Giro di Italia czyli urlop cz.3 Rzym.
przez
w dniu 29-09-2015 o 07:11 (2119 Odsłon)
W tym roku miało być zwiedzanie więc dzisiaj będzie o zwiedzaniu. W moim pojęciu jest to nie tylko zobaczenie najważniejszych punktów z przewodnika ale i pobłądzenie trochę, aby można było z humorem o tym porozmawiać na różnego rodzaju spotkaniach. I dlatego zanim o samym Rzymie, zacznę od zagubienia. Z założenia nie posiadając dużych funduszy, staramy się aby nasza podróż była jak najtańsza. Jak usłyszałem, że z Kempingu jedzie bus do Rzymu ucieszyłem się bo miał być darmowy, ale darmowy nie był, a 8 E od osoby w obie strony dawało taką cenę, że trzeba było znaleźć i sprawdzić jakąś alternatywę. Była tylko jedna – pociąg podmiejski z miasteczka obok. Stacja nazywa się Fara Sabina Montelibretti i nie jest nazwą miejscowości gdzie stoi. To zrodziło wiele nieporozumień w czasie jej szukania. Po pierwsze oglądając Google maps jest zjazd na bezpłatny parking przy stacji, na żywo okazało się, że jest zablokowany blokami betonu i trzeba jechać przez najbliższe miasteczko, które przecież miało inną nazwę. Ten kto poruszał się po włoskich miasteczkach wie, że mają one oznakowanie i to spore, ale umieszcza się je na jednym słupku, w związku z tym jak przejeżdżasz obok miga Ci kilkadziesiąt tabliczek z nazwą i tak na dobrą sprawę jak żadna nie brzmi znajomo jedziesz w próżnię.
Tak się stało za pierwszym podejściem. Oczywiście wykonany wcześniej rekonesans doprowadził nas w miarę prostą drogą, czyli Via Tiberina, potem prosto przez dwa ronda i po jakiś 500m po skręcie w lewo na most nad autostradą do Strada Stradale 4 Dir, która powinniśmy dojechać bezpośrednio w okolice stacji. Zjazd był jednak zabetonowany więc pomyliłem się i zjechałem na drogę SS4 w stronę Rzymu, po kilkuset metrach zawróciłem i wracając na stara drogę dojechałem do skrzyżowania rzeczonej SS4 i skrętu w lewo. Instynkt Harcerza podpowiadał mi, że trzeba skręcić w lewo za to 100 dalej został zmylony wieloma tabliczkami i zgubiłem się. Nie mając innego wyjścia postanowiłem wycofać się na z góry upatrzone pozycje i tego dnia darować sobie szukanie stacji. Lament starszego syna po kilku kilometrach spowodował jednak ponowna próbę. Wiedziałem już gdzie skręcić na skrzyżowaniu ale na rondzie nie patrzyłem już na nic i posłuchałem niezawodnego instynktu. Tak trafiliśmy na via Ternana, po ruszeniu ze świateł na skrzyżowaniu z via Giacomo Matteotti, po 300 metrach pojawił się samotny kierunkowskaz STACIONE i już wiedziałem, że jesteśmy blisko, jeszcze tylko dwa ronda przejazd przez nieczynne tory i jesteśmy na stacji, parkujemy byle gdzie i idziemy sprawdzić rozkład jazdy i ceny biletów. Okazało się, że praktycznie pociąg jedzie co 20 minut, w relacji do Rzym Fiumicino, przejeżdża przez stację którą uznałem za najlepszą do rozpoczęciu zwiedzania, jest parking na którym da się zostawić auto, a bilet dla całej czwórki kosztuje 9 E, w jedną stronę, więc nawet uwzględniając te 24 kilometry do przejechania z kempingu na stację i z powrotem daje to i tak około 20E zamiast 32, super.
