Chyba jestem Robotem
przez
w dniu 08-07-2015 o 15:04 (2456 Odsłon)
Robiłem ostatnio badania okresowe związane z pracą. I sądząc po warunkach w jakich przychodzi NAM HANDLINGOWCOM pracować plus to, że jednak po czterdziestce człowiek robi się mimo wszystko starszy niż młodszy, powinienem oczekiwać, że ze zdrowiem jest ciut gorzej niż 3 lata temu. I wybuchła niespodzianka nie dość, że nie jest gorzej to nawet prawie tak samo a u pewnych specjalistów nawet lepiej niż wcześniej. Każdy 40 latek skakałby z radości na te wieści, ale ja zacząłem się zastanawiać dlaczego tak jest?. Może to ciągły ruch i wysiłek na świeżym powietrzu, może jazda na rowerze okrągły rok, a może poszpitalna zmiana diety, w której prawie nie ma już cukru i soli, a mięso głównie pochodzi z drobiu, może? Jak tak jednak coraz głębiej o tym myślałem, nagle obudziła się w mojej głowie niespokojna myśl, a może ja nie jestem człowiekiem, tylko jakimś robotem.
I zaraz zacząłem sobie przywoływać z pamięci różne wydarzenia, które powyższa teoria doskonale tłumaczy. Pierwsze z nich to historia uzyskania prawka. Kiedyś były trochę inne egzaminy na prawo jazdy, oczywiście łatwiejsze ale i tak trzeba było pojeździć obowiązkowe 20 godzin aby go zdać. Ja jakimś trafem po wyjeżdżeniu 5 godzin z instruktorem, pojechałem na egzamin i zdałem go w pierwszym podejściu. Oczywiście takie to były czasy, że jeździło się wcześniej autami rodziców, ale ja może łącznie pojeździłem po drogach ze 3 godziny reszta to manewrowanie na podwórku, a potem nauka parkowania tyłem pomiędzy rosnące niedaleko od domu 2 brzozy. Jaki z tego wniosek: wgrane oprogramowanie. Chcecie więcej przykładów oto kilka z nich: w 3 klasie na wakacjach pojechałem na kolonie o profilu sportowym i jak to na koloniach ktoś kiedyś zarządził zawody. W tym momencie musicie wiedzieć, że takie dyscypliny jak skok w dal były przerabiane w szkole dopiero chyba w 4 a może i nawet w 5 klasie. A tutaj ja bez żadnego przygotowania biorę rozbieg wybijam się i nie wiedząc dlaczego, macham nogami w czasie lotu, aby po chwili wyprostować je przed siebie i opaść na piasek klasycznym skoku w dal. To samo zdarzyło się w kolejnych latach kiedy przyszło mi skakać wzwyż na zawodach szkolnych, robiłem tzw. flopa zanim mi ktoś powiedział, jak to trzeba robić. Do nauczenia się jeżdżenia na nartach nie potrzebowałem nawet instruktora, wszystko przychodziło może nie łatwo, ale stosunkowo szybko. I to co tak zapamiętałem w czasie nauki sprzed ponad 10 ciu laty, powróciło jak film w tym roku w Bałtowie, zapiąłem narty i ruszyłem w dół stoku jakbym robił to co zimę. Dla przeciw wagi, pomimo wielokrotnych prób nie jestem w stanie nawet trochę nauczyć się jeździć na łyżwach. Oczywiście próbuję ze względu na dzieci, ale o jeździe tyłem czy przeplatanką nie ma nawet mowy. Widocznie ktoś uznał, że nie potrzebna mi do funkcjonowania umiejętność jazdy po lodzie na metalowych patykach.
