo, jak na pierwszy raz... Kontynuujemy podejscie i z mgly wylania sie pas. Jak sie okazuje, lezy on na czubku sporego wzgorza. Tuz przed progiem, po bokach, oraz na koncu przepasc. Dolatujac do urwiska spodziewam sie napotkac uskok wiatru i duszenie - w koncu zawietrzna, rotory itd. itp.. Nagle Bummm, samolot dostaje poteznego kopa w gore i wyskakuje nad sciezke. Dlaczego, k... zawsze musi byc na odwrot?! Niemniej jednak operacje ladowania mozna uznac za udana. Dalsze odcinki juz nie tak emocjonujace. Jedyne co, to z dnia na dzien jest coraz gorecej, a ciezki samolot coraz mniej chce sie wznosic. Wiara w to, ze bedzie w o g o l e chcial latac na 1 silniku wymaga sporego zaufania do inzynierow z Tuluzy i ich obliczen... Naszla mnie refleksja, ze na tym ATRku, to jednak mamy duzo ciezsza robote niz piloci jet'ow - caly czas w burzach, w oblodzeniu i na granicy osiagow. Czesto poza zasiegiem radiostacji i pomocy nawigacyjnych. Z jednym GPSem, ktory raz dziala, a raz nie... W bardziej cywilizowanej Europie jakos tego nie bylo czuc... To smieszne, ale wiekszosc Hindusow ktorych znam, broni sie przed lewym fotelem ATRa wszystkimi konczynami. To nawet dobrze - moze dzieki temu utrzymam prace w kryzysie...

Na dolocie do Hyderabadu mam znowu ostry napad "ignis podex". Postanawiam leciec na Goa. Samolot mam za godzine, wiec nie ma nawet jak pojechac do Hotelu. Torbe nawigatorke zostawiam w Dispatch'u w zamian za cztery "ACM Slip-y", a marynarke powierzam mojemu F/O... Lece JetLite'em przez Bombaj, bo uciekl mi samolot bezposredni. Po czterech odcinkach i 6ciu godzinach w samolocie dolozenie kolejnych dwoch wydaje sie masohizmem, ale to i tak lepsza perspektywa niz spedzenie dwoch bezczynnych dni w Hyderabadzie. Poza tym doszly mnie sluchy, ze firma zamierza w najblizszym czasie ukrocic latanie na krzywy ryj, wiec korzystam poki moge. JetLite, to lowcostowe ramie JetAirways - taki ichni Centralwings. Lot calkiem przyjemny, a stewardessy biegaja w zolto-niebieskich sari, z brzuchami na wierzchu... Po dolocie na Goa wypozyczam auto i kaze sie zawiezc na plaze Arambol - najbardziej wysunieta plaze na polnoc.Odleglosc 70 kilomentrow od lotniska gwarantuje, ze nie bedzie tam tlumow....

Niedziela

Po wyspaniu sie w wynajetym domku ide plazowac - wioska przypomina troche squaty, ale jest przyjemnie wyluzowana. Klientela stanowi mieszanke podstarzalych hippisow, dziwolagow w dredach plci obojga, rastamanow, brzydkich angielek, oraz wszedobylskich ruskich. Na szczescie zadnych wycieczek w stylu "all inclusive". Plaza w miare czysta, turystow ani za duzo, ani za malo. Do tego swiezy seafood w bardzo przystepnych cenach. Na lezaku wytrzymuje 3 godziny, co jest moim zyciowym rekordem. Pozniej postanawiam wyporzyczyc skuter, podstawowy tu srodek transportu, i rozejrzec sie troche po okolicy. W wypozyczalni z glupia frant zagaduje o stojacy obok skuterkow dosc potezny motor. Chce sie tylko potargowac, tak dla sportu i proponuje zaporowo niska cene - 100 rupii (6,5 zlotego). Wlascieciel dlugo mysli i ku mojemu zaskoczeniu sie zgadza. Teraz to juz glupio sie wycofac. Ratunku, co ja k.. zrobie z motorem?! O prawo jazdy nikt nie pyta - w koncu to Indie. Zrobilem kiedys kurs na motor, wiec cos tam pamietam. Po krotkim instruktazu jestem w stanie jakos nad tym zapanowac. Dodatkowym utrudnieniem jest ruch lewostronny - na szczescie nieduzy. Postanawiam wybrac sie na wycieczke na oddalona o pare kilometrow plaze Mandrem. Z dusza na ramieniu jade nie przekraczajac 40 km/h - jakos nawet idzie, w koncu wszystko jest dla ludzi... Plaza Mandrem piekna i prawie pusta - jak z broszurki reklamowej o Hawajach. Spedzam tam z pol godziny i musze wracac. Zbliza sie zachod, a nie chce jezdzic po ciemku. Tu drobna konsternacja. Zostawilem kluczyk w stacyjce (nikt mi nie powiedzial gdzie jest!) i rozladowalem akumulator. Motor nie chce zapalic, w okolo nikogo kto moglby mi pomoc, a do domu pare kilometrow... Ja to sie zawsze w cos w pakuje i to na wlasna prosbe... Po pol godzinie czaszkowania udaje mi sie wreszcie go uruchomic na pych i wrocic w jednym kawalku do Arambol. 100 rupii, a ile wrazen.... :-)

Tyle. Jutro niestety czeka mnie pobudka o 5 rano - o 12tej musze juz byc w Hyderabadzie na dyzurze...
melonpl likes this.

Umieść "19 April 2009, 17:37" do Facebook Umieść "19 April 2009, 17:37" do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy