Odczucia ciąg dalszy.
przez
w dniu 08-04-2015 o 10:40 (2251 Odsłon)
Czas leci, zbliża się powolutku kolejny sezon wzmożonych wylotów, już nie będzie tak łatwo i przyjemnie, chociaż będzie na pewno cieplej a to już dużo. Pomyślałem więc, że skoro minęła wiosna zwana zimą, dni stały się znów dłuższe nic noce należy podzielić się kolejna dawką odczuć, jakie wykiełkowały w moich myślach w ostatnich minionych miesiącach, wszystkie oczywiście przy okazji pracy.
Pierwsze dotyczą oceniania innych. Zapewne każdy, kto jest kogoś przełożonym, miał w swoim zawodowym życiu obowiązek dokonania oceny jak dany „podopieczny” spełnia swoje obowiązki. Patrząc ze swojej pozycji na takie oceny, osobiście nie są mi do niczego potrzebne. Nasza praca jest tak dynamiczna, że już po kilku dniach wiem na co stać nowych pracowników, o starszych nie wspominając. Efekty współpracy o tym decydują i podejście do wykonywania obowiązków. Dużo także daje praca w nocy, kiedy to jesteśmy zdani tylko na siebie i szybkie wykonanie zadań decyduje o tym czy jest się w stanie zaliczyć noc do tzw. ciężkich czy lekkich. Nie chodzi to oczywiście o ilość pracy a o sposób jej rozłożenia na poszczególnych ludzi. Można bowiem nie mieć prawie nic do zrobienia, a zmęczyć się niesamowicie. Wracając jednak do ocen, wiem że takie oceny nie są dla mnie, ale dla kogoś w hierarchii ponad, kto postrzega pracownika z pozycji liczby na grafiku. Stąd takie a nie inne kryteria wg których oceniamy. Może to i daje jakiś pogląd na to jak dany szczebel np. taka sortownia jest przygotowana do wykonywania swoich zadań. Ja jednak mam odczucie, że to jak dany pracownik wykonuje swoja pracę jest zależne od tego jak jest traktowany przez swojego przełożonego. Dodatkowo najlepiej, gdy przełożony wykonywał już obowiązki podwładnego i był w tym dobry. Wtedy wszystkie ewentualne nieporozumienia będą dotyczyły w większym stopniu różnic w postrzeganiu pracy, niż różnic charakterów. Wiem, że zaraz podniosą się głosy, że przełożony musi mieć twardą rękę, że jak trzeba to musi krzyknąć itp. Otóż wg mnie nie musi, dlatego tak nie lubię oceniać innych bo mam wrażenie, że wystawione oceny defakto nie świadczą o ocenianym a o oceniającym.
Teraz z innej beczki. Bardzo często przychodzę do pracy w godzinach w których panuje ogromny ruch w przylotach. Idąc sobie przez terminal w części ogólnodostępnej widzę mnóstwo ludzi oczekujących na podróżnych. I mam nieodparte wrażenie, że oczekują oni swych bliskich jak na kogoś kto wyrwał się śmierci z objęć, serio. Niektórzy mało co nie przepalą wzrokiem szyb, aby jak najszybciej dojrzeć bliska osobę niektórzy na znak radości wystawiają wręcz transparenty. Inni, Ci co już robili to wielokrotnie oczekują w spokoju z karteczką z nazwiskiem, a ci jeszcze bardziej doświadczeni dysponują już nawet stojakiem na karteczki wszystkich tych oczekujących jednak cos łączy, zawsze są zdziwieni, jak parkują pod terminalem na przylotach, że coś od nich chce Policja. Ta chęć powitania przytępia czasem tak racjonalne zachowanie, że mało kto dostrzega znak zakazu zatrzymywania się i postoju, przez co w trakcie co niektórych fal przylotów ostatni przejazd czyli ten zaraz obok niedokończonego hotelu jest czasem tak zablokowany, że nawet rejsowe autobusy nie są w stanie podjechać na swój pierwszy przystanek.