Drugie co przychodzi mi do głowy, to to, że zawsze lubiłem wchodzić na drzewa, pewnie pomyślicie, każde dziecko to lubi. Cóż, ale nie każdemu dziecku po spadnięciu z tego drzewa z dość dużej wysokości nic nie jest, a zabawy na trzepaku nigdy nie skończyły się zwichnięciami ,a tym bardziej złamaniem. W tym samym sensie brzmi inna historia. Kiedy jeszcze z niepowodzeniem studiowałem dziennie na wydziale SIMR Politechniki Warszawskiej, zdarzyły się rozgrywki w koszykówkę pomiędzy drużynami z pierwszych semestrów różnych uczelni. I w czasie rozgrzewki do pierwszego z nich, kończąc dwutakt wpadłem na gościa który zamiast złapać piłkę i odbiec pozostał pod koszem. Zabolała mnie stopa, ale mówię sobie rozbiegam ją i będzie dobrze. I połowicznie było, ponieważ jeszcze tej samej nocy popełniłem popijawę z kolegami, a następnego dnia były Imieniny mojej szanownej rodzicielki, gdzie Ciotka lekarz zmusiła mnie do odbycia w jak najszybszym tempie wycieczki do Kościologa na Barskiej. Tam zrobili zdjęcie RTG i bez żadnego tłumaczenia wsadzili mi nogę w gips na 3 tygodnie. Tyle tylko, że zdziwiły mnie 2 sprawy na moje pytanie o nogę czy złamana lekarz nie jest w stanie odpowiedzieć i zbywa krótkim może złamana może pęknięta, a gips trzeba założyć. Rzeczony gips miałem oszczędzać przez trzy dni celem stwardnienia, ale jakimś cudem po czterech dniach jak już byłem pewien że zastygł i chciałem pomóc rodzicielowi giąć gipsem rurki na altankę, ten biały skurczybyk pękł (gips dla jasności). Na 100 % nic mi nie było tylko miałem myśleć, że mam złamanie. To co mnie do końca upewnia o mojej tzw. sprawności jest fakt, a to każdy kto mnie widział potwierdzi, jestem w stanie pociągnąć załadowany kontener z bagażem w pozycji pochylonej i jak dotąd nawet plecy mnie po tym nie bolą, a to przecież ciężar mniej więcej samochodu klasy B.
Ostatnia grupa zdarzeń jest już Wam po części znana, chodzi o zapalenie nerwu. Patrząc z innej nowej strony ponad 40 letnia maszyna wymaga jednak jakiś napraw i kalibracji, więc na dobrą sprawę zapalenie nerwu i następujące po tym „leczenie” to nic innego tylko doraźny przegląd i jak nic w niedługim czasie znów może się cos podobnego zdarzyć. Bo czy ktoś słyszał o wycofaniu się objawów w 3 tygodnie, gdzie każdy lekarz i rehabilitant mówi o minimum miesiącu do momentu zauważalnej poprawy. Tak samo ten rzekomy udar mózgu objawiający się utratą władzy nad równowagą, ściema tylko i wyłącznie. Nie uwierzę, że mózg jest tak szybko w stanie przejąć funkcje móżdżku aby następnego dnia już chodzić bez podpierania się o ściany. Ale widocznie to tez nie chodziło o mózg tylko o jakąś głębszą ingerencję, bo kto by się spodziewał że, w czasach kiedy na zabiegi czeka się latami, sam Szpital po 3 miesiącach od tego zdarzenia (udaru) zawezwie mnie na tzw. zabieg zamontowania tzw. parasolki Amplatza w sercu. A ponoć jedyną/ najnowocześniejszą (niewłaściwe skreślić) metodą jest dojście naczyniami krwionośnymi do serca, a wszystko to w NARKOZIE, a wtedy można zrobić wszystko. W tej samej tonacji można jawi mi się nawet moja skłonność do jednego rodzaju alkoholu. Czy ktoś słyszał, żeby pić tylko piwo i tylko jednego rodzaju, coś mi się wydaje, że sytuacja przypomina Polokoktę z Kingsajzu, tylko w moim przypadku chodzi o płyn do wewnętrznej konserwacji, ściśle określony płyn, o ściśle określonym składzie.
O ile pewne zdarzenia można rozumieć dwuznacznie, o tyle teraz jest na pewno właśnie pora, kiedy od kilku lat spędzam z dziećmi wakacje, będąc na urlopie. I może dlatego, że tego roku urlop mam później, zaczyna zacierać mi się granica między fikcją a rzeczywistością, a wyobraźnia podsuwa coraz dziwniejsze pomysły. Kończę więc i jako człowiek idę odpoczywać przed jutrzejsza pracą, a jako robot zrobię to uzupełniając płyny konserwujące, ZDRÓWKO.![]()











