Wakacje Marzeń? Powrót
przez
w dniu 15-09-2014 o 15:16 (2282 Odsłon)
Planowanie powrotu zaczęło się jeszcze w Polsce, bo przecież najłatwiej było przecież wracać przez całe Włochy, Austrię i Słowację, tak jak robiliśmy to sezon lub 2 temu. Jednak co to za przyjemność widzieć po raz enty te same drogi lub zgubić się ponownie we Włoszech z braku dostatecznych oznaczeń. Wakacje marzeń to wakacje marzeń musi być niepowtarzalnie. Pierwsze z czym trzeba się zmierzyć to 2 dni na jazdę, więc na drugi dzień, kiedy człowiek jest jeszcze bardziej zmęczony lub nie do końca zregenerowany musi być to trasa po której łatwo się jedzie. Jest tylko jeden taki kraj: Niemcy. Nieocenioną pomoc przy planowaniu jak zwykle zapewnił program Map 24 na interii. Może zabrzmi to jak reklama ale naprawdę, aby poznać liczbę kilometrów od danego punktu przez jakiś do innego , doskonale się ta strona sprawdza. Mając już kilometry, z moim doświadczeniem mogę z grubsza określić ile czasu zajmie mi droga, a więc i to także kiedy trzeba wstać, aby za późno nie dojechać.
Wróćmy jednak do drogi, w pierwszej wersji chciałem zobaczyć tunel pod MT Blanc, ale nie był to priorytet oraz przejechać się autostradą we Francji, równoległą do autostrady słońca czyli do trasy Paryż, Lyon, Marsylia. Ilość kilometrów i wersji trasy było tak dużo, że nie mogłem się zdecydować. Pomogły ostatnie doświadczenia z opłatami autostradowymi we Francji. Do Alp dojedziemy Włochami, opłaty wydawały się podobne, a i część drogi miałem już obcykaną. Niestety plany planami a życie, życiem, spakowaliśmy się dopiero około 9:30, więc trzeba było opracować jakiś krótszy wariant, rzut na mapę i już wiem CUNEO. Z tym miastem związana jest jeszcze inna historia. Jak ktoś czytał kiedyś książki ALISTAIRA MACLEAN (wiem, wiem, że to było dawno temu) Ten na pewno pamięta: „ Jedynym wyjściem jest Śmierć” nie dość że dotyczy Światka F1, to jest tam scena gdy główny bohater odsunięty od wyścigów prowadzi ciężarówkę serwisową drogą do Cuneo przez przełęcz COL de TENDE. Minęło kilkanaście lat i miałem możliwość na własne oczy zobaczyć drogę z ulubionej Powieści, no i jak tu nie skorzystać.
Podróż zaczynamy od hotelu drogą do wjazdy na autostradę, drogą przy której znajduje się wielki kompleks Handlowy z hipermarketem o (o dziwo) francuskiej nazwie, ale znajduje się tu także jedna z tańszych stacji benzynowych (druga jest przy Intermarche w villeneuwe- loubet). Wjazd na autostradę prościutki ale ruch spory, wszystko szło w miarę sprawnie do pierwszej bramki. Awaria automatu do identyfikacji bilonu akurat wtedy kiedy byliśmy przy bramce i nie minęło 5 sekund a już słychać klaksony i tak dalej. Było sobie wybudować żabojady bramki przy zjazdach to byście nie musieli czekać i trąbić. Wyprzedzając trochę wydarzenia okazało się że nie cała Francja to bramki, ale o tym później. Dopóki mieliśmy monety to bramki to pryszcz 5-8 samochodów to tylko kilka minut oczekiwania.
