Man of the Night Watch...
przez
w dniu 08-04-2016 o 12:16 (5695 Odsłon)
No dobra. Poszukiwanie dalszego sensu życia to jedno, a robota to drugie. Sama się nie zrobi, na wczasach tu nie jestem...
Pierwszy samodzielny lot do Hong-Kongu jakoś przeszedł. Co prawda dałem się zaskoczyć na podejściu - 330 to jednak niezły szybowiec, do tego jeszcze doszedł tylny wiatr na "bejsie" i trzeba było się ratować hamulcami i podwoziem, żeby się ustabilizować. Ale poza tym git, wszyscy przezyli...
Moja druga szychta, to całonocny lot do Brisbane. Pomny bolesnych doświadczeń z poprzedniego Sydney postanawiam się przygotować do przeżycia nocki jak najlepiej umiem - cały dzień z premedytacją nie robię nic pożytecznego, poza pójściem na siłownię. To jedna z nielicznych rozrywek dostępnych tu u mnie na lotnisku (nawet trochę przypakowałem przez te kilka miesięcy - ale spoko, szyję jeszcze mam...). Pózniej po południu nawet udaje mi się uciąć drzemkę...
Punkt 22 stawiam się we "fabryce". Dzisiejszej nocy przypadła mi rola "relief pilota", czyli nie jestem dowódcą załogi, a jedynie będę "cieciował" w szoferce na przelocie, gdy któryś z pozostałych pilotów pójdzie spać. Splendor wątpliwy, ale ma to swoje plusy - nie muszę robić briefingu, nic nie podpisuje, a papiery interesują mnie o tyle, o ile... Podczas przygotowania kokpitu idę sobie na długiego walk-around'a. Jak turysta...
Start spędzam na jumpseacie, jako dodatkowa para oczu w kokpicie. Na szczęście ten w A330 jest wygodniejszy niż w A320, o EMB145 nie wspominając. To dopiero było narzędzie tortur!
Krótko po minięciu FL100 idę na swój wypoczynek. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia. Biznes jest pełny, wiec mamy do dyspozycji tylko jeden fotel na trzech. System "ciepłej koi", jak w niemieckim U-Boocie. Pora stosunkowo wczesna, wiec spać się nie chce, stewardesy robią serwis, pasażerowie chodzą, a nad głową płacze małe dziecko. Ugh, ile ja bym dał za przedział wypoczynkowy z prawdziwego zdarzenia (jak np. mają w LOTowskim Dreamlinerze). Gdy w końcu jednak udaje się mi zasnąć, to za chwilę przychodzi stewardesa i mnie budzi. Nie wiem ile spałem i wolę nie wiedzieć. W każdym bądź razie trzeba wracać do pracy.
Siadam na lewy fotel, kapitan idzie do tylu na odpoczynek. Druga tura spania, to ta niby najlepsza i dostaje ją ten, który będzie lądował. Chociaż w sumie jeden pies - "z g...na bata nie ukręcisz..."![]()
Jest środek nocy, wiec generalnie cisza i spokój nad Pacyfikiem. Mamy tylko trochę złośliwej turbulencji. Gdy tylko włączam sygnalizację "zapiąć pasy", przestaje trząść. Gdy ją tylko wyłączam - zaczyna znowu. Rozważamy zmianę wysokości, ale musielibyśmy zniżyć się jakieś 4-6 poziomów poniżej "optimum level" (czyli tego, na którym spalamy najmniej "na setkę"), a to na tym etapie lotu zjadłoby nasze rezerwy paliwa. Nic, musimy wytrzymać, zresztą dzisiejszej nocy turbulencja nie jest niebezpieczna, a jedynie upierdliwa...
Krótko po minięciu równika wchodzimy w ITCZ (Intertropical Convergence Zone) - kilkusetkilometrowej szerokości pasmo burz, otaczające całą ziemię dookoła. Wprawdzie jest wczesny ranek, wiec burze nie są jeszcze zbyt wybudowane, ale i tak są zdradliwe. Nie widać ich za dobrze z daleka na radarze, a pózniej nagle natrafiamy na ścianę cumulonimbusów, która trudno w ostatniej chwili ominąć. W końcu udaje nam się znaleźć odpowiednią przerwę, ale musimy zrobić sporą zmianę kursu. O rekomendowanej odległości 20 mil od aktywnych Cb możemy zapomnieć... Burze w ITCZ były jedną z przyczyn katastrofy AF447. Obstawiam, ze kupili się właśnie w ten sposób - nadziali się na Cb-ka, którego wcześniej nie widzieli...
ITCZ na szczęście jest dość wąskie. Po niespełna pół godzinie jesteśmy już po drugiej stronie. Przychodzi kapitan po swoim wypoczynku. Też nie pospał... F/O idzie na swoją przerwę, a ja siadam teraz na prawy fotel i biorę radio. Po wlocie w przestrzeń Australii nie możemy się dowołać "Brisbane Radio" na radiostacji HF, są duże zakłócenia na wszystkich częstotliwościach. Dopiero po jakimś czasie Brisbane łapie nas przez CPDLC (czyli łącze danych - takie samolotowe sms-y), pózniej już bezproblemowo dogadujemy się na VHFce. Następne dwie godziny mijają szybko. Kapitan jest gaduła i interesuje się historią Drugiej Wojny Światowej i ma dużo pytań o Polskę. Muszę mu tylko tłumaczyć, ze za holocaust odpowiedzialni są Niemcy, a nie Polacy...
Przed lądowaniem na prawym fotelu zmienia mnie F/O, a ja wracam na swój jumpseat. Tyle sobie dzisiaj polatałem...Podczas zniżania nie mam za dużo zajęć poza patrzeniem kolegom na ręce. Muszę wiec ostro walczyć, żeby nie zasnąć "na popielniczkę", bo oczy się same zamykają. Zwłaszcza że, jak już pisałem, jumpseat jest dość wygodny, co tylko utrudnia moją walkę...
Po trzech dniach w Brisbane pora wracać do domu. Moja załoga zostaje zrobić Nową Zelandię, z mnie dołączaja do kolejnej. Za 2 godziny wyruszam w drogę powrotną. Szykuje się kolejna długa noc w "Nocnej Straży"...![]()










