21 March 2010, 20:51
przez
w dniu 21-03-2010 o 19:50 (3776 Odsłon)
Program dnia w Bangkoku byl tak napiety, ze nie bylo kiedy sie porzadnie wyspac, nie wspominajac juz o pisaniu bloga... I to nawet nie chodzi o symulator, ktorego bylo w sumie 12 godzin w ciagu 4 dni (3 sesje po 4 godziny), tylko o szeroko pojete zajecia kulturalno-oswiatowe :-) Ekipa trafila sie przednia - moj sim-partner, zaprzyjazniony juz wczesniej Szwajcaro-Argantynczyk i hinduski instruktor - chyba najsympatyczniejszy i najlagodniejszy jakiego tu maja... Co do samego latania na symulatorze, to bylo wyjatkowo lajtowo. Wygladalo to mniej wiecej tak: start-nuda-nuda-nuda-usterka-checklista-zawracamy-nuda-nuda-nuda-podejscie-ladowanie. Tak ze dwa razy i pol godziny przerwy na kawe. Potem zmiana foteli, jeszcze ze dwa razy i do domu. Tak na prawde, to bardziej niz instruktor przeszkadzalismy sobie sami - dwoch kapitanow, jeden bardziej przemadrzaly od drugiego, a w dodatku temu co akurat siedzi na prawym fotelu ciagle mylily sie rece (nawet glupie ustawienie fotela jest problemem, bo wajchy nie z tej strony co zwykle). A jak wiadomo - gdzie kucharek szesc, tam cyckow dwanascie... Niemniej jednak latalismy chyba nawet znosnie. Uwag instruktor w zasadzie nie mial zadnych, lecz mimo to debriefingi po kazdej sesji przedluzaly sie do 3-4 nad ranem - w efekcie nie dane mi bylo ani razu skosztowac hotelowego sniadania, ktore ponoc jest bardzo dobre, ale niestety serwowane tylko do 11tej...
Do Bombaju wrocilem w srode ok. poludnia liczac na to, ze wreszcie nadrobie deficyt snu. Nic z tego... Jeszcze tego samego dnia wysali mnie spowrotem na lotnisko celem wyrobienia przepustki, a wieczorem "Rostering" chcial mnie wyslac na pasazera do Delhi, zeby od rana rozpoczac rejsy kontrolne. Moja asertywna postawa jednak poskutkowala - dali mi spokoj i zostawili na noc w BOM. W koncu czlowiek nie wielblad...
Czwartek. Meldowanie o 9:45 na rejs Bombaj-Jodhpur-Delhi. Moj instruktor, to stara, wojskowa szkola (w dodatku Radziecka - latal m.in na TU-142) i juz na samym poczatku rozwiewa wszelkie watpliwosci nt. tego, kto w tej zalodze jest dowodca... No coz, trzeba sie dostosowac - w koncu to tylko dwa odcinki. Na odcinku do JDH zostaje wyznaczony na Pilota Lecacego (PF). Startujemy z pasa 27 i kierujemy sie na polnoc, wzdluz zachodniego wybrzeza Indii. Nad VOR'em Vadodara (QQZ) odbijamy na polnocny wschod w kierunku VOR'a Udaipur (UDP). Poniewaz nie latalem ponad miesiac momentami idzie mi to dosc kwadratowo i generalnie nadazanie za tym, co sie dzieje w kokpicie pochlania wiekszosc mojej uwagi. Dopiero po ok. godzinie lotu mam czas wyjrzec spokojnie za okno i ze zdziwieniem stwierdzam, ze pod nami rozciagaja sie juz pustynie Rajastanu... Po minieciu Udaipuru odbijamy na polnocny zachod w kierunku Jodhpuru i rozpoczynamy znizanie. W uzyciu nieoprzyzadowany pas 05, a wiec podejscie "visual" z wejsciem od razu na "base leg", czyli do trzeciego zakretu. Manewr o tyle trudny, ze najpierw trzeba na tej pustyni odnalezc pas, a pozniej "na oko" wycelowac miejsce zakretu na prosta (nie za blisko nie za daleko) i odpowiednio dostosowac znizanie. Bardzo lubie podejscia z widocznoscia i mam w nich spory trening (robie je kiedy tylko sie da). Z przyzwyczajenia robie krotkie podejscie, ze stabilizacja na 500ft. Wyszlo nawet zgrabnie, ale troche za bardzo "na styk". Zapomnialem ze na "Route Check'u" wypada sie ustabilizowac troche wczesniej, wiec dostaje opierdziel, ze za krotko... Dokolowujemy na stanowisko, wylaczamy i mamy chwile przerwy. Na