Francja umyka powoli, kilka tuneli i już mamy Włochy, a tam niespodzianka kilka dosłownie kilometrów i bramka i to w kierunku zjazdu z autostrady więc po co bilecik? Zaraz za ślimakiem zjazdowym wyjaśniło się: 2,5 ojro poproszę (po włosku) i można jechać dalej drogą SR 20. Nie jest może porywająca jeśli chodzi o krajobrazy wszak to ujście rzeki, który dla uproszczenia dla dzieci nazwałem RURĄ, ale przed nami już rozciągają się coraz wyższe góry jest nawet też tunel a to już ciekawa zapowiedź. Po kilku kilometrach droga zmienia właściciela i staje się E74 lub jak kto woli D6204. Ja przyzwyczajony do nazw z E jako dróg głównych (tak było kiedyś w Polsce) jestem trochę rozczarowany i szerokością i stanem nawierzchni. Nie ma co opowiadać o widokach te same się opowiedzą na zdjęciach, w każdym bądź razie droga wije się przepięknie, ale przez to nie da się wyprzedzać przynajmniej ciężarówek. Zrobił to tylko jeden właściciel Clio Sport, ale nie wiem po co. bo okazało się że i tak czekał przed wjazdem do tunelu i pojechał zaledwie o 2 samochody wcześniej niż my. Okazało się także, że sir Alistera trochę w powieści poniosło, bo Col de Tende przejeżdża się tunelem o długości ponad 7 kilometrów, a nie zawijasami. Za to po wyjeździe z tuneli i kilku agrafkach pojawia się miejscowość Limone Piemonte bardzo ładnie wyglądająca i jeszcze bardziej malowniczo położona. Okolica zdaje się, że nazywa się tak jak część miejscowości czyli Piemont i jest bardzo ale to bardzo malownicza jakbym wybierał się na narty do Włoch, mocno by się zastanawiał czy nie nadłożyć kilka kilometrów i zakotwiczyć właśnie tu. Za miejscowością jest już i szeroka i przede wszystkim szybsza SS20. Jeszcze tylko pokluczyć po milionie rond w okolicy Cuneo i już autostrada.
Kawałek A33 doprowadza nas do głównego szlaku czyli autostrady z Savony do Turynu. Po krótkim namyśle odnośnie rozwijanej prędkości, postanawiam cisną gaz, wszak mamy jeszcze mnóstwo kilometrów do przejechania, a opowieści o włoskich policjantach wydają się prawdziwe: albo ich nie albo nie przeszkadzają jak ktoś się śpieszy. W następnej kolejności upojony ledwo zdobytą wiedzą odnajduje bez problemu obwodnicę Turynu czyli tzw. Tangenciale, następnie przedzieram się przez korki do 3-ciego zjazdu w lewo i gaz do Aosty. Mam nieodparte wrażenie że tak mi się spieszyło iż żaden z jadących samochodów mnie nie wyprzedził, nawet srebrny Jaguar. Okolica jest niezwykle malownicza, zameczki na wystających skałach, posiadłości na zboczach stromych gór, małe wodospady a nawet kolejka linowa przechodząca nad autostradą. Nie, to jest nie do opisania, nawet zdjęcia są w sprawie widoków tylko wybiórcze. Z każdym przejechanym kilometrem zaczynam dziękować temu mojemu zmysłowi, który kazał mi tędy jechać. Kto tą drogą jechał ten zrozumie.