Trochę inne odczucia mam wchodząc na salę odbioru bagażu. Tam panuje atmosfera pośpiechu, nie wiem dlaczego może przez to, że jednak samoloty poruszają się szybko, albo może dlatego, że połączenia europejskie to z reguły relatywnie krótkie odcinki i wybierane są dlatego by cos załatwić, oczywiście w pośpiechu. Najlepiej obrazującym atmosferę zdarzeniem jest ustawianie się gromadne podróżnych przy wylocie taśmy bagażowej. Nigdy tego nie rozumiałem jak ktoś woli ścisk od spokojnego poczekania na swoja walizkę kawałek dalej, czyli tak gdzie można z daleka ją zidentyfikować i w spokoju zdjąć z taśmy. Zdumiony jestem też tym zdenerwowaniem, pod tytułem: kiedy wyjedzie moja walizka. Szanowni Państwo, niestety takie są uwarunkowania techniczne taśm przylotowych, na nowym starym terminalu, że walizki muszą jechać jakiś czas od momentu wyładunku do momentu pokazania się po drugiej stronie, co więcej na szybkość wyładowania walizek ma wpływ nie ilość osób która to robi, tylko właściwy sposób ich ułożenia. Dla przykładu przyczepka bagażowa lub kontener to około 40 szt. walizek, osoba niedoświadczona będzie wyładowywać taką ilość 6-7 minut, ja zrobię to w 3 i nie jest to przechwalanie się tylko przykład, że doświadczenie na danym stanowisku jest ważne
Ostatnie odczucie zostawiłem na koniec. Każdy brygadzista ma rozpisane co robi w danym dniu, i z reguły jeśli kończy mu się praca w danym miejscu to albo odpoczywa do końca czasu pracy albo gdzieś pomaga. Jest jednak tak funkcja której nikt nie chce robić z własnej woli, chociażby z racji dużej dawki stresu jaki temu mimowolnie towarzyszy. Ja póki co jeszcze nie mam jej przydzielanej, ale powoli nadchodzą takie czasy, kiedy trzeba będzie zasiąść przy kompie i obstawić wszystkie zlatujące się samoloty. Na razie w tej kwestii trwa taki dziwny układ, że o ile umiem to zrobić, to każdy z bardziej doświadczonych kolegów chce na własne oczy zobaczyć że jestem w stanie to robić. Ale ja miałem nie o tym. Zlatujące się samoloty maja bagaż to banał, ten bagaż ktoś musi wyładować z samolotu, kolejny banał, a potem ktoś przywieźć go do sortowni, gdzie kto inny się nim zajmie, tez banał. Gorzej jednak, gdy samoloty zaczynają zlatywać się w takim tempie i o takiej godzinie, gdy kończą się ludzie którzy mogą pod te samoloty pojechać. I taki nazwijmy to zarządzający mając świadomość ile od niego zależy (bo przecież i Ci co przylecieli chcą mieć bagaże jak najszybciej, a ci którzy się przesiadają także chcą mieć bagaże w porcie przylotu) wykonuje tak ogromna pracę koordynującą, że jak wszystko powiedzie się po naszej myśli, to wewnętrzna duma rozpiera człowieka, a jak dopiero robi to od niedawna to czuje się jeszcze bardziej podniośle: jestem prawie wszechmogący. I ja właśnie tak się któregoś dnia czułem, wychodząc z pracy. I idąc po takim wysiłku w takim stanie przez ten tłum oczekujących na coś ludzi, w ubraniu które nie świadczy przecież o tym co niedawno zrobiłem, wszak jeżdżąc na rowerze ubieram się stosownie do tego czyli kurtka robocza i dresy. I widzę, jak ludzie patrzą na mnie jak pojawiam się w rozsuwanych drzwiach, z zainteresowaniem aczkolwiek krótko, w końcu toż tylko zwykły jakiś robol w roboczych łachach, i mam cholerną satysfakcję, tylko taką cichą, właśnie dlatego, że zrobiłem coś ogromnie pożytecznego i to anonimowo. Jak superbohater z komiksu.![]()