Plan obmyślony, zostaje zjeść kolację palulu spać a od rana pierwsze podejście do zwiedzania. Tylko jak się wyspać jak od 6 rano walą pioruny i leje deszcz. Doleżałem do 8 wstałem poszedłem do marketu po bułki i tak przechodząc koło recepcji naszła mnie myśl, a nuż może Znaczyc sobie skrócony program zwiedzania Internet będzie działał na tyle, że sprawdzę w jakiś sposób pogodę. Z trudem ale udało się na tyle, że miałem pewność że popołudniu padać już nie będzie. Jedyny minus tej sytuacji był taki, że trzeba było wyznaczyć sobie krótsze zwiedzanie. Na planowany pociąg o 10:50 nie zdążyliśmy, kolejny odjeżdża 11:20, nie mogliśmy się go doczekać jak diabli, a tu okazał się najbardziej brudnym, pomazanym i uświnionym pojazdem jaki widziałem (za wyjątkiem sprzętów które kursowały w latach 90 w relacji Grodziska Mazowiecki – Warszawa). Super nie ma to jak zacząć w deszczu i w gruchocie. Jako że nie przecierało się jeszcze zbyt dobrze zaproponowałem żonie zwiedzanie terminala na Fiumicino, niestety wraz ze zbliżaniem się do celu jasne stawało się, że dojedziemy tylko do Roma Ostiense i zaczniemy zwiedzanie od pobliskiej atrakcji czyli Piramidy przy tak samo brzmiącej stacji metra. Nie mając czasu na dogłębne analizy trasy ze względu oczywiście na krótki czas przygotowań postanowiliśmy iść do pierwszej znanej atrakcji czy CIRCUS MAXIMUS, nie było trudno wystarczyło kierować się z grubsza od stacji metra na wprost i po około kilometrze samoistnie trafia się do wykopalisk. Kiedy już trochę wypoczęliśmy, rzut oka na mapę w przewodniku i kolejny punkt to FORUM ROMANUM. Tak się jednak szczęśliwie bądź nieszczęśliwie złożyło, że dotarliśmy tam zaułkami czyli via di S. Teodoro, co mnie osobiście bardzo się podobało, lubię eksplorować niepokazywane w przewodnikach miejsca. Przy okazji zobaczyliśmy jak wygląda wzgórze PALLATYN od dołu. Niejako z boku trafiliśmy potem na plac Kapitolu i schodzące od niego schody których dolne zejście pilnowały ciekawe rzeźby. Niby padał deszcz a od 2 godzin prażyło słońce więc po powrocie na Kapitol powoli mieliśmy udać się obok forum romanum do KOLOSEUM, ale niepokoił nas biały ogromny budynek w cieniu którego zarządziłem odpoczynek. Żona była bardziej ciekawa i poszła na zwiady okazało się że ta wspaniała budowla to pałac wenecki na Placu weneckim. Ciekawostką związaną z tym miejscem jest to że są tam specjalni strażnicy którzy przeganiają siadających na schodach prowadzących od frontu do Pałacu. Ponoć jest to związane, z tym, że kawałek dalej jest włoski odpowiednik Grobu Nieznanego Żołnierza, którego strzeże warta honorowa.
Będąc już lekko zmęczonym i trochę głodnym poganiałem nasze stadko do ostatniej na dzisiaj atrakcji KOLOSEUM, niestety przegrałem z brzuchami moich dzieci i musieliśmy znaleźć na ten tych miast coś do jedzenia. I tu ciekawostka lub ostrzeżenie, jedyne miejsce gdzie dałoby nakarmić dzieci beż narażania się na słowo: BLE oznaczające nie zjem tego, był mak kwak, a w okolicy go nie było, musieliśmy więc improwizować, dopiero coś znośnego z miejscem do klapnięcia znalazło się na początku Largo Corrado Ricci i trwało stanowczo za długo skutkiem czego Koloseum zobaczyliśmy tego dnia tylko z zewnątrz i może to i dobrze. Powrót pociągiem w okolicy 17 do domku dotarliśmy około 18: 30 oczywiści lekka przekąska i na basen bo czynny do 20 tej. Tam spotkaliśmy małżeństwo z Katowic i w zasadzie od nich dowiedzieliśmy się, że bilety do Koloseum kupuje się w kasie do Forum Romanum, a dodatkowo dla dzieci „wjazd” na obie atrakcje jest za darmo. Wiedzę tą spożytkowaliśmy już za dwa dni, ponieważ dzień drugi zwiedzania miał zostać spędzony W Watykanie.