Szczyt MT Blanc było już widać od jakiegoś czasu, byłem więc ciekaw jak wygląda wjazd w tunel w jego masywie. Niestety w pewnym momencie tuneli stało się już tak dużo i gęsto, że jedyną oznaką, że zbliżamy się do celu był lekko roztopiony lodowiec, który z daleka nawet na siebie nie wyglądał. I nagle po kolejnym tunelu wyrasta nie następny tunel a zabudowa jak przy przekraczaniu granicy. Dziwne to trochę bo z mapy wynikało, że przejście z Włoch do Francji biegnie szczytem, a ty tabliczki mówią co innego. Wychodzi na to że Francuzi zawładnęli tunel dla siebie, mało tego nawet napisy informujące są po żabojadzku i jedyne co zrozumiałem przed uiszczeniem opłaty za przejazd, że trzeba na coś czekać 45 min. Nie dane nam było długo zastanawiać się nad problemem bo szlaban uniesiony, można jechać, prawie nikt przed nami, za to w uszach brzmi kwota opłaty za tunel, 43, 43, 43, 43, 43, 43, 43, kurna żeby chociaż PLN, ale nie Ojro, w mordę. O mały włos zapomniałem o obowiązkach dokumentacyjnych i żona w ostatniej chwili robi fotkę wjazdu do tunelu. Widniejące tam cyfry szokują na tyle, że po ich upłynięciu spotkała nas kolejna niezapowiedziana przygoda. Czy ktoś z Was jechał kiedyś tunelem, który miał ponad 11000m, a dokładnie 11611 (jak ja uwielbiam takie ułożenie liczb piękna symetria). Rozważając te dane zignorowałem podstawowe zalecenia w tym tunelu: 150 metrów odstępu, (bo 70 – tką i tak jechałem bo przede mną była ciężarówka) przez co jako jeden z wielu musiałem tłumaczyć się Francuskiej Policji z tego haniebnego czynu. Miło nie było ale skończyło się machaniem palcem, w stylu żeby mi to było ostatni raz. Naiwniacy, po raz kolejny nic mnie nie zmusi abym prywatnie przejechał tym tunelem, szczególnie, że następne kilkadziesiąt kilometrów to istny koszmar.
Moja wiedza o jeżdżeniu po Francji sprowadzała się do tego, aby nie przekraczać nawet zwyczajowe w Polsce 20 km powyżej limitu prędkości. Tylko co zrobić gdy na 2 pasmowej drodze widnieje znak ograniczenia do 40 na godzinę. Ja rozumiem, że to rejon górski w końcu po francuskiej stronie tunelu to region Chamonix, ale żeby 40 to już przesada. Okazało się jednak, że może być gorzej, bo faktycznie trochę te zakręty ostre były, ale jak już zrobiło się płasko to ani oznaczenia ani zachowanie miejscowych nie sygnalizowało by można było rozwinąć dozwolone tu 130 na autostradzie, a tym bardziej aby je trochę przekroczyć. W konsekwencji jazda przypominała wyścigi ciężarówek w Polsce, gdzie jeden jedzie normalnie a drugi ryzykuje i jedzie 4 km szybciej, a cała akcja wyprzedzania trwa minimum 5 km.
Nie to jednak okazało się najgorsze. Nawet o tym nie wiedząc bo i skąd wywołałem lawinę nieszczęść która zdemaskowała całą organizację ruchu autostradowego we Francji. Zaczęło się niewinnie: jak w tej reklamie banku: bramka, opłata i tyle, w teorii, bo okazało się, że jak nie masz drobnych to nie przejedziesz, nawet karty płatnicze nie przechodzą, ani Visa ani Maestro, dopiero za szlabanem jest obsługa która w przypadku kłopotów, podleci z terminalem, który obsługuje te karty. Nie chcąc powtarzać historii przed kolejna bramką, wymyśliłem, że przecież można zjechać na parking autostradowy tam jest zazwyczaj stacja paliw, a tam zwyczajowo bankomat i sprawa będzie załatwiona. Niestety nie dane nam było tego doświadczyć bo ani bankomatu ani czegoś do zjedzenia na francuskich autostradach nie uświadczysz. Chyba, że jesteś wielbicielem Fast food’ów i nie przeszkadza ci kanapka z chłodziarki przygrzana w, uwaga mikrofalówce a i kawa niestety tylko z automatu uwaga, na monety, których przecież nie miałem. Koszmar, taki byłem na tę część drogi wkurzony, że oprócz kawy porannej przez cały dzień nie wypiłem kolejnej tak buzowała we mnie wściekłość.