zewnatrz zar, temperatura to 38 stopni. Jak stwierdzil instruktor "To jeszcze malo, goraco zrobi sie tu dopiero za miesiac...". Po 10 minutach laduje ATR z Delhi, robiacy ta sama trase w przeciwnym kierunku. Jest to dla nas o tyle istotne, ze wymieniamy sie stewardesami. Nasze dziewczyny wracaja z nimi do Bombaju, a my zabieramy ichnie dziewczyny spowrotem do Delhi. Po 20 minutach jestesmy gotowi do uruchomienia, ale mamy opoznienie, bo na lotnisku zrobil sie spory ruch. Po kregu zaczely latac Mig-i 23 i chyba Jaguar'y, do tego Mi-8, laduje transportowy AN-32 i jakis 737, ciezko sie wcisnac w korespondencje. W koncu dostajemy kolowanie do pasa 05. Podczas kolowania droga rownolegla do pasa przed nosem laduje nam Mi-17 szczerzac w naszym kierunku 4 wielkie wyrzutnie rakiet - rozsadek nakazuje zastrzymac sie i go przepuscic... Startujemy. Tym razem pelnie obowiazki Pilota Monitorujacego (PM), co wcale nie jest takie latwe. Odcinek krotki, w Delhi nigdy nie bylem, panuje spory ruch, w dodatku kontroler Zblizania mowi bardzo niewyraznie. Mam klopoty ze zrozumieniem korespondencji, instruktor zreszta tez... Delhi Palam to wielkie lotnisko, z trzema prawie rownoleglymi pasami - 27, 28 i 29 (swoja droga, kto to wymyslil?!). Ladujemy na najbardziej oddalonym od portu pasie 29 i po dlugim i skomplikowanym kolowaniu jestesmy wreszcie na miejscu. Uff... Instruktor, mimo dosc szorstkiego obejscia okazuje sie w porzadku. Wpisuje mi pare drobnych uwag, ale ocene wystawia przyzwoita... Na dzisiaj jednak starczy mi tego latania...
Piatek. Przedpoludnie mam wolne, wiec wreszcie sie udaje mi sie nadrobic zaleglosci w spaniu. Po poludniu mam rejs do Vadodary (wymawianej przez miejscowych "Baroda"), w tym samym skladzie zalogi, co wczoraj. Znowu mam byc PF na pierwszym odcinku. Postanawiam uwzglednic wszystkie wczorajsze uwagi i wogole byc "by the book" - jak bawimy sie w wojsko, to na calego... Melduje sie odpowiednio wczesniej, wypelniam cala dokumentacje co do przecinka, przed odkolowaniem robie dluugi, wzorowy briefing. Jestem niczym Chodzacy Regulamin, Capt. Perfect normalnie... Startujemy i juz przy pierwszym zakrecie caly porzadek sypie sie w drzazgi... Okazuje sie, ze ustawilem SID'a nie z tego pasa, co trzeba, a przy tych wszystkich briefingach, check-listach itd. zabraklo czasu nam czasu na rzecz podstawowa - sprawdzenie "NAV Setting'u". Kur@@$#, ale wtopa!... Po krotkim zamieszaniu udaje nam w koncu odleciec w ta strone, co trzeba, ale atmosfera w kokpicie jest ciezka... Gorzej bylo chyba tylko pare lat temu, kiedy to jako f/o na "Mewie" zle zamknalem drzwi wejsciowe, ktore pozniej otworzyly sie przy starcie (zapytajcie RobCopter'a). No ale nic, najwazniejsze to sie pozbierac do kupy i leciec dalej. Instruktor niezbyt zachwycony moim wyczynem postanawia isc za ciosem i na wysokosci przelotowej serwuje mi gruntowna odpytke z Instrukcji Operacyjnej i Instrukcji Uzytkowania ATR-a. Na szczescie na wszystkie pytania udaje mi sie odpowiedziec bezblednie i chyba uznaje, ze nie jestem jednak kompletnym debilem. Klimat troche sie ociepla... W Vadodarze ladowanie na pasie 23, z prostej. Znowu troche nerwowo w kokpicie, bo ATC dosc dlugo trzyma nas wysoko. Trzeba gonic sciezke z gory, wieje tylny wiatr i samolot nie chce sie hamowac... W koncu jednak na 1000ft jestesmy juz w pelni ustabilizowani i nawet udaje mi sie nie skopac ladowania... Lot powrotny w zasadzie juz bez komplikacji - wiem juz co i jak, znam troche lotnisko w Delhi. Gdyby nie ten strzal z SID'em, to bylbym nawet z siebie zadowolony...