Pogoda drugiego dnia nie robi nam już psikusów, i jako, że Watykan jest z dala od wszelkich znanych mi linii kolejowych, znów korzystamy z tego systemu komunikacyjnego, wspomagając się komunikacją miejską. Nie jest żle, trzeba tylko wysiąść na wcześniejszej stacji Roma Tuscolana i trochę dojść do najbliższej linii metra, ta zaś bezpośrednio dowozi nas w ciągu 20 minut do przystanku Ottaviano, skąd jest może ze 200 m do placu Św. Piotra. Po drodze jest jedna ciekawostka, skoro metro to wszystko pod ziemią a tu nie, dojeżdżając do Tybru metro wynurza się, przejeżdża po moście jak każdy inny rodzaj transportu publicznego, a potem ponownie nurkujemy pod ziemię. Opisywać zwiedzania Watykanu nie będę, było standardowe, bazylika i plac na więcej nie starczyło czasu, nadmienię jednak o pewnym incydencie który sprokurowała Szanowna Małżonka. Wchodząc na plac wśród kolumn mimowolnie ludzie stojąc w kolejce do prześwietlenia przed wejściem do bazyliki, robią dziurę w kolejce, żona widząc wolną przestrzeń stwierdziła, że jest to koniec kolejki i zajęła w niej miejsce. Protestów nie było, pewnie dlatego, że to jednak święte miejsce. Za to w ramach mimowolnej rekompensaty postarałem się w ramach swoich doświadczeń przejść kontrolę bezpieczeństwa błyskawicznie instruując rodzinę co muszą schować przechodząc przez bramkę do wykrywania metalu. Dla informacji bramka bezpieczeństwa to nie jedyna kontrola po drodze, jeszcze jedna dotyczy moralności a w praktyce osłaniania ramion i nóg, aby nie urazić uczuć religijnych, co wrażliwszych wiernych. Zwiedzanie Watykanu skończyło się obiadowa porą spędzoną w Mak kwaku umiejscowionym około 100 od stacji Ottaviano. Jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiłem w ramach wykupionych 75 minutowych biletach za 1,5 e każdy odwiedzić jeszcze coś tego dnia. Jako pierwsze miało być Piazza del Popolo, 2 stacje od ottaviano, po drugie miałem odwiedzić największy Rzymski terminal kolejowy Termini. Niestety okazało się, że bilet 75 min- towy obowiązuje tylko w czasie jazdy jedną linią z ewentualną 1 przesiadką w ramach czasu jazdy. Wyjście i ponowne wejście na w końcu ważny jeszcze czasowo bilet jest niemożliwe. Nam się udało bo zrobiliśmy niezłą zadymę więc dla świętego spokoju obsługa otworzyła ( maja taka możliwość ) wejście dla inwalidów i mogliśmy kontynuować podróż jednak ze zwiedzania Termini z wiadomych względów zrezygnowałem, i chyba jednak nie powinienem tego zrobić bo po dojechaniu do stacji metra Porter Lungo i dojściu do stacji Tuscolana, spotkało mnie tam coś strasznego. Bilety na większości stacji kupuje się w biletomatach, tym razem jednak kilka z nich nie działało. Zaczęło się nerwowe szukanie innych, co powodowało że dzieci nie mając o niczym pojęcia latały jak wściekłe i rozluźniały nasze starania o zabezpieczenie przed złodziejami. W konsekwencji o mało co nie zostałem okradziony. 3 osobowy zespół obserwował obcojęzycznych paxów, obserwując także używane w trakcie pin-y. Myśląc że nasza 4 ka udaje się na lotnisko próbowała wyjąć mi z plecaka, w trakcie wejścia na peron, etui z kartą do której zaobserwowali pin. Może to wizyta w Watykanie albo zwykła ostrożność spowodowały, że poczułem, że ktoś coś robi mi w plecaku przyspieszyłem więc trochę wejście po schodach i na szczęście nic się nie stało. Zły tylko jestem na siebie, że mając aparat przy sobie nie zrobiłem zdjęcia sprawcy albo wręcz cała złość wyładowałem na powietrzu wokół perony zamiast na ewidentnym sprawcy wydarzenia.