Sytuacja uspokoiła się dopiero w okolicy któregoś kolejnego zjazdu na Genewę, był tak sobie wielki kompleks handlowy i Mac Kwak, więc i pieniążki udało się wyciągnąć i nakarmić wiecznie niezadowolone dzieci. Radość nie trwała jednak długo, bowiem zaczął padać deszcz, jeszcze dobrze nie ochłonąłem po jednak normalnym dla reszty Europy wzięciu bilecika na autostradę, a niebo zachmurzyło się i zapłakało. Przepisy miejscowe mówią aby w takich przypadkach zmniejszyć prędkość do 110 i przez moment tak zrobiłem. Niestety zaraz przyszła świadomość, że w takim tempie to my nawet granicy z Niemcami nie osiągniemy, więc zacząłem robić to co robiłem w Polsce na wyjazdach: naśladuj miejscowego. Okazało się, że inni w deszczu prawie nie zwalniali nie zwalniałem tez ja, a od Bourg en Bresse, uwiesiłem się dostawczaka, który podróżował w okolicy 145-155 km/h i właściwie szczęśliwie dowiózł mnie do skrętu na graniczną miejscowość francusko -niemiecką Mullhouse. Do pokonania zostało jakieś 165 km do granicy i jakieś 160 jeszcze po Niemczech a był prawie 18 więc sprawy zaczęły przybierać milszy obrót, oczywiście za wyjątkiem kolacji dla nas i dzieci i tankowania.
Ten kawałek drogi do granicy niczym szczególnym się nie wyróżnił. Trochę pagórków, trochę deszczu, dwie bramki, głupie i nie zrozumiałe ograniczenie w okolicach Belfort i oczywiście 2 fotoradary dziwnym trafem skierowane nie na nasz przód ale zgodnie z kierunkiem ruchu. Nic szczególnego do momentu przekraczania granicy, nie dość, że trafiliśmy do zupełnie innego motoryzacyjnego świata to jeszcze te urządzenia hydrotechniczne na Renie. Szkoda że nie zrobili na moście granicznym jakiś parkingów, pogapiłbym się pomimo pośpiechu i na rzekę i na urządzenia, zrobiłbym nawet jakieś pamiątkowe foty a tak tylko spojrzenie i niejasny obraz pozostający przez jakiś czas w głowie. Droga jednak czeka, a może przede wszystkim tankowanie. Wiem, że w Niemczech jest drożej, ale za to mają miejsca w których i zjeść można i zatankować jednocześnie.
Droga po niemieckiej stronie ciągnie się wzdłuż Renu i jest jedyną drogą szybkiego ruchu w okolicy, w związku z czym na sporym odcinku od granicy ciągnie się ograniczenie prędkości 120 km/h. Pomimo później pory nie narzekałem na to bo rezerwa świeciła mi się już, a przewidywany czas dotarcia do noclegu wskazywał późną porę więc wraz z tankowaniem zjedlibyśmy coś na kolację. Po kilkunastu tylko parkingach i jednym Macdonaldzie ale w miejscowości poza autostradą trafił się mega parking, który, nie dość że paliwo miał, to jeszcze dobrze zaopatrzony sklepik dla miłośników piwa ale to zrobiło na mnie największe wrażenie to oddzielny budynek w którym mieszczą się różnego rodzaju marki oferujące żywność. Tak, tak właśnie trzeba to nazwać, jak chcesz chińszczyzny proszę, jak kebaba czemu nie proszę, jak tylko kawę nie ma sprawy, jak my Burgerkinga oczywiście nie ma problemu i to pod jednym dachem. Przy okazji chciałem serdecznie podziękować obsługującej nas FRAU Ostrowskiej za serdeczność i obsługę po polsku.