Sobota. Od samego rana klopoty natury organizcyjnej. Moja komorka z jakichs powodow zostala zablokowana, z hotelu mozna dzwonic tylko lokalnie, z Rosteringiem moge porozumiec sie tylko za pomoca Skype'a, a lacze Internetowe mam fatalne i nie idzie sie dogadac. W koncu zrozumialem, ze mam leciec wczesnym popoludniem do Amritsaru, na moj ostatni rejs kontrolny. Ale co dalej - nie wiadomo. Nie wiem czy mam po rejsie zostac w Delhi, wrocic do Bombaju, czy jeszcze gdzie indziej... Kolejny problem to transport na lotnisko. O wyznaczonej godzinie okazuje sie, ze mojego kierowcy nie ma, bo ktos komus zapomnial przekazac. Na szczescie po jakims czasie pod hotelem pojawia sie inne firmowe auto przeznaczone dla innego kapitana. W tym hotelu jednak zaden taki kapitan nie mieszka, wiec bez chwili namyslu rekwiruje auto. Kierowca z pewnymi oporami godzi sie zawiezc mnie na lotnisko, udaje mi sie dotrzec na czas... Tym razem lece z innym instruktorem i jest duzo wiecej luzu... Lot do Amritsaru spokojny, ale trzeba sie bardzo pilnowac. Amritsar lezy przy samej granicy z Pakistanem, pozostajacym w niezbyt przyjacielskich stosunkach z Indiami. Nasz samolot jest obserwowany przez wojskowe radary i jakiekolwiek zboczenie z trasy moze sie skonczyc przechwyceniem przez mysliwce. Wedlug instruktora przekroczenie granicy=zestrzelenie. Wole nie sprawdzac, wiec nawigacje prowadze wyjatkowo starannie. Prowadzenie korespondencji to juz prawdziwa ekwilibrystyka - musimy utrzymywac jednoczesnie lacznosc z "Delhi Radar", "Amritsar Tower" i "Alpha Control", czyli kontrola wojskowa. Nie ulatwia sprawy fakt, ze mamy tylko dwa radia, a o tym, ktory z tych osrodkow jest wazniejszy, to juz wogole nie mam zielonego pojecia. Rozsadek sugeruje jednak szczegolnie skrupulatnie stosowac sie do polecen "Alphy", zwlaszcza ze na TCASie widac latajace nieopodal mysliwce... W Amritsarze robie podejscie VORDME na pas 34. Znow krotka przerwa i powrot do DEL. W strone powrotna Instruktor wspanialomyslnie oferuje, ze odda mi swoj odcinek - moge znowu byc Pilotem Lecacym. Nie wiem, czy to z dobrego serca, czy po prostu boi sie ze namieszam mu cos na radiu, ale nie wypada odmowic. Przy briefingu zostaje pouczony, ze po starcie z pasa 34 POD ZADNYM POZOREM nie wolno mi skrecac w lewo - bo tam jest Pakistan - Krolestwo Ciemnosci, Kraina Mordor... Zakrecamy wiec w prawo i przechwytujemy jakis dziwny radial o 90 stopni od naszej trasy, bo nad lotniskiem procedure podejscia kreci IL-76 z Uzbekistanu. Dzieki temu moge sobie z gory obejrzec slynna "Zlota Swiatynie" w Amritsarze. Po minieciu z IL-em dostajemy kurs w strone domu, po godzinie z kawalkiem ladujemy w Delhi. Tym razem specjalnych uwag do mnie nie ma, a instruktow w moim formularzu lotu kontrolnego wpisuje "above average". No niech mu bedzie... Po ladowaniu w DEL ponownie probuje sie skontaktowac z Rosteringiem, bo nie wiem czy mam zostac, czy wracac do Bombaju, czy moze leciec jeszcze gdzie indziej. Nie udaje mi sie skontaktowac. Postanawiam wiec, ze najlogiczniej bedzie wrocic pierwszym samolotem do BOM. Tek tez robie, dochodzac do wniosku, ze jesli Rostering bedzie cos ode mnie chcial, to bedzie szukal mnie w hotelu...
Niedziela. Poniewaz ze strony Rosteringu ciagle podejrzana cisza, podejmuje z rana kolejna probe dodzwonienia sie, tym razem skuteczna:
- Captain, od wczoraj cie szukamy. Twoja komorka nie dziala. Jestes w Hyderabadzie?"
- Wiem, ze nie dziala, przeciez was o tym informowalem. Jestem w BOM. Niby dlaczego mialbym byc w Hydreabadzie?
- Bo zaplanowalismy Ci na dzisiaj rejsy z HYD...
- #$@#Q$@!!!...
Jednym slowem, Czeski film...
cdn.











