HNL cz. 1
przez
w dniu 17-05-2016 o 11:49 (5495 Odsłon)
Wyjazd do Polski na "doładowanie akumulatorów" się udał. Normalnie należy mi się 8 dni wolnego pod rząd w miesiącu, ale można zrobić sobie tzw. "back to back", czyli kumulację. 8 dni pod koniec jednego miesiąca i 8 dni na początku następnego. Jak by nie liczyć, wychodzi razem 16... Tyle czasu w domu, to nie spędziłem od pół roku...
Dzięki temu udało się zrealizować całkiem napięty plan - obskoczyć długi weekend z dzieciakami (BTW, gdyby ktoś rozważał rejony Mierzei Wiślanej, gorąco polecam!) poodwiedzać całą rodzinę, spotkać się z przyjaciółmi (niestety nie z wszystkimi - sorry Hawky!), a nawet zażyć trochę witaminy "G" - czyt. machnąć kilka lotów na akrobacyjnej Extrze-300.
Siniaki od pasów na biodrach od ujemnych przeciążeń i bóle w lędźwiach od dodatnich oznaczają, że sezon akrobacyjny 2016 można uznać za otwarty... A to ja i moja Radomska Bestia... (fot. Paweł Kruk)
Tak doładowany wróciłem z przyjemnością do roboty - chociaż sam moment wyjazdu, to raczej smutna chwila, szczególnie pożegnanie z dzieciakami...
Na początek dostałem trochę regionalnej "drobnicy" - lot do Kansai, czyli Osaki, pózniej Manilę i Hong-Kong. Nawet mi to pasowało, bo mogłem sobie trochę polądować po przerwie. Loty spoko, tylko po dwóch tygodniach pobytu w domu jet-lag był bezlitosny. Przed poranną Manilą zdołałem pospać raptem godzinę z hakiem. Ot, takie przyjemności szwendania się po świecie... Zresztą wogóle podstawowa różnica między lataniem turystycznym, a zawodowym jest taka, że przed tym pierwszym jesteś na ogół wypoczęty, a przed tym drugim co najwyżej "wystarczajaco wypoczęty"...
Po tej "shorthaul'owej" rozgrzewce przyszła pora na dalszą wycieczkę - tym razem na Hawaje. Tam mnie jeszcze nie było...
Loty do Honolulu są dwa. Jeden bezpośredni, z tygodniowym pobytem, a drugi z międzylądowaniem w Tokio-Naricie i tylko 24-godzinnym pobytem w HNL. Jak można się domyślić, ten pierwszy jest ulubionym rejsem wszystkich "grubych ryb" we flocie. Instruktorów, managerów itp. itd. Krótko mówiąc, nie dla psa kiełbasa. Z moim numerem na liście starszeństwa (chyba przedostatni w dziale), to się mogę tylko oblizać...
Dostałem więc ten krotki pobyt. Ponieważ jest on z międzylądowaniem, to poszczególne odcinki są krótkie i wystarczy na nie dwóch pilotów. Wyjątkiem jest powrót z HNL do NRT, bo wraca się pod wiatr i wychodzi dłużej (a na Pacyfiku w tych szerokościach geograficznych na ogół pi...dzi jak w Kieleckiem). Na ten odcinek potrzeba trzech - ja, to ten trzeci...
W tamtą stronę lecę wiec na pasażera. Na pracująco mam zrobić powrót z HNL do NRT, a z NRT do domu znów na pax'a. Trochę jestem niepocieszony, bo to 3 dni w plecy, a tylko 8 godzin nalotu - i to w dodatku znowu jako "relief". Wychodzi jednak nienajgorzej. Biznes jest wygodny. Pojadłem, poczytałem, pospałem (jeszcze jakby se człowiek mógł dziabnąć drinka...). W dodatku drugi kapitan się zlitował i obiecał oddać mi odcinek z HNL do Narity. Wracać będę więc jako dowódca - i to za dnia, nie po nocy. Lux-Torpeda!
Przy okazji zabijania czasu w locie na paxa do HNL bawiłem się trochę naszym programem do nawigacji na służbowym iPadzie i odkryłem fascynujący fakt. Otóż lot z Polski na Hawaje wypadłby idealnie przez biegun północny i wyszłoby 6400Nm z hakiem - akurat na granicy zasięgu A330-200 z jakim-takim ładunkiem. Jakby ktoś z was chciał otworzyć takie połączenie, to polecam swoje usługi. Nad Biegunem Północnym jeszcze nie latałem, a bardzo bym chciał...
iPad, to w ogóle moje nieodzowne narzędzie pracy i rozrywki. To mój "Electronic Flight Bag" - mam tam mapy trasowe, karty podejścia, wszystkie instrukcje, program liczący osiągi do startu i do lądowania - wszystko to kiedyś zajmowało całą walizkę-nawigatorkę. iPad nadaje się do tego celu idealnie. Ale nie tylko do tego. Przed samym odlotem z TPE, będąc w już gejcie ściągnąłem sobie książkę Ferdynanda Ossendowskiego, o uciecze z Syberii w czasie Rewolucji Październikowej. Kurde, to był prawdziwy hardkorowiec. Przygody niemal jak z "Władcy Pierścieni", tylko że to się działo naprawdę. Warto przeczytać, jakby komu wpadło w łapki...
Na lądowanie w Honolulu idę do kokpitu, żeby zapoznać się z lotniskiem. Kapitan okazuje się być zorientowany w okolicy i robi mi cały wykład. Tu wyspa Oahu, tam Molokai, tu widać wulkan taki-a-taki, tam kanion imienia tego-a-tego...
Lądujemy z prostej na pasie 08L. Ruch spory. Przed nami na prostej wojskowy C-17, na plecach siedzi nam japoński B-767. Kontrolerka każe nam trzymać prędkość 180 KT do 5 mili. Gdybym to ja był pilotem lecącym, powiedziałbym jej żeby sama sobie trzymała. To trochę późno, żeby się wyhamować do końcowej prędkości podejścia i być ustabilizowanym na 1000ft - a za brak stabilizacji firma robi przysłowiowe "kręcenie worka".Jakoś się jednak udaje - na styk.
Widoki na podejściu super. Po lewej widać Pearl Harbor, po prawej jakieś lotnisko wojskowe z Herculesami Coast Guard'u i plażę. Przed progiem pasa mijamy płytę Air National Guard, na której stoją sobie w rządku F-22. Kurde, latać "Raptorem" i mieć bazę na Hawajach - czy może być coś bardziej "cool"?Chyba tylko latanie promem kosmicznym...
Do hotelu docieramy ok. 10 rano czasu lokalnego. Najchętniej to bym walnął sie spać, ale to by mi zupełnie rozwaliło wypoczynek przed porannym lotem następnego dnia - tym bardziej, że mam "powozić". Nie pozostaje więc nic innego, niż walnąć kolejną kawę i uderzyć na zwiedzanie Waikiki...
Cdn.