Posileni, napojeni kawą (no dobra tylko ja)ruszamy w dalszą drogę. Czas naszego postoju to 21 jeszcze niezbyt ciemno, ale wkrótce zmienia się to za sprawą potężnej burzy która przechodzi wzdłuż autostrady powodując czasem takie opady, że w ciemności bałem się (ale inni także) jechać szybciej niż 80 –tką. Ulewa nietrwała jednak długo z zabrałem się za odrabianie czasu, jak było ograniczenie to 20 więcej jak ograniczenia nie było to 150-160, a był moment, że coś mnie poniosło i nawet ponad 180 było. Rzut jednak oka na średnie spalanie uświadamia mi, żeby wrócić do wartości 10l/100 jak przy 150 km/ha, nie 16 l/100 jak przy maksymalnej prędkości.
Bawiąc się tak na drodze pojawiły się drogowskazy na Baden-Baden i już wiedziałem, że Karlsruhe blisko a stamtąd to jeszcze tylko kilka kilometrów do Bruhsal i naszego hostelu. Był tylko jeden problem, którym zjazdem zjechać i jak dostać się do hotelu, który jest przy parkingu i jezdni w stronę przeciwną w którą jechaliśmy. Wujek googl’e podpowiedział tylko, że można przejechać na drugą stronę autostrady, więc tak zrobiłem dalsza droga jednak była niejasna więc zjechałem w pierwszą lepszą skąd było widać parking, i zamarłem. Ja nie wiem jak jechać a tu Niemiecka POLICJA. Jestem tak blisko więc w akcie desperacji uderzam do funkcjonariuszy i angielszczyzną na jaką mnie w tej chwili stać zadaje pytanie jak dojechać do tego hotelu na tym parkingu. A oni bez żadnego zacięcia i zdziwienia angielszczyzną tłumaczą mi: tu obok tych ciężarówek potem prosto zakręt i już hotel, tego to ja się po prostu nie spodziewałem. Niespodzianka in plus, a jak się okazało niejedna tego wieczora.
Hotel okazał nowoczesnym budynkiem, a pokój posiada dużą sypialnię z piętrowym łóżkiem dla dzieci i ogromną łazienką z mnóstwem świeżych ręczników. To jednak było później, najpierw musieliśmy się zameldować, a tam recepcjonistka urzęduje w barze i jak przystało na Niemcy pochodzi ze Słowenii, korespondencja jakże ułatwiona i przyjemna mimo późnej pory. Prawdziwy hit zdarzył się później. Dzieci i Żona zostali w pokoju (miał 3 piętra i tam nam przydzielono nasz) a ja poszedłem po bagaże. Oczywiście skorzystałem z windy. Jakie było moje zdziwienie, gdy winda przybyła błyskawicznie, a następnie w mgnieniu oka zareagowała na przycisk zamykania drzwi. Tyloma windami w życiu jeździłem i każda olewała działanie tego przycisku, wot niespodzianka. Tak mi się to spodobało, że po bagaż zjeżdżałem jeszcze 3 razy.
Kolejny dzień rozpoczął się może i późno ale o dziwo jadąc mniej więcej tą samą ilość kilometrów co dzień wcześniej, wg. komputera pokładowego w Yeti czas podróży (a raczej samej jazdy) do Domu wyniósł 9g 30 min. w stosunku do 11g i 27 min. dnia poprzedniego. Wybór drogi i miejsca noclegu okazał się więc strzałem w dziesiątkę. Trasa nasza wiodła z Bruchsal, następnie w prawo w Walldorf na autostradę nr6,potem koło Norymbergi 9 na północ. Następnie znana już trasa z 9 obok Hof na 72 do Chemnitz , tu włączamy się w 4 która doprowadza nas do granicy. Od granicy drogi nie muszę już przypominać nie da się jechać inaczej jak przez Wrocław, Wieluń, Bełchatów a potem ekspresówką do Raszyna. Nie spieszyłem się zanadto a i tak dotarliśmy kilka minut przed rozpoczęciem meczu o 3 miejsce na Mundialu.
Wakacje marzeń zakończone, a może kurka wodna jeszcze przed nami, kto wie?