Byłem tego dnia tak zdegustowany tym wydarzeniem, że o mały włos nie darowałem sobie 3 dnia. Pomogła, niektórzy nie będą zaskoczeni, solidna dawka Okocimia Mocnego, w związku z czym jedyne co pozostało mi w pamięci z pozostałego dnia to przysięga by lać każdego po mordzie kto choć dotknie mój plecak. Dla bezpieczeństwa i własnego świętego spokoju, karty i dokumenty chowam głębiej i unikam tłumów, co zwiedzając Forum Romanum i Koloseum od środka, nie jest łatwe. Zwiedzanie zaczynamy na Roma Ostiense, tam tunelami z ruchomymi schodami dostajemy się na stacyjkę metra Piramide, mała pomyłka z wyborem peronu (nie mogę przyzwyczaić się że we Włoszech pociągi jadą no innych torach niż w Polsce) i wysiadamy na stacji Koloseo. Korzystamy z nabytej wiedzy i już po 2 minutach mamy bilety. Krótka kontrola bezpieczeństwa i jesteśmy w środku Forum Romanum. Mnie nie interesują kamyczki a widoki, więc czym prędzej podążamy w górę na wzgórze Pallatyn. Po drodze odkryłem, jaka ulgę daje zmoczenie czapki bejsbolówki wodą stale cieknącą z ustawionych tu i ówdzie kranów. Właśnie co do tych ujęć wody miałem dziwne myśli: typu czy to nie szkoda tak wylewać tę wodę. Wątpliwości były do momentu jak przeczytałem, że woda z kraniko – studzienek pochodzi z gór i dostarczana jest akweduktem datowanym na czas świetności Cesarstwa Rzymskiego i po prostu musi lecieć bo by się akwedukt zatkał.
Za pallatynem z którego były świetne widoki skierowaliśmy się na via di Torre Argentina, na której są fragmenty trzech świątyń a co najważniejsze/historyczne przy jednej z nich został zasztyletowany Juliusz Cezar. Po posileniu się i ponownym zmoczeniu czapek udaliśmy się na Piazza Navona który reprezentuje już architekturę starego Rzymu i powiem szczerze bardziej mi się podoba stare miasto od innych atrakcji rzymskich. Maszym dzisiejszym kierunkiem były schody hiszpańskie więc z pizza Navona skierowaliśmy się zaułkami zobaczyć świetnie zachowany Panteon a potem Fontannę di Trevi. Jakież było nasze zdziwienie jak potwierdziła się informacja, że kolejny raz jest w remoncie, widocznie nie jest mi pisane wrzucenie monety do fontanny i przez to mimowolny powrót do Rzymu. Może to i dobrze inne części Europy tez są ciekawe, a ja 100 lat żyć nie będę pierwszy w kolejce do ponownych odwiedzin jest i tak wąwóz Samaria. W międzyczasie dzieci trochę zgłodniały więc kierując się tabliczkami do mak kwaka zjedliśmy coś u Króla burgera, wyszło taniej podane szybciej bo nie ma kolejek i w końcu nie trzeba było czekać na wolne WC, posileni kaloriami i opici w końcu dużą kawą dotarliśmy do Piazza Mignanelli które jest wstępem do placu gdzie są Schody Hiszpańskie. Jakoś tak konfrontując wyobrażenia z rzeczywistością nie za dobrze wyszło to rzeczywistości, szybko więc udaliśmy się do stacji metra, aby po przesiadce na stacji Termini dojechać do Metro Piramide i ponownie tunelami na Roma Ostiense aby złapać pociąg do Fara Sabina.











